rozwińzwiń

Maranta

Okładka książki Maranta autora Birute Jonuškaite, 9788366143166
Okładka książki Maranta
Birute Jonuškaite Wydawnictwo: Pogranicze Seria: Meridian literatura piękna
200 str. 3 godz. 20 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Meridian
Tytuł oryginału:
Maranta
Data wydania:
2020-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2020-01-01
Liczba stron:
200
Czas czytania
3 godz. 20 min.
Język:
polski
ISBN:
9788366143166
Tłumacz:
Agnieszka Rembiałkowska
Średnia ocen

8,1 8,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Maranta w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Maranta

Średnia ocen
8,1 / 10
16 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Maranta

avatar
636
223

Na półkach: , ,

Saulė (Słońce) i Rasa (Rosa) wychowały się w domu Kostasa i Dominiki.

Inkrustowana zwrotami zaczerpniętymi z gwary litewskiej narracja przenosi czytelnika w okolice jeziora Sejwy, krainy położonej pomiędzy Sejnami a Puńskiem, jest to północno-wschodni kraniec Polski, prowincja, ale nie etnograficzny skansen.

Przed nami powieść polsko-litewskiego pogranicza.

„Że niby w Polsce są Litwini? I to całe wsie? Niemożliwe!”

A jednak, Szyłajnie, Sejwy, Szlinokiemie.

Dom Kostasa i Dominiki jest w tej powieści symbolicznym sercem krajobrazu geograficznego, społecznego i kulturowego Sejneńszczyzny, poznajemy dramatyczne losy wielodzietnej rodziny doświadczonej trudami zgrzebnej prostoty życia na wsi, a do tego okupacją hitlerowską i bolszewicką.

Na czas trwania książki stajemy się częścią świata tajemnic przekazywanych dzieciom i wnukom na łożu śmieci, bogata w gorzką wiedzę poetycka wędrówka prowadzi do wielu refleksji, najważniejszą z nich jest myśl, że niezależnie od tego jak bardzo zawinili nasi najbliżsi istnieje na to tylko jedno lekarstwo, wybaczyć.

Saulė (Słońce) i Rasa (Rosa) wychowały się w domu Kostasa i Dominiki.

Inkrustowana zwrotami zaczerpniętymi z gwary litewskiej narracja przenosi czytelnika w okolice jeziora Sejwy, krainy położonej pomiędzy Sejnami a Puńskiem, jest to północno-wschodni kraniec Polski, prowincja, ale nie etnograficzny skansen.

Przed nami powieść polsko-litewskiego pogranicza.

„Że niby w...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1104
1104

Na półkach: , ,

139/180/2022
Jeżeli lubicie, żeby akcja toczyła się wartko - nie czytajcie. Tak samo, jeżeli męczy was pomieszanie z poplątaniem.
Ale jeśli lubujecie się w słowach, nastrojach, tajemnicach sprzed lat, za późno odkrywanych - ta książka jest w sam raz dla was.
Mieszają się w niej losy matki, córki i wnuczki. Mężowie i kochankowie pojawiają się i znikają. Historia zatacza koła, opowieść skacze w przód i w tył. Wydaje się poszarpana. Nastrój jest nostalgiczny, smutny... niewiele mieli w tej rodzinie powodów do radości.
A zimy bywały takie, że do sąsiada szło się przez zamarznięte jezioro!
Nie wiem tylko, jakim cudem Japończyk mógł mieć puszące się włosy...

"Matkę boli wszystko i trzeba ją smarować wywarem ze złotego wąsa, ona sama narządziła dziesiątki buteleczek, zapełniła połowę ciemnej szapuki: tu nalewka na pączkach brzozy, ta na pędach sosny, ta na kotkach olchy, tu żywokost w spirytusie, nie wiadomo, od jak dawna stoją, ale póki dycham, niczego mi nie wyrzucać, a później - jak tam sobie chcecie, bo to pomaga, nacieranie zawsze pomaga. Uznawała tylko nacieranie - na wszystkie choroby, żadnych tabletek, żadnej chemii.
- Czy ja jestem stonka, żebyście mnie truli, lepiej już łyżkę miodu na czczo zjem, lepiej szklaneczkę siemienia wypiję, rumianku zaparzcie, utłuczcie dwa ząbki czosnku i dajcie z chlebem, albo kosztywału, a te swoje trucizny zostawcie dla paniczyków, oni się ziółkiem brzydzą, mleka od krowy nie wypiją, bo im wymieniem śmierdzi."

139/180/2022
Jeżeli lubicie, żeby akcja toczyła się wartko - nie czytajcie. Tak samo, jeżeli męczy was pomieszanie z poplątaniem.
Ale jeśli lubujecie się w słowach, nastrojach, tajemnicach sprzed lat, za późno odkrywanych - ta książka jest w sam raz dla was.
Mieszają się w niej losy matki, córki i wnuczki. Mężowie i kochankowie pojawiają się i znikają. Historia zatacza...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
609
609

Na półkach:

Opowieść rozpoczyna się nad jeziorem Sejwy, na polsko - litewskim pograniczu. Tu swoje korzenie ma Maranta, stąd wypuszcza pędy do Warszawy, Paryża, Jerozolimy, Nowego Jorku, na Syberię. To można dostrzec jej najmłodsze i najstarsze pędy. Czas i miejsce są tylko znakiem w kalendarzu lub na mapie. Wszystko splata się ze sobą, przenika, współistnieje - przeszłość z teraźniejszością, Jerozolima z Sejnami, wojna z emigracją. Głosy zmarłych przenikają się z głosami żywych, litewskie słowa mieszają z polskimi, wielobarwne krajobrazy splatają z opisami obrazów, słowa modlitw przechodzą w miejscowe pieśni, lokalne obyczaje współistnieją z uniwersalnymi motywami kultury.

Narratorka - bohaterka opowiada o utracie tożsamości w Ameryce, bohemie artystycznej Warszawy, rozważaniach religijnych podczas pielgrzymki do Jerozolimy, życiu w rytmie sejneńskiej przyrody. Prowokuje tym samym pytania o to kim jesteśmy? Co dziedziczymy? Czy można zapomnieć o przeszłości? Jaka jest rola religii, sztuki? 

Piękna opowieść, która jak strumyk sączy się powoli, niespiesznie, meandruje, rozlewa się, okrąża te same miejsca, zmusza do zatrzymania się i zastanowienia. Na pewno nie jest to książka na jeden wieczór, weekend. Wymaga czasu, skupienia, czasem odpoczynku od siebie, ale to co w zamian daje, jest warte poświęconej jej uwadze.

Opowieść rozpoczyna się nad jeziorem Sejwy, na polsko - litewskim pograniczu. Tu swoje korzenie ma Maranta, stąd wypuszcza pędy do Warszawy, Paryża, Jerozolimy, Nowego Jorku, na Syberię. To można dostrzec jej najmłodsze i najstarsze pędy. Czas i miejsce są tylko znakiem w kalendarzu lub na mapie. Wszystko splata się ze sobą, przenika, współistnieje - przeszłość z...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

60 użytkowników ma tytuł Maranta na półkach głównych
  • 42
  • 18
12 użytkowników ma tytuł Maranta na półkach dodatkowych
  • 4
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Maranta

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Perły Izrael Joszua Singer
Perły
Izrael Joszua Singer
Powieść Izraela Joszui Singera, „Perły”, to literacki klejnot, który z bolesną precyzją i nostalgicznym rozmachem odtwarza świat, którego już nie ma. Moja ocena to mocne 8/10 – to proza gęsta, nasycona zmysłowymi detalami i głębokim tragizmem, typowym dla starszego brata noblisty, Izaaka Baszewisa Singera. Izrael Joszua, choć często pozostający w cieniu brata, w tym zbiorze opowiadań dowodzi, że był mistrzem portretowania żydowskiej duszy rozpiętej między tradycją a niszczycielską nowoczesnością. „Perły” to zbiór tekstów, które przenoszą nas do żydowskich miasteczek i dynamicznie rozwijających się metropolii, takich jak Warszawa czy Łódź, z przełomu XIX i XX wieku. Singer nie buduje pomników; on maluje życie w całej jego brudnej, skomplikowanej okazałości. Tytułowe opowiadanie to arcydzieło psychologiczne, w którym luksusowy przedmiot staje się symbolem niespełnienia i ciężaru oczekiwań społecznych. Najważniejsze rady i wnioski płynące z lektury to: Przeszłość to kotwica i ciężar: Singer uczy nas, że próba ucieczki od własnych korzeni często kończy się egzystencjalną pustką, ale ślepe trzymanie się ortodoksji bywa równie duszące. Marność bogactwa: Autor pokazuje, że „perły” – czy to materialne, czy duchowe – tracą blask w zderzeniu z ludzką małością, chciwością i nieuchronnością losu. Obserwacja zamiast oceny: Najcenniejszą lekcją Singera jest chłodny, niemal reporterski dystans. Autor pozwala bohaterom błądzić, nie oceniając ich wyborów, co zmusza czytelnika do głębszej empatii. Duszna atmosfera sztetli i zaułków Recenzję muszę zacząć od dusznej atmosfery, która jest znakiem rozpoznawczym Singera. Czytelnik niemal fizycznie czuje zaduch ciasnych mieszkań na warszawskich Nalewkach, zapach niemytych ciał w synagogach i pył unoszący się nad drogami prowadzącymi do zapomnianych sztetli. Ta duszność to nie tylko brak przestrzeni fizycznej, to przede wszystkim duszność religijnego rygoru i społecznych konwenansów, które determinują życie bohaterów od narodzin aż po grób. Singer po mistrzowsku oddaje klimat osaczenia – przez historię, przez biedę i przez własne namiętności. Książka otrzymuje tak wysoką notę za niesamowity zmysł obserwacji i plastyczność języka. Singer potrafi opisać fakturę tkaniny czy wyraz twarzy starego rabina w sposób, który sprawia, że te obrazy zostają pod powiekami na lata. To literatura totalna, która łączy w sobie realizm z metafizycznym niepokojem. Brakujące dwa punkty wynikają z faktu, że „Perły” to lektura skrajnie pesymistyczna. Nagromadzenie nieszczęść, zdrad i rozczarowań może być dla współczesnego czytelnika przytłaczające. Momentami narracja bywa tak ciężka, że wymaga robienia przerw, by złapać oddech poza światem wykreowanym przez autora. Mimo to, jest to bez wątpienia najwyższa półka literatury jidysz. „Perły” to bolesne, ale zachwycające pożegnanie z pewną epoką. Izrael Joszua Singer stworzył pomnik ze słów dla świata, który wkrótce potem spłonął, zostawiając nas z pytaniem o sens cierpienia i trwałość ludzkich więzi.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na81 miesiąc temu
Towarzysz Nachman Izrael Joszua Singer
Towarzysz Nachman
Izrael Joszua Singer
Spodziewałam się, że będzie to jednak literatura podobna w duchu do twórczości wielkiego noblisty Izaaka Singera, młodszego brata pisarza. Ale nie, to zupełnie inny typ prozy. Mimo że też pisany w jidysz. Moim zdaniem, znacznie bardziej uniwersalny. Opowiada o życiu żydowskich biedaków z małego miasteczka, Warszawy, Moskwy, ale w gruncie rzeczy to przypowieść ukazująca okrutne prawa rządzące światem, w którym nie ma sprawiedliwości. Bohaterem powieści jest bieda. Szczegółowy, wręcz reporterski opis życia bardzo biednej rodziny żydowskiego w podlubelskiej miejscowości, w Zaułku Nędzarzy. Mates Riter pracuje jako domokrążny handlarz, sprzedając i skupując towary w okolicznych wsiach. Całe tygodnie o głodzie przemierza zakurzone drogi, dźwigając wór pełen towarów. Tylko na szabas wraca do rodziny, idzie do łaźni, do synagogi, zjada coś i odpoczywa. Utrzymuje żonę i sześć córek, w końcu rodzi mu się upragniony syn. Rodzina żyje w tak skrajnej nędzy, że trudno to sobie wyobrazić. W izbie brak sprzętów, głodowe posiłki, nędzne zarobki, życie niewiele różniące się od życia zwykłych żebraków. Właściwie niczym się nie różniące, bo różne kwestie życiowe rozwiązywane są przy pomocy bogatszych sąsiadów. A chleb otrzymywany z czyjejś łaski boli i upokarza. Ale za to rodzina jest niezwykle pobożna i nędzarz Mates nie żałuje nigdy grosza ze swych głodowych zarobków na rytualną łaźnię, ofiarę w synagodze czy wsparcie dla ubogich. Sam przyjmuje z pokorą swój los, nie buntuje się, ale również nie próbuje nauczyć się jakiegoś fachu, by może trochę lepiej zarabiać. Jedyne, na co sobie pozwala, to wykształcenie dla syna Nachmana w szkółce religijnej. Marzeniem ojca jest, by syn został uczonym chasydem, a może nawet rabinem. Marzenie jego spełnia się w bardzo przewrotny sposób. Nachman, czeladnik piekarski, zostaje zauroczony ideologią komunistyczną, gdzie jest mowa o wyzysku mas pracujących przez wrednych kapitalistów, o konieczności walki z systemem na wzór doskonałego Kraju Rad, pierwszego państwa, gdzie robotnicy rządzą. Zauroczenie to przypomina religijność ojca, a jeszcze bardziej – wiarę serwowana w każdej sekcie religijnej. Nachem nie dostrzega, jak jego ideologia rozmija się z rzeczywistością, aż do tragicznego końca. W imię walki z wyzyskiem podcina korzenie, na których opiera się byt jego rodziny. Pracuje bardzo ciężko, z pełnym oddaniem, jest uczciwy do bólu, zachowuje swoją godność, a jednak traci wszystko. Ostatnia scena, kiedy wykończony Nachman przekracza granicę państwową i zmordowany pada obok konającego, zamęczonego pracą konia, którego po wykorzystaniu do końca właściciel porzucił na śmierć pod rozgwieżdżonym niebem, jest jedną z najmocniejszych scen, jakie zdarzyło mi się czytać kiedykolwiek. Obraz komunizmu w wydaniu radzieckim jest tu ukazany w bardzo krzywym zwierciadle, ale do bólu prawdziwie. Slogany o walce ze światowym wyzyskiem, wygłaszane do ludzi, którym mimo katorżniczej pracy nie starcza na chleb. Naiwna wiara w system wbrew temu, co oczy widzą, wiara w szczerą prawdę słowa pisanego w lewicowych gazetkach, w demagogiczną agitację rozmaitych guru komunizmu z towarzyszem Danielem na czele. Warunki życia i pracy w Związku Radzieckim, wyzysk nie mniejszy niż gdzie indziej, kreowanie spisków, oskarżenia o sabotaż i szpiegostwo, polowanie na wrogów klasowych… Przedwojenna Polska też nie wygląda dużo lepiej w oczach pisarza. Szef policji Konrad Łempicki, śledczy Słupek, sędzia Brzygowski – to zaiste indywidua spod ciemnej gwiazdy. Satyra Singera jest cienka, złośliwa i niezwykle trafna. Oczywiście rzecz toczy się w środowisku niezamożnych Żydów, ale obraz przedstawicieli władzy nie ma charakteru klasowego ani narodowościowego. Towarzysz Daniel, sprawca wszystkich nieszczęść Nachmana, to też przecież Żyd. Teza powieści to przeświadczenie, że biedni, ciężko pracujący ludzie nigdy nie osiągną dostatku, bo by coś osiągnąć, trzeba porzucić zasady moralne, oszukiwać, kłamać i wysługiwać się władzy. W gruncie rzeczy egzystencja żydowskiego sztetla, gdzie też przecież są wygrani i przegrani, bogaci i biedni, wydaje się być bardziej egalitarna, a przede wszystkim bardziej nastawiona na współdzielenie się dostatkiem. Musze też powiedzieć, że styl powieści starszego Singera jest wspaniały, oszczędny, mocny, trafny aż do bólu. Mimo wielu złośliwie opisanych spraw i osób, powieść „Towarzysz Nachman” to właściwie moralitet. Żywot Nachman od narodzin do finałowej przegranej, prowadzi czytelnika do uświadomienia sobie, że nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Imię Nachman znaczy „pocieszenie”. Prawie jak żywot świętego dwudziestego wieku, mimo że wierzy on w komunizm. A tłumaczenie powieści to mistrzostwo świata!
Ewa Szulc - awatar Ewa Szulc
ocenił na102 miesiące temu
Tango śmierci Jurij Wynnyczuk
Tango śmierci
Jurij Wynnyczuk
Oszesztybożenkodroga! Co to było? Nazywana jedną z najważniejszych ukraińskich powieści ostatnich lat „Tango śmierci” Wynnyczuka potrafi powalić na kolana i powala. Może nie nazwał bym tego knockdownem, ale knockout zaliczony. Sięgając po kilka okresów czasowych Wynnyczuk przybliża Czytelnikowi specyfikę Lwowa… Tylko że, IMO, Lwowa XX-wiecznego, od którego ten aktualny XXI-wieczny, starszy (ale niekoniecznie mądrzejszy),znacznie się oddala, gdzie na tabliczce upamiętniającej Stanisława Lema pisze się Lviv a nie Lwów. Z tej perspektywy spojrzeć też można na prozę Wynnyczuka, gdzie cała wielokulturowość czwórki bohaterów Polaka, Ukraińca, Żyda i Niemiec łączy się poprzez wątek narodowościowy i ich ojców, którzy zginęli walcząc o niepodległą ukraińską Ukrainę. Opowieść tego czasu jest pełna konkretu, chociaż ma dawkę magii… Tytułowe tajemnicze tango, mające magiczną moc. Niezwykła biblioteka rodem jak z bajki, pełna tajemnic i niezwykłych niezwykłości jako ciekawy zabieg, ciekawa historia, wpleciona w ogólną narrację i będąca jednak trochę poza nią. Na pierwszy plan wychodzi jednak okrucieństwo torturowania Lwowa przez kolejnych najeźdźców w okresie II wojny światowej. Druga linia czasowa, koniec XX wieku, pokazana z perspektywy profesora filologii jest bardziej artystyczna, luźniejsza i niedookreślona narodowościowo. Pojawia się jednak wątek wyraźnie sugerujący dziedzictwo Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, wywodzącej się ze swojej matki – niesławnego KGB. Główny bohater tej linii czasu mówi, że „zostały tylko kamienie, a wszystko inne – ludzie, język, kultura – zniknęło i stało się snem”. Bohaterowie tego okresu wydają się bardziej efemeryczni, niedookreśleni, mgliści; jakby mieli trudność z samookreśleniem. Wydają się być duchami własnej wyobraźni i snu. Dwie równoległe narracje, zaczynające się jak zwykła powieść, powoli przeistaczają się w pełna magicznego realizmu baśń. A potem ponownie wraca do prozy okrutnej i bolesnej. Pełen jestem podziwu, że w tym wszystkim Wynnyczuk utrzymuje także zdolność do żonglowania czarnym humorem, który synergicznie wpisuje się w narrację, nie zaburzając rytmu. Odkrycie, doznanie i zamieszanie.
ZaaQazany - awatar ZaaQazany
ocenił na92 lata temu
Niemy prorok Joseph Roth
Niemy prorok
Joseph Roth
Czy w „Niemym proroku” Joseph Roth opisał Lwa Trockiego? Wiele na to wskazuje. Ta książka jest pokłosiem podróży Rotha po Rosji w 1926 roku i spędzonego w Moskwie Sylwestra. Cofnijmy się więc teraz o te z nakładem 100 lat. Roth pisze o czasach niespokojnych, o dużym rozwarstwieniu społecznym, rodzących się nacjonalizmach, o niezadowoleniu i migracji, co w końcu skutkuje Wielką Wojną. Bohater, Friedrich Kargan, zdecydowany za wszelką cenę zdobyć awans społeczny i uznanie, w najmniejszym stopniu nie budzi naszej sympatii, „pod spokojną, zawsze czujną uprzejmością, kryje się przebiegła i milkliwa arogancja (…) nienawidził swoich przełożonych, nauczycieli, dobroczyńców i wszelkich autorytetów(…) Szykował się do zemsty na świecie, uważając, że świat traktuje go jako człowieka drugiej klasy.” Nie mogłam oprzeć się chęci przyporządkowywania określonych osób ich realnym odpowiednikom, choć moja wiedza jest zbyt mała, by mogło się to udać. Jedynie Savelli wyjątkowo pasował mi na Stalina, szczególnie że pewne zdanie okazuje się być wręcz prorocze: „Nasz przyjaciel rabował banki, ale równie dobrze mógłby urządzać pogromy.” Nie w tym jednak rzecz, by bawić się w detektywa. Przesłanie jest tu bowiem jasne. To książka ostrzeżenie. Przed rewolucją, pożogą, przemocą i tymi, którzy do niej wzywają. Obnaża ich intencje oraz najważniejsze mechanizmy formowania się rewolucyjnych idei. Jest też „Niemy prorok” pięknym, a nawet nostalgicznym zapisem minionej epoki, epoki powozów i pięknych sukien w westybulach teatrów, ideałów, które jeszcze pozostawały ideałami. Nostalgia nie stępiła jednak uważności spojrzenia. Roth opisuje więc wiele ciemnych stron, które nie ułatwiały ludziom, szczególnie tym bezbronnym, życia. Kobiety niekoniecznie akceptowały sytuację, w jakiej je zamknięto, zaszufladkowano i wyrzucono klucz. Buntowniczkę poznajemy w osobie Hildy, córki urzędnika ministerialnego, która „Dewocyjny romantyzm matki zmieniła na wersję wojowniczą, w duchu amazonek, domagała się uznania praw obywatelskich i niejako w przelocie, po drodze, sięgnęła po wolną miłość. Panny z dobrych domów wkraczały wtedy w życie z okrzykiem: „Równe prawa dla wszystkich!”, szturmowały wyższe uczelnie, kolej, luksusowe parowce, sale prosektoryjne i laboratoria.” Młodzi, chcąc zabić nudę, wymyślali niestworzone teorie, byle tylko coś się zmieniło, zadziało: „Ci chcieli uniknąć wojny, tamci ją wywołać, jedni i drudzy byli jednak przekonani, że chodzi o niedużą, wesołą wojenkę.” Ciekawe swoją drogą, czy zaangażowany w walkę z caratem Friedrich, gdy został aresztowany i zesłany na Syberię, by tam odbyć karę, choć raz pomyślał, jak takie miejsca zesłania będą wyglądały, gdy jego walka szczęśliwie dobiegnie końca. To co możemy zobaczyć w książce, to tylko niewielka cząstka tego, co będzie się tu działo lata później, gdy system gułagów planowo się rozrośnie, rozbudowany rękami więźniów, by móc pomieścić o wielu, wielu więcej wrogów nowego porządku, który tak ukocha równość, że każdego, kto tylko choć odrobinę wychyli się z szeregu, wyśle tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, a temperatura minus siedemdziesiąt stopni Celsjusza nikogo nie dziwi. A przeczucia nawiedzały Friedricha niejeden raz: „Rosja nie może stać się republiką burżuazyjną, musi być proletariacka. Niech tylko wybuchnie wojna, a dawna Rosja przestanie istnieć. A wojna wybuchnie, zobaczysz, już niedługo, i skończy się nasza zsyłka.” Joseph Roth potrafi patrzeć, widzi rzeczy istotne i w pewien sposób symptomatyczne oraz potrafi w kilku zdaniach znakomicie je podsumować. Nie można wszak odmówić racji choćby temu porównaniu reakcji człowieka pojedynczego oraz tego samego osobnika, gdy znajdzie się w gromadzie innych ludzi: „jednostki, z których przecież składa się masa, zatracają swoje właściwości, łącznie z elementarnymi instynktami. Jednostka kocha własne życie i boi się śmierci. Razem odrzucają życie i gardzą śmiercią. Jednostka nie chce iść do wojska ani płacić podatków. Razem zaciągają się na ochotnika i opróżniają kieszenie. A jedno i drugie jest równie autentyczne.” Toż to psychologia tłumu w maleńkiej pigułce. Albo też szok, jaki przeżywa Friedrich wjeżdżając pociągiem do spokojnej Szwajcarii, co po ogarniętych anarchistyczną i wojenną atmosferą Rosji, Niemczech i Austrii, wywiera na nim piorunujące wrażenie: „Tak jakby dotarł do miejsca, gdzie kończy się deszcz i raptem, jak nożem uciął, niebo jest błękitne, a grunt pod nogami suchy.” Styl jakim posługuje się Joseph Roth to stara, dobra szkoła. Niczego tu zbyt wiele ani za mało. Nie zmieniłabym ani przecinka. Wyważona, spokojna narracja, przechodząca w błyskotliwe, niedługie wymiany zdań, które idealnie dopełniają charakterystykę postaci. Przy czym dzięki interesująco zarysowanemu tłu polityczno-społecznemu cały kontekst wydarzeń i motywacji bohaterów jest dla nas w pełni czytelny. Do tego koniecznie muszę też wspomnieć o klimacie książek Rotha, z których żadna nie jest nijaka, w każdej zaś widać tęsknotę za przeszłością, która była prosta i zrozumiała, spokojna i bezpieczna, w przeciwieństwie do tego niewiadomego, groźnego, co dopiero przed nami, a już przeraża. Sylwetki bohaterów autor kreśli bez taryfy ulgowej, używając solidnej dawki ironii, którą próbuje niekiedy maskować udawaną dobrodusznością. Nie mogłam się wprost oderwać od charakterystyki von Derschatty, rewelacyjnie oddającej jego nadętą próżnością, tchórzliwą i dwulicową naturę. A że nawet wojna i rewolucja nie wygrają z miłością – uczucie mamy również w „Niemym proroku”, gdzie Roth przedstawia następujące nieuchronnie po sobie różne jego fazy; od pierwszego, niemego zauroczenia przez nieśmiałe zaloty, rozłąkę, nie dającą nadziei na dalszy ciąg i w końcu kontynuację znajomości po wielu latach, tym razem już jako skrytego romansu, gdzie oboje mogą dać upust uczuciom. Niezmiernie ciekawa jest osobowość Friedricha, jego dojrzewanie do przyjęcia i zrozumienia idei rewolucji, początkowo bardzo naiwne i młodzieńcze, później krystalizujące się w coś poważnego, przemyślanego, by znów przejść w nowy etap – etap zwątpienia. Nic dziwnego, że odnalezienie pełni szczęścia w miłości było trudne, gdyż „Błogie uczucie, że się cierpiało za wielką ideę i za ludzkość, określa nasze decyzje jeszcze długo po tym, jak zwątpienie otworzyło nam oczy, oświeciło i odebrało nadzieję. Człowiek, który przeszedł przez ogień, pozostaje naznaczony do końca swoich dni.” Czy „Niemy prorok” niesie jakieś ostrzeżenia? Ja odczytałam książkę jako pewną analizę podatności człowieka na wymowę idei, które go pociągają nie tylko swoją wielkością i słusznością, ale też dają nadzieję na „nieśmiertelność”, na działanie „w służbie”, co także samemu działającemu nakłada na skronie laur. A także jako ocenę utopijności tych wyobrażeń, ich pozorności, gdy zwyciężają, a zawsze zwyciężają, interesy, siła i spryt, skryte zmyślnie za pięknymi hasłami. Na koniec okazuje się, że idealizm przegrywa z koniunkturalizmem, a powszechne dobro i szczęście nie istnieje. Zmieniają się jedynie uciskający, uciskani oraz stosowane metody. Książkę mogłam przeczytać dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na83 lata temu
Ostatnia podróż Winterberga Jaroslav Rudiš
Ostatnia podróż Winterberga
Jaroslav Rudiš
Trochę to będzie impresja z podróży, trochę opis wrażeń po lekturze. Zabrałem bowiem Rudiša na wakacyjną wyprawę i ku mojemu zaskoczeniu jej część pokrywała się z trasą, jaką odbyli bohater „Podróży” oraz jej inicjator – pocieszny, choć niekiedy temperamenty wielbiciel historii, tytułowy Winterberg. Choć potężnych rozmiarów księga okazała się mało praktyczna (być może w pociągu lepiej by się sprawdziła),przenosiła mnie z miejsca na miejsce szybciej niż rozpędzony samochód produkcji niemieckiej. Czechy, Austria, Słowenia i Włochy wreszcie (z Triestem włącznie!) przemykały za oknami, a ja, urzeczony opowieścią i pogonią za utraconą miłością, dałem się jej ponieść i porwać. Co noc inne miasto, inne łóżko, smutne, smutne, ale jest coś, co wszystko to łączy. "Podróż" to gigantycznych rozmiarów pigułka, esencja, wyciąg z Europy Środkowej i historii, która ją tyle już razy przemieliła, wypluwała i sklejała przez wieki całe!, aż ulepiła to, co kiedyś było CK Austrią, a późnej rozpadło się z hukiem. To przestrzeń zaorana wojnami – „to jedna wilgotna, głęboka mogiła”, cmentarzysko historii, po którym wszyscy chodzimy. Nie dziwmy się zatem, że Winterberg ma napady historii (które serdecznie wszystkim zaleca),a poszczególne wydarzenia „przenikają jego serce” – trudno ich uniknąć, jeśli zda się sprawę z tego, po czym się stąpa. My zaś jesteśmy nieco jak Jan Kraus – początkowo wątpimy w poczytalność wiekowego staruszka (skądinąd cudownie postawionego na nogi przez Jana pielęgniarza),by po jakimś czasie zrozumieć jego przenikliwość i umiejętność obserwacji płynącego czasu. Wentzel nieustannie się powtarza („beautiful landscape of battlefields cemeteries and ruins”, "kultowe" wątki spopielarni czy tajemniczy "cornus sanguinea"),jest jak niezdzierająca się płyta, której nie da się zatrzymać (kiedy ma "napad historii" - mówi, płynie, odlatuje i nic ani nikt nie może na to poradzić; trzeba milczeć i pokornie go słuchać),a swe opowieści zaczyna (i kończy) w najmniej oczekiwanych momentach. Z nieodzownym bedekerem w ręku (szukam takiego!),który jest jak magiczny wehikuł czasu, ogorzały od emocji i wspomnień opowiada o świecie, który widnieje tylko na kartkach przewodnika, po czym niezapowiedzianie zasypia. A przecież każda nowa kolejowa stacja, każdy hotel czy gospoda to próba stawienia czoła upływowi czasu. Ten zaś jest nieprzenikniony i ciągle płynie, skubany. Ściera najtrwalszy kamień, czymże zatem jest wspomnienie, kim jest dla niego jeden poszukujący szczęścia człowiek, czym prawdziwa miłość, a czym odkupienie win? „Piękna”- to chyba najpełniejsze słowo, które opisuje tę książkę. Bo wypełniona jest nie tylko „czeskim poczuciem humoru”, które najpełniej objawia się przy kuflu piwa, ale hipnotyczną gawędą o ludzkim życiu i o tym, co kształtuje nasze serca i dusze. Rudiš nie ucieka od przeszłości, ona wypełnia każdą przestrzeń powieści, jest z nią sprzężona tak samo mocno, jak los, który nas z nią wiąże, nieuświadomionych mieszkańców Europy. To także ballada o męskiej, trudnej przyjaźni, o kobietach i ich wielbieniu, dobrym posiłku przed snem, śniadaniach i wygodnych pokojach hotelowych. Rudiš dorzuca podróżowanie koleją, którą ukochał ponad życie i która sama w sobie jest opowieścią. Na koniec pozostaje mi przypomnieć, że trzeba na wszystko patrzeć przez pryzmat historii. Polecam. „Tak, tak, smutne, smutne, czy to nie piękne, że tu jesteśmy?” Przekład Małgorzaty Gralińskiej, okładka: Wojtek Świerdzewski
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na77 miesięcy temu
Kurator György Konrád
Kurator
György Konrád
Kurator, rozpatrujący codziennie dziesiątki próśb petentów, pochylonych przed nim z uszanowaniem, nie wydaje się nam z początku osobą życzliwą i empatyczną. Podobnie jak cała instytucja pomocy społecznej, mająca z założenia ludziom służyć, a po prostu ich nie lubiąca i traktująca jak intruzów. Symbolem tej niechęci jest brama wejściowa do urzędu, która „otwierała się z przeraźliwym skrzypieniem i zatrzaskiwała z łoskotem. Trzeba było sprawnie prześlizgiwać się przez szparę – tym nazbyt opieszałym furta uderzała po piętach. Starsi wystawali przed nią tak długo, póki jakiś silniejszy współpracownik nie wpuścił ich do przedsionka wyłożonego marmurem w kolorze surowego mięsa.” Tak jak furtka niechętnie, z oporem wpuszczała interesantów, tak też traktował ich prośby i wnioski kurator, gdy już stanęli przed jego biurkiem. W ogóle z początkowych zwierzeń kuratora – anonimowego towarzysza T., przebija jakaś obojętność na to, co na zewnątrz. Na słowa petentów, na ich sytuację życiową, nawet samobójstwo podopiecznych nie jest w stanie wyrwać go z tego kleistego marazmu. Brak reakcji także na śmierć kolegi – jego pogrzeb opisuje chłodno, z pewnym, wręcz zdystansowanym sarkazmem. Zastanawia nas tylko, czemu zakupił od fotografa trumienną fotografię kolegi i trzyma ją na wierzchu w szufladzie biurka. Może to nuda, codzienna samopowtarzalność, wciąż powielana, zabiła w nim żywsze uczucia? Pisze o sobie: „jestem zwykłym urzędnikiem, źle opłacanym i zgorzkniałym. Kiedy mijam żebraka, często przyspieszam kroku, nawet jeśli mam drobne w kieszeni, nie znoszę odwiedzać chorych w szpitalu, niechętnie ustępuję staruszce miejsca w autobusie, wolę nie witać się z mieszkającym po sąsiedzku wdowcem, by nie wysłuchiwać jego żalów. Dlaczego więc to właśnie ja muszę – w ramach urzędniczej służby – dzień w dzień wąchać odór cudzego cierpienia?” Przywołani tu ludzie, którym T. próbował pomóc, to jedni z wielu odwiedzających urząd. Ich życie jest trudne, naznaczone cierpieniem i brakiem perspektyw, częściowo z winy systemu, mielącego wszystko równo, nie zwracającego uwagi na poszczególne życia, tylko obojętnie wołającego: następny proszę! W pewnym zakresie jednak także na ich własne życzenie, brak woli do działania, rezygnację ze wszystkiego, często prowadzącą do odebrania sobie życia. Urzędnikowi, który ma związane przepisami ręce często trudno udźwignąć tyle ludzkiego nieszczęścia. Podobnie jak nędzne i szarobure jest życie podopiecznych kuratora, zapuszczone i chylące się ku ruinie są dzielnice, gdzie zamieszkują. Tutaj styl powieści zasadniczo się zmienia na dużo bardziej obrazowy, nawet poetycki, przywodzący przed nasze oczy gotowe, podmalowane posępną kredką obrazy. Bohater, wędrując tymi ulicami, prowadzi „inwentarz krwiobiegu pęknięć, płoniczych plam pleśni, rdzy i sadzy, dziobatych od kul karabinów ścian, równomiernie pokrytych nieorganicznym brudem i obsypujących się po murarskiej kosmetyce.” Dalej jest już tylko straszniej, niczym w horrorze, niesamowicie sugestywnie przywołano pejzaż rozpadu i zepsucia, a także tkwiących w nim ludzi. Do końca nie wiemy, czy to rodzaj poetyckiego reportażu z rozbudowaną warstwą opisową, czy wizja z upiornego sennego koszmaru. A jednak żyją tu ludzie i wielu z nich liczy na realną pomoc państwa, które uosabia dla nich kurator. Stopniowo przekonujemy się, że urzędnik, będący bohaterem tej książki, nie jest bezduszną głową zza biurka. Chodzi ulicami tej dzielnicy nędzy, wchodzi do środka zagraconych, dusznych mieszkań, udziela rad, gładzi dzieci po główkach, jednemu nawet pomaga przyjść na ten świat. Ale cóż on może więcej? Musi odizolować się niewidzialną, szczelną szybą, by te nieszczęścia nie pociągnęły za sobą i jego. Już i tak czuje się osaczony przez oczekiwania ludzi, przez ich spojrzenia „gdy na zakręcie schodów zniknę z jednego celownika, zaraz pojawiam się w zasięgu następnego.” Ogromne wrażenie zrobił na mnie język powieści. Właściwie można nazwać ją powieścią społeczną, a jeszcze trafniej psychologicznospołeczną. To ukazanie indywidualnej przemiany człowieka, który nie jest już w stanie spoglądać z zewnątrz na życie ludzi potrzebujących pomocy. Zostaje zmuszony przez targające nim emocje zostać jednym z aktorów w tym teatrze upadku i beznadziei. To scena społecznej niewydolności, bezwolnego poddawania się losowi, co powoduje systematyczne staczanie się coraz niżej i niżej… na samo dno. Styl, w jakim napisana została książka jest zróżnicowany. Raz oschły, do złudzenia przypominający sprawozdanie, za chwilę przechodzi w bardziej eksplozywny, szczególnie gdy bohater odwiedza kolejne mieszkania i przygląda się panującym tam warunkom. Głuchej ciszy mieszkania, w której zostało bez opieki niepełnosprawne małe dziecko, autor przeciwstawia monotonię pośpiesznego życia, jakie toczy się wokoło, jakby nigdy nic, jakby dopiero co dwoje rodziców nie popełniło tutaj samobójstwa. W nerwowym pośpiechu wymieniane są kolejne odgłosy dochodzące zza okna: „trzaskają boczne drzwi furgonetki, gdzieś spada roleta, uderzają o siebie skrzynki, syczy szlauch, skrzypią wózki” – jedno czy dwa życia nic tu nie znaczą i niczego nie zmieniają. Kurator siedzi obok, wpatruje się w pokryty zaciekami sufit i uruchamiając wyobraźnię, widzi układające się pośród plam i spękań sceny rodzajowe. Wyobraża je sobie, próbując odwlec moment podjęcia decyzji. Przecież dziecko nie może tu zostać samo! Nikt go jednak nie chce – jest mocno upośledzone. Szyk wyrazów, tempo zdań, ich uszeregowanie, nadają scenom specyficzny rytm i klimat. Najpierw porywczy, nadpobudliwy, a stopniowo coraz bardziej melancholijny, przechodzący w refleksyjną, poetycką zadumę. To genialny zabieg, który mówi nam nie wprost wszystko o nastroju bohatera, o jego rozterkach i wątpliwościach. Zaczynamy coraz bardziej zanurzać się w psychikę towarzysza T., poznawać go, rozumieć tę bezradną złość, to miotanie się w niemocy, od systemu, któremu służy, do jego ofiar, którym służyć powinien, a nie ma jak pomóc. I nami miotają uczucia. Musimy odłożyć książkę na chwilę, uspokoić myśli. Zastanawiamy się czemu jeszcze, oprócz nadania dynamiki i kontrastu ma służyć to kompulsywne, zajmujące kolejne stronice, wyliczanie przedmiotów i ich charakterystycznych cech oraz czynności następujących jedna po drugiej, niczym na klaśnięcie dłoni. A tu nagle autor sam podsuwa wytłumaczenie: „ W ciągu dnia ledwie istniałeś, stanowiłeś jedynie płynne przedłużenie działających jednostajnie przedmiotów. Każde mrugnięcie, wydmuchanie nosa czy wydany przez ciebie dźwięk to zaledwie działanie poboczne. Nawet twoje buty tylko z przypadku niosły cię tam, dokąd akurat szedłeś.” Może więc przyszła pora, by coś zmienić i zamiast dawać unosić się fali, zacząć płynąć w obranym świadomie kierunku? Sam przecież stwierdził: „Z każdym popołudniem coraz ciężej zamknąć mi w szafie pękające od ludzkich skarg akta.” Jego przemiana jest gruntowna, wprost nie do uwierzenia. Wszystkie dotychczas ważne rzeczy, bez których nie potrafił się obejść, tracą znaczenie. Próbuje zaopiekować się dzieckiem, ucywilizować je, gdyż jest ono bardziej małym zwierzątkiem, funkcjonującym na zasadzie instynktu i odruchów niż człowiekiem. Rozczarowany indolencją aparatu państwowego postanawia sam coś zmienić, dać z siebie coś więcej niż podpis na świstku papieru, który nic nie znaczy. Staje symbolicznie po drugiej stronie własnego biurka, by przekonać się jednak, że z każdej strony czeka porażka. To bardzo smutna proza, odbierająca nadzieję. Do tego tak gęsta, mocna i ponura, że kładzie się mrocznym cieniem na każdym, kto się z nią zetknie. Brak perspektyw, brak wiary, wielkie nic ukryte za triumfalną, państwową propagandą. Czas płynie, właśnie tak, jak to pięknie uchwycił Gyorgy Konrad: „Przychodzi czas delikatnej sałaty, potem zmysłowych wiśni oraz brzoskwiń zrzucanych ozięble przez drzewa i oto już po chwili całe zastępy os ćwiczą manewry nad skrzyniami winogron. Za moim oknem przesuwa się pełnia za pełnią, narwany Baran zdążył już pognać przed siebie z opuszczonym łbem, jego miejsce zajął milczący, gotowy do wydania osądu Wodnik (…)”, a w życiu ludzi niewiele się zmienia i z pewnością samotny towarzysz T. nie naprawi tej szwankującej, zacinającej się biurokratycznej machiny. Książkę mogłam przeczytać dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na83 lata temu
Herkules Miljenko Jergović
Herkules
Miljenko Jergović
Otwieram „Herkulesa” Miljenko Jergovica i wiem, że na pewno będzie o Jugosławii, o etnicznych podziałach, napięciach i tęsknotach. Wiem też, że po raz kolejny mam do czynienia z prozą wybitną, której długo nie zapomnę. Główny bohater, Zoran, wraz z żoną Borką, wyemigrowali do Wiednia, sami będąc zdziwieni, jak łatwo przyszło im podjęcie tej decyzji, choć przecież wojna już się skończyła i kraj zaczął się odradzać. Niby jest im w Wiedniu dobrze, stabilizacja, spokój, dobrobyt. Ale coś jednak uwiera. Problem jest stary jak świat, niezmiennie powracający. To imigrancka osobność, nieprzystawalność ani do starej ojczyzny, ani do tej nowej, wybranej. W pewnym momencie uświadamiają sobie, że z Sarajewem nic ich nie łączy: „tutaj to już nie jesteśmy my. I jakby nam wszystko dookoła mówiło: i nigdy nie byliście!” Wyjeżdżając, zostawiają za sobą przeszłość. Zostają bez dzieciństwa i wielu późniejszych lat, a nawet bez świadectwa, że one rzeczywiście miały miejsce. Nie zabrali przecież żadnych rodzinnych zdjęć, dokumentów, zapisków. A teraz jest już za późno. Nawet daleko od Sarajewa nie da się uciec od poczucia winy za serbskie zbrodnie, choćby z racji bycia Serbem. Jugosłowiańska przeszłość jest bardzo skomplikowana, o czym dobitnie świadczy rodzinna historia Zorana, który stwierdza: „Lepiej dla mnie, żebym nie myślał. Bo gdy zaczynam myśleć, do głowy przychodzi mi wszystko, co nie powinno tam być. Nagle widzę siebie w ich oczach jako Serba. I żeby się obronić od tego obrazu i od wszystkiego, co mógłby znaczyć, oni stają się dla mnie Chorwatami. Tymi Chorwatami z drugiej wojny światowej, tymi, którzy torturowali i zabijali ludzi w Jesenovcu, tymi, którzy w tej wojnie w Żitomisliciach zburzyli cerkiew i klasztor, i nagle ja jestem tym, komu cerkiew została zburzona, choć nie umiem się nawet przeżegnać (…)” Podziały są żywe, czasami chwilowo ich znaczenie maleje, by niespodziewanie znów boleśnie dać o sobie znać. Czy wystarczy uciec do Wiednia, by o tym zapomnieć? Okazuje się, że życie składa się z wielu paradoksów, które po prostu trzeba przyjąć do wiadomości, gdyż zrozumieć je i wytłumaczyć to rzecz niemożliwa. I nawet nie dziwi fakt, że Zoran, szczęśliwy mieszkaniec Wiednia, unikający wspomnień z sarajewskich czasów niczym najgorszej zarazy, spełniony i u siebie poczuł się dopiero, gdy znów zobaczył swoje miasto: „nie istnieje miejsce, które byłoby bardziej moje, (…) Sarajewo jest wszystkim tym, czym jestem ja, choćbym sto lat mieszkał w Wiedniu i choćbym był jedynym Serbem w Sarajewie!”. Uczucia wobec rodzinnego miasta bywają zmienne, wręcz przechodzą ze skrajności w skrajność, raz się je kocha i tęskni, by za chwilę lękać się powrotu, odczuwając niechęć. Nigdy jednak nie ma w tym obojętności. Trzeba powiedzieć, że przeszłość Jugosławii jest bardzo skomplikowana. Wymieszanie tyle grup, mających wobec siebie niezakończone sprawy, pretensje i złość za popełnione winy, wrzucenie do jednego garnka kilku nacjonalizmów, obciążonych śmiercią, winą i zdradą, to jak wymieszanie potężnej porcji wybuchowej substancji i położenie w jej pobliżu zapalnika. Taką iskrą może stać się niemal wszystko: nieopatrzne słowo, spojrzenie lub odwrócenie wzroku, drobny gest lub to, co można za niego uznać. To jak spanie na beczce prochu. Takie właśnie nuty wyczuwamy w „Herkulesie” – podskórny niepokój, niespokojne migawki przeszłości, przewidywanie czegoś, co musi nieuchronnie nadejść. Z początku oglądamy bałkańską rzeczywistość oczami Serba z Sarajewa, nie mającego nic wspólnego z serbskim nacjonalizmem, lecz dobrze rozumiejącego, że konflikty narodowościowe to coś, co nigdy nie wygaśnie. Można próbować od tego uciec, pytanie tylko, czy to w ogóle możliwe. Ustasze, katolicy, protestanci, nacjonaliści serbscy, muzułmańscy, to światy odrębne i sobie wrogie. Z kolei później idziemy śladami Anto Gavrana, młodego Chorwata, za którym ciągnie się niechlubna ustaszowska przeszłość dziadka i stryjów. W końcu zaś Jergovic ukazuje nam bardzo wymownie mechanizm propagandy, tworzenia i uwiarygodniania historii zbudowanej na potrzeby chwili, w której wszystko ma określone miejsce, a wszyscy starannie rozpisane role. Efekt został z góry zaplanowany, przewidziano reakcje, jakie opowieść ma wywołać. To grubymi nićmi szyte kłamstwo, gdzie wystarczy tylko pociągnąć za jeden koniec, by cała misterna układanka rozpadła się na naszych oczach. To metoda stosowana od lat. Organizowanie fikcyjnych politycznych protestów, fabrykowanie dowodów, rozsiewanie nieprawdziwych informacji. Z początku wydaje się, że operacja pozostaje pod kontrolą, lecz wystarczy jakiś drobiazg i… konsekwencje są trudne do przewidzenia. To w takich chwilach ożywają wspomnienia krzywd, budzą się demony wprawiające w ruch najgorsze ludzkie instynkty. Tak właśnie dochodzi do zamieszek, pogromów, przewrotów. Początek i kolejność zdarzeń umyka zaś w tumulcie i zgiełku, w zalewie zmyślonych newsów, które trudno oddzielić od prawdziwych informacji. Nikt tu nad niczym nie panuje, niczego nie kontroluje. Opisane przez Jergovica krwawe „babie lato w Chorwacji jest tylko jednym w łańcuchu antycywilizacyjnych wydarzeń”, nieważne czy rzeczywiście miało miejsce. Z pewnością mogło się wydarzyć, jak wiele przed nim i po nim. Miljenko Jergovic w czterech opowiadaniach tworzących jedną całość przedstawił nam najpierw genezę i wyjaśnienie bałkańskich konfliktów z punktu widzenia kilkorga bohaterów. Ich rozterki moralne, uczuciowe, lojalnościowe, bagaż doświadczeń poprzednich pokoleń, spoczywający ogromnym ciężarem na ich ramionach, ciągnąca się za nimi schematyczna i piętnująca mistyfikacja – stały się dla nas dużo bardziej zrozumiałe. Widzimy też, że ta prawda subiektywna została tak mocno uwewnętrzniona, że w żaden sposób nie da się jej wymazać ani zmienić. Czy należy więc rozumieć, że niemożliwe jest rozliczenie i wybaczenie, że będzie się to ciągnąć na Bałkanach po wsze czasy? Z tym pytaniem Was pozostawiam, byście nie zapomnieli zbyt szybko o tej genialnej książce i spróbowali sami znaleźć odpowiedź. Miljenko Jergovic na zaledwie 180 stronach zmieścił wciągającą powieść złożoną z czterech opowiadań misternie się uzupełniających i kończących się rozwiązaniem prawdziwej, kryminalnej zagadki, mającej wiele tropów. Wartka akcja nie przesłania tutaj głębokich, moralnych przemyśleń, które prowadzą do naprawdę niewesołych wniosków. Ta minipowieść jest zarazem skrupulatną analizą rodzenia się, budowania i umacniania nacjonalizmów, a także świadomego wykorzystywania ich do instrumentalnego generowania określonych zachowań. Na przykładzie futurystycznej historii, dziejącej się w niewiadomym bliżej czasie w przyszłości, otrzymujemy uniwersalną przypowieść. Czy z niej skorzystamy, by wyciągnąć jakieś wnioski, to już inna sprawa. Książkę mogłam przeczytać dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na93 lata temu
Podróż do Rosji Joseph Roth
Podróż do Rosji
Joseph Roth
Joseph Roth to mistrz eseju, ale też człowiek nie lubiący stagnacji, zwolennik podróży i bystry obserwator świata, który wciąż niezmiennie go ciekawi i zaskakuje. Tym razem mamy okazję poznać jego wrażenia z kilkumiesięcznego pobytu w Rosji w 1926 roku. Teksty te były zamieszczane we „Frankfurter Zeitung”. Oprócz nich do tomiku włączono odczyt Rotha wygłoszony na początku 1927 roku oraz fragmenty dziennika, który w trakcie tej podróży prowadził. Bardzo go cieszyło, że będzie mógł, sprowadzone do cepeliowskiego stereotypu wyobrażenia Zachodu na temat Rosji i jej mieszkańców skonfrontować z rzeczywistością. Bowiem to, co mógł zaobserwować w Paryżu czy Berlinie, było bardziej teatrzykiem, w którym rosyjscy arystokraci na emigracji grali napisane im role, snując marzenia o powrocie caratu. Od samego początku wszystko, nawet drobiazgi, zasługują według Rotha na uwagę. Może nawet zwłaszcza drobiazgi, niby ulotne zdarzenia dnia codziennego, widziane zaledwie przez moment, ludzie, którzy przyciągnęli jego wzrok na chwilę. I przedmioty. Te duże i te całkiem malutkie, którym pisarz daje dar życia: „Walizki zaczynają mościć się wygodnie, rozchylać, jakby było im gorąco. Z opasłego kufra kupca z Teheranu wyłażą drewniane zabawki, węże, kogutki i konie na biegunach. Małe wańki – wstańki kolebią się lekko na obciążonym ołowiem brzuchu. Ich kolorowe, śmieszne buźki, jaskrawo oświetlone lampą naftową i zasłaniane przelotnie cieniem rąk, ożywają, zmieniają wyraz, wykrzywiają się, śmieją i płaczą.” To maestria, zatrzymać się przy zwyczajnej i na pierwszy rzut oka mało interesującej rzeczy i uczynić z niej na chwilę primabalerinę sceny, rzucając na nią światła reflektorów. Rotha ciekawi to nowe, rewolucyjne społeczeństwo, które wyraźnie zmieniło się po 1917 roku. Część dawnej, wyższej warstwy, nie będąc w stanie zaakceptować nowych czasów i przemian, jakie przyniosły, sama stała się przebrzmiałym reliktem przeszłości. Podziw budzi nie tylko poziom literacki tych esejów, ale też umiejętność dostrzeżenia w szczegółach pewnych ogólnych, czasem dopiero kształtujących się tendencji i zdolność wypunktowania tego, co najważniejsze, samej esencji, w tak krótkiej, ograniczonej wymaganą liczbą znaków formie. Lekkości nadaje też delikatnie drwiące poczucie humoru, nigdy nie przekraczające granicy dobrego smaku, jak w zdaniu: „Kelner bynajmniej nie wykazuje świadomości klasowej. Był już kelnerem, kiedy parowce nosiły jeszcze imiona wielkich książąt. Napiwek wywołuje na jego obliczu ów wyraz poddańczego respektu, który każe zapomnieć o całej rewolucji”. I widoki, które wyrastają przed oczami. „Wszystko skłonne jest rozpościerać się i rozpraszać”. Rozległość przestrzeni, oddalenie od siebie siedzib ludzkich, wzgórza i ścielące się za nimi ogromne doliny – „czuć gorzki smak nieskończoności”. Nie na nim pierwszym tak przytłaczające wrażenie wywarła bezkresna otchłań rosyjskiej ziemi, jednak nie wiem, czy jeszcze ktoś potrafił tak spleść to, co w niej piękne i co w niej straszne, co przyziemne, a co natchnione. Joseph Roth oddał całą jej duszę. Widząc całe upolitycznienie, propagandę, zakłamanie, szuka czegoś głębiej, pokładów tradycji, kultury, które zapewne istnieją , choć zauważa ze smutkiem: „Rewolucja nie tyle stłumiła jakąś potrzebę, ile zniszczyła pewien zwyczaj”. Roth próbuje znaleźć przyczynę tych zachwytów prostego ludu dla nowej władzy, która przyniosła nową religię – komunizm. Możemy się z nim zgadzać, lub nie, ale nie sposób choć w części nie przyznać mu racji w tym, że często, choć nie zawsze, doskonale widzi, co kryje się za marną fasadą. Interesują go wszyscy: kelnerzy, sprzedawcy i burłacy znad Wołgi. Kto inny potrafiłby stworzyć tak niezapomniany portret Astrachania, którego kwintesencją i motywem przewodnim są wszechobecne, natrętne muchy – „nikt z nich nie żyje, za to one żyją z wszystkich(…)te astrachańskie muchy pozbawione są nerwów, mają w sobie spokój dużych ssaków, na przykład kotów, oraz swoich owadzich wrogów, pająków.” Wniosek z obserwacji Rotha jest jeden: okres przejściowy w Rosji, który ma okazję oglądać w 1926 roku, to, nomen omen, jakaś wolna amerykanka, faza tymczasowa, jakiś dziwny rodzaj dzikiego kapitalizmu. Ubolewa też nad tym, że po odrzuceniu wszystkiego, co reakcyjne, zaginęła dusza, a zostały tylko środki techniczne i przeciętność. Znakomicie też udaje się Rothowi odnaleźć i przelać na papier klimat specyficzny dla każdego z opisywanych regionów. Raz leniwe popołudnie nad Wołgą, innym razem wschodni oddech Baku zza hidżabu muzułmańskich kobiet, które „wyglądają jak zamurowane: każda w swoim własnym więzieniu.” Pamiętajmy, że był rok 1926, a autor żywił sympatie lewicujące. Dla ich wyznawców na Zachodzie rewolucja w Rosji był to sprawiedliwy, słuszny ruch, mający w sobie do tego wiele ideowego romantyzmu. Wielu zdołano na to nabrać. Mieli oni za kilka lat przeżyć ogromne rozczarowanie. Roth, niepoprawny idealista i po prostu dobry człowiek, przebywał jeszcze w tym zaklętym kręgu zauroczenia, jednak pewne elementy już zdążyły mu zakłócić ten sielankowy landszaft, a dziennikarski nos podpowiadał, że coś tu jest nie do końca tak. Coś w wyglądzie rosyjskiej ulicy, niby na pierwszy rzut oka kolorowej i gwarnej, ale jak się przyjrzeć z bliska i wsłuchać uważniej, to jednak wyjątkowo szarej i tandetnej: „Rosyjska ulica przypomina scenerię dramatu społecznego”. Raz za razem zadziwia mnie celność spostrzeżeń Rotha i zdolność ujęcia ich w bezbłędnie dobraną, ironicznie zaakcentowaną i skąpą ilość słów. Te zdania chciałoby się cytować bez końca, zapamiętać, by móc powtarzać w myślach i cieszyć się ich melodią. Ma się wrażenie, że Roth na nowo odkrył, ulepszył, pokazał nam krótką formę artykułu, eseju – nadał jej mistrzowski szlif. Z przyjemnością czyta się nawet opis defilady z okazji 9-ej rocznicy rewolucji. I jeśli nawet nie wszystkie uwagi i podsumowania Rotha są słuszne, to trzeba pamiętać, kiedy były czynione i że spędził w Rosji zaledwie cztery miesiące. Dlatego słowa w rodzaju „gadanie o prześladowaniu Kościoła jest grubym oszczerstwem” możemy chyba uznać za wynik niedoinformowania. Artykuły Rotha są często przewrotne. Z jednej strony zdaje się coś chwalić, wręcz gloryfikować, by za chwilę obnażyć słabości w tak dosadny sposób, że wszystkie uprzednio wypunktowane zalety przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Biorąc zatem pod uwagę i czas, w jakim to było pisane, i ogólny entuzjazm dla nowego, które przyszło i nie bardzo jeszcze było wiadomo, co przyniesie, a także rosyjską propagandę, zamieniającą porażki w sukcesy i chowającą je za kruchą fasadą szlachetnej ideologii, musimy dostrzec inteligencję i uważność spojrzenia Rotha, który w niewielkim stopniu dał się okpić i zauważył wiele z tego, czego miał nie dostrzec. Cieszmy się też wspaniałym stylem i niespotykanym talentem snucia przez niego pasjonującej opowieści. Książkę mogłam przeczytać dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na83 lata temu
Wyspa Ø Peter Balko
Wyspa Ø
Peter Balko
Druga powieść młodego słowackiego autora, co ma znaczenie w świetle fabuły ;-). W zasadzie postmodernistyczna groteska, przesycona humorem, ironią, sarkazmem, prześmiewczością wobec popkultury (szczególnie literackiej),kraju autora i całego regionu. Ale nie tylko. Mnóstwo nawiązań literackich, zarówno do postaci i książek literatury słowackiej, jak i czeskiej, węgierskiej oraz polskiej – czyli całej grupy wyszehradzkiej. "wyszehradzkich nawiązań" (czyli do literatury z Czech, Słowacji, Węgier i Polski). Już na początku jest odniesienie do Kundery, Nádasa i Myśliwskiego (w zasadzie na poważnie),a potem jeszcze ciekawiej. Pojawiają się wzmianki o takich postaciach jak Natenčas Vojský: 46 lat; słynny waltornista czy Justa Orielska: 29 lat; (…) , odrzuciła umizgi majętnego ziemianina Teofila Ružica;-) , o Elizie Orieskovej, Jirim Pilchu, Stanislavie Lemie czy pewnej młodej polskiej pisarce. Oprócz tego mnóstwo innych w tym do zmarłych żyjących autorów jak Vaclav Pankovcin, Jan Pucek, Daniel Majling oraz klasyków literatury czeskiej i słowackiej. Jest też autorka tandetnych romansów Lipinska, ale nie Blanka, lecz Vanessa ;-). No i relacja syna z ojcem, realizmu z wyobraźnią, konfliktu i współpracy. Całość jest achronologiczna i w zasadzie (poza partiami dziennika) napisana w drugiej osobie, chociaż w pewnym momencie robi się prawie ;-) przygodówka. Jak zwykle przy fabule będącej efektem szalonej wyobraźni autora wszystko ma drugie dno i jest zapętlone. Jednym słowem znakomita zabawa, ale tylko dla osób z poczuciem humoru, lubiących ironię, sarkazm, żarty a także znających klasykę własnej literatury i chociażby nazwiska najważniejszych autorów „wyszehradzkich”. Jeśli komuś się książki Haška, Stančíka, Pišťanka, czy też takiej powieści jak Pantaleon i wizytantki czy Paragraf 22 – nie powinien być zawiedziony.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na81 rok temu

Cytaty z książki Maranta

Więcej
Birute Jonuškaite Maranta Zobacz więcej
Birute Jonuškaite Maranta Zobacz więcej
Birute Jonuškaite Maranta Zobacz więcej
Więcej