Dom pamięci i zapomnienia

Okładka książki Dom pamięci i zapomnienia
Filip David Wydawnictwo: Pogranicze Seria: Meridian literatura piękna
154 str. 2 godz. 34 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Meridian
Tytuł oryginału:
Kuća sećanja i zaborava (2014)
Data wydania:
2019-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2019-01-01
Liczba stron:
154
Czas czytania
2 godz. 34 min.
Język:
polski
ISBN:
9788366143067
Tłumacz:
Danuta Cirlić-Straszyńska
Średnia ocen

                6,9 6,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dom pamięci i zapomnienia w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Dom pamięci i zapomnienia

Średnia ocen
6,9 / 10
14 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1591
1466

Na półkach:

Obiektywnie oceniając jest to książka pięknie napisana, mądra, treściwa, pełna metafizyki i filozoficznych zagadnień. Kanwą jest żydowski los, Holocaust , bezmiar zła i trauma tych co przeżyli. Gdyby to była pierwsza taka książka w moim życiu mocno by na mnie oddziaływała. Ale niestety jest jedną z wielu, bardzo wielu narracji na ten temat, próbując co gorsza- będąc na poły esejem - zebrać wiele refleksji w jednej małej książeczce. Dlatego wywołała tylko znużenie i nie pozwoliła się zaangażować.

Obiektywnie oceniając jest to książka pięknie napisana, mądra, treściwa, pełna metafizyki i filozoficznych zagadnień. Kanwą jest żydowski los, Holocaust , bezmiar zła i trauma tych co przeżyli. Gdyby to była pierwsza taka książka w moim życiu mocno by na mnie oddziaływała. Ale niestety jest jedną z wielu, bardzo wielu narracji na ten temat, próbując co gorsza- będąc na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

31 użytkowników ma tytuł Dom pamięci i zapomnienia na półkach głównych
  • 16
  • 15
16 użytkowników ma tytuł Dom pamięci i zapomnienia na półkach dodatkowych
  • 9
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Dom pamięci i zapomnienia

Inne książki autora

Filip David
Filip David
Filip David urodził się w 1940 r. w Kragujevcu. Absolwent filologii Uniwersytetu Belgradzkiego oraz Akademii Teatru, Filmu, Radia TV. Długoletni redaktor Programu Teatralnego Telewizji Belgrad, zwolniony w 1992 r. Jeden z założycieli stowarzyszenia Niezależni Pisarze Jugosławii, powstałego w 1989 r. w Sarajewie, współzałożyciel Belgradzkiego Kręgu (1990), członek międzynarodowej grupy 99. Jest profesorem zwyczajnym na Wydziale Sztuk Dramatycznych w Belgradzie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Kurator György Konrád
Kurator
György Konrád
Kurator, rozpatrujący codziennie dziesiątki próśb petentów, pochylonych przed nim z uszanowaniem, nie wydaje się nam z początku osobą życzliwą i empatyczną. Podobnie jak cała instytucja pomocy społecznej, mająca z założenia ludziom służyć, a po prostu ich nie lubiąca i traktująca jak intruzów. Symbolem tej niechęci jest brama wejściowa do urzędu, która „otwierała się z przeraźliwym skrzypieniem i zatrzaskiwała z łoskotem. Trzeba było sprawnie prześlizgiwać się przez szparę – tym nazbyt opieszałym furta uderzała po piętach. Starsi wystawali przed nią tak długo, póki jakiś silniejszy współpracownik nie wpuścił ich do przedsionka wyłożonego marmurem w kolorze surowego mięsa.” Tak jak furtka niechętnie, z oporem wpuszczała interesantów, tak też traktował ich prośby i wnioski kurator, gdy już stanęli przed jego biurkiem. W ogóle z początkowych zwierzeń kuratora – anonimowego towarzysza T., przebija jakaś obojętność na to, co na zewnątrz. Na słowa petentów, na ich sytuację życiową, nawet samobójstwo podopiecznych nie jest w stanie wyrwać go z tego kleistego marazmu. Brak reakcji także na śmierć kolegi – jego pogrzeb opisuje chłodno, z pewnym, wręcz zdystansowanym sarkazmem. Zastanawia nas tylko, czemu zakupił od fotografa trumienną fotografię kolegi i trzyma ją na wierzchu w szufladzie biurka. Może to nuda, codzienna samopowtarzalność, wciąż powielana, zabiła w nim żywsze uczucia? Pisze o sobie: „jestem zwykłym urzędnikiem, źle opłacanym i zgorzkniałym. Kiedy mijam żebraka, często przyspieszam kroku, nawet jeśli mam drobne w kieszeni, nie znoszę odwiedzać chorych w szpitalu, niechętnie ustępuję staruszce miejsca w autobusie, wolę nie witać się z mieszkającym po sąsiedzku wdowcem, by nie wysłuchiwać jego żalów. Dlaczego więc to właśnie ja muszę – w ramach urzędniczej służby – dzień w dzień wąchać odór cudzego cierpienia?” Przywołani tu ludzie, którym T. próbował pomóc, to jedni z wielu odwiedzających urząd. Ich życie jest trudne, naznaczone cierpieniem i brakiem perspektyw, częściowo z winy systemu, mielącego wszystko równo, nie zwracającego uwagi na poszczególne życia, tylko obojętnie wołającego: następny proszę! W pewnym zakresie jednak także na ich własne życzenie, brak woli do działania, rezygnację ze wszystkiego, często prowadzącą do odebrania sobie życia. Urzędnikowi, który ma związane przepisami ręce często trudno udźwignąć tyle ludzkiego nieszczęścia. Podobnie jak nędzne i szarobure jest życie podopiecznych kuratora, zapuszczone i chylące się ku ruinie są dzielnice, gdzie zamieszkują. Tutaj styl powieści zasadniczo się zmienia na dużo bardziej obrazowy, nawet poetycki, przywodzący przed nasze oczy gotowe, podmalowane posępną kredką obrazy. Bohater, wędrując tymi ulicami, prowadzi „inwentarz krwiobiegu pęknięć, płoniczych plam pleśni, rdzy i sadzy, dziobatych od kul karabinów ścian, równomiernie pokrytych nieorganicznym brudem i obsypujących się po murarskiej kosmetyce.” Dalej jest już tylko straszniej, niczym w horrorze, niesamowicie sugestywnie przywołano pejzaż rozpadu i zepsucia, a także tkwiących w nim ludzi. Do końca nie wiemy, czy to rodzaj poetyckiego reportażu z rozbudowaną warstwą opisową, czy wizja z upiornego sennego koszmaru. A jednak żyją tu ludzie i wielu z nich liczy na realną pomoc państwa, które uosabia dla nich kurator. Stopniowo przekonujemy się, że urzędnik, będący bohaterem tej książki, nie jest bezduszną głową zza biurka. Chodzi ulicami tej dzielnicy nędzy, wchodzi do środka zagraconych, dusznych mieszkań, udziela rad, gładzi dzieci po główkach, jednemu nawet pomaga przyjść na ten świat. Ale cóż on może więcej? Musi odizolować się niewidzialną, szczelną szybą, by te nieszczęścia nie pociągnęły za sobą i jego. Już i tak czuje się osaczony przez oczekiwania ludzi, przez ich spojrzenia „gdy na zakręcie schodów zniknę z jednego celownika, zaraz pojawiam się w zasięgu następnego.” Ogromne wrażenie zrobił na mnie język powieści. Właściwie można nazwać ją powieścią społeczną, a jeszcze trafniej psychologicznospołeczną. To ukazanie indywidualnej przemiany człowieka, który nie jest już w stanie spoglądać z zewnątrz na życie ludzi potrzebujących pomocy. Zostaje zmuszony przez targające nim emocje zostać jednym z aktorów w tym teatrze upadku i beznadziei. To scena społecznej niewydolności, bezwolnego poddawania się losowi, co powoduje systematyczne staczanie się coraz niżej i niżej… na samo dno. Styl, w jakim napisana została książka jest zróżnicowany. Raz oschły, do złudzenia przypominający sprawozdanie, za chwilę przechodzi w bardziej eksplozywny, szczególnie gdy bohater odwiedza kolejne mieszkania i przygląda się panującym tam warunkom. Głuchej ciszy mieszkania, w której zostało bez opieki niepełnosprawne małe dziecko, autor przeciwstawia monotonię pośpiesznego życia, jakie toczy się wokoło, jakby nigdy nic, jakby dopiero co dwoje rodziców nie popełniło tutaj samobójstwa. W nerwowym pośpiechu wymieniane są kolejne odgłosy dochodzące zza okna: „trzaskają boczne drzwi furgonetki, gdzieś spada roleta, uderzają o siebie skrzynki, syczy szlauch, skrzypią wózki” – jedno czy dwa życia nic tu nie znaczą i niczego nie zmieniają. Kurator siedzi obok, wpatruje się w pokryty zaciekami sufit i uruchamiając wyobraźnię, widzi układające się pośród plam i spękań sceny rodzajowe. Wyobraża je sobie, próbując odwlec moment podjęcia decyzji. Przecież dziecko nie może tu zostać samo! Nikt go jednak nie chce – jest mocno upośledzone. Szyk wyrazów, tempo zdań, ich uszeregowanie, nadają scenom specyficzny rytm i klimat. Najpierw porywczy, nadpobudliwy, a stopniowo coraz bardziej melancholijny, przechodzący w refleksyjną, poetycką zadumę. To genialny zabieg, który mówi nam nie wprost wszystko o nastroju bohatera, o jego rozterkach i wątpliwościach. Zaczynamy coraz bardziej zanurzać się w psychikę towarzysza T., poznawać go, rozumieć tę bezradną złość, to miotanie się w niemocy, od systemu, któremu służy, do jego ofiar, którym służyć powinien, a nie ma jak pomóc. I nami miotają uczucia. Musimy odłożyć książkę na chwilę, uspokoić myśli. Zastanawiamy się czemu jeszcze, oprócz nadania dynamiki i kontrastu ma służyć to kompulsywne, zajmujące kolejne stronice, wyliczanie przedmiotów i ich charakterystycznych cech oraz czynności następujących jedna po drugiej, niczym na klaśnięcie dłoni. A tu nagle autor sam podsuwa wytłumaczenie: „ W ciągu dnia ledwie istniałeś, stanowiłeś jedynie płynne przedłużenie działających jednostajnie przedmiotów. Każde mrugnięcie, wydmuchanie nosa czy wydany przez ciebie dźwięk to zaledwie działanie poboczne. Nawet twoje buty tylko z przypadku niosły cię tam, dokąd akurat szedłeś.” Może więc przyszła pora, by coś zmienić i zamiast dawać unosić się fali, zacząć płynąć w obranym świadomie kierunku? Sam przecież stwierdził: „Z każdym popołudniem coraz ciężej zamknąć mi w szafie pękające od ludzkich skarg akta.” Jego przemiana jest gruntowna, wprost nie do uwierzenia. Wszystkie dotychczas ważne rzeczy, bez których nie potrafił się obejść, tracą znaczenie. Próbuje zaopiekować się dzieckiem, ucywilizować je, gdyż jest ono bardziej małym zwierzątkiem, funkcjonującym na zasadzie instynktu i odruchów niż człowiekiem. Rozczarowany indolencją aparatu państwowego postanawia sam coś zmienić, dać z siebie coś więcej niż podpis na świstku papieru, który nic nie znaczy. Staje symbolicznie po drugiej stronie własnego biurka, by przekonać się jednak, że z każdej strony czeka porażka. To bardzo smutna proza, odbierająca nadzieję. Do tego tak gęsta, mocna i ponura, że kładzie się mrocznym cieniem na każdym, kto się z nią zetknie. Brak perspektyw, brak wiary, wielkie nic ukryte za triumfalną, państwową propagandą. Czas płynie, właśnie tak, jak to pięknie uchwycił Gyorgy Konrad: „Przychodzi czas delikatnej sałaty, potem zmysłowych wiśni oraz brzoskwiń zrzucanych ozięble przez drzewa i oto już po chwili całe zastępy os ćwiczą manewry nad skrzyniami winogron. Za moim oknem przesuwa się pełnia za pełnią, narwany Baran zdążył już pognać przed siebie z opuszczonym łbem, jego miejsce zajął milczący, gotowy do wydania osądu Wodnik (…)”, a w życiu ludzi niewiele się zmienia i z pewnością samotny towarzysz T. nie naprawi tej szwankującej, zacinającej się biurokratycznej machiny. Książkę mogłam przeczytać dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na 8 3 lata temu
Speranza Sven Delblanc
Speranza
Sven Delblanc
Przepełniony oświeceniowymi ideałami młody arystokrata wierzy w rozum i wolną wolę człowieka, ale coś od początku mówi, że to wstęp do czegoś złego podczas jego podróży niewolniczym statkiem do Indii Zachodnich w 1794 r. Smutna a prawdziwa książka o naturze człowieka przy zderzeniu ideałów – deklarowanych, dodajmy, bo bynajmniej nie uwewnętrznionych - z brutalną rzeczywistością. Przypowieść jest lekko a perfidnie stylizowana na oświeceniową powiastkę o starym, jak sam świat schemacie: najpierw bunt, racjonalizacja, słabnięcie sprzeciwu, w końcu przystosowanie i współudział. Uniwersalny mechanizm wszelkich ludzkich podłości w działaniu. Początkowo Malte Moritz von Putbus jest oburzony niewolnictwem, potem stopniowo przestaje widzieć w nieszczęśnikach ludzi. Tak bardzo dostosowuje się do sytuacji, że nie cofa się przed przemocą seksualną wobec czarnej niewolnicy, która mu wpadła oko, co jest wstępem do… Ale to już trzeba samemu doczytać, by przekonać się, ze moralna degrengolada nie ma dna nawet na najgłębszym oceanie. Niezwykle wartościowa to książka (choć na pewno nie dla wszystkich), zwłaszcza ze nie epatuje łatwym moralizatorstwem w stylu późnego Zanussiego. Pomijamy tu oczywiście naiwne złudzenia wobec samego siebie, które – na początku - żywi bohater. Notabene szybko daje się on poznać jako wybitny kabotyn. Jego famulusi jeszcze lepsi, świetne są ich tylko lekko zarysowane postacie. Nie do zapomnienia rola hiszpańskiego zakonnika (kojarzył mi się ze swym odpowiednikiem z „Imienia róży”). W swej przemyślnie skonstruowanej powieści – ma ona formę pamiętnika naszego arystokraty - Sven Delblanc wielu rzeczy nie dopowiada, każąc nam się ich domyślać, co jeszcze mocniej wpływa na jej odbiór. Na mnie wywarła ona olbrzymie wrażenie, a wszak nie jestem odbiorcą „utulających” książek. Wiele, wiele lat temu słuchałem tej pozycji, gdy ją fragmentami czytano w „Trójce” - przez te wszystkie lata jakoś nie było okazji, by po nią sięgnąć. A warto było. Cytaty tylko takie do strawienia….. „Hołdowaliśmy zasadom rewolucji francuskiej, takim, jak wyglądały one w pierwszych dniach upojenia wolnością, zanim zaczęto się skłaniać do pewnych naruszeń w kwestii prawa prywatnej własności i cielesnego bezpieczeństwa wielkich osobistości”. „Wysłano mnie na rok wygnania do Indii Zachodnich. O szaleństwo! Czy myśleli może, że nowy klimat przytłumi mój płomień wolności? Ach, nie. Widzę w tej podróży tylko pożądaną próbę”. „O, jaka błogość być młodym w świetle poranka na morzu! Doprawdy, to wielka rzecz żyć i płynąć pod wypełnionymi sztormem żaglami do kraju wolności!”. „O, jakim arcydziełem jest człowiek! Jak szlachetnym w rozumie! Jak nieskończonym w swoich uzdolnieniach! W swoich czynach jak podobnym do anioła, w swoich myślach jak podobnym do Boga!”. „I wtedy właśnie poczułem pierwszy raz odór buchający z ładowni Speranzy, niczym zepsuty oddech z czworokątnej gardzieli, dziwną i przerażającą woń zgnilizny, ludzkich odchodów i śmierci”. „Straszliwa prawda sprawiła, że stałem jak skamieniały (…). To więc było celem mojego pragnienia wolności – by płynąć na pływającym więzieniu niewoli. Statek niewolniczy. Było to uczucie bolesne ponad wszelkie opisy”. „ - Nie chcemy mieć nic do czynienia ze Speranzą. Płyniemy, ale zakładamy protest! - Popatrzcie, to brzmi wygodnie dla sumienia, on płynie, ale zakłada protest…. A pan hrabia jest równie godny szacunku? - Łatwo kpić, panie nadlekarzu, ale tak się zdarzyło, że ja już jestem na Speranzy i nie mam wyboru. - (…) Te lube słowa, jak balsam na sumienie: nie mam wyboru. (…) Zawsze ma się wybór. Nie ma niczego, na co można zwalać winę. (…) A teraz wyczekuje pan tylko na stosowną okazję, żeby wyskoczyć za burtę, aby przez to wykazać swoją surową moralność”. „Chcę zwrócić niewolnikom wolność. To prawda, moja sytuacja pieniężna jest bardzo napięta, ale w najgorszym razie będą musieli wziąć rewers na brakującą sumę.(…) Będą musieli całkiem po prostu zawrócić Speranzę i wrócić do Afryki, by potem wypuścić niewolników na wolność. „- Nie może pan przecież odrzucić ludzkiej tęsknoty do wolności… - Madonna! Tak, jakby ludzka tęsknota do podporządkowania się i niewolnictwa nie była równie potężną siłą”. „Muszę zobaczyć to nieszczęście, muszę patrzeć i patrzeć. I dziwna rzecz - człowiek się przyzwyczaja! Gdy już przezwyciężyłem pierwszą odrazę, te sceny zaczęły mnie frapować niezwykłością! Nic, co ludzkie, nie powinno być mi obce. Nie wolno mi zamykać oczu na rzeczywistość. Muszę widzieć”. „Nieczystość ludzkich małp drażni mi nozdrza zapachem śmierci, wzbudza obrzydzenie i grozę, nadżera coraz bardziej moje człowieczeństwo. Te istoty nie są już ludźmi, zmieniają się pod moim wzrokiem w zwierzęta i trzeba zaiste boskiej miłości, by życzyć im tej wolności, której oni sami wydają się już nie pragnąć”. „Nic nie jest stałe. Nawet gwiaździste niebo nad moją głową. Nie ma niczego stałego”. „Wszystko ucichło, z wyjątkiem podziemnych westchnień niewolników, odległych jak odgłos dalekiego przyboju”. „Hoffmann przyprowadził ją tu o zmierzchu, była naga, odziana tylko w żółtą chustkę na głowie, Eva, Afrodyta nocy, nareszcie moja własność, nareszcie moja…”. „Rozkosz ponad wszelkie opisanie…. Jestem wreszcie mężczyzną! Zabrano ją o północy. I dobrze się stało. Nie do pomyślenia, żeby mogła mieszkać tu, w kajucie. „Kiedy wówczas bredziłem o wolności, nie miałem doprawdy pojęcia o tej bardzo skomplikowanej rzeczywistości, którą znajdę tu, na Speranzy. Teraz dojrzałem”. „Wolność, równość i braterstwo, hasła, które być może mogą obowiązywać w uporządkowanym społeczeństwie, takie to hasła chce on wciągnąć jak flagę na Speranzę. To więcej niż głupie, to zagraża życiu!”. „Bunt zaczął się podczas psiej wachty, kiedy Speranza była słabo obsadzona załogą. (…) Okrucieństwo? Tak, bezsprzecznie. Ale jak okazywać miłosierdzie w czasach takich, jak te? Miłosierdzie, gdy społeczność znajduje się w kryzysie i walczy o życie? (…) Będzie czas na łagodność, kiedy zostanie przywrócony porządek”. „Ale nawet miłosierdzie może być przecież przesadne”. „Musi być jakiś sens w tym, co się dzieje tu, na Speranzy, sens wszystkich tych ofiar. Bez nadziei, że coś ma sens, nie mogę żyć”. „To nie był przypadek, że Evę wybrano jako jedną z trzech ofiar, to głowa wiedźmy spadła pod toporem, poniosła ona zasłużoną karę”. „Nie jestem już więcej sam, nie jestem kimś innym, nie, teraz jestem jednym z nich, jednym z nas!”. „Nadzwyczaj trudno rozważyć między surowością, która karze i oczyszcza, a taką, która tylko zgładza”. „Może najlepiej jest tak, jak jest. Nie rezonować”. „Prowiant kończy się. (…) Kapitan Ferreo przygotował nas na pewne niezwykłe środki zaopatrzenia. Ważne jest zwalczanie starych przesądów. (…) Przymusowe karmienie, jeśli nie można inaczej. Smak jest mdły, ale można go łatwo znieść”. „Jak mogłem żyć tam niegdyś i jak mogłem tęsknić, aby tam wrócić. No, teraz nie ma już żadnego powrotu. Kto raz wszedł na pokład Speranzy, nigdy nie wraca”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 7 10 miesięcy temu
Ta niedziela José Donoso
Ta niedziela
José Donoso
Nadchodzi wyczekiwana przez dzieci niedziela. Álvaro, zramolały dziadzio, ożywiający się wyłącznie na dźwięk swojej ulubionej opery. Chepa, dobrotliwa babcia, z wczepioną w jej spódnicę gromadką wnucząt. I ten dom, pełen czarujących gratów i zakamarków – światów całych dla dziecięcej wyobraźni. To w niedziele takie jak ta powstaje Mariola Roncafort, wymyślona przywódczyni dywanowego królestwa. Jej barwne przygody może i nie wychodzą poza pokój z balkonem, mimo to przemierza kosmos i podmorskie głębiny, wciela się w baleriny i wojowniczki, a za sprawą babci ma wkrótce zostać świętą. Jednak niedziela wniebowzięcia nigdy nie nadchodzi. Donoso ma niezwykły dar odkrywania brudu wśród niewinnych wspomnień. Opisy dziecięcej beztroski zestawia, rozdział po rozdziale, z groteskową historią małżeństwa dziadków – ich niespełnionych tęsknot i chybionych namiętności. Álvaro daje upust swoim kolejnym miłostkom przy pomocy podręcznego substytutu, ciała służącej, by wreszcie się od niego uzależnić. Chepa bawi się w samarytankę, wyciągając z więzienia nieznajomego, by sama próbować go więzić. Ich losy pełne są przemieszczeń, fiksacji i niepokojów, wspaniale oddanych w gorączkowym języku i prowadzących do makabrycznego końca. Co prawda „Ta niedziela” nie oszałamia tak, jak genialny „Plugawy ptak nocy”, ale Donoso i w niej zawarł wszystkie charakterystyczne dla siebie motywy – zniekształcone staruchy, krnąbrne dzieci, żarłoczne suki. Przenikliwy portret społeczny miesza z naiwną wiarą w animitas, psychologiczną analizę z szaleństwem sennego koszmaru. Tylko Marioli szkoda, błąka się pewnie po zaświatach, nigdy nie wskrzeszona.
Histeria Oka - awatar Histeria Oka
oceniła na 7 9 miesięcy temu
Herkules Miljenko Jergović
Herkules
Miljenko Jergović
Otwieram „Herkulesa” Miljenko Jergovica i wiem, że na pewno będzie o Jugosławii, o etnicznych podziałach, napięciach i tęsknotach. Wiem też, że po raz kolejny mam do czynienia z prozą wybitną, której długo nie zapomnę. Główny bohater, Zoran, wraz z żoną Borką, wyemigrowali do Wiednia, sami będąc zdziwieni, jak łatwo przyszło im podjęcie tej decyzji, choć przecież wojna już się skończyła i kraj zaczął się odradzać. Niby jest im w Wiedniu dobrze, stabilizacja, spokój, dobrobyt. Ale coś jednak uwiera. Problem jest stary jak świat, niezmiennie powracający. To imigrancka osobność, nieprzystawalność ani do starej ojczyzny, ani do tej nowej, wybranej. W pewnym momencie uświadamiają sobie, że z Sarajewem nic ich nie łączy: „tutaj to już nie jesteśmy my. I jakby nam wszystko dookoła mówiło: i nigdy nie byliście!” Wyjeżdżając, zostawiają za sobą przeszłość. Zostają bez dzieciństwa i wielu późniejszych lat, a nawet bez świadectwa, że one rzeczywiście miały miejsce. Nie zabrali przecież żadnych rodzinnych zdjęć, dokumentów, zapisków. A teraz jest już za późno. Nawet daleko od Sarajewa nie da się uciec od poczucia winy za serbskie zbrodnie, choćby z racji bycia Serbem. Jugosłowiańska przeszłość jest bardzo skomplikowana, o czym dobitnie świadczy rodzinna historia Zorana, który stwierdza: „Lepiej dla mnie, żebym nie myślał. Bo gdy zaczynam myśleć, do głowy przychodzi mi wszystko, co nie powinno tam być. Nagle widzę siebie w ich oczach jako Serba. I żeby się obronić od tego obrazu i od wszystkiego, co mógłby znaczyć, oni stają się dla mnie Chorwatami. Tymi Chorwatami z drugiej wojny światowej, tymi, którzy torturowali i zabijali ludzi w Jesenovcu, tymi, którzy w tej wojnie w Żitomisliciach zburzyli cerkiew i klasztor, i nagle ja jestem tym, komu cerkiew została zburzona, choć nie umiem się nawet przeżegnać (…)” Podziały są żywe, czasami chwilowo ich znaczenie maleje, by niespodziewanie znów boleśnie dać o sobie znać. Czy wystarczy uciec do Wiednia, by o tym zapomnieć? Okazuje się, że życie składa się z wielu paradoksów, które po prostu trzeba przyjąć do wiadomości, gdyż zrozumieć je i wytłumaczyć to rzecz niemożliwa. I nawet nie dziwi fakt, że Zoran, szczęśliwy mieszkaniec Wiednia, unikający wspomnień z sarajewskich czasów niczym najgorszej zarazy, spełniony i u siebie poczuł się dopiero, gdy znów zobaczył swoje miasto: „nie istnieje miejsce, które byłoby bardziej moje, (…) Sarajewo jest wszystkim tym, czym jestem ja, choćbym sto lat mieszkał w Wiedniu i choćbym był jedynym Serbem w Sarajewie!”. Uczucia wobec rodzinnego miasta bywają zmienne, wręcz przechodzą ze skrajności w skrajność, raz się je kocha i tęskni, by za chwilę lękać się powrotu, odczuwając niechęć. Nigdy jednak nie ma w tym obojętności. Trzeba powiedzieć, że przeszłość Jugosławii jest bardzo skomplikowana. Wymieszanie tyle grup, mających wobec siebie niezakończone sprawy, pretensje i złość za popełnione winy, wrzucenie do jednego garnka kilku nacjonalizmów, obciążonych śmiercią, winą i zdradą, to jak wymieszanie potężnej porcji wybuchowej substancji i położenie w jej pobliżu zapalnika. Taką iskrą może stać się niemal wszystko: nieopatrzne słowo, spojrzenie lub odwrócenie wzroku, drobny gest lub to, co można za niego uznać. To jak spanie na beczce prochu. Takie właśnie nuty wyczuwamy w „Herkulesie” – podskórny niepokój, niespokojne migawki przeszłości, przewidywanie czegoś, co musi nieuchronnie nadejść. Z początku oglądamy bałkańską rzeczywistość oczami Serba z Sarajewa, nie mającego nic wspólnego z serbskim nacjonalizmem, lecz dobrze rozumiejącego, że konflikty narodowościowe to coś, co nigdy nie wygaśnie. Można próbować od tego uciec, pytanie tylko, czy to w ogóle możliwe. Ustasze, katolicy, protestanci, nacjonaliści serbscy, muzułmańscy, to światy odrębne i sobie wrogie. Z kolei później idziemy śladami Anto Gavrana, młodego Chorwata, za którym ciągnie się niechlubna ustaszowska przeszłość dziadka i stryjów. W końcu zaś Jergovic ukazuje nam bardzo wymownie mechanizm propagandy, tworzenia i uwiarygodniania historii zbudowanej na potrzeby chwili, w której wszystko ma określone miejsce, a wszyscy starannie rozpisane role. Efekt został z góry zaplanowany, przewidziano reakcje, jakie opowieść ma wywołać. To grubymi nićmi szyte kłamstwo, gdzie wystarczy tylko pociągnąć za jeden koniec, by cała misterna układanka rozpadła się na naszych oczach. To metoda stosowana od lat. Organizowanie fikcyjnych politycznych protestów, fabrykowanie dowodów, rozsiewanie nieprawdziwych informacji. Z początku wydaje się, że operacja pozostaje pod kontrolą, lecz wystarczy jakiś drobiazg i… konsekwencje są trudne do przewidzenia. To w takich chwilach ożywają wspomnienia krzywd, budzą się demony wprawiające w ruch najgorsze ludzkie instynkty. Tak właśnie dochodzi do zamieszek, pogromów, przewrotów. Początek i kolejność zdarzeń umyka zaś w tumulcie i zgiełku, w zalewie zmyślonych newsów, które trudno oddzielić od prawdziwych informacji. Nikt tu nad niczym nie panuje, niczego nie kontroluje. Opisane przez Jergovica krwawe „babie lato w Chorwacji jest tylko jednym w łańcuchu antycywilizacyjnych wydarzeń”, nieważne czy rzeczywiście miało miejsce. Z pewnością mogło się wydarzyć, jak wiele przed nim i po nim. Miljenko Jergovic w czterech opowiadaniach tworzących jedną całość przedstawił nam najpierw genezę i wyjaśnienie bałkańskich konfliktów z punktu widzenia kilkorga bohaterów. Ich rozterki moralne, uczuciowe, lojalnościowe, bagaż doświadczeń poprzednich pokoleń, spoczywający ogromnym ciężarem na ich ramionach, ciągnąca się za nimi schematyczna i piętnująca mistyfikacja – stały się dla nas dużo bardziej zrozumiałe. Widzimy też, że ta prawda subiektywna została tak mocno uwewnętrzniona, że w żaden sposób nie da się jej wymazać ani zmienić. Czy należy więc rozumieć, że niemożliwe jest rozliczenie i wybaczenie, że będzie się to ciągnąć na Bałkanach po wsze czasy? Z tym pytaniem Was pozostawiam, byście nie zapomnieli zbyt szybko o tej genialnej książce i spróbowali sami znaleźć odpowiedź. Miljenko Jergovic na zaledwie 180 stronach zmieścił wciągającą powieść złożoną z czterech opowiadań misternie się uzupełniających i kończących się rozwiązaniem prawdziwej, kryminalnej zagadki, mającej wiele tropów. Wartka akcja nie przesłania tutaj głębokich, moralnych przemyśleń, które prowadzą do naprawdę niewesołych wniosków. Ta minipowieść jest zarazem skrupulatną analizą rodzenia się, budowania i umacniania nacjonalizmów, a także świadomego wykorzystywania ich do instrumentalnego generowania określonych zachowań. Na przykładzie futurystycznej historii, dziejącej się w niewiadomym bliżej czasie w przyszłości, otrzymujemy uniwersalną przypowieść. Czy z niej skorzystamy, by wyciągnąć jakieś wnioski, to już inna sprawa. Książkę mogłam przeczytać dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na 9 3 lata temu
Nadprzyrodzony wyraz jego rąk Miljenko Jergović
Nadprzyrodzony wyraz jego rąk
Miljenko Jergović
Mój pierwszy kontakt z twórczością Miljenko Jergovića. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony. Sama formuła w jaki sposób ta książka została złożona jest dla mnie nowatorski. Choć na końcu przeczytałem, że pierwsza część składa się z felietonów Jergovića to jednak zostało to złożone na tyle spójnie , że czyta się pracę z pogranicza historii i filozofii. Książka dotyczy zamachu w Sarajewie, który był pretekstem do wybuchu I WŚ, bo takie są fakty, że mocarstwa od lat szykowały się do starcia tytanów, a zamach Gavrilo Principa był tylko wymówką do tego żeby wysłać 14-16 mln. ludzi na rzeź. Sam autor przedstawia i zamachowca i jego ofiary jako ludzi z krwii i kości, z ich namiętnościami, słabościami i wizjami innego świata. Gavrilo Princip z pewnością należał do pokolenia ludzi XIX i XX wieku, którzy jeszcze w coś wierzyli, chcieli lepszego jutra, nie zgadzali się na zastany stan rzeczywiostości. Jak zauważył sam autor, w tamtych czasach zabijaniem zajmowali się zamachowcy oraz tajne organizacje, a teraz robią to instytucje międzynarodowe w imię "prawa", "wloności" i "demokracji"(sic!). Kiedyś ludzie strzelali do władzy, a obecnie władza strzela do ludzi. Druga część książki to opowiadanie "Ich troje". Tutaj mamy z kolei obraz tego jak strzał z pistoletu Gavrila stał się pretekstem do grabienia, mordowania i nieszczenia tych, którzy od zawsze byli naszymi wrogami. Sarajewo zresztą od dawien dawna było tyglem kulturowym i religijnym, a w tego typu miejscach wystarczy iskra, aby zacząć podpalać świat, a skoro cały ten świat koncentruje się w jednym miejscu to najprościej jest zacząć od sąsiada, którego w końcu oficjalnie można nazwać wrogiem i łajzą. Tak zawsze to działało czego przykład mamy dzisiaj w Strefie Gazy, gdzie kontrolowany przez Mosad zamach Hamasu w Izraelu stał się pretekstem do dokonywania ludobójsta na Palestyńczykach. Sarajewo nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa czego przykładem jest bratobójcza wojna na początku lat 90 XX wieku, a jak sądzę patrząc na obecny układ polityczny i sytuację międzynarodową to niestety, ale ciąg dalszy nastąpi...
Juliusz Cezar - awatar Juliusz Cezar
ocenił na 9 6 miesięcy temu
Koncert barokowy Alejo Carpentier
Koncert barokowy
Alejo Carpentier
Barokowy jest nie tylko tytułowy koncert, ale i język tej uroczej miniaturki. Kolejna cudowna książka, no dobra: książeczka, mojego ulubionego Alejo Carpentiera o możliwym wszak wspólnym graniu Georga Friedricha Haendla, Antonia Vivaldiego i Domenica Scarlattiego (mistrz z Halle – mój ukochany, of course). Jak w poprzednich sześciu innych (niemal wszystkie to arcydzieła) największą wartością u Carpentiera jest język. Gęsty niczym tropikalna dżungla, porywający melodyjnością, nawet już nie w tempie allegra, ale prestissima. Zachwycające barokowym nadmiarem wielokrotnie złożone zdania. Nierzadkie są tu takie np. ślicznoty (wdzięczność dla tłumaczki Kaliny Wojciechowskiej): „Zelżywszy swego przeciwnika, zmęczywszy go i pozbawiwszy tchu…”. Wspaniałe poczucie humoru, a na koniec: przemieszanie czasów, na jakie może sobie pozwolić tylko ponadczasowa muzyka. Fabuła jest żadna: bogacz z Meksyku rusza w podroż do Europy, głównie po to, by odwiedzić Mekkę muzyki –Włochy, a konkretnie Wenecję. W czasie podróży, na Kubie umiera mu sługa („I oto Pan został bez sługi – jak gdyby pan bez sługi mógł być prawdziwym panem”). Angażuje zatem nowego, Mulata mającego pojęcie o muzyce, co się okaże ważne dla narracji. „Ciągnij twoją historię w linii prostej, bez zataczania kółek i biegów na przełaj, bo na to, żeby wyświetlić prawdę, trzeba wielu prób i dowodów” – to rada. dla nowego sługi. „Walencja podobała się im, bo tu odnaleźli rytm życia nie trzymający się zegarka, co im przypominało rodzinne hasło: +Nie rób jutro tego, co możesz zrobić pojutrze+”. Przepiękne realia ówczesnej opery, dziś niestety głównie dla wyfraczonych sztywniaków… „Między śpiewem sopranu i chórem dei castrati publiczność kręciła się tu i tam, zjadając pomarańcze po zażyciu tabaki, popijając napoje chłodzące, odkorkowując butelki, czasem nawet grając w karty w kulminacyjnym punkcie tragedii. Nie mówiąc już o tych, co w lożach przepełnionych miękkimi poduszkami oddawali się miłości tak dalece, że dziś wieczorem, podczas patetycznego recitativo Nerona, na czerwonym aksamicie poręczy ukazała się noga kobieca w pończosze zsuniętej aż po kostkę i pantofel spadł na środek widowni, ku wielkiej uciesze widzów, którzy zapomnieli nagle o tym, co się dzieje na scenie”. „Georg Friedrich zaczął wychwalać publiczność w swoim kraju, ludzi, co słuchali muzyki, jakby znajdowali się w kościele, przejmując się szlachetnym patosem arii, oceniając i śledząc ze zrozumieniem wspaniały rozwój fugi”. Genialne wspólne granie mistrzów: „Antonio Vivaldi rzucił się w symfonię z bajecznym impetem, gdy tymczasem Domenico Scarlatti (...) rozwijał zawrotne gamy na klawicymbale, a Georg Friedrich Haendel oddawał się olśniewającym wariacjom, które naruszały wszelkie normy basso continuo”. „+Pokaż, co umiesz, przeklęty Saksończyku+ – krzyczał Antonio. +Zaraz zobaczysz, kurewski mnichu+ – odpowiadał tamten, porwany własnym cudownym zmysłem odkrywczym”. „+Nie ma rady na tego diabelnego Saksona+” – ryknął Antonio, rozpaczliwie młócąc fortissimo. +Mnie w ogóle nie słychać+ – krzyczał Domenico, wzmacniając akordy”. Fajne tu intertekstualne wtręty: „+Wszystkie instrumenty na opak+ - powtarzał Georg Friedrich. – Coś jakby symfonia fantastyczna+”. „+Kserksesa już mnie zostaw - powiedział Georg Friedrich z przekąsem. – Nieźle sam sobie radzę+”. „Ale… kto kiedy widział, żeby główny bohater opery był Murzynem? – powiedział Saksończyk”. Po wspólnym muzykowaniu sługa Pana mówi: „Ja bym raczej powiedział, że to było coś niby jam session”, co spotyka się z oburzeniem muzyków…. Sporo tu drwin z opery Vivaldiego „Montezuma” (pierwszej o Nowym Świecie), w której władca Meksyku nie zostaje zamordowany przez Hiszpanów, tylko składa przysięgę na wierność królowi i oddaje swa córkę za żonę jednemu z konkwistadorów. Na uwagę, że Montezumę zabito, Vivaldi replikuje: „To bardzo brzydkie zakończenie opery. Dobre może dla Anglików, którzy w epilogu wprowadzają na scenę morderstwa, marsze żałobne i karawaniarzy”. Od pewnej chwili Autor, puszczając cugli swej nieorganicznej wyobraźni, postmodernistycznie miesza epoki i style. I tak na wyspie-cmentarzu San Michele bohaterowie spotykają grób pochowanego tu Igora Strawińskiego. Zaraz potem widzą eksportację zwłok zmarłego tutaj Richarda Wagnera i jak mówi z podziwem jeden z nich, u niego „syreny śpiewały na dnie rzeki”. A gdy przychodzi czas wyjazdu, dotychczasowy czarny sługa rusza pociągiem na podbój Paryża, zapowiadając że nie obejrzy wieży Eiffla. Pytany, czy nie popłynie na Kubę, odpowiada, ze tam ciągle byłby „tylko Murzynem”. I cytat na koniec: ”A czego szukamy w złudzeniu scenicznym, jeśli nie tego, by wyjść z własnej skóry, uciec stąd, gdzie jesteśmy, i znaleźć się tam, dokąd nie moglibyśmy pójść z własnej woli?”. Kończy się zaś trąbką Louisa Armstronga… PS Tylko jedna uwaga, do wydawcy: flażolety figurują tu jako „flazolety”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 9 1 rok temu
Niecierpliwość serca Stefan Zweig
Niecierpliwość serca
Stefan Zweig
"Litością piekło jest wybrukowane" Zdumiało mnie, że tej powieści nie było w Bibliotece, brak takiej klasyki?Ale dzięki temu zakupiłem sobie, bo to zdecydowanie pozycja, którą trzeba mieć na półce. Poznałem już Zweiga, zwłaszcza "Dziewczyna z poczty" była doskonała, ale "Niecierpliwość serca" to jego opus magnum i perła w koronie. Była tu tak zaawansowana psychologia, tak prosta, a zarazem złożona fabuła i napięcie, które można ciąć nożem. Fabuła jest opowiadaniem oficera, który snuje swoją historię z czasów przed 1 wojny światowej, o tym jak mimo upływu lat, sumienie nie pozwala mu zapomnieć tamtych zdarzeń. To opowieść o tym jak źle pojmowane współczucie i litość może prowadzić do tragedii. Jak brak asertywności, fałsz, chęć przypodobania się i uniknięcie plotek może być priorytetem nad losem drugiego człowieka. Czytając "Świat wczorajszy" pamiętam jak Zweig wyjaśniał swoją metodę pisania, gdzie nie ma dłużyzn, zbędnych opisań, wszystko jest odtłuszczone i zostaje czysta, psychologiczna treść. Tutaj to doskonale widać, powieść nie miała ani jednego przestoju i słabszego momentu. Postać kalekiej dziewczyny Edyty była niesłychanie poruszająca, jej postawa mogła wzruszyć nawet taką zimną i analityczną rybę jak moja skromna osoba. Końcówka była czystą jazdą bez trzymanki, emocje sięgały zenitu, byłem dosłownie jak zahipnotyzowany i nie mogłem się doczekać rozwiązania. Wielka, wybitna, ponadczasowa literatura, która umieszcza ostatecznie Zweiga na literackim Olimpie. Arcydzieło.
Bitel - awatar Bitel
ocenił na 10 3 miesiące temu
Dolina sitowia Harijs Gulbis
Dolina sitowia
Harijs Gulbis
72/180/2024 Z tymi pięcioma pokoleniami to bym nie przesadzała. Jest wprawdzie babcia głównej bohaterki, jej matka, ona sama, jej syn i zupełnie na końcu jej wnuk, ale absolutnie centralną postacią jest Alise - główna bohaterka właśnie. Ewentualnie jeszcze jej matka i mąż. Bardzo jest to przyjemna opowieść. Dziwnie to zapewne brzmi, skoro życie Alise i jej rodziny nie było łatwe - mąż niezbyt udany, praca w polu i obejściu ciężka, żadnych przyjaciółek, pieniędzy też niewiele... Jednak życie codzienne na łotewskiej wsi w dwudziestoleciu międzywojennym (bo ten okres dominuje w powieści), mimo trudnych warunków, z perspektywy mieszczucha ma swój urok. Szczególnie, gdy się o tym życiu czyta, a nie trzeba samemu tych krów doić i zboża młócić :-) Bardzo polecam wszystkim miłośnikom obyczajówek. I amatorom starej literatury, bo jak zwykle przy takiej ramocie powtórzę: "Teraz już chyba nikt tak nie pisze..." "Jako że Polki tańsze były nawet od dziewcząt z Łatgalii, w Viksnach już drugi rok pracowała cudzoziemka, Janina Kowalewska." "...ostatniej jesieni, gdy Niemcy z Łotwy przenosili się na zajęte niedawno tereny Polski i tanio wyprzedawali zbędne rzeczy..." "I raptem zakręciło jej się w głowie na myśl, że i ona sama nie jest bynajmniej sobą, a życie, które przeminęło nie było naprawdę jej życiem. Życie, to prawdziwe, umknęło, przeciekło przez palce, stracone, pomylone z jakimś innym, w ogóle nie przeżyte."
AgaGaga - awatar AgaGaga
oceniła na 8 1 rok temu
Most o trzech przęsłach Ismail Kadare
Most o trzech przęsłach
Ismail Kadare
Opowieść chrześcijańskiego mnicha staje się nie tylko wyprawą w zamierzchłe czasy (XIV w.). To również nie tylko historia zmagań w rzeką, której imię mówi wszystko: Ujana Zwodnicza, bohaterką symbolizującą żywioł i nieokiełznaną przyrodę, którą w ramy kamiennych przęseł chce ująć człowiek z jego inżynierią i matematyką. „Most” jest przypowieścią o rzecznej granicy, przez którą wędrują podróżnicy z północy, potężnej Europy, na południe, ku wciąż potężnemu Bizancjum. To także linia demarkacyjna między przeszłością (przez rzekę prowadzi rzymska droga Via Egnatia) a teraźniejszością. Mieszkańcy osady z niepokojem patrzą jednak w przyszłość – dużo mówi się o zbliżającej się wojnie. Czy most może ją do nich przybliżyć? Kadare pisze o ludzkiej nienawiści, niezrozumieniu i sile pieniądza ale przede wszystkim o przyzwyczajeniu, tradycji i sprzeciwie wobec nowego (bo przecież wszystko co nowe jest złem), które symbolizowane są m.in. przez tratwiarza i spółkę „Łodzi i tratw”. Budowa przeprawy staje się polem zmagań obaw i nadziei oraz wpływów i odmiennych sposobów patrzenia na świat. Poniekąd to także wojna bogów i guseł – niech przykładem tego będzie zabobonna wiara w konieczność ofiarowania ludzkiego życia, by obłaskawić wartką rzekę i wzmocnić kamień. Opowieść o moście nie skupia się na ludzkich sylwetkach. Dowiadujemy się o nich niewiele – przecież to kronikarskie zapiski z budowy i konstrukcyjnych działań. Kadare język czyni również ważnym bohaterem, dzięki czemu może tworzyć szeroką metaforą kraju i ukazując zmiany, jakie przeszła Albania. Dużo treści w niewielkiej formie. Niestety, mimo uniwersalnego przesłania i pewnej jego aktualności, „nie zagrała” ze mną opowieść o moście na Ujanie Zwodniczej. O ile wątek samej budowy przykuwał moją uwagę, pozostałe nie były dla mnie dostatecznie czytelne, by móc się nimi cieszyć (wątek turecki, hrabiego, dyplomatycznych rozważań itp.) – co z pewnością wynika z mojego dyletanctwa. Nie mniej jednak polecam, bo to literatura wyjątkowa.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na 6 12 dni temu

Cytaty z książki Dom pamięci i zapomnienia

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Dom pamięci i zapomnienia