Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach

Okładka książki Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach autorstwa Jerzy Illg
Okładka książki Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach autorstwa Jerzy Illg
Jerzy Illg Wydawnictwo: Znak reportaż
480 str. 8 godz. 0 min.
Kategoria:
reportaż
Format:
papier
Data wydania:
2009-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2009-01-01
Liczba stron:
480
Czas czytania
8 godz. 0 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-240-1282-4
Wspomnienia redaktora naczelnego Wydawnictwa Znak ujawniają kulisy wielu wydarzeń literackich i artystycznych ostatniego ćwierćwiecza, w których uczestniczył, bądź je organizował. Jego zainteresowanie literaturą to pasja, dzięki której ma życie barwne, ciekawe i pełne zgoła nie papierowych przygód. Zasadniczym tematem tej opowieści są przyjaźnie z pisarzami. Jerzy Illg dowcipnie i ze swadą kreśli prywatne, serdeczne portrety Kołakowskiego, Kapuścińskiego, Brodskiego, Heaneya, Daviesa - tych spotkań, rozmów, podróży, nocy pełnych whisky i poezji nie filmowały kamery, nie było przy nich dziennikarzy.

Nietypowe podejście do pracy i poczucie humoru pozwoliły mu nie tylko wydawać książki Miłosza i Barańczaka, podróżować z Szymborską, nagrywać dowcipy Tischnera, ale też wystawiać kabarety, robić filmy, wymyślać niezwykłe promocje i... nieistniejące dzieła. Jego wspomnienia pokazują, że książki mogą być najważniejszą, najbardziej pasjonującą sprawą na świecie.

W książce czytelnik znajdzie:

Niepublikowane opowieści i limeryki Wisławy Szymborskiej.
Wiersze okolicznościowe Czesława Miłosza, Leszka Kołakowskiego, Seamusa Heaneya, Josifa Brodskiego, Dereka Walcotta.
Poetyckie dedykacje i nieznane przekłady Stanisława Barańczaka.
Zdjęcia autorstwa Annie Leibovitz, Ryszarda Kapuścińskiego, Joanny Helander.
Rysunki Józefa Czapskiego, Allena Ginsberga, Sławomira Mrożka, Andrzeja Dudzińskiego.
Niecenzuralne dowcipy góralskie ks. Józefa Tischnera.
Epitafia, apoteozy, kuplety, sprośne apokryfy staropolskie i tradycyjne pieśni irlandzkie.
I kawał historii, niezupełnie poważnie napisanej.

Wydanie z płytą DVD zawierającą telewizyjny zapis trzech widowisk kabaretowych wystawionych przez zespół autorów i przyjaciół Znaku.
Średnia ocen
7,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach



518 321

Oceny książki Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach

Średnia ocen
7,4 / 10
60 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach

avatar
453
431

Na półkach:

„Władze Uniwersytetu Śląskiego nie widzą żadnej możliwości wyegzekwowania od mgra Jerzego Illga właściwej realizacji zadań socjalistycznej szkoły wyższej”.(s.13.)
„Jesienią 1987 roku po raz ostatni pracowałem „na czarno” w Sztokholmie. Od dziesięciu lat wyjazdy do przyjaciół w Szwecji pozwoliły mi łatać budżet domowy,
a nawet umożliwiły mi dorobienie się malucha. Myłem okna, zbierałem truskawki, nosiłem wiadra z piaskiem … pracowałem na zmywaku...byłem nocnym recepcjonistą w hotelu,, czyściłem do białego drewna sufit i ściany domku należącego niegdyś do dziadka Alfreda Nobla”. (s.189.)
„Pamiątką z tego okresu – przejmującą i zaskakującą dla mnie- jest wpis w „Drugiej przestrzeni”, ostatnim tomie wierszy Miłosza. Czesław wręczył mi go bez słowa, uśmiechając się zagadkowo, a równocześnie poważnie patrząc mi w oczy.(…)
...niezbyt już foremnymi literami dedykacja:
„Przewoźnikowi Charonowej łodzi- Czesław Miłosz, 9.VII.2002, Kraków”.(s. 105.)

Jerzy Illg, mój znak o noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach, o nowej dekadzie i pięknej plejadzie. Wyd. Znak, Kraków 2019.

Już trzy powyższe cytaty z Illga
pozwalają dostrzec miarę
i wielkość wydawcy,
redaktora naczelnego Znaku.
Szczególne „słowa uznania”
należą się władzom UŚ (z roku 1982).
Bogini Fortuna
też dołożyła swoje trzy grosze
(czuwała nad przyszłym redaktorem -
szczęśliwym człowiekiem).

Illg w „moim znaku” (II wydanie)
zgromadził tak bogaty materiał biograficzny,
ze mógłby nim obdzielić kilku Illgów,
jednakże Illg jest tylko jeden,
wyjątkowy i niepowtarzalny,
jak niejeden noblista.
Pióro Illga ma niezwykłą swobodę
wydobywania na światło dzienne
wyjątkowych spotkań, zdarzeń,
miejsc, okoliczności,
rozmów nie tylko z pisarzami.

Czytelniku,
bez Illga nie znajdziesz się w kręgu Znaku!
Tekst niezwykle osobisty i prawdziwy.
10/10

„Władze Uniwersytetu Śląskiego nie widzą żadnej możliwości wyegzekwowania od mgra Jerzego Illga właściwej realizacji zadań socjalistycznej szkoły wyższej”.(s.13.)
„Jesienią 1987 roku po raz ostatni pracowałem „na czarno” w Sztokholmie. Od dziesięciu lat wyjazdy do przyjaciół w Szwecji pozwoliły mi łatać budżet domowy,
a nawet umożliwiły mi dorobienie się malucha. Myłem...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
700
453

Na półkach:

Jak to się teraz mówi "boomer" wspomina.
O tyle ciekawy boomer, że to człowiek zawodowo związany z ciekawymi ludźmi, w tym z naszymi współczesnymi noblistami. Fajnie snują się te wspomnienia pokazujące, że noblista też człowiek. Warto przeczytać.

Jak to się teraz mówi "boomer" wspomina.
O tyle ciekawy boomer, że to człowiek zawodowo związany z ciekawymi ludźmi, w tym z naszymi współczesnymi noblistami. Fajnie snują się te wspomnienia pokazujące, że noblista też człowiek. Warto przeczytać.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
11
10

Na półkach:

„Mija dziesięć lat od pierwszego wydania tej książki (...). Gdy ukazała się w 2009 roku na 50-lecie Znaku, żyli jeszcze (...) Wisława Szymborska, Stanisław Barańczak, Andrzej Szczeklik, Seamus Heaney” – pisze w przedmowie do drugiego wydania „Mojego znaku” Jerzy Illg. Przywołuję te słowa nie bez powodu – pokazują one bowiem, jak zmieniła się (a przy tym: jak musiała się zmienić) na przestrzeni kilkunastu lat recepcja tej publikacji: wydawnictwo nabrało charakteru bardziej refleksyjnego i retrospektywnego.

„Mój znak” to zbiór kilkudziesięciu opowieści, szkiców i zapisków biograficznych, które w sposób anegdotyczny opowiadają o twórcach, z którymi w trakcie swojego życia zawodowego zetknął się Illg. Mamy zatem w omawianej książce przedstawione między innymi historie rozgrywające się w siermiężnych latach PRL-u (oczywiście z dużym naciskiem na drugi obieg wydawniczy),wspomnienia związane z Tygodnikiem Powszechnym i wydawnictwem Znak, a także obrazy z polskiego życia akademickiego i literackiego. Wśród twórców, których Illg przywołuje, możemy wymienić między innymi dwójkę polskich noblistów – Wisławę Szymborską oraz Czesława Miłosza. Jego narracja wykracza jednak poza kręgi pisarskie i poetyckie, dlatego też w przywoływanych wspomnieniach pojawiają się filozofowie i duchowni – choćby Leszek Kołakowski, Josif Brodski, Józef Tischner oraz Jan Twardowski.

Myślę, że omawianie „Mojego znaku” warto zacząć od próby wskazania przeznaczenia tej książki: nie jest to publikacja ani do końca biograficzna, ani też próbująca podsumować polskie życie wydawniczo-kulturalne ostatnich kilkudziesięciu lat. To raczej pozycja utrzymana w nurcie wspominkowo-dygresyjnym, choć – co ważne – stroniąca od sentymentalnych rozważań. Głównym bohaterem jest Illg, który opowiadając o różnych zdarzeniach i postaciach, przedstawia samego siebie – inteligentna, pracownika akademickiego, wydawcę, zapalonego czytelnika i redaktora. Nie jest to jednak opowieść stricte autobiograficzna – dla autora najważniejsi pozostają ci, których spotkał, z którymi udało mu się nawiązać bliższe relacje, dlatego też w „Moim znaku” więcej uwagi poświęca on życiu literackiemu, środowiskom artystycznym i inteligenckim, niż sobie czy własnym doświadczeniom. Wprawdzie w snutych przez Illga historiach pojawia się wiele odniesień i wyraźnie poprowadzonych wątków osobistych, to wydają się mieć charakter marginalny, pozwalają rozbudować opowieść o kimś lub o czymś innym – na przykład o działalności Tygodnika Powszechnego, Znaku, warunkach, w jakich wypuszczano druki w drugim obiegu, relacjach, jakie łączyły poszczególnych twórców czy pracach nad różnymi książkami.

Najdonośniej w omawianej publikacji wybrzmiewają te ustępy i rozdziały, które zostały poświęcone wspomnieniom poszczególnych postaci. Illg wydaje się uważnym, przenikliwym oraz dobrym obserwatorem, który potrafi syntetycznie przedstawiać spostrzeżenia i wyciągać z nich wnioski. Jeżeli więc przywołuje znajomość Szymborskiej i Miłosza, to – poza dość literalną relacją, wskazaniem początków ich przyjaźni – zauważa, że „Komiczny był kontrast pomiędzy tą królewską parą”, gdyż poetka „nie znosiła wyczerpujących, poważnych rozmów i w sytuacjach towarzyskich najchętniej sięgała po żarty, paradoksy, absurdalne anegdoty”, gdy autor „Zniewolonego umysłu” „złakniony był rozmów istotnych”, a „żarciki w ogóle go nie interesowały”. Wiele w „Moim znaku” tego typu – na poły prywatnych, na poły oficjalnych – obserwacji, choć dominują ustępy poświęcone sprawom zawodowym (związanym na przykład z procesem wydawniczym, sporami o okładkę, organizacją życia literackiego i różnych kulturalnych wydarzeń).

Czytając tę książkę, trudno nie odnieść wrażenia, że zawarte w niej opowieści mają stanowić – jak poezja w rozumieniu Horacego – „pomnik trwalszy niż ze spiżu”. Nie jest to przy tym – co warto ponownie podkreślić – budowanie monumentu samemu sobie: Illga interesuje bardziej portretowanie przyjaciół, postaci zasłużonych dla polskiej (choć nie tylko) kultury i literatury, a także ujmowanie w faktograficzne ramy różnych historyczno-kulturalnych doświadczeń. W jednym z rozdziałów Illg pisze o Normanie Daviesie jako o dziejopisie – wydaje się, że tym określeniem równie dobrze można określić samego autora „Mojego znaku”. Choć jego książka ma charakter subiektywny i determinowana jest raczej sentymentami i własnymi sympatiami, to mimo to stanowi interesujące źródło cennych informacji na przykład o działalności wydawnictwa Znak i jego środowisku, wielu pisarzach i poetach, a także o szeroko rozumianych kręgach artystycznych ostatnich kilkudziesięciu lat.

https://lekkokrytyka.blogspot.com/2020/04/pomnik-trwalszy-niz-ze-spizu-jerzy-illg.html

„Mija dziesięć lat od pierwszego wydania tej książki (...). Gdy ukazała się w 2009 roku na 50-lecie Znaku, żyli jeszcze (...) Wisława Szymborska, Stanisław Barańczak, Andrzej Szczeklik, Seamus Heaney” – pisze w przedmowie do drugiego wydania „Mojego znaku” Jerzy Illg. Przywołuję te słowa nie bez powodu – pokazują one bowiem, jak zmieniła się (a przy tym: jak musiała się...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

241 użytkowników ma tytuł Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach na półkach głównych
  • 140
  • 98
  • 3
45 użytkowników ma tytuł Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach na półkach dodatkowych
  • 28
  • 8
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Tagi i tematy do książki Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach

Inne książki autora

Jerzy Illg
Jerzy Illg
(ur. 1950 w Poznaniu). Redaktor, wydawca, krytyk literacki, doktor nauk humanistycznych. Od 1983 roku redaktor, a od 1992 redaktor naczelny wydawnictwa Znak. W roku 1968 uczestniczył w pierwszych zlotach polskich hippies. W latach 1974-1983 pracownik naukowy na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego, z którego w stanie wojennym został wyrzucony z przyczyn politycznych. Przed 1989 rokiem publikował w pismach drugiego obiegu i emigracyjnych. W 1986 zorganizował w swoim katowickim mieszkaniu międzynarodową konferencję o Milanie Kunderze. Przeprowadził i opublikował w polskich i zagranicznych pismach („Res Publica", „Tygodnik Powszechny", „NaGłos", „Lettres Internationales", „Corriere della Sera") szereg wywiadów, m.in. z Wisławą Szymborską, Czesławem Miłoszem, Josifem Brodskim, Tomasem Venclovą, Kazimierzem Kutzem, Andriejem Tarkowskim, Zofią Hertz. Trzykrotnie uczestniczył w uroczystościach noblowskich w Sztokholmie (Brodski - 1987, Heaney - 1995, Szymborska - 1996),towarzysząc laureatom, których dzieła wydawał. W latach 1990-1997 był redaktorem pisma literacko-artystycznego „NaGłos". W 1997 i 2000 organizował Krakowskie Spotkania Poetów pod patronatem polskich noblistów. W 1998 roku zorganizował w Honnold Library w Los Angeles wystawę „Miłosz w obiegu niezależnym", towarzyszącą International Czeslaw Milosz Festival w Claremont, a w 2000 zrealizował w USA film dokumentalny Czarodziejska góra. Amerykański portret Czesława Miłosza (reż. M. Zmarz-Koczanowicz). W 2002 roku został prezesem Stowarzyszenia Poezja i Muzyka, które w latach 2002, 2003 i 2004 współorganizowało - wraz z University of Houston - Krakow Poetry Seminar z udziałem 15 poetów amerykańskich i 15 polskich. W 2006 roku uhonorowany irlandzkim stypendium Fundacji Heinricha Bölla.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach przeczytali również

Tyrmandowie. Romans amerykański Agata Tuszyńska
Tyrmandowie. Romans amerykański
Agata Tuszyńska
„Tyrmandowie. Romans amerykański” to interesująca opowieść o związku i małżeństwie Leopolda Tyrmanda i jego trzeciej żony, Mary. Oprócz wspomnień książka zawiera wiele listów i unikatowych zdjęć. Poznali się w roku 1970. Ona miała zaledwie 23 lata, on – 50. Ona jeszcze robiła doktorat z iberystyki i szukała życiowych wzorców. On, mimo że przebywał w Stanach Zjednoczonych dopiero od czterech lat, miał już tam ugruntowaną pozycję jako dziennikarz i pisarz antykomunistyczny. Zaczęło się od listu, który Mary Fox napisała na adres redakcji. Tak naprawdę wszystko zaczęło się między nimi właśnie od korespondencji, która trwała nieprzerwanie do śmierci Leopolda, bo pisali do siebie podczas każdej rozłąki, jeśli nie listy, to chociaż kartki pocztowe. Po latach wdowa udostępniła te cenne pamiątki Agacie Tuszyńskiej, a także w rozmowach opowiedziała o swoim życiu ze znanym pisarzem. Całość układa się tu w miłosną historię, która początkowo mogła zapowiadać się jako romans, przelotny związek, z których Tyrmand był znany. Okazało się, że spędzili ze sobą 15 lat. Pobrali się, mieli dwoje dzieci i – jak podkreśla Mary – nigdy nie nudzili się w swoim towarzystwie, bo zawsze dużo rozmawiali. Na każdy temat, Dowodem tych rozmów są właśnie listy (to też rodzaj komunikacji). Oboje piszą w nich właściwie o wszystkim, od codziennych drobiazgów i zakupów po wrażenia z przeczytanych książek i obejrzanych filmów. Dużo dowiadujemy się też z książki o żydowskich przodkach obojga małżonków. Bardzo ciekawa jest historia rodziny Foxów, zwłaszcza matki Mary, która prowadziła ekscentryczny tryb życia. Całość napisana i skomponowana jest bardzo ciekawie. Trudno oderwać się od lektury nawet jeśli zna się biografię Tyrmanda. I emocjami czyta się listy. Dziś już mało kto prowadzi taką korespondencję. A szkoda.
allison - awatar allison
ocenił na72 lata temu
Książki i ludzie: Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej Barbara Łopieńska
Książki i ludzie: Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej
Barbara Łopieńska
Rozmowy o książkach, tych z dedykacjami i tych bez dedykacji, tych skazanych na zesłanie do piwnicy i tych z nocnego stolika, poezji i prozie, fascynacjach literackich i nawykach czytelniczych, ulubionych księgarniach i ulubionych kawiarniach, sporze o Manna i Prousta, także o tym, że „w pewnym wieku człowiek już wie, czego szuka - szuka potwierdzenia i pogłębienia swoich spostrzeżeń.” Książka wielu wzruszeń, nie tylko dlatego, że większość z rozmówców, również autorka, odeszła już z doczesności do wieczności, również dlatego, że bohaterowie nie gonią za wydawniczymi nowościami, cenią klasyków i ponadczasowe wartości. Paweł Hertz, 1918-2001, pisarz, tłumacz i wydawca, zachwala poufny dziennik Bretończyka: „Mam jeszcze pod ręką „Pamiętniki zza grobu” Chateaubrianda. Czytam sobie, po kilka rozdziałów, i za każdym razem jest to olśniewające.” Marian Brandys, 1912-1998, prozaik i reportażysta, autor spostrzeżenia „nie jest trudno odróżnić dobrą literaturę od złej, dużo trudniej jest odróżnić dobrą literaturę od pozornie dobrej” rozmowę kończy żartobliwym tonem: „Na grypę najlepszy jest Prus.” W rozmowie „Warsztat musi być czynny” Ryszard Kapuściński, 1932-2007, polski reportażysta publicysta i fotograf, autor uwielbianego przeze mnie zwrotu „szarża na szkatułę”, do odszukania w powieści „Cesarz”, podkreśla znaczenie literatury nasyconej głęboką refleksją. „Ważna na świecie literatura jest nasycona refleksją, rozważaniem, zamyśleniem. Bo na świecie są dwa typy czytelnika: czytelnik literatury masowej - przedłużenia serialu telewizyjnego, który jak nie może z przyczyn technicznych oglądać serialu, sięga po książkę - i czytelnik wysmakowany, wdzięczny, którego bawi refleksja nad światem.” Książka wydana w roku 1998.
Jeanne - awatar Jeanne
ocenił na81 rok temu
Czytadła. Gawędy o lekturach Agnieszka Osiecka
Czytadła. Gawędy o lekturach
Agnieszka Osiecka
Nie jest żadną tajemnicą, że uwielbiam książki o książkach. Wciąż mi mało ciekawych felietonów, esejów, komentarzy na temat przeczytanych lektur, bibliofilskich pragnień i czasu, którego i tak zabraknie na poznanie wszystkich książek z osobistych list każdego czytelnika. Agnieszkę Osiecką lubię bardzo za jej pisanie na tematy różne, za fotografie. Nie jestem fanką tekstów piosenek, nie wrócę pewnie do opowiadań jej autorstwa, ale felietony i luźne przemyślenia, i rozmowy są ciekawe, skrzą się humorem, pokazują Agnieszkę otwartą, ciekawą ludzi, spostrzegawczą. We wstępie książki, napisanym przez Agatę Passent, czytam, że teksty zebrane w Czytadłach... trudno zaszufladkować. Nie są to bowiem typowe, profesjonalne recenzje z książek, nie są to również literackie eseje. Mam wrażenie, że słowa Osieckiej to, podobnie jak wypowiedzi Szymborskiej, komentarze na temat przeczytanych lektur, w których odnaleźć można mnóstwo osobistych przemyśleń czy wspomnień. Teksty obu autorek były wcześniej publikowane: Wisława Szymborska pisała m.in dla Gazety Wyborczej, Agnieszka Osiecka dla Życia Warszawy. To, co łączy obie panie, to lekkie pióro, interesujący dobór lektur (choć przyznać trzeba, że nasza noblistka była w tym temacie bardziej nieprzewidywalna) i luźne bardzo podejście do opisywania książek - mnóstwo dygresji, raczej pozytywny stosunek do każdej przeczytanej pozycji, nieustawianie się w pozycji wielce krytykującego krytyka. To nie tak, że im się wszystkie czytane książki podobają, ale autorki unikają ostrych i kategorycznych opinii w myśl zasady, że gusta są różne i po co kogoś negatywnie nastawiać do książki, która może stać się ulubioną nawet, choć mnie się wydaje co najwyżej przeciętnym czytadłem. Jak słusznie zauważa autorka Czytadeł "oczywiście każdy pisze, jak chce. Ale każdy też czyta, jak chce". Bez zbędnych słów, bez przydługich opisów, bez nadęcia. Lektura tekstów Osieckiej to czysta przyjemność i obowiązkowa pozycja na liście każdego bibliofila (i miłośnika książek o książkach).
Justyna - awatar Justyna
oceniła na72 lata temu
Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Joanna Szczęsna
Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny
Joanna Szczęsna Anna Bikont
Biografia pisana z zachowaną chronologią faktograficzną, z referencyjnymi wierszami, fotografiami , tym schematem kompendium ale jednak podskórnie wyczuwa się inną konwencję, w lekkim intencjonalnym rozedrgani u na rzecz pochyłu do snucia mieszaną techniką, tą reporterską i po trosze techniką fabularyzacji. I w tym jeszcze siła słowa publicystycznego autorskiego duetu: oszczędnego, precyzyjnego jak w wierszach Szymborskiej. Skrojono ten tekst-dokument rozdziałami o tytułach zwierających esencjonalne zdarzenia tego wyjątkowego życia, bo ten spis tytułów stanowi już sam w sobie jego biogram. Publikacja jest drugą tych autorek edycją wzbogaconą, w rok śmierci noblistki w wydawnictwie Znak, aby wpisać się na listę biografów noblistki w miejscu pierwszym, zanim nie zacznie się licznie zapełniać, wszak błyskotliwość intelektualna tej poezji niejednego pokusi aby na nowo odkrywać to życie, aby znaleźć niechby po części : jak, skąd, dlaczego. Jak ułożyć biografię osoby nobilitowanej, która w tej materii milczy, odrzuca każdą zachętę do odsłony swojego życia zasłaniając się własną osobliwą argumentacją, że mówienie o sobie zuboża, okrada „zasoby wewnętrzne” jedyny walor jaki się w sekrecie nosi. Niełatwo poskładać strzępy informacji z relacji przyjaciół, znajomych, z dossier noblistki ( dokument filmowy Larsa Helandera, Katarzyny Kolendy-Zalewskiej, kroniki filmowe, fotografie medialne… ),z jej spuścizny literackiej, z dedukcji, charakterystycznej dla osobowości Anny Bikont wyrobionej profilem zawodowym… bez konfrontacji z osobą, której to wszytko dotyczy. Ale autorki poszły na całość własną taktyką, napisały w zarysie to co się zdobyło i dały do przeczytania ( skorygowania) Szymborskiej, bardzo taktownie, ona wreszcie padła ofiarą tego podstępu. Zwykle biografia odpryskiem odmalowuje tła: polityczno-historyczne, artystyczne, społeczne, egzystencjonalne… jakby scenografie na scenie życia na której gra swoją rolę osoba opisywana. Tak i w danym przypadku jak w panoptikum w zamyśle autorek jest rzut na Zakopane, Kórnik wielkopolski, Toruń i Kraków, każdy w innym czasie historycznym. Zakopane w przełomie wieku XIX i XX wieku kiedy było magnesem dla elit artystyczno-naukowych, i tych wszystkich o wątłym zdrowiu ściąganych dla zapobiegliwości w górskie klimaty. Tak i Wincenty Szymborski z wykształcenia administrator, przeprowadza się w bezpieczne zakopiańskie rewiry (podatny na gruźlice),znajduje pracę jako zarządca u pryncypała hrabiego Zamoyskiego, tam też wieku 47 lat spotyka miłość życia. Późnożeństwo jest domeną jej klanu rodzinnego ( dziadek po stronie miecza). Kiedy po latach Szymborska z sentymentu notorycznie odwiedza Zakopane, nieraz spojrzy na restauracyjkę w Kuźnicach gdzie stał jej rodzinny dom , na dwór Władysława Zamoyskiego właściciela dóbr tatrzańskich w przełomie wieków u którego pracował przez 30 lat jej ojciec ( w ich domu był kult Zamoyskiego) , lub na willę zakopiańską kolegi jej ojca Franciszka Kosińskiego, albo z przypadku właziła do knajpy Kir, której właściciel w ramach wdzięczności pokoleniowej dziękował za odsprzedaż przez jej ojca jego dziadkowi grunt, na którym wyrósł ten rodzinny biznes. Miejsca naznaczone jej sagą rodzinną, niektóre mające status historyczny. Niezatarte były uroki wielkopolszczyzny, odbierane jeszcze niepełną świadomością, ( była małym dzieckiem) gdzie przyszła na świat, te swojskie sielskie klimaty i plenery; jezioro, las, łąki. I pierwszy jej w byt w formule życia mieszczańskiego w Toruniu, do piątego roku życia, który już wyłapywał co nieco. A potem Kraków przedwojenny i w awersie powojenny. Czym on się różnił dla lat adolescencji i młodzieńczości. Jak bardzo wciska się zakreślona przez autorki aura życia inteligencji ziemiańskiej w Krakowie w dekadzie przedwojennej, wypisz wymaluj klisza zbytkowego statusu zachodniego w drugiej połowie XX wieku. W afirmacji subkulturowej była pogoń za wzorcami z kina i idololatrią, za modą łamiącą konwenanse (żaboty, gorsety do lamusa) jak sukienki do kolan z paskiem dla ekspresji seksapilu, był lans i szpan w manifestacji pozycji w hierarchii społecznej ( bryczki z zaprzęgiem pary koni i automobile, apartamenty wielopokojowe z imitacją łazienek, aneks z wanną…).Były spacery w parku Jordana z obfitością atrakcji na łonie natury, na Błoniach, po Plantach nawet dziedziniec Wawelu był miejscem dziecięcych igraszek. Były prywatne elementarne szkoły z wysokim poziomem edukacji, katolickie licea z dyscypliną ubioru niejako logo przynależności, Zamiast kawiarni cukiernie z delicjami ( Splendide, Maurizio, Piasecki…) lodami. Nie było w umysłach dorastających świadomości zagrożenia ( kiedy nazizm w sąsiedztwie wzbierał w siły a psychoza wojny weszła tuz przed jej wybuchem),była radość i swawola i uciecha z byle czego. Gdy się wnika wizualizacją w tamto międzywojenne krakowskie życie, ujmuje rzecz, ze ten okres w świadomości wykreował się fałszywie, a był ł to okres dostatku i standardu dla warstwy średniej jak na owe czasy, radości dziecięco-młodzieńczej, okres kina, idoli, wszelkich zabaw w każdej scenerii, były banalizm marzeń jak dzisiaj : bycie gwiazdą, kobietą wampem, lub innym typem gwiazdorstwa lub fanfaronady jak obecnie celebryctwo. Wojenny Kraków to okres cezury, życie w niepewności , w ostrożności w konspiracji. Tajne komplety, robienie czegokolwiek dla egzystencji najlepiej w dziedzinie nie zagrożonej wywózką, unikanie miejsc publicznych kiedy czas łapanek, rewizji, obław. I te rojenia o wolności które było jak chimera, kiedy codzienność dostarczała dowody na brak nadziei. I w tej aurze iluzji, po pięciu latach skradł się drugi totalitaryzm wypychając ten bardziej krwiożerczy, i rozlewał się inną taktyką i obietnicą. Kraków powojenny to lizanie ran, głód na kulturę ( poranek literacki w Starym Teatrze tuż po wyzwoleniu z recytacją wierszy Miłosza, Przybosia, Adama Włodka…),euforia pokoju i inna świadomość polityczna, inna egzystencja. Świat literacki dostał w prezencie kamienicę na Krupniczej 22, literaci bez dachu nad głową ale z zapałem i weną, zapełnili ten gmach w kohabitacji, a dyskretne oko dyktatu władzy miało wejrzenie na całość zarodka krakowskiej inteligencji twórczej. Tam też, po mariażu z Adamem Włodkiem z Radziwiłłowskiej przeniosła się Szymborska, do męża, który zajmował poddasze oficyny. To on był pierwszym czytelnikiem jej wierszy, pierwszym jej mentorem i korektorem , połączyła ich wspólna pasja i zapewne podobny stosunek do spraw egzystencjonalnych , w awersji do sybarytyzmu. A atrakcyjna Szymborska mimo staropanieństwa wszak miała 26 lat, wpadała w oko niejednemu. Czy tylko to złudne zauroczenie poniosło ich do ołtarza, bo ten związek okazał się krótkotrwały, zaledwie pięć lat. Czy prawdziwą jest argumentacja Szymborskiej, że „Adam był taki naturalny i a kobieta przy nim nie musiała niczego udawać”, aczkolwiek wybrzmiewa ona jej dyplomacją. Jakby znikąd spadł przywilej i łaska pomieszkiwać obok: Andrzejewskiego, Gałczyńskiego, Szaniawskiego, Różewicza, Kisielewskiego, Słomczyńskiego,… którzy wkrótce staną się trzonem elity literackiej. Twórczy umysł nie schlebia próżności i nudzie, to małe mieszkanko Szymborskiej i Włodka stało otworem dla wszystkich: odbywały się notorycznie herbatki, spotkania, konkursy, gry literackie, zabawy w żywe obrazy lub scenki rodzajowe. Nie przeszkadzały toalety wspólne na korytarzach, dochodzące zapachy ze stołówki, jakiś rozkwit grzyba ściennego, a sam budynek bez dozoru i remontu marniał i i chylił się ku stanowi nieużyteczności. Ale domeną Krupniczej 22 było życie towarzyskie, śmiano się i bawiono jakby odrabiano stracony czas. Byli młodzi i kreatywni, wizja rodziny była zmyta wizją własnej samorealizacji i dzieła. Gdzieś tam w tle skończył się pluralizm partyjny (PPS z PPR),nowa ideologia wchodziła siłą indoktrynacji wszędzie, wstawiając swoje reguły w życiu codziennym. Z butami wszedł stalinizm, okres fanatyzmu i apoteozy jego ideologią, nikt nie dostrzegał patologii i toksyny tego systemu, wręcz on tak lepko ściągał ku sobie akolitów. Szymborska za przykładem mężem weszła w grono partii, stała się członkiem i agitatorką w swoich wierszach. Dla nich, młodego małżeństwa zmiana zasad egzystencjonalnych : zmiana własności prywatnej na rzecz własności ogółu, odgórny tryb zarządzania wszystkim, plany rozwoju bez racjonalizmu a pełne utopii, były bez znaczenia i wydźwięku. Faworyzowali kult władzy bez głębszej analizy historycznej, nawet ten socrealizm w aspekcie kultury (wszystko w imię ideologii),nie był aż taką przeszkodą. Jeszcze nie widziano skutków tej ekspansji, trzeźwość myślenia zacierana była propagandą i demagogią. Kiedy doszło do pierwszych spięć a potem odwilży, oczy się przecierały, świadomość stanu rzeczy wracała z impetem. Zagrożeniem dla autokracji była zawsze inteligencja, jej siła werbalna i publicystyczna. Dlatego rzucono całą metodologie agenturalną na Krupniczą, donosy stały się narzędziem kontroli i wyrazem lojalności, czysty ideologicznie życiorys był walorem. Podpisy elity literackiej ( Szymborska ) pod petycją w wyrazie potępienia kościoła w sfingowanej aferze kleru krakowskiego w 1953 roku, był świadectwem posłuszeństwo i dyscypliny. Stalinizm był apogeum indoktrynacji i despotyzmu i dyktatury, po odwilży, z roku na rok ten potencjał spadał, nonkonformizm zataczał szersze kręgi, skutkiem czego Szymborska zrzekła się członkostwa, w Solidarności z Kołakowskim jako jedna z 12-stu powiększyła listę bezpartyjnych literatów, manifestując sprzeciw wobec systemowi. Tym samym stała się figurantką, inwigilowaną. Dumą Krakowa po wojnie w kontekście publicystyki były: „Życie Literackie” i „ Tygodnik Powszechny” tygodniki z nakładem ogólnokrajowym oba o profilu kulturalno- społecznym, pierwszy skłaniał się ku publicystyki literackiej drugi w nurcie religijnym, aczkolwiek nie do końca. Pierwszy był miejscem angażu Szymborskiej spędziła w redakcji 15 lat, w funkcji szefa działu poezji, potem prowadząc rubrykę Poczty Literackiej, gdzie humorem i ironią zajęła się interpretacją nadesłanej amatorszczyzny w wierszu i próbkach prozy. Naczelnym redaktorem był Machejek, a jego stylizacja pisania nazwana jako machejkizmem, przybrała stygmat pustej frazeologii, bełkotu komunistycznego w podtekście agitacji, stylizacji wybitnie tendencyjnej przy braku treści logicznej. W początkach demokracji i w 1900 roku pismo musiało pędem następstw zakończyć swoją żywotność i zatrzeć zły ślad po sobie. Zycie w aglomeracja Krakowskiej, jako pokłosie dyktatu komunizmu nie było łatwe, w kontekście rezydowania na przekładzie Szymborskiej z jednej klaustrofobii przechodziło siew drugą. Po 15-stu latach zamętu na Krupniczej otrzymała przy rogu 18-tego Stycznia i Nowowiejskiej fabrykat komunizmu, ciasny nieegzystencjalny metraż, z osobną kuchnia i łazienką, jako symptomat progresu. I tak to była nobilitacja gdzie głód mieszkaniowy osiągał szczyt, a rodziny pokoleniowe ocierały się o siebie w jednym wspólnym mieszkaniu. Po Noblu zdobyła się na większy rozmach w postaci mieszkania dwupokojowego, a i tak powściągliwy wobec zasobów jakimi już dysponowała, widać, ze materializm nie był jej po drodze. Ale poszła dalej za luksusem w jej mniemaniu , aby sprostać po- noblowskiej pańszczyźnie zatrudniła sekretarza, młodego, chłonnego na wiedzę humanistyczną studenta, który pełnił swoje obowiązki aż do jej odejścia. Autorki bardzo sugestywni podsyłają odbiorcy obraz tamtych czasów w aspekcie kultury. Dominowała telewizja, jedno-programowa ale znakomite seriale: Colombo, Niewolnica Izaura, Dynastia…wymiatały z ulic tłumy. Szymborska sama nie lubiła snobistycznego teatru, zachwycała się tym czym zwyczajny szary człowiek z krwi i kości , dobrym kinem, dobrą pop muzyką ( Ella Fitzgerald),książką każdego rodzaju i wcale nie w afirmacji literatury pięknej, wakacjami w górach po sezonie, wypadem za granicę ale nie fanaberyjnym zwiedzaniem muzeów i architektury minionych epok danej kultury. Lubiła się fotografować przy egzotycznych nazwach miejsc, zbierała pocztówki ale nie dla snobistycznej kolekcji, ale dla obdarowywania nimi w zmodyfikowanej formie w postaci wyklejanek, wszystkim swoim znajomym. Te nowe czasy w konkurencji wolnorynkowej, pozwalały korzystać ze wszystkich dóbr, ale wszelkie dobra materialne, przepych, inwestycje, pomnażanie kapitału… to całe powinowactwo kapitalizmu nie było jej domeną, jak w każdym niemal środowiska artystycznym, gdzie sztuka ( w danym przypadku poezja) jest sensem i apriori. Anna Bikont i Joanna Szczęsna w tej biografii sprytnie uciekają od źródeł determinacji takiego wariantu kobiecego życia, gdzie macierzyństwo zostało odrzucone z wyboru ( albo było niemożliwe o czym nie wiadomo). Co więcej sprawy serca, potraktowano w sposób oględny o ile nie zdawkowy. Jak sama poetka mówi w jej życiu było wiele miłości, a wymienia się tylko jej małżeństwo i konkubinat. W rzeczy samej ten wyrzut „wiele miłości” też jest pretensjonalny, bo nie sposób aby w środowisku literackim, tak hermetycznym i plotkarskim jak na Krupniczej, nie zauważono flirtu atrakcyjnej i inteligentnej kobiety. W tej kwestii wiele się przemilcza, nie docieka się osobliwości kobiecej, która z natury predysponowana jest do prokreacji i macierzyństwa. Gdzie prawda , a gdzie maska w tej materii. Idąc tą drogą analizy, sugestia kieruje w dzieciństwo gdzie są wszystkie zaczyny decyzyjności dorosłości. Jej „histeryczna miłość do ojca” pewnie coś stygmatyzuje, zapewne kamuflowana pretensja matki ( jej zgoda na małżeństwo wynikała ze strachu przed staropanieństwem z racji braku populacji męskiej po wojnie ) do losu, gdzie związek z jej strony wynikał bardziej z rozsądku i wygodnictwa niż z namiętności, rola ojca jako rodzica dojrzałego pod każdym względem i rodzica zbyt parenetycznego, poniekąd co skutkowało zaszczepem miłości do literatury. Szymborska nie wzbrania się za każdym razem aby wejść w takie rewiry tematyczne, sięgające esencji każdego życia jakby była to niedotykalna sfera tabu. Co wskazują jej wiersze, gdzie ponoć jest całe jej życie i myśli. Autorki nie podejmują tego wyzwania, zachowując stricto zasady w preparacji biografii jako dokumentu. Autorki omijają podszepty jakie idą z życia Szymborskiej . Być może znajomość z Adamem Włodkiem, gdzie ona jak i on w profesjach takich samych, o podobnej mentalności, gdzie umysły twórcze dla lepszej ekspresji potrzebują wzajemnego pasożytniczego żeru z symbiozy bliskiej relacji, została sfinalizowana małżeństwem z racji niezbyt oczywistych, ale na pewno zakończyło się fiaskiem bo uczucie Szymborskiej bezpowrotnie wygasło. Bo na tym polu bez żadnego żaru i oplotu, jest zgoda na przyjaźń bez zazdrości z Włodkiem, jest przyjaźń z jego następną partnerką, Ewą Lipską, nic więc nie przeszkadza w takich relacjach, i nic nie popycha do piołunu i żalu. Jej konkubinat w wieku już ustabilizowanym i przemyślanym, ze słynnym literatem krakowskim Kornelem Filipowiczem, wskazuje na podobny schemat relacji. To samo środowisko zawodowe, autorytet i afekt. I dopóki w tym świecie serce drga, związek żyje. Filipowicz, od młodości zwracał uwagę Szymborskiej, gdzie w tym środowisku literackim jej spojrzenie wyłapywało męską aparycję: wysoki, przystojny, modnie ubrany, miał nadto tą wartość dodaną po UJ (biologia) i o wrażliwości łaknącej pożywnego pokarmu ( sztuka-pisarstwo),był obiektem zainteresowania wielu kobiet. Jego żona wybitna awangardowa rzeźbiarka, malarka Maria Jarema ( wdg jej projektu stoi rzeźba Fortepian Chopina przy Franciszkańskiej 52 w Krakowie w scenerii Plant ) zmarła nieoczekiwanie w 1958 roku. Był wdowcem po konsolacji, los a na pewno sugestywne zabiegi, połączyły dwie pokrewne dusze. Ona zaangażowana była w sposób nawet ostentacyjny w cały świat partnera, co dowodzi jej emocji. Zasób faktograficzny, liczne odniesienia do wierszy, opinie znajomych i świata literackiego, są wystarczającym aby stanowić punkt wyjścia, fundament do własnej eksplikacji w aspekcie genezy; co w sobie niosła ta osobowość, że jej dzieło zadziwiło świat. Bo w tejże biografii nie ma odpowiedzi, niechby z przekory aby czytelnik doszedł sam do własnej konkluzji. Była pierwszą polska noblistką w dziedzinie poezji ( bo Miłosz pisał także prozę),noblistką wiersza białego. Wszak była zwyczajną, bez preferencji charakterologicznej pośrodku miedzy ekstrawertykiem a introwertykiem bo lubiła towarzystwo i odskocznię w samotność, W sposobie bycia i konsumpcji życie była pewna równowaga i szczerość, bo jeśli podróże to nie za wszelka cenę zwiedzanie, jeśli książka to nie tylko ta ambitna ale każdego rodzaju, jeżeli rozrywka kulturalna to łatwe w odbiorze kino niż refleksyjny teatr, jeżeli pasja kolekcjonerstwa to nie snobizm drogich antyków tylko zwyczajność bibelotu, kiczowate gadżety, widokówki. Ceniła przyjaźń jako substytut wsparcia, którego brakło z racji pokrętności losu i bezdzietności, skromność, przeciętność, normalność i dyskrecję, jako relikt metody wychowawczej ojca. Stała z boku wobec świata i jego dziejów, jak spekulujący w myślach spektator, aby coś wyłapać i utrwalić. Brak rodziny dzietnej nie wybudzał w niej prozaicznych aktywności jak chociażby np. pogoń za pieniądzem aby wyścielić przyszłość potomstwu, czy fascynacji kulinarnych, zabiegania domowego… No więc gdzie szukać w tej zwyczajności geniuszu pisarstwa i jego symptomatu. Nic nie rodzi się z próżnego dzbana, samoistnie, dziedzictwo talentu i predyspozycji jest niemałym wkładem w sukces ale niewystarczającym nieraz w proporcji zbyt małym. Musi być pasja i zacięcie i rozkosz z robienia czegoś co się upodobało. Szymborską uwiodła matematyczna zabawa ze słowem , to „wyciąganie ze słownika tych odpowiednich …‘’ aby celnie stworzyć impresje, przekaz, aforyzm…i co jeszcze. A w tej zabawie słowem wariacja zestawień nie zna limitu i ten atrybut zabawy kosz , do którego wrzuca się co zapisano, aż do momentu kiedy na biurku zostanie ten ocalony skrawek z intuicji. Miniaturki w prozie były zbyt opisowe, rymy same w sobie się przejadły, a faktem jest że nie dla rymu tworzy się wariacje słowną ale dla przekazu myśli i i dla myślenia. Z drugiej strony nie łatwo zrobić konstrukcje takich zestawień, „rodników”, metafor schludnym, oszczędnym słowem, które poruszą ludzką wrażliwość bez przymusu i sugestii, im bardzie trudne tym bardziej ekscytujące. Tak jak Schultz w prozie poetyckiej, pod opisem malował metafizykę i mistycyzm rzeczywistości całą paletą barw- słów i metaforyzacją, tak Szymborska pod lakonizmem ujmuje prawdy w wierszach, które tak łatwo nie trzymają się w świadomości a kiedy wpadną w innej oprawie siedzą tronnie w jej zaułkach. To czytelnictwo od dzieciństwa najpierw delikatnie zaraża (Konopnicka, Verne’a ),im większe tym bardzie wchodzi w krew, Szymborska mając 14 lat przeczytała Dostojewskiego, mniej lub bardziej rozumiejąc meritum treści, potem szokujący Mann i Montaigne i Proust… Pod wrażeniem chce się pisać tak jak oni, dyskretnie, do szuflady, tylko obawa czy aby to na sprzedaż. Nieraz los tak pokieruje, że wpada się w środowisko jakże kongruentne z pasją, w którym jest weryfikacja i wzorzec i tendencje i szlif. W jakiej materii pisać staje się dylematem. Jej wiersze o doświadczeniu wojny padły w rywalizacji z ikonami tej tematyki : Różewiczem, Herbertem. Więc może po prostu o wszystkim, tudzież o nowym systemie który daje ślepą gwarancją pokoju. O wszystkim , „sprawach małych” których szarość życia nie dostrzega, i „tych wielkich ale z dystansu”, i swojej nowej wizji z przemyślenia. Konieczne jest to całe nienazwane akcesorium: przenikliwość intelektu, mądrość, asocjacja, wnikliwa percepcja które płynie w genach. I jeszcze zmysł selekcji, wyczucie z idące ze szlifu warsztatu pisarskiego. Czy koneksje przetarły drogę do Nobla ?. Czy to zasługa talentu szwedzkiego tłumacza Bodegarda, czy marketing Leonarda Neugera dyrektora Instytutu Slawistyki na Uniwersytecie Szwedzkim, czy świetne tłumaczenia Karla Dedeciusa, które zaowocowały przyznaniem Szymborskiej Nagrody Goethego? Jest regułą, ze najpierw ta drugorzędna pod względem prestiżu nagroda wysyła sygnał w świat o walorze dzieła, Tokarczuk za znakomite Bieguni przyznano The Man Booker International Prize, w przypadku Szymborskiej zadziałał ten sam schemat, Nobel po Nagrodzie Goethego wisiał w powietrzu. W sentencji w laudacji pogrzebowej „zostawiła sporo do myślenia” zawiera się sens życia i dorobek.
benek - awatar benek
ocenił na101 rok temu
Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego Krystyna Czerni
Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego
Krystyna Czerni
Lektura tej książki to właściwie ukoronowanie mojej fascynacji osobą Nowosielskiego. Malarza, filozofa, też trochę teologa, ikonopisa i osoby o fascynującej, ale też pogmatwanej i tragicznej (trochę na własne życzenie) biografii. To chyba zasługa też Nowosielskiego (jako teologa prawosławnego),że w zasadzie na przemian ( jedna niedziela cerkiew, następna kościół parafialny) uczęszczam na msze katolickie i te celebrowane w obrządku prawosławnym. To dzięki Nowosielskiemu w zasadzie po raz pierwszy odwiedziłem Łódź, gdzie w ubiegłym roku w tamtejszym muzeum odbyła się wystawa prac (tych wcześniejszych) Jerzego Nowosielskiego. W tym roku (przed chwilą powitałem miesiąc czerwiec)ścienny kalendarz to ten wydany przez wydawnictwo Bosz z ikonami Jerzego Nowosielskiego. A biografia Nowosielskiego, którą otwiera cytat Różewicza (polecam korespondencję słynnego poety i niemniej słynnego malarza)? Znakomita. Nie jest to laurka, ale widać, że jej autorką była osoba która była zafascynowana Nowosielskim. Zafascynowana i zaintrygowana jego wyborami życiowymi, które doprowadziły go na szczyty artystycznej sławy, ale nieopuszczająca swojego mistrza, kiedy pod koniec życia na rynku w Krakowie za parę groszy brakujących na kolejną flaszkę obdarowywał turystów jakimiś swoimi rysunkami, szkicami, czy robionymi w pięć minut portretami, będących dzisiaj utrapieniem tych, którzy chcą skatalogować dorobek malarski Nowosielskiego. Wrażenie robi też kończący książkę rozdział poświęcony kobietom Nowosielskiego, chociaż Krystyna Czerni uważa, że Nowosielski właściwie nie był kobieciarzem. Kobiety pełniły w życiu Nowosielskiego rolę Muz. Jako ciekawostkę muszę wspomnieć o okresie łódzkim w życiu Nowosielskiego, kiedy współpracował z tamtejszymi teatrami lalkowymi. Proszę sobie wyobrazić plakat (jest zdjęcie tego plakatu) bajki "Krzesiwo" Hanny Januszewskiej do którego scenografię wykonał Nowosielski, a muzykę skomponował... Krzysztof Penderecki. Autorka podaje też, że z tamtejszymi tatrami lalkowymi współpracował też... Tadeusz Kantor. To były czasy. Bardzo, bardzo polecam.
werblista - awatar werblista
oceniła na911 miesięcy temu
Korczak. Próba biografii Joanna Olczak-Ronikier
Korczak. Próba biografii
Joanna Olczak-Ronikier
Och. Cóż za tytaniczna praca. Ta biografia (czy jak skromnie podaje autorka: próba biografii) to pokaz wiedzy, możliwości, prezentacja czasów, ludzi, wspomnienie bliskich, a także opowieść o pojedynczym człowieku. Z pewnością jest to też próba zmierzenia się z własną matką, która pisała o Korczaku zaraz po wojnie. Tak naprawdę wszystko to co Henryk Goldszmit zrobił w swoim życiu zostało przysłonięte jego ostatnim niewyobrażalnie heroicznym czynem. Tragiczny marsz wychowanków domu dziecka na Umschlagplatz jest poruszającym i niezwykle znamiennym obrazem tamtych czasów. Siłą Olczak - Ronikierowej jest fakt, iż tłumaczy jego zachowanie, jego ostateczny wybór bez patosu i niepotrzebnej górnolotności. Odbrązawia Korczaka, ale też nadaje mu znamiona normalności, przywraca mu ludzkie oblicze, które z trudem wychyla się zza spiżowego pomnika ogólnej pamięci. Pokazuje, że za jego sukcesem, za jego nowatorskim podejściem do dzieci stało wielu innych, jak choćby Stefania Wilczyńska, bez której Dom Sierot byłby niekompletny. Autorka zwraca też uwagę na wszystkie aktywności wychowanków, którzy wcielając w życie kolejne pomysły Doktora, tak naprawdę sami je tworzyli, byli ich głównymi bohaterami, beneficjentami, sensem. Bardzo podoba mi się to, że autorka tak szeroko nakreśla tło społeczne i obyczajowe, adekwatne do każdego poszczególnego rozdziału, etapu życia Korczaka. Przybliża więc czasy zaborów, proces asymilacji rodziny Goldszmitów, młodość i pierwsze kroki zawodowe Korczaka na tle ówczesnego warszawskiego świata medycznego. Z całą potęgą rozprawia Ronikier o bezsensie wojny rosyjsko - japońskiej, której uczestnikiem był nasz bohater. Każdy kolejny krok milowy w jego biografii opatrzony jest rozbudowanym i wnikliwym opisem tamtej rzeczywistości, co niezwykle wzbogaca opowieść, ale też za każdym razem wiele wyjaśnia. To ludzkie, zwyczajne, analityczne podejście do legendy wymagało odwagi, ale przede wszystkim pewności, że to co chce się pokazać jest prawdziwe, rzetelne i wiążące. Pewien niedosyt pozostawi luka jaka obejmuje życie prywatne Korczaka. Ponadto niektórych może dręczyć rozbudowane tło obyczajowe, inni przyczepią się do wielokrotnych wtrąceń dotyczących rodziny Mortkowiczów (tak, czasem słowa autorki brzmią chełpliwie),ktoś może zarzucić, że Korczak nie jest bohaterem pierwszoplanowym opowieści. Wszystko to prawda, jednak całość przedstawia niezbywalną wartość i udaną próbę pokazania człowieka i jego czasów. Potrzeba jednak czasu i cierpliwości, by zmierzyć się z próbą biografii Korczaka autorstwa Joanne Olczak - Ronikier. buchbuchbicher.blogspot.com
BuchBuch - awatar BuchBuch
ocenił na97 lat temu
Czarny ogród Małgorzata Szejnert
Czarny ogród
Małgorzata Szejnert
Trafnie napisał Kazimierz Kutz w swym posłowiu, że "Powstało imponujące dokonanie sztuki dziennikarskiej, zachwycająco bogate, zawsze konkretne, ale obiektywne". Sięgnęłam ponownie na półkę z książkami po tę fantastyczną opowieść o zagmatwanych losach Ślązaków i prawdziwym tle ich "niemieckich powiązań". Gdyby niektórzy politycy zechcieli przeczytać "Czarny ogród" z pewnością przestaliby snuć farmazony o "niemieckiej opcji". Otóż mamy istne dzieło, co do którego nie mylił się Kazimierz Kutz, znakomicie udokumentowane dzieje mieszkańców Górnego Śląska, tych zwykłych, harujących z dziada pradziada, ale i genezę powstania magnaterii przemysłowej najpierw z nadania cesarza Leopolda I Habsburga, a potem i kanclerza Bismarcka. Jesteśmy świadkami narodzin gigantycznych majątków, budowy pałaców i zamków, ale i ich upadku. Poznajemy kulisy powstania w XIX wieku Giszowca i Nikiszowca, górniczych dzielnic, które i dzisiaj mogłyby stanowić wzór nowoczesnej urbanizacji i socjalnych beneficjów, gdyby... No właśnie, gdyby. Książka Małgorzaty Szejnert to gotowy materiał na serial Netflix'a, to kopalnia wiedzy o czasach minionych, bez której teraz nie sposób zrozumieć nie tylko współczesnego oblicza Śląska, ale i globalnych zmian zachodzących na naszych oczach. Podobną wartość niesie ze sobą nagrodzona Nike powieść Zbigniewa Rokity "Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku", choć ma bardziej beletrystyczną formę. Szejnert, wybitna dziennikarka, wykonała z niesamowitą niezłomnością swą pracę, dzięki czemu nikt nie powinien twierdzić, że o niczym nie wiedział. "Książka pani Szejnert da się przyrównać do olbrzymiego meteorytu, który spadł na naszą ziemię. To z cała pewnością "dzieło życia" autorki. Dla mnie to arcydzieło w zbiorze śląskiej tematyki, które ukazują autentyczną magię Górnego Śląska i mądrą filozofię długiego trwania jego mieszkańców" - spuentował Kutz. Po raz kolejny umocniłam się w przekonaniu, że trzeba sięgać po przeczytaną wcześniej książkę, nie tylko po to, by zdjąć z niej kurz.
Kalina - awatar Kalina
oceniła na81 miesiąc temu
Kręgi obcości. Opowieść autobiograficzna Michał Głowiński
Kręgi obcości. Opowieść autobiograficzna
Michał Głowiński
Bardzo lubie tego autora, przeczytalem "Czarne sezony" i "Carska filizanke" i uwazam go za niedoscignionego mistrza jezyka polskiego. "Kregi obcosci" sa troche inne, to nie jest literatura, to sa po prostu dosc pokazne pamietniki. W roku 2010 z pewnoscia odbilo sie duzym echem to, ze autor dokonal w pamietnikach "coming outu", i, choc temat jest traktowany powaznie, jednak ciagle tylko pobieznie. Najwyrazniej, tak jak wszystkie osoby z tego pokolenia oraz generalnie wiekszosc ludzi w Polsce, nie wiedzial jak o tym opowiedziec, czul sie w temacie niezrecznie, to sa wlasnie te kregi obcosci w Polsce. Natomiast, jak sam zauwazyl, dyskusje na tematy zydowskie juz sa w Polsce znormalizowane, akurat w tych sprawach jestesmy juz na innym etapie. Pamietniki Glowinskiego to podroz w wiekszosci po Polsce Ludowej, wspanialy choc "dołujący" przekroj tego co tam sie dzialo, szczegolnie wartosciowy dla osob ktore urodzily sie po 1980. Ta epoka nie byla jednolita i warto miec tego swiadomosc. Generalnie, wydaje mi sie jednak, ze Glowinski planowal cos bardziej osobistego i nie calkiem mu sie to udalo, owszem, te osobiste momenty sa, ale jednak autor zawsze zachowuje elegancki dystans. Jego zaufanie do czytelnika jest ograniczone przez jego wlasne doswiadczenia zyciowe. Poniewaz jest profesorem polonistyki nie czuje sie "uprawniony" by pisac np. o muzyce klasycznej czy sztuce, a wielka szkoda, bo wlasnie w ten sposob poznalibysmy go blizej. Czytelnik musi wczuc sie w jego sytuacje, dziecka ocalonego z Zaglady, potem wyrastajacego w stalinizmie. I zawsze te na kazdym kroku powracajace (i jakze bardzo polskie!) przykrosci ktore go spotykaja, nawet w okresie w ktorym otrzymywal nagrody.
Witoldzio - awatar Witoldzio
ocenił na81 rok temu
Rien ne va plus Andrzej Bart
Rien ne va plus
Andrzej Bart
Początek tej książki przypomina trochę oświeceniowe opowieści podróżniczo - awanturnicze. Po Rewolucji Francuskiej włoski duchowny zostaje wysłany z papieską misją do Polski. Towarzyszy mu hrabina Sophie Krzywopalczasta (nazwiska w powieści są na ogół bardzo dziwaczne :). Hrabina umila podróż papieskiemu wysłannikowi snując epicką opowieść o swojej burzliwej przeszłości. W ekwipażu jej towarzyszą podróży znajduje się portret włoskiego księcia d’Arzipazzi, który dzięki czarciej sztuczce, żyje w obrazie i jest narratorem tej powieści. Przez 200 lat ten niezwykły portret wędruje przez ziemie polskie i na skutek historycznych zawirowań jest przekazywany z rąk do rąk i z domu do domu. Staje się świadkiem dramatycznych wydarzeń z polskiej historii: trzeciego rozbioru, krwawych powstań narodowowyzwoleńczych, skrajnie okrutnej i brutalnej rabacji galicyjskiej, buntów robotniczych, odzyskania niepodległości, dwóch wojen światowych i stalinowskiego terroru, który na koniec drugiej wojny światowej zafundowali nam ważni politycy. Włoski hrabia z obrazu o Polsce wie tylko tyle, że jest to bardzo mroźna i dzika kraina oddzielająca carskie imperium oparte na terrorze od cywilizowanej Europy. W tajemniczej Polsce włoski arystokrata uwieczniony na portrecie obok biedy i dziwnych ludzi spodziewa się zobaczyć na ulicach miast białe niedźwiedzie oraz podkute renifery ciągnące sanie. Zastaną rzeczywistość odbiera na swój sposób, z ironią, niezrozumieniem i często z rozbrajającą naiwnością. Początkowo bawiły mnie te wszystkie jego pomyłki, niedomówienia, brak zrozumienia sytuacji Polaków i ich mentalności. Dodatkowo tę odmienną perspektywę włoskiego opowiadacza zubaża jeszcze fakt, że ma on bardzo ograniczone pole widzenia - widzi i słyszy tylko to, co dzieje się w pokoju, w którym jego wizerunek wisi na ścianie. Obserwacja „nowych rodaków” ze ścian ich gabinetów, bawialni, a nawet sypialni staje się źródłem licznych zaskoczeń i niespodzianek, żartobliwych uwag i infantylnych komentarzy Włocha. Kiedy już w końcu zaczyna on cenić polski patriotyzm i oddanie sprawie odzyskania niepodległości, to i tak ciągle jednak nie nadąża za dziejowymi zmianami. A okres komunizmu postrzega jako zaprzeczenie wszystkiego, czego do tej pory nauczył się o Polakach i ich mentalności. Przez kartki utworu przewijają się postaci doskonale znane z polskiej historii, ale niewiele mówiące głównemu bohaterowi. I tak dowiadujemy się np. że powóz papieskiego wysłannika zatrzymali dziwni żołnierze o broni zrobionej z kos postawionych na sztorc, do pana domu przychodzi niezwykle zdolny młody poeta Ignaś, że przed upadkiem powstania na jakimś przyjęciu grał na fortepianie młodzieniec o francuskim nazwisku, mieszkańcy domu rozmawiają o wielkim poecie organizującym legion polski w Turcji itp. Pisarz wciąga więc czytelnika w swoistą grę w odczytywanie historycznych tropów. Książkę czyta się początkowo lekko z uśmiechem, a momentami nawet z wypiekami na twarzy. Humorystyczny język, pełen ironii na temat Polski i ważnych dla nas wydarzeń pozwala spojrzeć na historię naszego kraju z boku, obiektywnie ocenić naszą martyrologię, mity i stereotypy. Dzięki zawirowaniom dziejowym obraz trafia m.in. do Warszawy, Krakowa, Łodzi, do galicyjskich ziemian, arystokratów, urzędników, intelektualistów, rewolucjonistów, przemysłowców, bogaczy, biedoty i szumowin. W ten sposób w powieści zarysowane zostaje bardzo obszerne tło społeczno - obyczajowe. Kiedy wkraczamy w dwudziestolecie międzywojenne wyczuwamy zmęczenie pisarza, który "usypia" narratora. Po wojnie w czasach stalinowskich narrator wyraźnie przestaje rozumieć nowe realia przez co jego opowieść bywa mocno "bełkotliwa". Obraz rzeczywistości zaczyna się deformować, przekaz staje się gorzki, ironiczny, sytuacje, które dawniej bawiły zaczynają nużyć i niepokoić surrealizmem: 🔰"W drodze (...) mogłem ze zdumieniem stwierdzić, że lud, któremu przyszło rządzić, wcale nie jest radosny. Dookolne mordy ponure czegoś, domy nie za czyste, jakby nie było komu być dozorcą i tylko piękna krwistość licznych płócien na kijach ożywia pejzaż, który chciałoby się nazwać martwą naturą." Po śmierci Stalina, w krótkim okresie odwilży obraz trafia do rodziny dotkniętej po wojnie represjami. Przysłuchując się rozmowom domowników narrator dowie się o łagrach, zbrodniczych działaniach komunistycznego reżimu, więźniach politycznych i stwierdzi: 🔰"Dowiedziałem się (...),że wszystko, co mi się dotąd podobało, jest także złym snem, tyle, że przeżywanym na jawie. Całe więc przedsięwzięcie rosyjskie wykluło się w umyśle szaleńca, a człowiek, którego czczono po sąsiedzku, był zbrodniarzem, którego nikt w historii nie prześcignął w wyginięciu swoich, bo wyginięcie obcych, zwłaszcza zwycięskie, może być niekiedy uważane za cnotę. Bliscy mi panowie mówili o dziesiątkach milionów Rosjan i kilku milionach Polaków. Oczywiście przesadzali, bo sam Bolesław powiedział zaraz, że za ostatnich carów przez sto lat wybito wyrokiem sądów tylko dwa tysiące ludzi, razem z Polakami z dwóch znanych mi powstań, jak więc to możliwe, tu tysiące, a tam miliony. Jeżeli jednak pomylili się co do liczby, to i tak po raz pierwszy w swoim ułomnym istnieniu poczułem się zażenowany." Wisienką na torcie jest komentarz narratora do wydarzeń Marca 1968: 🔰"Poeta Mickiewicz towarzyszył mi duchem od dawna w moim trwaniu tutaj i dobrze to tylko świadczyło o narodzie, który tak długo przechowuje pamięć dzieła swojego wieszcza. Tytuł przedstawienia niezbyt poetyczny, ale domyślałem się, iż pod zgrzebnością nazwy kryje się prawdziwy wulkan uczuć miłosnych, inaczej przecież nie podbito by serc młodzieży. Na pewno też w głównej roli akorka, w której kocha się pół miasta i do której powozu zamiast koni wprzegaja się gimnazjaliści. Kupienie biletu graniczyło z cudem (...). Jedyne czego nie mogłem zrozumieć, to strach dyrekcji teatru przed tłumem chętnych do zetknięcia się z Mickiewiczem(...) niespodziewane bowiem zdjęto przedstawienie z afisza. Taka ostrożność nie mogła się spodobać młodzieży, która wybuchła na podobieństwo prochu, oczekującego tylko na przyłożenie lontu. Kim był dzielny artylerzysta, nie miałem pojęcia. Mówiono co prawda, że za wszystkim stoi sławny dygnitarz - wozak, którego tak lubił obserwować z balkonu prezes Syryjczyk, ale to nie do wiary, aby jeden człowiek miał takie możliwości. Studenci pozamykali się w swoich uniwersytetach, traktując je jako twierdzę." (s.382) Od samego początku podziwiałam błyskotliwy pomysł autora na skonstruowanie tej opowieści. Zamysł był imponujący i nietuzinkowy, ale ryzykowny. Pisarz, dzięki świetnemu warsztatowi, ominął prawie wszystkie rafy. Utwór, chociaż obszerny z mocno wybujałą narracją przykuł mnie do siebie, uwiódł stylem, humorem i ironią, zaimponował nieposkromioną wyobraźnią autora. Może tylko za bardzo nieposkromiona była wybujałość wymyślanych przygód erotycznych, podczas których tu i ówdzie z kąta wychylała się i denerwująco skrzeczała mizoginia (np. lekarz badający dziewczęta świadczące usługi seksualne miał "do czynienia z młodymi ciałami, od krępych, różowych, przypominających piękne krowy rasy niderlandzkiej, do smukłych białych, o czarnym owłosieniu..":( Nie oburza mnie to, ale bardzo dziwi, że u schyłku XX w. ktoś mógł jeszcze coś tak odrażającego wymyślić i opublikować. Bo nawet jeśli była to tylko literacka przebieranka mamy tu do czynienia z wulgarnym (bez użycia wulgaryzmów) zdyskredytowaniem kobiet poprzez porównanie ich do gospodarskich zwierząt :( "Rien na va plus" nie od razu została dopuszczona do druku. Po raz pierwszy powieść ukazała się w 1991 roku. 🎄Grudniowe wyzwanie LC 2025: Przeczytam książkę nominowaną lub nagrodzoną. Książka została uhonorowana Nagrodą Kościelskich. (7)
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na84 miesiące temu
"Tylko krótko proszę". Rozmowa z Karelem Hvížd’alą, zapiski, dokumenty
Václav Havel Karel Hvížd’ala
Ciekawa autobiografia Havla, z którą mam kilka wymiernych problemów. Po pierwsze: nie jest to standardowy wywiad rzeka, a w zasadzie pisemny monolog byłego czeskiego prezydenta stylizowany na rozmowę. Brak tutaj więc ciągłości między pytaniami, typowego dociskania trudniejszych tematów, co usuwa wszelką kontrowersyjność czy nieprzewidywalność wywodu. Wszystko sprawia wrażenie mocno wygładzonego laudacyjnego produktu PR-owskiego, co uwypukla jeszcze serwilistyczne podejście autora pytań do bohatera książki (to mdłe: „Jak pan to znosił?”). Po drugie: lektura miejscami nuży. W szczególności we fragmentach dotyczących wewnętrznych spraw polityki czeskiej (co jest o tyle zaskakujące, że te zwykle są dla mnie interesujące). Po trzecie zaś: wyimki z Havlowego dziennika, które pstrzą książkę tu i tam, a zapewne mają funkcję humorystyczną, powtarzają się kilkukrotnie. O historii z nietoperzem ze składziku czytałem więc... c z t e r y razy. Nie wiem, jakim cudem ta pozycja (polskie wydanie?) przeszła korektę. Prócz wymienionych wyżej, jednak sromotnych wad, lektura jest przyjemna. Havel to polityk nietuzinkowy, persona ze świata sztuki, wpisująca się w czeski archetyp prezydenta-filozofa – i to wszystko widać w książce. Niektóre z użytych przez niego fraz są stylistycznymi perłami („architektura toku myśli”, „treściwa koncentracja przemówienia”, „chaotyczna obecność”),często też Autor wręcz spowiada się nam ze swoich słabości, pokazuje się – a wierzę, że to nie poza – jako osoba skromna, cierpiąca, ale dążąca do elegancji pod każdym względem. Autoportret czy swoista autodiagnoza z ostatnich stron książki jest wręcz porywająca. Pamiętam gdy kiedyś, w ramach odkrywania języka czeskiego, obejrzałem wywiad właśnie z Havlem. Mówił wtedy, że jego polityczna opozycyjność to kwestia wewnętrznej higieny. Sądzę, że lektura „Tylko krótko, proszę” pozwala dotknąć nam tej jego czystości: myśli, poglądu, wizji. Nawet jeśli nie na każdej stronie jest ona klarowna.
Falko - awatar Falko
ocenił na65 lat temu

Cytaty z książki Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach

Więcej

Literatura wartościowa to dla mnie nie tylko literatura dobra i ambitna, ale taka, która - nie będąc ślepa na zło - opowiada się ostatecznie po stronie wartości, po stronie dobra.

Literatura wartościowa to dla mnie nie tylko literatura dobra i ambitna, ale taka, która - nie będąc ślepa na zło - opowiada się ostatecznie po stronie wartości, po stronie dobra.

Jerzy Illg Mój znak. O noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach Zobacz więcej
Więcej

Video

Video