Dom Slaughterów, tom 2: Szkarłat

Okładka książki Dom Slaughterów, tom 2: Szkarłat autorstwa Letizia Cadonici, Werther Dell’Edera, Sam Johns, James Tynion IV
Okładka książki Dom Slaughterów, tom 2: Szkarłat autorstwa Letizia Cadonici, Werther Dell’Edera, Sam Johns, James Tynion IV
James Tynion IVWerther Dell’Edera Wydawnictwo: Non Stop Comics Cykl: Dom Slaughterów (tom 2) komiksy
144 str. 2 godz. 24 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Dom Slaughterów (tom 2)
Tytuł oryginału:
House of Slaughter, vol. 2
Data wydania:
2023-10-11
Data 1. wyd. pol.:
2023-10-11
Liczba stron:
144
Czas czytania
2 godz. 24 min.
Język:
polski
ISBN:
9788382305050
Tłumacz:
Paweł Bulski
Jakież to sekrety zapisują w mrocznych zakamarkach Domu Slaughterów Szkałatne Maski, tajemniczy skrybowie Zakonu Świętego Jerzego?

Rozmiłowany w historiach o łowcach z przeszłości oraz tych, pośród których żyje, Edwin Slaughter tylko spisuje ich opowieści... bez szans na przeżycie tego, co oni. Do czasu, gdy legendarne, odpowiadające za śmierć niezliczonych dzieci monstrum nie zmusza go do udziału w akcji. Czy pożyje wystarczająco długo, by spisać doświadczenia, czy też zginie, nie opowiedziawszy swojej historii?

Spin-off serii "Coś zabija dzieciaki". Album zawiera zeszyty House of Slaughter #6-10.
Średnia ocen
6,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dom Slaughterów, tom 2: Szkarłat w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Dom Slaughterów, tom 2: Szkarłat

Średnia ocen
6,4 / 10
16 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Dom Slaughterów, tom 2: Szkarłat

Sortuj:
avatar
971
965

Na półkach:

Dom Slaughterów to z pozoru zwykła szkoła z internatem dla sierot. Tak, jak każda tego typu placówka posiada on swoje tajemnice. W tym przypadku jest to mało znaczący fakt, iż po całym kraju zbierają oni dzieci , które w różnych okolicznościach przeżyły spotkanie z potworami, by następnie szkolić je w walce z nimi. Cały dom podzielony jest na cztery frakcje (obozy),rywalizujące ze sobą (brzmi znajomo?),co ma w pewien sposób poprzez rywalizację pobudzić rozwój. „Szkarłat” to drugi tom serii, opowiada on jednak odrębną historię, także można traktować go jako osobną część. Opowiada on historię niezwykłego chłopaka Edwina Slaughtera, ze szkarłatnych masek, który poprzez swoją inność nie jest akceptowany przez swoje społeczeństwo. Zostaje mu przydzielone zadanie zbadania, zdawałoby się zwyczajnej, sprawy śmierci młodej kobiety przy jeziorze Michigan, by wykluczyć interwencję rzeczy nadprzyrodzonych. Edwin zabiera nas w podróż zarówno do świata potworów zamieszkujących jezioro, jak również do świata potworów zamieszkujących jego umysł. Komiks jest bardzo ciekawy w niezwykły sposób ukazujący człowieka ogarniętego depresją, który walczy zarówno z problemami znajdującymi się na zewnątrz jak również tymi wewnątrz. Zawsze chętnie sięgam po pracę Jamesa Tyniona IV i tym razem również się nie zawiodłem.

Dom Slaughterów to z pozoru zwykła szkoła z internatem dla sierot. Tak, jak każda tego typu placówka posiada on swoje tajemnice. W tym przypadku jest to mało znaczący fakt, iż po całym kraju zbierają oni dzieci , które w różnych okolicznościach przeżyły spotkanie z potworami, by następnie szkolić je w walce z nimi. Cały dom podzielony jest na cztery frakcje (obozy),...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1498
1246

Na półkach:

Początkowe odsłony „Coś zabija dzieciaki” nie zrobiły na mnie oszałamiającego wrażenia. Tytuł był dobry, ale tylko tyle, bez rewelacji. Tymczasem zewsząd spływały ochy i achy sugerujące, że mamy do czynienia z horrorowym objawieniem. Rzeczywistość była jednak nieco inna. Dopiero niedawno cykl zaczął zauważalnie zwyżkować – piąty tom głównej serii i pierwsza odsłona spin-offa sprawiły, że odzyskałem entuzjazm w stosunku do konceptu Jamesa Tyniona IV. Premiera drugiego tomu „Domu Slaughterów” (czyli wspomnianej serii pobocznej) to doskonała okazja do przekonania się, czy wysoka forma została utrzymana.

Edwin Slaughter jest skrybą w Zakonie Świętego Jerzego. Wydawać by się mogło, że w życiu nie czeka go nic specjalnie ekscytującego, jednak pewnego dnia młody mężczyzna zostaje wysłany do zbadania tajemniczej sprawy. Czy na arenie wydarzeń pojawiło się prastare, mistyczne monstrum? Edwin będzie musiał określić charakter zagrożenia i stanąć oko w oko ze swoimi najgorszymi lękami. Stawka tej konfrontacji będzie bardzo wysoka.

„Szkarłat” znacząco różni się od wszystkich wcześniejszych odsłon obu serii, w których coś zabija dzieciaki. Tym razem zajrzymy do wewnątrz, przyjrzymy się temu, jak funkcjonuje psychika członka Zakonu Świętego Jerzego. I choć fabularnie rzecz nadal opiera się w jakiejś mierze na motywie konfrontacji człowieka z potworem, to samo polowanie na monstra nie tylko schodzi na zdecydowanie dalszy plan, ale nie stanowi głównej fabularnej atrakcji tomu. Co więcej, ten motyw w zasadzie jest tak bardzo nieistotny, że moglibyśmy spokojnie obejść się bez niego. To naprawdę zaskakujące.

Jeśli skupiamy się na bohaterze i jego wewnętrznych rozterkach i przeżyciach, znaczy to, że scenarzysta musiał mieć pomysł, jak Edgara Slaughtera poprowadzić i jak sprawić, żeby ciągła ekspozycja jego (metaforycznie pojmowanego) wnętrza przyciągała uwagę i nie nużyła nadmiarem sentymentalizmu. Czy się udało? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Monotonii zapobiega przede wszystkim interesujące rozwinięcie konceptu sprawczości wiary w istnienie potworów, dzięki czemu zmagania Edgara z własną przeszłością i z powierzoną mu misją stają się interesujące (i to mimo ich statyczności). To na pewno jest znaczący plus tej opowieści.

Mankamentem jest za to przede wszystkim nierówne tempo całej historii. Pławienie się głównego bohatera we własnych przeżyciach i w przeszłości sprawia, że na kartach „Szkarłatu” prawie w ogóle nie uświadczymy bardziej dynamicznej akcji. Mając na uwadze charakter wcześniejszych tomów obu serii, jest to spore zaskoczenie i to raczej in minus. Dotąd bowiem zwracano uwagę na dobre wyważenie proporcji między akcją i chwilą odpoczynku oraz refleksji. Tu proporcje zostały zachwiane i jest to wyraźnie odczuwalne w każdym kolejnym zeszycie „Szkarłatu”.

Seria od samego początku charakteryzuje się ładnymi, ostrymi grafikami i nie inaczej jest w przypadku spin-offa. Tym razem za ilustracje odpowiada co prawda inny artysta niż poprzednio, nadal jednak jest na czym zawiesić oko. Co istotne, Cadonici potrafi odpowiednio zilustrować komiks, w którym na dobrą sprawę bardzo mało się dzieje. Jej prace bywają bardzo wysmakowane, ale gdy trzeba, Włoszka potrafi pokazać pazur. Obrazu całości dopełnia zamieszczona na końcu albumu galeria okładek i jak, można się było spodziewać, część z nich to prawdziwe małe dzieła sztuki.

Czy warto poświęcić chwilę na lekturę „Szkarłatu”? Bez wątpienia tak, zwłaszcza jeśli zdążyliście polubić świat przedstawiony i perypetie niejednoznacznych moralnie łowców walczących z potworami. Czy jest to czołówka serii? Bez wątpienia nie, a to z tego względu, że ten tom stoi niejako w kontrze do poprzednich. Prezentuje nieco inne, bardziej kameralne i refleksyjne podejście do tematu. Nie wszystkim się ono spodoba, sam mam mieszane uczucia, potrafię jednak dostrzec walory takiego twórczego manewru. A w jakim kierunku pójdą kolejne albumy, przekonamy się już niebawem – kontynuacje obu cykli ukazały się już w USA, teraz czekać tylko na ich polskie wydania.


Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2024/02/dom-slaughterow-tom-2-szkarat-recenzja.html
oraz na łamach serwisu Szortal - https://www.facebook.com/Szortal/posts/pfbid0KEMjeqggW9LnC9CxCUMFKTrqrfWg6ckJ1BBuARjWNgDgHRTxY1miiSxGhfDPuyyql

Początkowe odsłony „Coś zabija dzieciaki” nie zrobiły na mnie oszałamiającego wrażenia. Tytuł był dobry, ale tylko tyle, bez rewelacji. Tymczasem zewsząd spływały ochy i achy sugerujące, że mamy do czynienia z horrorowym objawieniem. Rzeczywistość była jednak nieco inna. Dopiero niedawno cykl zaczął zauważalnie zwyżkować – piąty tom głównej serii i pierwsza odsłona...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
2712
2534

Na półkach:

POPKulturowy Kociołek:
Poprzedni numer serii skupiał dużą uwagę na Aaronie i jego tragicznym życiu. Dom Slaughterów tom 2 przynosi w tej kwestii pewną rewolucję, ukazując zupełnie innego bohatera, a całą historię z troszkę innej niż zazwyczaj perspektywy. Główną postacią jest tutaj bowiem Edwin Slaughter, członek Szkarłatnych Masek odpowiedzialnych za utrzymanie i administrację Domu Rzezi oraz wsparcie samych łowców. Jako kronikarz od dawna czytał on o wyczynach innych i zawsze marzył o akcji. Niespodziewanie otrzymuje on zadanie wyjaśnienia sprawy tajemniczych wypadków na pewnym obozie. Zadanie wydaje się proste i raczej mało ekscytujące. Szybko okazuje się jednak, że Edwin stanie przed naprawdę wielkim wyzwaniem, które znacząco odmieni jego życie.

Dom Slaughterów tom 2 rozpoczyna się dość spokojnie. Twórca stawia na ekspozycję nowego bohatera i jego historii. Stopniowo z każdą kolejną przeczytaną stroną pobudza on wyobraźnię czytelnika, zanurzając go w coraz to głębszych odmętach niepokoju, przypominając mu, że w świecie Slaughterów nigdy nic nie jest takie, jakim się wydaje, a potwory mogą czyhać dosłownie wszędzie.

Scenariusz z samego początku nie jest nazbyt dynamiczny, ale seria nigdy na pierwszym miejscu nie stawiała akcji. Od samego początku liczył się tu niesamowicie gęsty i sugestywny klimat. Tak też jest w przypadku drugiej części, gdzie twórca stawia na ponury, spokojny i melancholijny ton, który kiedy sytuacja tego wymaga, jest przerywany bardziej krwawymi scenami (te są jednak dość marginalne). Mamy więc tutaj do czynienia z horrorem psychologicznym, który bardziej przeraża pewnymi niedopowiedzeniami niż bezpośrednią formą strachu....

https://popkulturowykociolek.pl/dom-slaughterow-tom-2-szkarlat-recenzja-komiksu/

POPKulturowy Kociołek:
Poprzedni numer serii skupiał dużą uwagę na Aaronie i jego tragicznym życiu. Dom Slaughterów tom 2 przynosi w tej kwestii pewną rewolucję, ukazując zupełnie innego bohatera, a całą historię z troszkę innej niż zazwyczaj perspektywy. Główną postacią jest tutaj bowiem Edwin Slaughter, członek Szkarłatnych Masek odpowiedzialnych za utrzymanie i...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

36 użytkowników ma tytuł Dom Slaughterów, tom 2: Szkarłat na półkach głównych
  • 26
  • 10
25 użytkowników ma tytuł Dom Slaughterów, tom 2: Szkarłat na półkach dodatkowych
  • 11
  • 5
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Department of Truth: The Complete Conspiracy Vol. 2 Martin Simmonds, James Tynion IV
Ocena 0,0
Department of Truth: The Complete Conspiracy Vol. 2 Martin Simmonds, James Tynion IV
Okładka książki DC kontra Wampiry Matthew Rosenberg, Otto Schmidt, James Tynion IV
Ocena 7,0
DC kontra Wampiry Matthew Rosenberg, Otto Schmidt, James Tynion IV
Okładka książki Dracula Martin Simmonds, James Tynion IV
Ocena 8,0
Dracula Martin Simmonds, James Tynion IV
Okładka książki Miły dom nad morzem. Tom 1 Álvaro Martínez Bueno, James Tynion IV
Ocena 6,9
Miły dom nad morzem. Tom 1 Álvaro Martínez Bueno, James Tynion IV
Okładka książki Coś zabija dzieciaki, tom 9 Werther Dell’Edera, James Tynion IV
Ocena 7,0
Coś zabija dzieciaki, tom 9 Werther Dell’Edera, James Tynion IV
Okładka książki Co twój kraj może zrobić dla Ciebie? Alison Sampson, Martin Simmonds, James Tynion IV
Ocena 7,8
Co twój kraj może zrobić dla Ciebie? Alison Sampson, Martin Simmonds, James Tynion IV
Okładka książki Dewiant. Tom 2 Joshua Hixson, James Tynion IV
Ocena 7,1
Dewiant. Tom 2 Joshua Hixson, James Tynion IV

Czytelnicy Dom Slaughterów, tom 2: Szkarłat przeczytali również

Coś zabija dzieciaki, tom 5 James Tynion IV
Coś zabija dzieciaki, tom 5
James Tynion IV Werther Dell'Edera Miquel Muerto
Erica Slaughter pojawia się w Nowym Meksyku, aby zbadać sprawę dziewczynki, która widziała nowy gatunek potwora, który wydaje się jeszcze okrutniejszy niż poprzednie. Jednak Zakon Świętego Jerzego nie odpuszcza… Erica będzie miała na ogonie kogoś jeszcze niebezpieczniejszego od siebie. Przepraszam bardzo, ale ta seria jest absolutnie zaje*bista. Mimo, że to już piąty tom, czytelnik nadal się nie nudzi – trochę tak jakby oglądać bardzo dobry, mroczny serial. A tego mroku jest tu bardzo dużo. Cała seria to taki mix gore i tajemnicy. Często powtarzam, że to coś dla fanów Wiedźmina i Stranger Things, zdanie utrzymuję. Absolutnie uwielbiam Ericę i jej bezpośredniość oraz chwilami zakrawającą o głupotę odwagę. No i cały lore tej cholernej pluszowej ośmiornicy – I live for that. Ale! W tym tomie pojawia się następna silna kobieca postać. Poznajemy Cutter, która wydaje się jeszcze bardziej bezwzględna niż postaci dotąd przez nas poznane. Jest totalnie obłąkana i nie mogę się doczekać jej dalszej historii. Do tego bardzo dobrze i ciekawie czytało mi się całą politykę między Domami z Zakonu św. Jerzego. Widać okrucieństwo płynące w ich wnętrzu i na pewno jeszcze wiele będzie się działo. A jeśli już mowa o okrucieństwie? Uwielbiam czyste emocje, które ujawniają się w komiksie – bohaterowie są dynamiczni i wyrażają adekwatne, silne uczucia do tego co się dzieje, widać to w obrazkach i dialogu. W tym tomie mieliśmy trochę o radzeniu sobie z żałobą – uważam, że świetnie zostało to przedstawione. Dodatkowo to co zawsze zachwalam – kreska, cud. Do tego gra kolorów. Jest niebezpiecznie, tajemniczo, mrocznie. Odcienie dobierane są z pomyślunkiem, nie rażą, nie jest też za ciemno jak czasem się zdarza w tego typu komiksach. To na pewno komiks nie dla każdego. Ale jeśli lubisz takie klimaty, nie boisz się lejącej się litrami krwi, lubisz silne kobiece postaci i nieuczciwe zagrywki, a także ciekawi cię Erica, jej przeszłość oraz same tajemnicze potwory, które jedni widzą, a inni nie? Koniecznie sięgaj po te komiksy!
Nietuzinkowy - awatar Nietuzinkowy
ocenił na96 miesięcy temu
Miasto Latarni. Tom 1 Paul Jenkins
Miasto Latarni. Tom 1
Paul Jenkins Carlos Magno Mairghread Scott Bruce Boxleitner Matthew Delay Trevor Crafts
POPKulturowy Kociołek: Akcja serii rozgrywa się w tytułowym Mieście Latarni. Wielkiej metropolii otoczonej gigantycznym murem, który ma chronić mieszkańców przed wieloma niebezpieczeństwami. Świat za nim jest bowiem niebezpiecznym i zniszczonym miejscem. Tak przynajmniej twierdzą władcy tego miasta. Niektórzy jednak sądzą, że owe mury, zamiast chronić mieszkańców, mają ich zwyczajnie zniewalać. Tym bardziej że w miejscu tym panuje ścisły rygor klasowy. Na samym szczycie są Szarzy (władcy),służą im odziani w zbroje strażnicy, a na samym dole warstwy społecznej znajdują się zwykli ludzie, dla których każdy dzień to walka o normalne życie. Nic więc dziwnego, że w wykorzystywanych ludziach zaczyna się rodzić zalążek buntu. W takich realiach funkcjonuje Sander Jorve, który pragnie jedynie bezpieczeństwa dla swojej rodziny. Staje się on częścią większego planu, który może doprowadzić do rewolucji, albo zakończy się jego śmiercią. Stworzona przez Trevora Craftsa historia być może nie jest rewolucyjna w swoich założeniach, ale i tak ma w sobie to „coś”, co mocno przyciąga uwagę czytelnika. Duża w tym zasługa dobrania do projektu grupy różnych solidnych scenarzystów, mających spore doświadczenie w szeroko pojętej popkulturze. Pierwszy tom (rodzime wydanie składa się z czterech pierwszych zeszytów serii) koncentruje się głównie na zaprezentowaniu odbiorcy zarysu mocno złożonego świata, nakręcającej się intrygi i różnorodnych bohaterów radzących sobie z codziennością. Fabuła jest jednocześnie przy tym dość dynamiczna, łącząc intrygi władz, napięcia społeczne, tematy nierówności i oczywiście elementy steampunku. Tym, co jednak najbardziej wyróżnia komiks, są świetnie nakreśleni bohaterowie. Sander Jorve to niezwykle złożona osobowość, rozdarta między chęcią lepszego jutra a troską o rodzinę i strachem przed tym, co nadejdzie. Nieźle wypada również obsada drugoplanowa, która jest różnorodna i wyrazista. Wnosi ona do opowieści swoją własną cząstkę narracji, nadając scenariuszowi odpowiedniej głębi.... https://popkulturowykociolek.pl/miasto-latarni-tom-1-recenzja-komiksu/
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na82 lata temu
Ghost Rider: Danny Ketch Jimmy Palmiotti
Ghost Rider: Danny Ketch
Jimmy Palmiotti Ron Wagner Javier Saltares Howard Mackie Mark Texeira Larry Stroman Roy Thomas Mark McKenna Dann Thomas Chris Marrinan
Kiedy TM-Semic wydawał w Polsce pierwsze zeszyty z przygodami superbohaterów, światło dzienne ujrzały przede wszystkim perypetie najbardziej znanych z nich. Batman i Superman z DC, Spider-Man i X-meni z Marvela – to chyba były te serie, na których kolejne odcinki co miesiąc czekało się z wypiekami na twarzy i leciało się do kiosku, kiedy tylko sprzedawca ustawiał je na półkach. Mniej rozpoznawalne postaci albo występowały gościnnie, albo pojawiały się na kartach wydań specjalnych (takich jak „Mega Marvel”). Dzisiaj trykociarskich zeszytówek już nie ma, mamy za to coś innego, ogromne integrale, a ich lektura jest doskonałą okazją do zaprezentowania perypetii tych bohaterów, którzy kilka dekad temu nie dostali wystarczająco wiele czasu ekranowego. Jednym z nich jest Ghost Rider. Ghost Rider, ucieleśnienie zemsty, zyskuje nowego „nosiciela”. Piekielnym jeźdźcem zostaje Danny Ketch, który w obliczu rodzinnej tragedii niespodziewanie otrzymuje tajemnicze i niepokojące moce. Młody mężczyzna staje się swego rodzaju naczyniem dla pragnącej sprawiedliwości istoty, której najważniejszą misją jest wywarcie pomsty na każdym, kto przeleje niewinną krew. Na swojej drodze spotkają wielu niebezpiecznych przeciwników, na czele z Deathwatchem, Kingpinem i Blackoutem. Postać Ghost Ridera z założenia jest nadprzyrodzona, ale jego przygody najlepiej sprawdzają się w wersji możliwie najbardziej przyziemnej. W omawianym albumie takie historie znajdziemy, zwłaszcza w jego pierwszej części. Na kartach tych zeszytów na pierwszy plan wychodzi mrok. Brutalność i bezwzględność Ghost Ridera w stosunku do złoczyńców krzywdzących niewinnych bardzo tu pasuje – ognisty jeździec z piekła rodem jest całkowicie oddany swojej misji, a tą jest zemsta. Twórcy konsekwentnie kreują taki wizerunek, co początkowo robi wrażenie… …ale z czasem staje się nieco irytujące, bo podkreślanie tego faktu odbywa się w każdym kolejnym zeszycie i to nie tylko we wstępniakach – sam bohater nieustannie uzewnętrznia się w dość patetyczny sposób i mówi z emfazą o swojej misji. Podejrzewam, że to wszystko wyglądało lepiej w czasach, kiedy nowe zeszyty serii ukazywały się z miesięcznym odstępem, bowiem wydanie zbiorcze wyraźnie uwypukla ten natłok werbalnego zadęcia. Jeśli porównać rzecz do współczesnych tytułów, narzuca się tu Mordimer Madderdin – to dokładnie ten sam mechanizm. O ile jednak u Piekary wyczuwam pewną ironię (subtelną czy nie to już inna sprawa),o tyle „Ghost Rider” pisany jest całkowicie na serio. W ciekawy sposób udało się twórcom pokazać ewolucję symbiozy Danny’ego Ketcha z Ghost Riderem. Początkowo chłopak ma spore opory i obawy przed przemianą w piekielnego mściciela, jednak w miarę nabierania doświadczenia w walce z przestępczością nikną one pod narastającym uczuciem potęgi. Ketch angażuje się we wspólną misję i staje się nie tylko coraz odważniejszy, ale i znacznie bardziej nonszalancki. Scenarzyści dobrze portretują te zmiany na przestrzeni kolejnych zeszytów, pokazują też, jak „nosiciel” Ghost Ridera musi uczyć się współpracy i pokory – dzięki temu wątek nabiera wiarygodności. Jak na komiks rodem z lat dziewięćdziesiątych przystało, „Ghost Ridera” po brzegi wypełnia akcja. Ale czy jest ona angażująca? W znacznej mierze tak, choć w kilku miejscach trzeba przymknąć oko na pewną powtarzalność motywów lub inne mankamenty, na przykład prawie całkowity brak życia prywatnego pana Ketcha lub fakt, że złoczyńcy wyskakują przed Ghost Riderem niczym króliki z kapelusza magika, a niebezpieczeństwo nigdy nie znika. No ale w końcu komiks superbohaterski to nieustająca eskalacja zagrożenia, więc jeśli ostatecznie przymknie się na powyższe rzeczy oko, będziemy bawić się w zasadzie całkiem dobrze. Intensywność tego integrala jest bowiem naprawdę imponująca. Osobną sprawą jest, że chyba bardziej docenią go ci czytelnicy, którzy pamiętają czasy TM-Semic – mamy tu podobną narrację, mamy wewnętrzne myśli bohaterów zapisywane w „chmurkach”, mamy odbicie problemów społecznych tamtego świata, zatem to po prostu wycieczka w komiksową przeszłość. Na szczęście utrzymana w całkiem urokliwym stylu. Ilustracje zdobiące „Ghost Ridera” są produktem swoich czasów. Często bywają odrobinę przesadzone (choć to poniekąd wymóg akcyjnego charakteru serii),ale zarazem nie są tak przerysowane, jak mogłyby być, a w latach dziewięćdziesiątych było to częstą przypadłością superbohaterszczyzny. Wiecie – mięśnie mające swoje mięśnie i tego typu sprawy. Główna seria rysowana jest w sposób dość mroczny, bardziej kolorowo i kiczowato robi się w zeszytach zawierających gościnne występy Doktora Strange’a. Na szczęście jest ich stosunkowo niewiele i szybko wracamy do dobrze tu pasujących ilustracji o poważniejszym charakterze. Pierwszy zbiorczy album „Ghost Ridera” zawiera dwadzieścia zeszytów serii (plus jednego „Doktora Strange’a”). Ta potężna cegła stanowi bardzo interesujące spojrzenie na jedną z inkarnacji tytułowego (anty)bohatera i choć w kilku miejscach czuć, że to już komiks lekko nadgryziony zębem czasu, to czyta się go zaskakująco dobrze. Nie wiem, jak odbiorą go młodzi fani trykotów, ale dla tych nieco starszych będzie to sympatyczna, sentymentalna przejażdżka. Jestem na „tak” i już czekam na część drugą. Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2024/02/ghost-rider-danny-ketch-recenzja.html oraz na łamach serwisu Szortal - https://www.facebook.com/Szortal/posts/pfbid02Aeo2PKev4ZGZK1uGtQRKtDJ3LdEhqRTjEcswumunwy3Ka17X5KmXJHU4JHmBWTBWl
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na72 lata temu
Coś zabija dzieciaki, tom 8 James Tynion IV
Coś zabija dzieciaki, tom 8
James Tynion IV Werther Dell’Edera
To już ósmy tom „Coś zabija dzieciaki”? Naprawdę? Niesamowite, jak szybko minęło pięć lat, odkąd na naszych półkach pojawiło się tłumaczenie pierwszego albumu. Przyznaję – początkowo seria nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia, jednak wraz z kolejnymi odsłonami moje uznanie rosło. W przypadku dłuższego cyklu najważniejsze jest niedopuszczenie do tego, by jedynie trwał na rynku wydawniczym. Kiedy autorzy tracą radość z tworzenia komiksu, a czytelnicy z jego lektury, jeśli taki moment nadchodzi lub choćby majaczy na horyzoncie, należy rozważyć zejście ze sceny. „Niepokonanym” – jak mawiał klasyk. Jeśli chodzi o „Coś zabija dzieciaki” – na szczęście nie jest to jeszcze ten moment. Kolejna odsłona serii to podróż w przeszłość Eriki Slaughter. Przed nami pięć niezależnych opowieści z życia łowczyni, skupiających się na okolicznościach kształtowania jej charakteru oraz pokazujących podróż z jednego amerykańskiego miasteczka do kolejnego, śladami prześladujących najmłodszych potworów. Jest ona pełna emocji i niebezpieczeństwa, a niektóre sytuacje zostawią nieusuwalne ślady na psychice bohaterki. Najnowsza odsłona „potwornego” cyklu Jamesa Tyniona IV jest inna niż poprzednie albumy, zwłaszcza jeśli chodzi o formę. Tym razem dostaliśmy pięć niezwiązanych z sobą bezpośrednio opowiadań, które traktują o przeszłości Eriki Slaughter. Bywa, że manewr zwrócenia się ku przeszłości bohatera znamionuje brak pomysłów scenarzysty na kontynuację głównej linii fabularnej, w tym przypadku nie sposób mówić jednak o twórczych wybiegach mających na celu ukrycie jakichkolwiek niedostatków. Nie – ósmy tom „Coś zabija dzieciaki” rozbudowuje świat przedstawiony, rozwijając przede wszystkim główną bohaterkę i dając nam lepszy wgląd w jej motywacje. Obraz całego albumu jest naprawdę pozytywny, ale trzeba przyznać, że dwa pierwsze rozdziały napisano według pewnego szablonu, którego istotą jest konfrontacja z potworami i konsekwencje owego starcia. Innymi słowy nic, czego byśmy nie widzieli wcześniej. A mimo to te początkowe zeszyty mają interesujący, obyczajowy sznyt. Tynion IV zwraca uwagę na relacje między bohaterami, nie pomijając postaci drugoplanowych. Choć pojawiają się one jedynie na chwilę (bo każdy zeszyt jest po prostu przystankiem protagonistki w podróży szlakiem potworów),to nie są anonimowe – scenarzysta zawsze poświęca im przynajmniej chwilę, co buduje jakże potrzebne, wiarygodne tło. Sedno albumu to jednak, jak wspomniałem wcześniej, postać łowczyni. Erica była dotąd pokazywana jako silna, twarda kobieta, której głównym zajęciem jest walka z nawiedzającymi dzieci potworami. Jawiła się jako ktoś, kogo niemal nic nie jest w stanie wytrącić z równowagi. W tomie ósmym bohaterka opuszcza emocjonalną gardę, a my dowiadujemy się, że jest takim samym człowiekiem, jak inni. Ma emocje, które zbyt często dusi w sobie. Innymi słowy, Tynion IV uczłowiecza Erikę Slaughter. Widać to najmocniej w zeszycie, w którym po jednej z misji łowczyni udaje się na wizytę do okolicznego psychologa. Wie, że nie wróci do tego miasteczka, więc może otworzyć się bardziej niż kiedykolwiek. Skutkuje to uwolnieniem emocji, które oddziałują także, a może przede wszystkim, na czytelnika. To element bardzo potrzebny w tak wymagającym gatunku, jakim jest horror – w tym konkretnym przypadku sprawił on, że nie sposób mówić tylko o kolejnym rozrywkowym straszaku, ale o tytule, który na różne sposoby buduje więź z odbiorcą. Warto również wspomnieć o warstwie graficznej, choć przy ósmym tomie nie jest to łatwe zadanie – zwłaszcza że za rysunki wciąż odpowiada ten sam artysta. Siedem poprzednich tomów było narysowane bardzo ładną, sugestywną, przejrzystą i dynamiczną kreską. A jak jest teraz? Dokładnie tak samo. I za to Dell’Ederze ponownie należą się słowa uznania. Ósma część serii Jamesa Tyniona IV i Werthera Dell’Edery potwierdza, że w temacie szeroko pojętego komiksowego horroru mamy do czynienia z jednym z najciekawszych wydawanych obecnie tytułów. Autorzy konsekwentnie rozwijają świat przedstawiony, a nowy album – spokojniejszy i bardziej retrospekcyjny niż poprzednie – stanowi przemyślaną przeciwwagę dla dotychczasowej narracji. Podejrzewam, że w następnych tomach powrócą już do dynamiczniejszego stylu, ale nie będę narzekał, jeśli Tynion IV napisze jeszcze kiedyś w ramach tej serii komiks taki jak ten. Recenzja do przeczytania także na moim blogu - https://zlapany.blogspot.com/2025/05/cos-zabija-dzieciaki-tom-8-recenzja.html oraz na łamach serwisu Szortal - https://www.facebook.com/Szortal/posts/pfbid02sgHKDuG1FLwK7vW9MzZXGBcuKb71mDLLAqoPJ9ukrmwoXpqVQtSEM9kG1UniBjgml
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na71 rok temu
Coś zabija dzieciaki, tom 6 James Tynion IV
Coś zabija dzieciaki, tom 6
James Tynion IV Werther Dell'Edera Miquel Muerto
Kiedy kończyłem lekturę pierwszej części „Coś zabija dzieciaki”, byłem nieco sceptyczny względem tego, czy seria rozwinie się w jakimś interesującym kierunku. James Tynion IV dostarczył wówczas komiks przyzwoity, który, owszem, czytało się nieźle, ale który nie wychodził za bardzo poza rozpoznawalne horrorowe schematy. Z każdym kolejnym tomem robiło się jednak coraz ciekawiej, a autor konsekwentnie rozbudowywał świat przedstawiony. Na najnowszą odsłonę cyklu czekałem już ze sporym zainteresowaniem, a wszystko podbijał fakt, że „piątka” była jak dotąd najlepsza. Stąd chęć sprawdzenia, czy nadal jest tak dobrze. Drogi Eriki Slaughter i Zakonu Świętego Jerzego rozeszły się na dobre. Łowczyni potworów sama stała się zwierzyną i musi nieustannie mieć się na baczności, bo ściga ją bezwzględna agentka Zakonu. To jednak niejedyne zagrożenie, z jakim Erica musi się mierzyć. Na wolności nadal przebywa wyjątkowo niebezpieczne monstrum, którego spektrum możliwości jest o wiele szersze niż w przypadku standardowego potwora. Pokonanie go w pojedynkę wydaje się niemożliwe, a łowczyni chce dodatkowo obronić kilkoro ludzi, którzy dali jej schronienie i ocalili ją od śmierci. Piąty tom „Coś zabija dzieciaki” wprowadził na arenę wydarzeń nowy rodzaj potwora. Tak zwany „dwupostaciowiec” to monstrum mogące przybrać fizys dowolnej osoby, dzięki czemu jeszcze lepiej poluje na ludzi, ci nie spodziewają się bowiem zagrożenia ze strony kogoś, kogo znają. Rozbudowanie bestiariusza to jednak głównie zaleta poprzedniego tomu, w przypadku „szóstki” nie jest już tak kolorowo, a to z tego względu, że potwór praktycznie cały czas kryje się w cieniu, przez co czytelnik nie ma możliwości zobaczyć skutków jego działania. Rzecz zmieni się prawdopodobnie w kolejnej części, ale to melodia przyszłości. Tymczasem tom oznaczony szóstką wygląda tak, jakby Tynion IV rozkładał jedynie elementy przed punktem kulminacyjnym. Dla wielu czytelników będzie to z pewnością rozczarowujące, zwłaszcza jeśli spodziewali się akcji i mocnych scen. Rezygnacja z krwawej jatki sprawiła, że autor mógł skupić się na innych elementach opowieści. Tym razem na pierwszy plan wysuwa się element dramatyczny. Poznajemy rodzinę, która dała Erice Slaughter schronienie – Tynion IV opisuje relacje panujące między poszczególnymi postaciami i zagłębia się w przeszłość niektórych bohaterów (tu na scenę wkracza bardzo przydatna i dobrze poprowadzona retrospekcja),co w efekcie dało interesujące rozbudowanie tła i jeszcze bardziej uwiarygodniło postępowanie zarówno Eriki, jak i innych postaci. W moim odczuciu ten oddech był potrzebny, więzi na linii czytelnik-bohater buduje się właśnie takimi środkami, odpowiednio balansując między akcją a celnymi opisami przeżyć i motywacji protagonistów. W szóstym tomie „Coś zabija dzieciaki” napięcie jest budowane w nieco inny sposób niż poprzednio. Wyżej pisałem, że akcja nie posuwa się do przodu zbyt szybko, to jednak w zasadzie żadna wada, bo autor ma inne, równie dobre sposoby na utrzymanie uwagi czytelnika. Wyraźnie widzimy, jak nad Eriką Slaughter zbierają się czarne chmury. Zagrożenie nadciąga z kilku stron jednocześnie, to zaś tworzy specyficzny, posępny nastrój nadchodzącej katastrofy. To prawdziwy moment ciszy przed burzą, który nie tylko nie jest nudny, ale wzmaga napięcie przed (najprawdopodobniej) wybuchowym finałem story-arcu. Poniżej swojego zwyczajowego poziomu nie schodzi rysujący serię Werther Dell’Edera. Tym razem jednak, z uwagi na specyfikę fabuły, nie ma zbyt wielu okazji do zaprezentowania efektownej, krwawej masakry. Nadal jest przynajmniej rzetelnie a fajerwerki pojawią się zapewne w „siódemce”. Warto jeszcze rzucić okiem na umieszczone na końcu albumu okładki poszczególnych zeszytów. Tradycyjnie większość z nich przyciąga wzrok, a te rysowane przez innych artystów pokazują, jak wyglądałyby przygody Eriki w różnych graficznych stylach. „Coś zabija dzieciaki” nieustannie się rozwija – na kartach kolejnych tomów widać jak na dłoni, że warsztat Tyniona IV ewoluuje. Dawny praktykant Scotta Snydera tworzy coraz lepsze opowieści i jest już w pełni świadomym pisarzem, który umiejętnie buduje swoją i markę. Robi to z głową, czego dowodem jest także omówiony wyżej tom. Po tym jak kilka razy dostaliśmy sporo jatki, tym razem przyszedł czas na nieco oddechu. I nie tylko nie obniżyło to poziomu cyklu, ale nadało mu nowych barw, bo okazało się, że perypetie Eriki Slaughter nadal są interesujące, nawet gdy akcja nie gna do przodu na złamanie karku. To się chwali. Recenzja do przeczytania także na moi blogu - https://zlapany.blogspot.com/2024/07/cos-zabija-dzieciaki-tom-6-recenzja.html oraz na łamach serwisu Szortal - https://www.facebook.com/Szortal/posts/pfbid0frjTfAQFLbtCHKieXo26n26TDMZBiRQsd35gzAN3KPKTDZdi3aftpvyVRCc6XJ13l
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na71 rok temu

Cytaty z książki Dom Slaughterów, tom 2: Szkarłat

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Dom Slaughterów, tom 2: Szkarłat