rozwińzwiń

Love Hina band 01

Okładka książki Love Hina band 01 autora Ken Akamatsu, 3898853276
Okładka książki Love Hina band 01
Ken Akamatsu Wydawnictwo: Egmont Polska Cykl: Love Hina (tom 1) komiksy
192 str. 3 godz. 12 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Love Hina (tom 1)
Tytuł oryginału:
ラブひな 1
Data wydania:
2002-06-30
Data 1. wydania:
2002-06-30
Liczba stron:
192
Czas czytania
3 godz. 12 min.
Język:
niemiecki
ISBN:
3898853276
Tłumacz:
Monika Klinger
Średnia ocen

0,0 0,0 / 10
Ta książka nie została jeszcze oceniona NIE MA JESZCZE DYSKUSJI

Bądź pierwszy - oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Love Hina band 01 w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Love Hina band 01

Średnia ocen
0,0 / 10
0 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Love Hina band 01

avatar
5200
3046

Na półkach: , , ,

Zwariowana komedia dla panów.

Zwariowana komedia dla panów.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
606
307

Na półkach:

Urocza, zakręcona romantyczno-pikantna historia o niedoszłych studentach zamieszkujących pewien pensjonat. Mimo że to typowa haremówka, łatwo polubić zakręcone młode mieszkańki pensjonatu i swietnie się bawić w czasie ich przygód i upartego dążeni do celu jakim jest zdanie na studia. Samzaparcie bohaterów jest bardzo motywujące. Jak to mówią: nie ma tego złego co by na dobre nie wyszlo.

Urocza, zakręcona romantyczno-pikantna historia o niedoszłych studentach zamieszkujących pewien pensjonat. Mimo że to typowa haremówka, łatwo polubić zakręcone młode mieszkańki pensjonatu i swietnie się bawić w czasie ich przygód i upartego dążeni do celu jakim jest zdanie na studia. Samzaparcie bohaterów jest bardzo motywujące. Jak to mówią: nie ma tego złego co by na...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
222
222

Na półkach: , ,

Pierwszy tom ciekawej serii. Czytałem go przed laty. Wtedy zachwycał i dzisiaj nadal jest znakomity. Ładnie narysowane, ciekawi bohaterowie, ale przede wszystkim dużo humoru. Choć żarty w pierwszym tomie opierają się na jednym schemacie, czyli przypadkowym podglądaniu dziewczyn w intymnych sytuacjach. I trzeba przyznać, że niektóre żarty, jak np. ten z husteczkami, nie są raczej dla dzieci.

Pierwszy tom ciekawej serii. Czytałem go przed laty. Wtedy zachwycał i dzisiaj nadal jest znakomity. Ładnie narysowane, ciekawi bohaterowie, ale przede wszystkim dużo humoru. Choć żarty w pierwszym tomie opierają się na jednym schemacie, czyli przypadkowym podglądaniu dziewczyn w intymnych sytuacjach. I trzeba przyznać, że niektóre żarty, jak np. ten z husteczkami, nie są...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

244 użytkowników ma tytuł Love Hina band 01 na półkach głównych
  • 222
  • 22
161 użytkowników ma tytuł Love Hina band 01 na półkach dodatkowych
  • 80
  • 37
  • 21
  • 10
  • 7
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Love Hina band 01

Inne książki autora

Ken Akamatsu
Ken Akamatsu
Ken Akamatsu (jap. 赤松 健, AKAMATSU Ken, ur. 5 lipca 1968 ) – japoński rysownik. Jego największym sukcesem okazała się seria Love Hina, przy tworzeniu której inspirował się pracami Rumiko Takahashi. Wplótł do niej również część faktów autobiograficznych. Mimo natłoku pracy Akamatsu wybrał się w podróż dookoła świata, tworząc jednocześnie program komputerowy.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Paradise Kiss. Tom 5 Ai Yazawa
Paradise Kiss. Tom 5
Ai Yazawa
Piękna Yukari jest uczennicą liceum, która spędza dni na nauce do egzaminów na studia. Każdy jej dzień wygląda tak samo... do momentu, w którym spotyka ekipę młodych ludzi ze szkoły artystycznej zainteresowanych modą. Grupka oferuje Yukari rolę swojej modelki, którą nastolatka po pewnych wątpliwościach przyjmuje. Od tej pory Yukari powoli przestaje być grzeczną, spełniającą oczekiwania matki dziewczyną... Z przeczytaniem piątego tomu "Paradise Kiss" czekałam kilka miesięcy od (nowego) polskiego wydania. Bynajmniej nie dlatego, że seria mi się nie podobała. Przeciwnie — spodobała mi się tak bardzo, że nie potrafiłam się rozstać z jej bohaterami! Śmiało mogę powiedzieć, że manga Yazawy jest jednym z moich ulubionych tytułów. A to wszystko za sprawą ciekawych bohaterów, wciągającej historii oraz przepięknej kreski. Bohaterowie "Paradise Kiss" są nieoczywiści i wielokrotnie zmieniałam, co do nich zdanie. Choć komiks jest dość krótki, charaktery większości z nich mają okazję wybrzmieć. Mangaczka zawarła w opowieści wystarczającą ilość szczegółów dotyczących ich losów, by czytelniczka sama mogła ocenić ich postępowanie. Cieszy mnie również, że wśród postaci znalazła się transpłciowa kobieta, Isabella. Choć nie jest to idealna reprezentacja (czas powstania sporo w tej kwestii tłumaczy),bohaterka jest interesującą, sympatyczną postacią. Historia, choć jest obyczajową joseiką, obfituje w twisty i potrafi zaskoczyć. Większość decyzji fabularnych podobała mi się, zwłaszcza rozwiązanie wątku dotyczącego życia miłosnego Yukari. Jak większość czytelniczek Yazawy dołączam się do zachwytów nad jej stylem rysunku. Kreska autorki przypomina szkice projektów modowych, co idealnie wpisuje się w tematykę mangi. Postaci są ekspresyjnie narysowane, a ich ubrania zachwycają detalami. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, byłaby to postać Arashiego. Wydaje mi się, że mimo wszystko został on finalnie pokazany w nieco zbyt pozytywnym świetle. Również nie wszystkie żarty zestarzały się dobrze (głównie te dotyczące seksualności i płci),ale cóż manga powstawała w późnych latach 90. i wczesnych 00. Hollywoodzkie produkcje wyglądały wtedy podobnie... Bardzo cieszę się, że "Paradise Kiss" powrócił na polski rynek i miałam okazję go przeczytać. To była świetna zabawa! A teraz czekam, aż ktoś wyda "Gokinjo Monogatari".
PaniKiczcock - awatar PaniKiczcock
ocenił na82 lata temu
Magiczni Wojownicy - Slayers t. 1 Shoko Yoshinaka
Magiczni Wojownicy - Slayers t. 1
Shoko Yoshinaka
Świat magii nie zna granic Mamy ludzi walczących z orkami, szkołę czarodziejów, a gadające przedmioty. Mogłoby się zatem wydawać, że fantastyka to gatunek, w którym nie da się już nic nowego i oryginalnego wymyślić, ale ciągle można odnaleźć książkę, film, czy komiks, który nas oczaruje. W moim przypadku zrobili to „Magiczni Wojownicy”. O „Magicznych Wojownikach”, czyli Slayersach mogliście usłyszeć już pod koniec lat 90. kiedy to w bloku japońskich animacji na RTL 7 można było obejrzeć serial nie gorszy od samego Dragon Balla. Wszystko zaczęło się jednak od opowiadań przygodowo-fantastycznych Hajime Kanzakiego. Po ich sukcesie przyszła pora na mangę. W 2003 r. wydawnictwo J.P.F. uraczyło nas pierwszym tomem tej mangi, na który składa się pięć rozdziałów, w tym kolorowy wstęp. W nim poznajemy główną bohaterkę serii, mistrzynię czarnej magii, Linę Inverse. Jej cel jest prosty. Łupić złoczyńców i poznawać arkana magii. Jak przy okazji dobrze się naje i wyśpi, to też będzie dobrze. Już od samego początku można zorientować się, że będzie to historia pełna przygody, ale także komedii. W pierwszym tomie nie napotkamy poważniejszych wątków, ani nawet motywu przewodniego ośmio-tomowej mangi. Dużo śmiechu i walki, a to przede wszystkim za sprawą niepowtarzalnych głównych bohaterów. O Linie nieco już wspomniałem, ale warto dodać, że to jeszcze nastolatka. Na dodatek wyczulona na punkcie braku rozwiniętych atutów kobiecości. Lepiej nie mówić przy niej, że jest płaska jak deska. Zupełnie przypadkiem dołącza do niej blondwłosy rycerz, Gourry który z początku nie bierze jej na poważnie i cały czas chce ją bronić, co dla Liny jest strasznie upierdliwe. Do tego trzeba dołączyć całe grono postaci epizodycznych. Niech o talencie komediowym autora świadczy fakt, że w pierwszym rozdziale pojawia się jeden złoczyńca za drugim, jeden podobny do drugiego, a wszyscy to chytrzy bracia. Mocnym punktem zaprezentowanych w tomiku przygód jest dopracowanie walk. Ataki miecza i magii zapadają w pamięć, a bohaterowie często muszą posługiwać się swoim sprytem, a nie siłą. Shoko Yoshinaka zdecydowanie poczuł klimat tej baśniowej historii, co zobaczycie na jej kartach. Gdy dodamy do tego żarty z bohaterów, złoczyńców oraz okoliczności w których się znaleźli, powstaje wybuchowa mieszanka! Kolejnym atutem są zwroty akcji, które zdarzają się w każdym opowiadaniu i zaskoczą najbardziej oczytane osoby. Niby jakiś zwykły dziadek twierdzi, że zaprowadzi bohaterów do doliny smoków. Wydaje się, że może to być pułapka, a tu nagle okazuje się, że sam jest jednym z nich! Jeśli jesienny klimat negatywnie wam się udzielił i poszukujecie pozycji, która będzie dla was po prostu dobrym sposobem na ożywienie się i zrelaksowanie, „Magiczni Wojownicy” to tytuł stworzony na wszelaką chandrę, a to dopiero początek!
Marek Wasiński - awatar Marek Wasiński
ocenił na64 lata temu
Chobits t.1 Nanase Ohkawa
Chobits t.1
Nanase Ohkawa Mokona Apapa Tsubaki Nekoi Satsuki Igarashi
W ostatnich latach nastąpił znaczny rozwój sztucznej inteligencji. Faktem jest jednak, że do scenariuszy rodem z filmów, komiksów i książek science-fiction nadal jest bardzo daleko. Wśród tych scenariuszy jeden szczególnie mnie zainteresował i chciałbym wam o nim opowiedzieć. Dziś każdy może mieć przy sobie komputer z dostępem do internetu. Komputery mają jednak ograniczone możliwości. Ale co gdyby te ograniczenia maksymalnie zniwelować. Co gdyby te komputery do złudzenia przypominały ludzi i były w stanie robić dokładnie to, co my? Między innymi o tym opowiada manga „Chobits”. Hideki Motosuwa przeprowadza się do Tokio i uczęszcza do szkoły przygotowującej do studiów na uniwersytecie. Naukę musi łączyć z pracą w restauracji w tym wielkim mieście. Ledwo starcza mu na utrzymanie, a jego talent w dziedzinie edukacji nie stoi na najwyższym poziomie. To wydaje się być bardzo przeciętna historia, ale do czasu.Gdybym znalazł na śmietniku persocoma, czyli humanoidalnego robota osobistego, zapewne zabrałbym go do domu, zupełnie jak Motosuwa. W końcu to okazja! Sęk w tym, że nasz główny bohater o owych persocomach nie ma większego pojęcia i nie zdaje sobie sprawy z ich możliwości. Gdy w końcu udaje mu się go uruchomić, jego życie zmienia się na dobre, choć jeszcze o tym nie wie. Na kartach I tomu mangi autorstwa CLAMP znajdziemy 12. rozdziałów przedstawiających perypetie Motosuwy i jego persocoma – Chii. Te przygody mogą wydawać wam się proste. Hideki wychowuje Chii niczym małe zwierzątko, a to wiąże się z zabawnymi sytuacjami, które najczęściej zawstydzają głównego bohatera. Może i są proste, ale za to bardzo oryginalne. „Chobits”, to połączenie przygody, komedii i romansu, czyli coś, co grupie CLAMP zawsze dobrze wychodzi. Pomiędzy wyżej wymienionymi gatunkami została zachowana idealna równowaga, a trzeba jeszcze dodać, że poważne, wręcz filozoficzne momenty także mają miejsce, choć mogą być w pierwszej chwili niedostrzegalne. W Chii naprawdę można się zakochać. Jej pierwszy kolorowy rysunek stawia sprawę jasno. Jest w niej niewinność, słodkość, ale także tajemniczość i to właśnie ten element napędza fabułę mangi. Szybko okazuje się bowiem, że bohaterka nie jest zwykłym persocomem, ale o szczegółach dowiecie się już z I tomu. Przygody Hidekiego są przezabawne. Od kupowania damskiej bielizny, ciągłe upadanie Chii na bohatera w dwuznacznych pozach, aż po jej ciągłe naśladowanie otoczenia. Panie z CLAMP potrafią wymalować na twarzach postaci wszystkie emocje, nawet jeśli dotyczy to sztucznej inteligencji. Charakterystyczny element ich twórczości, czyli wielkie oczy sprawiają, że od razu łapie się więź z bohaterami. Oprócz przeciętnego i czasem niezdarnego Motosuwy oraz słodkiej i niczym nieskalanej Chii, mamy także Shinbo, kumpla Hidekiego, pewnego siebie chłopaka, który zdaje się skrywać jakąś tajemnicę oraz jego persocoma, malutką choć zaradną Mirabelkę. Z czasem pojawia się także Minoru Kokubunji, utalentowany i bogaty spec od persocomów, a także nauczycielka głównego bohatera, pani Shimizu oraz jego sąsiadka pani Hibiya. Przejdźmy do tłumaczenia, bo muszę tu poruszyć ważną kwestię.Cały czas używałem określenia „persocom”, zaczerpniętego z oryginału. Niestety w wersji polskiej zastąpiono go słowem „komputer”, co brzmi po prostu niedorzecznie. Rozumiem, że w zasadzie taką funkcję spełniają te roboty, ale nazywanie czegoś, co bardziej przypomina człowieka niż urządzenie „komputerem” wydaje się być nie trafione. Dodatkowo w przypadku persocoma, który został stworzony przez osobę indywidualną, na własną rękę, użyto słowa „składak”, co razi jeszcze bardziej. To wystarczyło by moja ocena tłumaczenia zdecydowanie się obniżyła. I tom mangi „Chobits” pokazuje, że jest to coś więcej niż historia o chłopaku, który z bliska poznaje sztuczną inteligencję w ludzkiej formie. Bohaterowie poznają również swoje własne uczucia, choć nie zostało to jednoznacznie powiedziane. Jest dużo komedii, która ten element przykrywa, ale do czasu. Bardzo szybko wciągniecie się w tę miłosną komedię pełną nieoczekiwanych wydarzeń oraz z życia wziętych historii. Jeśli do tej pory wydawało wam się, że „komputery”, to tylko zimne, pozbawione uczuć urządzenia, to po lekturze „Chobits” z pewnością zmienicie zdanie w tym temacie.
Marek Wasiński - awatar Marek Wasiński
ocenił na84 lata temu
Magiczni Wojownicy - Slayers t. 2 Shoko Yoshinaka
Magiczni Wojownicy - Slayers t. 2
Shoko Yoshinaka
Pierwszy tom „Magiczny wojowników” był tak naprawdę zbiorem historyjek, które łączyła dwójka głównych bohaterów. Drugi tom prezentuje już pewną większą ciągłość fabularną, która będzie kontynuowana w następnym tomie. Czy potrafi wciągnąć czytelnika? Tom otwiera krótka opowieść o poszukiwaniu ksiąg niedostępnych w bibliotece. Jest to historia o włamaniu z pewnym dosyć oczywistym zwrotem akcji w finale. Warto jednak zapoznać się z tą opowieścią, bo przedstawione tam zostają zasady rządzące światem przedstawionym. Następnie zaczyna się główna fabuła tomu. Lina i Gourry są ścigani przez tajemniczego Zelgadisa, któremu zależy na jednym z przedmiotów, który trafił w ręce bohaterów. Problem w tym, że nie wiedzą o który przedmiot chodzi. Pod względem fabuły jest to głównie seria starć z Zelgadisem i jego podwładnymi. Część walk okazuje się zaskakująco pomysłowa jak chociażby spotkanie z Dilgearem czy z Nunsą. Trochę mniej emocjonujące są pojedynki z Zelgadisem, ale on jest tutaj kreowany bardziej na rozważnego stratega. Mam mieszane uczucia co do postaci wprowadzonej w końcowej części tomu. Stanowi trochę deus ex machinę i wydaje się nie mieć charakteru. Z drugiej jednak strony wiem jak zostanie potem rozwinięta i zdaję sobie sprawę, że celowo jest tak przedstawiana. W dalszym ciągu nie do końca przemawiał do mnie humoru. Na szczęście mniej tu jest dowcipów z biustu Liny. Szkoda, że zostały one zastąpione męczącym przekręcaniem imienia „Zelgadis”. Za to całkiem zabawne są interakcje między dwójką bohaterów. Rysunki są dosyć nierówne. Różne spokojne sceny są narysowane bardzo dokładnie i na twarzach bohaterów dobrze udaje się przedstawić ich uczucia. Niestety sceny akcji są bardzo chaotyczne i ciężko zorientować się co się dzieje. W ramach ciekawostki warto wspomnieć, że pod koniec tego tomu pojawia się oświadczenie wydawnictwa. Dotyczy ono jednego z odcinków programu „Uwaga” dotyczącego „Dragon Balla” i wyemitowanego na kanale TVN. Była to bardzo niesławna sprawa, ale tutaj podoba mi się jak dojrzale wydawnictwo podeszło do sprawy broniąc swojego dobrego imienia. Fabuła tego tomu przypomina już bardziej to co można było znać z serialu animowanego. Przez to mi osobiście czytałem się to z przyjemnością. Dla czytelników jednakże bez sentymentu do kreskówki może to być tylko kolejna historia o pogoni za artefaktem.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na63 lata temu
Morfina Chika Adachi
Morfina
Chika Adachi Kumiko Saiki
Główna bohaterka dzieła to osoba ciężko doświadczona przez los. Jeszcze jako mała dziewczynka przeżyła tragiczną śmierć swojej matki. Później byłe jeszcze gorzej, ojciec alkoholik wyładowujący swoją frustrację na dzieciach i ciągle powtarzający, że nie dożyją one swoich trzydziestych drugich urodzin, oraz śmierć jej starzej siostry. Piętno tej, która przeżyła i jakoś egzystuje, nieustanny ból, cierpienie i żal do losu, towarzyszą bohaterce nieprzerwanie przez wszystkie lata jej życia. Wszechobecna wokół niej śmierć spowodowała, że powiązała ona nawet z nią swoją karierę zawodową, zajmując się osobami nieuleczalnie chorymi, którzy tylko czekają na swój koniec. Maki stara się sumiennie i wielką dokładnością wykonywać wszelkie swoje obowiązki, tak aby, jak najbardziej ulżyć cierpieniom swoich podopiecznych. Kompletnie nie myśli ona o sobie i swojej przyszłości, nawet kwestia jej ślubu z innym lekarzem, wydaje się dla niej czymś mało istotnym. Sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje w momencie, kiedy spotyka ona ponownie swojego danego ukochanego, wybitnego pianistę, który cierpi na nieuleczalny guz mózgu. Przez długi czas przebywał on za granicą, ale teraz powrócił do Japonii, aby dokończyć swoje sprawy. Autorzy mangi postanowili przedstawić w swoim dziele nie tylko tematykę bólu, cierpienia i nieuchronnej śmierci, ale również miłości, nadziei i błogiego spokoju, kiedy człowiek godzi się ze swoim losem. Pierwsza część dzieła jest naprawdę trudna w odbiorze, wszechobecny dołujący nastrój, Maki której aż nadto ciąży życie, śmiertelnie chorzy, którzy ze spokojem oczekują swojej ostatniej godziny, która będzie dla nich swoistego rodzaju wyzwoleniem. Jeśli do tego dołożymy wszelkie próby uśmierzania bólu i temat eutanazji, tytuł mangi nabiera mocno bezpośredniego znaczenia. Każdy kolejny rozdział dzieła to jednak kropelka nadziei wlewająca się do pucharu pełnego goryczy, czego zwieńczeniem jest finał, w którym da się wyczuć pewną dozę pozytywnej energii i masę nadziei na przyszłość. Cała recenzja na PopKulturowy Kociołek https://popkulturowy-kociolek.blogspot.com/2020/01/recenzja-morfina.html
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na66 lat temu
Hellsing t.2 Kohta Hirano
Hellsing t.2
Kohta Hirano
Gusta – tak, to one są bardzo ważnym elementem, wręcz wykładnikiem tego, jaką formę ostatecznie przyjmuje kultura, czy kultura masowa, jako ta integralna część tego co nazywamy rozrywką. I co istotne, jak mówi nam pewne porzekadło to ,,gusta zawsze pozostaną gustami”; zawsze będziemy na granicy subiektywno-obiektywnego ,,punktu widzenia" danego zjawiska, rzeczy, książki czy filmu, jak to zwykle bywa podczas oceniania czy recenzowania czegoś, co nas interesuje i zajmuje nasz jakże cenny w pędzącym na złamanie karku ku cywilizacyjnemu postępowi Świat. Już na przestrzeni jednego gatunku, tematu, danego Uniwersum nasze popkulturowe upodobania w gronie fanów czy zwykłych zjadaczy chleba doświadczających danego wątku, tytułu, stylu czy nurtu mogą wręcz meandrować w nieprzewidywalnym kierunku: zmieniać się bardzo szybko i znacząco. I weźmy na to duży temat w kulturowej ,,masówce”, najsolidniej owinięty wokół filmu i serialu, a obecnie nieco mniej w książce, czy komiksie. I jest to ,,wampiryzm" czy inaczej mówiąc wątek ,,strzyg” lub ,,krwiopijców”. Ten a'la ,,filmowy" element wszystkiego, co audiowizualne co tworzymy, w tym wampirzym przypadku mjsolidniej owinięty jest wokół gałęzi horroru, thrillera, fantasy, kryminału i temu podobne, niekiedy nawet z domieszką komedii. Istnieje jednak pewna seria mangi, na podstawie której zrealizowano dwa wyjątkowo dobre seriale anime z wampiryzmem w roli głównej: "Hellsing" oraz "Hellsing: Ultimate". Za nim zasmakowałem pierwszego, a obecnie drugiego tomu japońskiego komiksu, który był podstawą, ot kanwą na bazie której zrealizowano ów serial, o tym samym co mangowy twór tytule: "Hellsing", któremu to poświęcam w większości ów tekst, wszystko to, co kojarzyło mi się ze strzygami, ghulami, ,,dziećmi nocy" i temu podobne mary, co budowało moją wiedzę i doświadczenie z tym szerokim wątkiem, tematem i informacjami w popkulturze, ,,smakowałem” naprawdę wielu różności tego motywu. Doszło kiedyś do takiej sytuacji, iż przypadkowo oglądnąłem pewien film, ni to komedię, ni to coś z kina kiczowatości pełnego bezguścia, ni to z jakiejkolwiek konkretnej parodii – tym tytułem okazała się produkcja: "Wampiry i Świry" z 2010 roku. I co ciekawe pamiętam ,,to coś" w miarę dobrze, mimo iż było to totalnie wybebeszające moje (i chyba wasze również, jeśli macie podobne zdanie o tym filmie) stabilne pojęcie o tym czym jest wampir i wampiryzm w popkulturze. Można uważać tą filmową inność za coś tak samo głupiego jak i fajnego, ale w sam raz wystarczającego na chillout i mega relaks; za coś, co jest w stanie jedynie popsuć nasze prywatne zdanie i opinię o ,,istotach nocy" w kinie i serialu. Z drugiej strony filmy czy nawet i seriale takie jak "Wampiry i Świry" są potrzebne dla każdego zorientowanego w temacie widza czy fana: w ten sposób nasze gusta i pasje są w stanie dość szybko się wyklarować, gdyż wtedy wiemy czego unikać a czego nie, na czym po prostu najzwyklej w świecie powinno się skupić. Krąg tematyczny i tytułowy się zwęża, a nas może ogarnąć jedynie spokój i zdecydowanie w tym przypadku ,,kinematograficzno-wampirowej” pasji. Ta niby-parodia, o której mowa udowodniła mi jeszcze jedno: zbyt mało wiem i nie wszystko widziałem z gatunku, podgatunku, czy samej subkultury w popkulturze, jeśli chodzi właśnie o wampiryzm i temu podobne monstra. Oczywiście "Wywiad z wampirem", kanon Lugosiego sprzed prawie 100 lat, "Van Helsing" z Jackmanem, wybitne "Dracula" Coppoli - to tylko cząstka tego, co w kinematografii jest w tym temacie wręcz klasyczne i piękne. Ale tak dziwne doświadczenie jak seans z "Wampiry i Świry" skierowało mnie ku re-watchowi "Hellsing: Ultimate" i doświadczeniu jeszcze jednego tytułu: ,,krwiopijczego" drugiego tomu mangi Kohty Hirano pt. "Hellsing", o którą tak niniejszym mi się rozchodzi. Nie każdy z nas jest tym ,,największym, tym jedynym!” fanem, i to ortodoksem, wampirów, strzyg, czy lykanów w ,,masówce”. To również tyczy się i mnie; miłośnikiem Istot Nocy i różnych fantazyjnych monstrów (poza Godzillą!) w popkulturze, niestety, nie jestem, ale mam spory sentyment i szacunek do postaci Blade'a z Marvela, z serii filmów sprzed ery MCU z udziałem tej postaci, oraz do Alucarda, czyli głównego ni to antagonisty, ni to protagonisty bohatera mangi i anime, o których piszę. Siłą rzeczy, tą naturalną z racji takiej ,,alucardowej” pasji kwestią czasu będzie ogarnięcie wszystkich tomów Hellsinga od Pana Hirano. Na ten moment jednak zatrzymałem się na finale drugiego, z którego całości jestem niesłychanie zadowolony. A co do gustów, nas, popkulutorowiczów, o czym napomknąłem nieco wcześniej, po raz kolejny poprzez tom 2 alucardowych przygód w mandze potwierdza się to jak kapryśna, falująca w różnych kierunkach potrafi być natura naszego zdania, upodobań, gustów. Manga ta podkreśla siłę samego horroru w tym medium, samo to, że o wampirach właśnie i temu podobnych stworach grozy wciąż chcemy czytać i doświadczać ich różnorodności akurat w formie tak nieźle skrojonego japońskiego komiksu, który nie jest tym samym, co mega popularny ,,wampirzy” film lub serial live action. Ogólnie rzecz biorąc w kwestii porównania Uniwersum Hellsing, czyli zestawienia jego anime do mangi zyskałem ,,podwójne szczęście” – chodzi o fakt, iż lektura tomu 2 graficznej opowieści Hirano okazała się tak samo intensywnym i dobrym przeżyciem, co manga pilotowa autora, ba!, dużo lepszym doznaniem niżeli oglądanie anime tego Świata w wersji podstawowej w odcinkach odpowiadających temu, co znalazło się w tomach 1 i 2 owych komiksów. W ,,dwójce” dostajemy solidniejsze tąpnięcie w kwestii dynamiki akcji, szybkości narracji i jej płynności w takim tempie – choć to bardziej subiektywne wtrącenie - że aż zostałem bezdyskusyjne tym świetnym aspektem tytułu przyszpilony do ściany. Tak, drugi tom w kwestiach jakości i tempa przedstawiania historii w Świecie Hellsinga jeńców nie bierze, i takie do było dobre! Równie mocno, choć delikatnie, ot ciut gorzej ma się sprawa z szatą graficzną omawianego wydania niezrównanego Kohty Hirano. Mówiąc w subkulturze animemango-geeków: tak zwana ,,kreska" w części drugiej mangowego Hellsinga w moim odczuciu okazała się zbyt ostra i nieco uboga w podaż czerni i kontrastu między strefami ,,bielszym” a tymi ciemniejszymi na kadrach. Aż nadto ,,krawędzista". Sylwetki postaci pozostają bez zmian w stosunku do tomu 1, wciąż są fantazyjnie kreślone, miejscami nie aż tak potężne jak to było w seriach anime Hellsinga. Ważne jest to, że grafika idzie krok w krok z tym, co kreuje niniejszym scenariusz. Czytelnik czuje tu pewną stabilność narracji - nie może mieć on powodów do nudy, tym bardziej, że sam wątek Alucarda i krnąbrnej jeszcze wtenczas Wiktorii zaczyna nabierać rumieńców. Wizualnie emocje stają się po prostu ,,większe” i pełniejsze, mimo iż ostrość ,,kreski” kieruje nas ku ,,głosie o zbytniej agresywności”. Do gry zaczynają wchodzić kolejni przeciwnicy Organizacji, którą (na szczęście) steruje Integra Hellsing, zaczyna się robić jeszcze żywiej i barwniej w tej kwestii w stosunku do pilota mangowej serii – aż strach pomyśleć o tym, co czeka nas w tym elemencie w kolejnych i kolejnych tomach. Tu dzieje się na tyle dobrze i dużo, że brakuje tylko monstrualnie klimatycznej ścieżki dźwiękowej z Ultimate albo serii podstawowej tego ,,animajca”. "Hellsing" no.2 to kolejne wydanie mangi, które zaraz po "Full Color Saiyan Saga, tom 1" (ostatnio przeze mnie czytane) posiada, co warto to jako zaletę tytułu wypunktować: piekielnie istotną, dla wybrednego i dokładnego fana, numerację stron. Może wydawać się to proste, a nawet zbyteczne, ale ostatecznie staje się to niezwykle pomocne dla każdego geeka, w sytuacji gdy w tomie tym zauważasz tak ciekawy element odnoszący się do poziomu mocy Alucarda i inkantacji, które wampirzy lord przywołuje, jak świetnie narysowane i dobrze dobrane w czerń odcienie fragmenty rysunku to potwierdzające. Odnośnie tego rodzaju i ogólnej specyfiki charakterystyki rysunku Pana Kochty, jak wspomniałem wcześniej ogólna szata graficzna może tu dawać nieco ,,lekko do życzenia", ale przy takich kreacjach Alucarda, o których piszę - i to świadczących o potędze i zmysłowości wyobraźni naszego mangaki - który uwalnia się spod pieczęci Hellsingów (przynajmniej chwilowo) i sprawia prawdziwe piekło jednemu z tzw. Braci, którzy są antagonistami tomu, powinniśmy być w stanie wybaczyć autorowi wiele, nawet te nie zawsze pasujące i odpowiednie do akcji, rodzaju fabuły, kreślonych wątków etc. konturówki i tuszowania. Delikatna kreska i odpowiedni dobór odpowiednio ciemnej czerni dla Alucarda, który zrzuca wszelakie ograniczenia swojej pierwotnej mocy, faktycznie pasują tu jak ulał. A to paradoksalnie jest ta konsekwentność – ta wiara w to, co i dlaczego się robi i czemu ma to służyć. Hirano uparcie trzymał się swojego stylu i wizji tego Uniwersum, a jak widać przyniosło to koniec końców pewne pozytywne skutki. Scenariusz tomu punktuje w prostych, ale jednocześnie opartych o istotne dla rozwoju fabuły i treści w całym Uniwersum informacje, dialogach. W dymkach, które przyjmują tu różne formy w zależności od kontekstu i przebiegu akcji komiksu, autor nie patyczkuje się z intencją wlania w swoje postaci odrobiny szczerej brutalności, zwłaszcza bezwzględnego zła i emocjonalnej patologii bijącej od pewnych ,,antagonistycznych sylwetek”, patrz: wspomnianych ,,Braci”, które idealnie oddają to, czym i jacy są i dlaczego dokonują tak paskudnych i barbarzyńskich aktów agresji te właśnie postaci. Fakt, może to być przykład ,,mało inteligentnych” dialogów, ale dla tego Uniwersum, jego gatunku, tak prostych i agresywnych złoli takie ,,linijki tekstu” pasują idealnie, boostując te negatywne cechy u agresorów jeszcze bardziej. A to, co z ,,braćmi” się stało… sami pomyślcie i dopiszcie sobie zakończenie, skoro taką mocą dysponuje Alucard, a ,,kamerdyner” Organizacji za bardzo mu nie ustępuje w swej sile i możliwościach. Na tym nie koniec: coraz bardziej, z tomu na tom, daje o sobie znać kreacja cynicznego, podłego i zawistnego, lubiącego bawić się w kotka i myszkę z wszystkim i wszystkimi co spotka na swej drodze, Alexandra Andersona, szefa XIII oddziału watykańskiego. To w końcu jego Jednostce przeznaczony jest również dodatek do tomu: ,,Crossfire”, którego za żadne skarby nie można przegapić!
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na81 rok temu
Cowboy Bebop tom 1 Hajime Yatate
Cowboy Bebop tom 1
Hajime Yatate Yutaka Nanten
Ostatnio zastanawiałem się jaki sens ma wydawanie mang opartych na anime. Pierwsza i najtrafniejsza odpowiedź jaka przyszła mi na myśl, to pieniądze. Z jednej strony ucieszą się wszyscy fani, z drugiej strony twórca i wydawca zarobią nieco grosza. Niestety jednak takie adaptacje zazwyczaj nie wnoszą nic nowego do tematu, a przykładów jest sporo. Od każdej reguły są jednak wyjątki, choć i te nie unikną błędów. Doskonałym tego przykładem jest manga „Cowboy Bebop”. Powstała w wyniku popularności kultowego już anime, po tym jak wszystkie 26 odcinków zostało transmitowanych. Nie jest to jednak adaptacja animacji, a jej uzupełnienie, kolejna porcja przygód bohaterów, których wiele z nas zdążyło pokochać. Podobnie jak w anime, śledzimy losy załogi statku kosmicznego o nazwie „Bebop”, a jest to załoga bardzo charakterystyczna. W jej skład wchodzą Spike Spiegel, wiecznie palący papierosa i z głową w chmurach, Jet Black, kapitan statku, głos rozsądku, a często także kucharz, Faye Valentine, przebiegła i często samolubna, ale zawsze wraca na pokład oraz Ed, nastoletnia hackerka, którą najbardziej zdaje się interesować jedzenie i jej kompan, pies Ein, w którego przypadku należy powiedzieć, że pozory mylą. I tom mangi, to 5 historii rozpisanych na ponad 170 stronach. Opowiadania nie wiążą się ze sobą i ciężko umieścić je w jakimś konkretnym przedziale czasowym w odniesieniu do anime, ale najwierniejszym fanom z pewnością się to uda, gdyż nieraz wspominane są pewne fakty znane tylko z serialu. Jeśli nigdy nie mieliście do czynienia z anime, to rozpoczęcie swojej przygody od lektury mangi nie jest najlepszym pomysłem. Co prawda załoga statku Bebop funkcjonuje w zasadzie na tych samych zasadach co w przypadku serialu, to autorowi nie udaje się jednak w pełni oddać jego specyficznego i wciągającego klimatu. Z animacji dowiecie się jak członkowie załogi na nią trafili i jak kształtował się relacje między nimi. W mandze z kolei oglądamy już którąś akcję z rzędu i pewne elementy zostały pominięte jako coś oczywistego dla fanów franchise’u. Na nogi nie powalają także ilustracje i grafika. Pan Yutaka Nanten w zgrabny sposób wyjaśnia na samym końcu jak w ogóle doszło do powstania tego projektu i jak sam zaznacza, był fanem serialu, ale nigdy nie miał talentu do rysowania wszelkiego rodzaju nowych technologii i elementów pochodzących z przyszłości, a takowe się tu pojawiają. Niektóre postacie wydają się być wygładzone i uproszczone, pozbawione charakteru, który w anime wprost bił z ich twarzy. Autor postarał się jednak aby jego słabsze strony mogły schować się za mocniejszymi, a są to przede wszystkim ilustracje skupiające się na pojedynczych postaciach, a nie na skumulowanej masie ludzkiej. Co się tyczy pięciu historii zawartych w tomie, to zawierają one charakterystyczny humor, sceny pościgów i pojedynków, a także zwroty akcji z których zasłynął „Cowboy Bebop”. Spike idzie do więzienia by wyciągnąć stamtąd transwestytę/mężczyznę po operacji zmiany płci, cała trójka łowców nagród zostaje poszukiwana, a Faye rusza na misję przeznaczoną jedynie dla płci pięknej. Na kartach mangi czeka na was jednak o wiele więcej przygód. Podsumowując, pierwszy tom „Cowboy Bebop”, to absolutnie przyzwoity egzemplarz, który ponownie zaprasza nas do świata tak doskonale wykreowanego przez Shin’ichiro Watanabe i Studio Sunrise 2. Jest tu w zasadzie to wszystko co mogliśmy obejrzeć w kultowym anime, jedynie muzykę musicie jakoś odtworzyć we własnej wyobraźni. Nie oczekujcie tu jednak przełomowych historii i niesamowitych odkryć dotyczących naszych bohaterów. Wszystko co najlepsze można zobaczyć w serialu, a swoją drogą nie zawsze należy zaczynać z wysokiego C. Pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika Spike’a i spółki.
Marek Wasiński - awatar Marek Wasiński
ocenił na74 lata temu
Highschool of the Dead tom 1 Daisuke Sato
Highschool of the Dead tom 1
Daisuke Sato Shouji Sato
Świetna manga w tematyce zombie, a w połączeniu z miejscem akcji, jakim jest japońskie liceum wypada to naprawdę klimatycznie. Początek wydaje się mocno naiwny, jakby fantazja nastoletniego, nieszczęśliwie zauroczonego chłopaka: „Wyobrażę sobie, że szkołę atakuje zombie i wyciągam ją z klasy w środku lekcji, ratując ją.” Założę się, że tak też powstał pomysł na tę fabułę - autor w czasach wyobrażał sobie, jak to ratuje damę z opresji. Akcja od samego początku, dużo napięcia i emocji, a bohaterowie nie są miękkimi kluchami. Przyjemnie się to czytało, jeśli chodzi o fabułę. Natomiast jeśli chodzi o naturę czysto techniczną tej mangi - nie wiem, czy to polskie wydawnictwo wprowadziło taką decyzję, czy też w innych wersjach językowych też tak jest, ale te teksty są tak rozciągnięte, że musiałam na początku przyzwyczaić oczy. Czcionka jest rozciągnięta wzdłuż, przez to litery były nienaturalnie wąskie. Podobno już nie wydają tej mangi po polsku, nie zdziwię się, jeśli to przez tę czcionkę. Śmiać mi się też chciało, ilekroć widziałam anatomię jednej z postaci - pielęgniarki szkolnej. Rysownik zrobił jej piersi niczym wymiona krowy. Miały nawet taki kształt. Niby wiem, że to ecchi, ale ohyda. Przesadził. Poza tym nie było za dużo innych elementów ecchi (styl projektowania postaci kobiecych, przeseksualizowywanie ich, ukazywanie ich w kusych stylizacjach, a nawet bez). I dobrze. 7.5/10
MagicznyKokietek - awatar MagicznyKokietek
ocenił na81 rok temu
Wampirzyca Karin #2 Yuna Kagesaki
Wampirzyca Karin #2
Yuna Kagesaki
Wampirzyca Karin - wampir tłoczący kłania się Niektóre tytuły na dzień dobry chcemy zaszufladkować do danej kategorii. Zamknąć w ramach danego gatunku, pewni iż nie mają nic więcej do zaoferowania, ponad utarte i przyjęte przez twórców schematy. Nie zawsze jest to jednak wskazane i możemy zostać mocno zaskoczeni. Tak jest w przypadku mangi autorstwa Yuny Kagesaki - "Wampirzycy Karin". Bo czy widząc nieśmiałą, uroczą bohaterkę, nowego ucznia, który powoli staje się jej bliski, to nawet gdy dodamy do tego wampirzy wątek, nie mamy ochoty krzyknąć: romansidło dla dziewczyn? Pani Kagesaki serwuje czytelnikowi jednak o wiele więcej ponad miłosne wzloty i upadki. Będzie zabawnie, będzie wzruszająco, ale również bardzo mrocznie, tajemniczo i niekiedy brutalnie. W końcu z wampirami nie ma żartów. Serdecznie zapraszam byście poznali czarną owcę wampirzej rodziny młodą wampirzycę Karin. Życie wampira nie jest łatwe. Ludzie od wieków polują na jego gatunek i z tego powodu zmuszony jest ukrywać swoje istnienie. Na szczęście posiada szereg umiejętności, które pozwalają mu pozostać w strefie bajek dla większości śmiertelników. Przywoływanie nietoperzy, wymazywanie pamięci, to tylko kilka z nich. Co jednak gdy w wampirzej rodzinie pojawi się osoba pozbawiona tych mocy. Co więcej będzie to wampir, który zamiast wysysać krew, raz w miesiącu musi się pozbyć jej nadmiaru? Takim właśnie beznadziejnym przypadkiem jest Maaka Karin. Wamiprzyca, która raz w miesiącu musi swojej ofierze wstrzyknąć nadmiar wyprodukowanego płynu, w innym przypadku skończy się to nad wyraz efektownym krwotokiem z nosa, którego w żaden sposób nie da rady wytłumaczyć swoim przyjaciołom ze szkoły. Jednak Karin, z pomocą rodziny, która tuszuje jej fuszerki, jakoś udaje się żyć samotnie w świetle dnia, które dla dorosłych wampirów jest zabójcze. Wszystko zmienia się w chwili gdy do szkoły dziewczyny trafia nowy uczeń - Kenta Usui, przy którym krew wzbiera w Maace ze zdwojoną siłą. Jedno jest pewne - od tej chwili życie wamiprzycy stanie na głowie. Fabuła, choć mogłoby się wydawać iż skupi się wyłącznie na wamiprzej ułomności głównej bohaterki i jej relacjach z Usuim, ma czytelnikowi do zaoferowania dużo więcej. Bo choć i jedno i drugie stanowi ważny element cyklu, to jednak nie obracamy się wyłącznie wokół tych dwóch biegunów. Bardzo dużą uwagę poświęcono rodzinie głównej bohaterki, co już samo w sobie jest elementem rzadko spotykanym. Zazwyczaj bohaterowie żyją samotni, a rodzina gdzieś tam sobie istnieje, niezależnie, jakby w innym świecie. Karin zaś jest otoczona troskliwą opieką swojej matki, ojca, starszego brata i młodszej siostry, która jako jedyna, poza naszą czarną owcą może jeszcze przebywać w dzień na słońcu. W późniejszych tomach pojawi się też babcia Karin, która jest co najmniej wybuchowym charakterem, a za sprawą powolnego starzenia się wampirów stanowi nieomal kopię swojej wnuczki. Nietrudno się domyślić iż będzie to powodem kilku naprawdę ciekawych sytuacji. Autorka naprawdę sporo uwagi poświęca sposobowi życia i relacjom w wampirzej rodzinie. Starsze pokolenie prześladuje wciąż wspomnienie polowań na ich gatunek i nieufność do ludzi, młodsze kieruje się swoimi własnymi prawami. Wszyscy jednak troszczą się o siebie nawzajem i to jest naprawdę piękne. Rodzina głównego bohatera nie jest równie liczna i chłopak mieszka wyłącznie ze swoją matką, ojca nie zna, a babka udaje iż on nie istnieje. Ten wątek również jest niezwykle mocną stroną serii. Dużo poważniejszy, miejscami nawet przytłaczający sprawia, że Karin sprawnie przechodzi z komedii w dramat. Z resztą nie tylko za jego zasługą. Autorka pod tym względem posiada niezwykły talent, zachowując spójność i klimat opowiadanej historii potrafi obracać nastrojem czytelnika o 360o z gracją i wdziękiem. A gdy weźmiemy pod uwagę, że poza główną osią fabularną otrzymujemy całą masę wątków pobocznych to widzimy, że ma do takich zagrań szerokie pole do popisu. Główna bohaterka wydaje się bardzo schematyczna, nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę iż jest bardzo nietypową wampirzycą. Na szczęście pozory mylą również w tym przypadku i choć Karin jest wampirkiem o bardzo małym rozumku, to ma wielkie serce i nie sposób jej nie kochać. I choć z wiadomych powodów musi polegać na swoich bliskich, to nie jest wyłącznie damą w opresji, czekającą na swych wybawicieli, ale sama również potrafi o siebie zadbać i walczyć o siebie. Pozostali bohaterowie są bardzo różnorodni i jak przystało na dłuższe serie jest ich całkiem sporo. Jedni są bardziej inni mniej schematyczni, najważniejsze jednak, ze wszyscy doskonale odnajdują się w swoich rolach. W przeciwieństwie do Karin pozostali bohaterowie nie raz zaskoczą czytelnika, są mniej przewidywalni, a w dodatku posiadają równie interesujące historie do opowiedzenia. Elementem, który najsłabiej wypada w mandze jest jej kreska. Postacie nie są szczególnie urodziwe i nawet nie chodzi o to, że nie otrzymujemy pięknej jak z obrazka głównej bohaterki czy równie urodziwego młodzieńca w postaci bliskiego jej sercu przyjaciela, ale o fakt iż autorka zaserwowała nam armię klonów. Rodzinne podobieństwo to jedno, ale nie zmienia to faktu iż postacie są schematyczne, wydają się różnić jedynie ubiorem, wzrostem i niekiedy kształtem oczu. Co więcej często mają zachwiane proporcje, a tłom nie poświęca się zbyt wiele uwagi. Nie oznacza to jednak, ze rysunki są niestaranne. Po prostu taki jest styl autorki i trzeba do niego przywyknąć. Za plus za to można uznać mocną, pewną kreskę. Wyraźne kontury bardzo przypadły mi do gustu i wyróżniają się na tle innych mang, które z pozoru chciałoby się zaszufladkować do gatunku shoujo, gdzie kreska jest lekka, jakby szkicowana ołówkiem. Samo wydanie również prezentuje się bardzo dobrze. Ogromnym plusem jest dla mnie wydanie pozycji nie w czternastu tomach, jak miało to miejsce w oryginale, ale wydanie zbiorcze po dwa tomy w jednym tomiku, dzięki czemu całość zamyka się w siedmiu grubych tomach. W ich środku znajdziemy po kilka kolorowych stron, a każdy tomik kończy się dodatkowymi historiami, oraz przesłanymi przez fanów rysunkami. Warto także zajrzeć pod obwoluty. Kukiełkowe przedstawienie głównych bohaterów na pewno wywoła na Waszych twarzach szeroki uśmiech. Manga "Wampirzyca Karin" była dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Z pozoru naiwna historia, z równie banalną licealistką szybko zrzuciła kurtynę prostoty i wyłamała się ze schematy z naiwnej pozycji skierowanej dla dziewczyn przechodząc w serię, która ma szansę podbić serce każdego fana japońskich komiksów. Jest śmiesznie, jest ciekawie, miejscami brutalnie i poważnie. Historia jest naprawdę intrygująca, wampirzej rodziny nie sposób nie polubić, a z tomu na tom jest coraz lepiej. Jedynym grzechem jaki można zarzucić tej pozycji to kreska, ale zarówno dla bohaterów jak i przedstawionej historii warto przymknąć na nią oko i cieszyć się przygodami niezwykłej wampirzycy. Ocena: 9/10 Sara Glanc Po więcej recenzji zapraszamy na blog KZTK: http://koszztk.blogspot.com/
Kosz_z_Książkami - awatar Kosz_z_Książkami
ocenił na99 lat temu

Cytaty z książki Love Hina band 01

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Love Hina band 01