Zielony Dom

Okładka książki Zielony Dom autora Mario Vargas Llosa,
Okładka książki Zielony Dom
Mario Vargas Llosa Wydawnictwo: Czytelnik Seria: Nike literatura piękna
629 str. 10 godz. 29 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Nike
Tytuł oryginału:
La Casa Verde
Data wydania:
1975-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1975-01-01
Liczba stron:
629
Czas czytania
10 godz. 29 min.
Język:
polski
Tłumacz:
Carlos Marrodán Casas
Średnia ocen

7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Zielony Dom w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Zielony Dom



książek na półce przeczytane 1013 napisanych opinii 232

Oceny książki Zielony Dom

Średnia ocen
7,0 / 10
2 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Zielony Dom

avatar
337
337

Na półkach:

„Zielony dom” to druga powieść w bogatym dorobku pisarskim Mario Vargasa Llosy. Rok publikacji to 1966, a więc trzy lata po debiucie („Miasto i psy”) oraz kolejne trzy przed wydaniem monumentalnej „Rozmowy w Katedrze”. W mojej ocenie ta chronologia jest tutaj niezwykle istotna, aby właściwie ocenić recenzowaną powieść, gdyż jest to utwór mocno eksperymentalny, swoisty poligon doświadczalny pisarza, który pozwolił mu nie tylko potwierdzić literackie możliwości, ale także zaprezentować zupełnie nowy - jak na ówczesne czasy - sposób snucia narracji. Efekt końcowy jest bardzo ciekawy, choć nie wszystko jeszcze wyszło tutaj idealnie, o czym będzie okazja wspomnieć. Zapraszam do recenzji.

Akcja powieść rozciąga się na przestrzeni około czterdziestu lat, o czym wnioskujemy na podstawie rozmaitych wtrętów pisarza, i obejmuje okres od lat 20. do lat 60. XX wieku. Miejsce rozgrywania się wydarzeń to oczywiście ojczyzna pisarza, czyli Peru, ale w tym wypadku zostało ono podzielone na dwa odległe od siebie i zupełnie odmienne klimatem obszary. Pierwszym jest półpustynne miasto Piura, ulokowane w północno-zachodniej części kraju, nieopodal wybrzeża Pacyfiku. Właśnie tutaj, na obrzeżach tegoż miasta, tajemniczy przybysz „nie wiadomo skąd” zbudował dom o zielonych ścianach, za którymi to skrył się ekskluzywny burdel. Jego obecność naturalnie wywołała ostre protesty, szczególnie pośród konserwatywnej i religijnej część małomiasteczkowej społeczności (ojciec Garcia),co bynajmniej nie zaszkodziło rosnącej popularności tego przybytku uciech cielesnych - dopóki nie doszło do pewnego skandalicznego i gorszącego incydentu, który przesądził o jego losie. Przynajmniej na jakiś czas.

Natomiast drugim obszarem, znacznie rozleglejszym, na który rozgrywa się fabuła powieści, jest dorzecze rzeki Maranon w peruwiańskiej części Amazonii oraz miasteczko Santa Maria de Nieva. Ta skryta pośród dżungli zapadła mieścina skrywa pewne mroczne tajemnice, które ogniskują się wokół tamtejszego żeńskiego klasztoru oraz lokalnych autochtonów z indiańskiego plemienia Aguaruna. Wciąż dzika dżungla przyciąga także różnego rodzaju typy spod ciemnej gwiazdy, które pragną szybkiego zarobku na będącym wciąż w cenie na światowych rynkach kauczuku. Pod zielonym dachem dżungli rozgrywają się zatem kolejne dramaty, w które będą zaangażowani bohaterowie powieści. Warto przy okazji zwrócić uwagę, iż tytułowy „zielony dom” może odnosić się zarówno do budynku burdelu w Piurze, jak i do będącej mieszkaniem dla wielu ludzi wiecznie zielonej dżungli amazońskiej.

Skoro omówiłem czas i miejsce rozgrywania się powieści, przejdę teraz do bohaterów. Zapewne dość szybko zwrócimy uwagę, że w zasadzie brak tutaj kreacji, którą moglibyśmy określić mianem głównego bohatera. Natomiast postaci istotnych dla przebiegu fabuły jest kilka, a poza nim cała plejada postaci pobocznych o mniejszym lub większym znaczeniu. Można wyróżnić trzy takie najważniejsze wątki opowieści, które ogniskują się wokół postaci don Anselma w Piurze, Bonifacji i sierżanta Litumy (postać znana z późniejszych utworów peruwiańskiego pisarza, np. „Lituma w Andach”, „Kto zabił Palomina Molero?”) w Piurze/Amazonii oraz Fushia w Amazonii. Historie te nie są jakoś przesadnie skomplikowane, choć zostały przeprowadzone na tyle sprawnie, że w pewnym momencie czytelnik zaczyna się nimi rzeczywiście interesować. Natomiast wydaje mi się, że te kilka punktów stycznych, w których poszczególne wątki się ze sobą przecinają, to jednak nieco za mało na naprawdę pasjonującą intrygę, do czego jeszcze wrócę. Inna wreszcie sprawa, że historie niektórych postaci nie zostały przez pisarza maksymalnie wykorzystane. Na przykład postać don Anselma, tajemniczego założyciela piurańskiego burdelu, miała potencjał, aby „wycisnąć” z niej zdecydowanie więcej, gdyż cała jego przeszłość, przed przybyciem do Piury, nie została tak naprawdę odkryta.

Przyznaję, że jak na wielbiciela twórczości Llosy, dość długo trwało, zanim wciągnąłem się w opowiadaną historię. Początkowo czytałem książkę z doskoku, ale szybko okazało się, że jednak nie była to najlepsza metoda. I dopiero gdy wygospodarowałem nieco więcej wolnego czasu, w końcu lektura „zaskoczyła” i resztę powieści pochłonąłem już błyskawicznie. Główny powód, dlaczego tak się stało, jest dla mnie oczywisty - w przypadku „Zielonego domu” charakterystyczna dla Llosy narracyjna „przeplatanka” czasu, miejsca i bohaterów opisywanych wydarzeń jest przez pisarza spleciona bardzo gęsto. W mojej ocenie - może nieco zbyt gęsto. I właśnie to sprawia, że raczej nie sposób czytać tej powieść w dłuższych odstępach czasowych, gdyż łatwo zapominamy szczątkowe informację, które wyłuskaliśmy już z przeczytanych fragmentów. A zatem, powracając po przerwie do czytania, trudno odnaleźć moment fabuły, w którym ją zwiesiliśmy. To dość irytujące uczucie, szczególnie jeśli jest to nasze pierwsze zetknięcie z Llosą lub tego typu narracją. A w „Zielonym domu” peruwiański noblista nie daje czytelnikowi praktycznie żadnej taryfy ulgowej.

Inna sprawa, że przecież właśnie na tym polega cały urok (lub przekleństwo) tej książki, w której Llosa swobodnie bawi się konwencją powieściowej narracji. Zamiast klasycznej liniowej fabuły, chronologicznego przedstawienia zdarzeń oraz wyrazistych bohaterów głównych, tworzy coś wręcz przeciwnego. Czas i miejsce opowieści oraz bohaterowie zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Raz jesteśmy w Piurze, by kilka zdań potem zagłębić się w tropikalną Amazonkę. Teraz towarzyszymy postaci X, aby za chwilę czytać już o Y, który zna Z, będący jakoś związany z X. Jakby tego było mało, Llosa dodatkowo utrudnia i gmatwa nam sprawę, gdy na przykład stosuje nieprecyzyjne określenia typu „sierżant” lub samo imię Aquilino, choć przez powieść przewijają się dwie postacie o takim imieniu. Tak samo jest z chronologią wydarzeń, która jest przemieszana, a wydarzenia z różnych okresów następują po sobie bez wyraźnego wyodrębnienia. Oto zatem ów eksperymentalny styl snucia opowieści - żywy potok nieuporządkowanych fragmentów wydarzeń, które mają zgrabnie połączyć się w całość w wielkim finale.

Rzeczą dostrzeżoną raczej przez koneserów literatury i znawców twórczości Llosy jest natomiast struktura powieści, a więc jej podział na rozdziały i umowne podrozdziały, który nie jest rzeczą przypadkową. Przeciwnie, Llosa stworzył strukturę swojej powieści w sposób zaplanowany, tzn. korzystając z wcześniej przygotowanego schematu, który ma za zadanie uporządkować chaotyczną narrację. Wątki powieści są bowiem tak podzielone, aby powtarzać zastosowany schemat, w którym każdy z czterech rozdziałów książki posiada podział na pięć lub cztery części, rozdzielone od siebie jedynie niezadrukowanym fragmentem strony. Wyjątkiem jest tutaj epilog, który ma odmienny układ od wcześniejszych rozdziałów i stanowi domknięcie poszczególnych historii. Tym samym teoretycznie istnieje możliwość wydzielenia stosownych fragmentów i podjęcia próby przeczytania poszczególnych wątków osobno, bez powiązania z pozostałymi. Osobiście tego nie próbowałem, ale może kiedyś będzie okazja wrócić do tej powieści i to sprawdzić. Tak czy inaczej, układ powieści to kolejny element wielkiego pisarskiego eksperymentu, jakim bez wątpienia była w swoim czasie powieść „Zielony dom”.

W całej tej literackiej zabawie, do której autor chce nas zaprosić, zasadniczo dostrzegam dwa mankamenty, o których już częściowo napomknąłem. Oba zresztą zostały poprawione w późniejszej jakże genialnej „Rozmowie w Katedrze”, gdzie Llosa zastosował w zasadzie tę samą technikę narracji, co tutaj, ale znacznie lepiej dopracowaną pod względem tempa i zaplanowanej intrygi. Pierwszym problemem jest zbyt wysoka częstotliwość przeskoków między bohaterami, miejscami i czasem wydarzeń. Sam miałem z tym problem, gdy próbowałem czytać powieść „na raty”, a z pewnością wielu mniej upartych czytelników na tym etapie poległo. Nie jest to oczywiście rzecz, która uniemożliwiałaby ukończenie lektury, ale utrudnia ją na tyle, że powieść ta zazwyczaj nie jest wymieniana wśród największych dzieł peruwiańskiego pisarza. Llosa podszedł tutaj do sprawy naprawdę ambitnie, jakby zakładając z góry, że czytelnik da radę. To chyba typowy błąd wczesnego etapu twórczości, w której pragnienie zaimponowania własnymi możliwościami może nieco przeszacować zdolności odbiorców.

Natomiast drugi problem, jaki dostrzegam w tej powieści, to brak tej fabularnej iskry, czegoś, co zdecydowanie oczarowałoby na końcu czytelnika. Chociaż może to ja stałem się trochę zbyt wybredny, mając za sobą już inne powieści peruwiańskiego pisarza? Nadmieniłem już, że Llosa nie do końca wykorzystał potencjał swoich bohaterów, których losy biegną obok siebie i pewnymi fragmentami się wzajemnie przecinają, ale w połączeniu tym brakuje czegoś, co mocniej spinałoby oś fabularną powieści. Również brak głównego bohatera sprawia, że opowiadane historie kilku postaci rozgrywają się niejako poza emocjonalnym zaangażowaniem czytelnika, który nie nadąża za przeskokami pisarza. Dlatego właśnie, gdy docieramy do epilogu, może nam towarzyszyć uczucie lekkiego rozczarowania, że to już ten wielki finał, który rozgrywa się w jakiejś zabiedzonej restauracji donny Mercedes w ubogiej części Piury (choć moim zdaniem ma on swój specyficzny urok). Dlatego warto tę powieść potraktować jako generalną wprawkę Llosy do napisania „Rozmowy w katedrze”, gdzie wszystko zgrało się już niemal perfekcyjnie, oraz strukturalny eksperyment, na którego potrzeby konieczne było pewne poświęcenie aspektu fabularnego.

Wreszcie na koniec warto zwrócić uwagę na społeczną stronę opowieści, której nie mogło przecież zabraknąć u Mario Vargasa Llosy. Obraz dynamicznie rozwijającej się Piury, z jej Szmaciarnią, tj. dzielnicą nędzy, machismo paczki Nieustraszonych, czy burzliwa historia burdelu o zielonych ścianach, a także wstrząsająca dola autochtonicznej ludności Amazonii oraz brutalne historie z dziejów „kauczukowej gorączki” - to wszystko nadaje książce tak przyjemnej dla europejskiego odbiorcy dawki egzotyki. I chyba właściwie ten południowoamerykański ryt był elementem, który polubiłem w tej powieści najbardziej. Także podsumowując: zdecydowanie, ta wczesna powieść Llosy z pewnością nie jest najłatwiejszą i najlepszą pozycją na rozpoczęcie przygody z jego twórczością, ale, z drugiej strony, doskonale prezentuje unikalny styl pisarski peruwiańskiego noblisty i jego „totalne” podejście do literatury.

„Zielony dom” to druga powieść w bogatym dorobku pisarskim Mario Vargasa Llosy. Rok publikacji to 1966, a więc trzy lata po debiucie („Miasto i psy”) oraz kolejne trzy przed wydaniem monumentalnej „Rozmowy w Katedrze”. W mojej ocenie ta chronologia jest tutaj niezwykle istotna, aby właściwie ocenić recenzowaną powieść, gdyż jest to utwór mocno eksperymentalny, swoisty...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
77
74

Na półkach:

Jest to pierwsza książka Llosy, która mnie rozczarowała. Po przeczytaniu paru recenzji spodziewalam się hardkorowego eksperymentu literackiego. Tymczasem choć jest to powieść wielowątkowa to fabuła jest dość prosta. Jedynym urozmaiceniem są niechronologiczna narracja oraz zabiegi tak charakteryczne dla Llosy jak przeplatające się opisy dwóch różnych scen w tym samym momencie. Gdyby jednak usunąć oba te elementy to pozostałaby następujące, proste historie: interesy przemytników kauczuku z ludnością rdzenną, historia małżeństwa pewnego wojskowego z wychowanką zakonnic oraz opowieść o burdel-tacie, ktory musiał zacząć wszystko od nowa.
Podczas lektury często wspominałam "Rozmowę w Katedrze". W przypadku "Rozmowy" niechronologiczna i nielinearna narracja stanowiła tylko i aż oprawę dla pasjonującej historii.
W "Zielonym domu" natomiast cała zabawa zaczyna się i kończy na połączeniu wątków i odkryciu paru luźno związanych historii, z których żadna nie porywa.
Dla przykładu: facet żeni się z miłości, ale z czasem staje się agresywny wobec żony, po incydencie w barze trafia do więzienia, a żona zaczyna trudnić się prostytucją. Cała historia opowiedziana linearnie byłaby przewidywalna i smętno - nudna. W "Zielonym domu" opowieść broni się wyłącznie tym, że została opowiedziana wyrywkowo i nie po kolei.
Bohaterowie są jednowymiarowi i mimo upływu lat, cały czas tacy sami. Próżno szukać u nich jakiegoś rozwoju, czy zmiany.
Dużo więcej głębi miała książka "Pantaleon i wizytantki", czyli de facto powieść satyryczna.

Jest to pierwsza książka Llosy, która mnie rozczarowała. Po przeczytaniu paru recenzji spodziewalam się hardkorowego eksperymentu literackiego. Tymczasem choć jest to powieść wielowątkowa to fabuła jest dość prosta. Jedynym urozmaiceniem są niechronologiczna narracja oraz zabiegi tak charakteryczne dla Llosy jak przeplatające się opisy dwóch różnych scen w tym samym...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
469
219

Na półkach: ,

Nawet, nawet

Nawet, nawet

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

1163 użytkowników ma tytuł Zielony Dom na półkach głównych
  • 641
  • 504
  • 18
246 użytkowników ma tytuł Zielony Dom na półkach dodatkowych
  • 167
  • 31
  • 16
  • 12
  • 8
  • 7
  • 5

Inne książki autora

Mario Vargas Llosa
Mario Vargas Llosa
Mario Vargas Llosa - peruwiański pisarz, dziennikarz, myśliciel, polityk. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 2010. Urodził się w Arequipie w Peru jako jedyne dziecko Ernesto Vargasa Maldonado oraz Dory Llosa Ureta. W rok po urodzeniu jego rodzice rozwiedli się, a rodzina Llosów przeniosła się do Cochabamby w Boliwii, gdzie jego dziadek Pedro Llosa podpisał 10-letni kontrakt na uprawę ziemi w hacjendzie Siapina (mieszkając w Boliwii, pełnił także funkcję honorowego konsula Peru). W 1945 José Luis Bustamante y Rivero, krewny dziadka Pedra, został wybrany na stanowisko prezydenta Peru. Zaproponował Pedrowi Llosie stanowisko prefekta Piury. Llosa przyjął je i natychmiast się tam udał. Reszta rodziny dołączyła do niego na przełomie lat 1945/1946. W 1947 jego rodzice ponownie wzięli ślub i przenieśli się do Limy. Gdy był młodzieńcem, zaczął pisać opowiadania i poezje. W zdominowanym przez męską siłę społeczeństwie (kult macho) literatura była uznawana za domenę kobiet. Ojciec Maria Vargasa Llosy, zaniepokojony zainteresowaniami syna, wysłał czternastolatka do szkoły kadetów Colegio Militar Leoncio Prado w Limie. Miał nadzieję, że wojskowe życie zmieni zainteresowania syna. Przeżycia pisarza z okresu pobytu w szkole były podstawą jego pierwszej powieści Miasto i psy. Po dwóch latach w szkole wojskowej wrócił do Piury, żeby dokończyć szkołę średnią. Obserwacja tego miasta zaowocowała powieścią Zielony dom. W czasie nauki Mario Vargas Llosa zaczął pracować w lokalnej gazecie. Jeszcze przed ukończeniem szkoły średniej napisał opowiadanie Los jefes i rozpoczął pracę nad swym pierwszym dramatem scenicznym La Huida del Inca. W 1953 rozpoczął studia na wydziale humanistycznym Uniwersytetu Świętego Marka w Limie. Jego decyzja została przyjęta w rodzinie jako rebelia, gdyż odrzucił ofertę studiów na Papieskim Uniwersytecie Katolickim Peru, do którego uczęszczała młodzież pochodząca z klas wyższych. W 1955 – w atmosferze skandalu obyczajowego – poślubił Julię Urquidi, swą daleką ciotkę, starszą od siebie o 10 lat (zm. 10 marca 2010 w Santa Cruz, w Boliwii). Swe przygody z tego okresu przedstawił w humorystycznej powieści Ciotka Julia i skryba – autobiograficznym dziele pisarza. Po ukończeniu studiów pracował w kilku miejscach jednocześnie, między innymi redagował kronikę policyjną dla lokalnej gazety i pisał skrypty do audycji radiowych. Jego pierwszą opublikowaną informacją prasową była depesza w dzienniku „La Prensa”. W 1959 Vargas Llosa wraz z żoną przeniósł się do Paryża, gdzie pracował jako nauczyciel hiszpańskiego i dziennikarz. W 1964 rozwiódł się z Julią, a w 1965 ożenił się po raz drugi – z młodszą kuzynką Patricią Llosą Urquidi. Z drugą żoną miał troje dzieci: syna Alvara (ur. w 1966),pisarza, drugiego syna Gonzala (ur. w 1967) oraz córkę Morganę, fotografkę (ur. w 1974). W 1966 przeniósł się z Paryża do Londynu, gdzie zaczął wykładać literaturę iberoamerykańską na Queen Mary College. Jednocześnie zaczął się udzielać w emigracyjnym życiu politycznym. W całym okresie swej emigracji pisał powieści przynoszące mu światową sławę oraz zajmował się studiami nad literaturą hiszpańską. Zasiadał w jury konkursu głównego na 29. MFF w Cannes (1976) oraz na 51. MFF w Wenecji (1994). W 1990 Mario Vargas Llosa kandydował w wyborach na prezydenta Peru z ramienia liberalnego Ruchu Wolności. W pierwszej turze głosowania, 8 kwietnia, nieznaczną liczbą głosów wyprzedził Alberta Fujimoriego z sojuszu wyborczego Cambio 90. Przegrał z nim w drugiej turze, która odbyła się 10 czerwca. Laureat Premio Nacional de Novela del Perú (1967),Nagrody Księcia Asturii (1986),w 1994 otrzymał Nagrodę Cervantesa – najwyższe możliwe trofeum w świecie literatury hiszpańskojęzycznej. W 2002 otrzymał prestiżową PEN/Nabokov Award – nagrodę amerykańskiego PEN Clubu, a w 2005 przyznawaną przez American Enterprise Institute Nagrodę Irvinga Kristola jako pisarz, „obrońca demokracji, wolnego rynku i indywidualnej wolności”. 7 października 2010, w wieku 74 lat, Mario Vargas Llosa został uhonorowany Nagrodą Nobla. Szwedzka Akademia werdykt uzasadniała tym, że Vargas Llosa został nagrodzony za „kartografię struktur władzy oraz wyraziste obrazy oporu, buntu i porażek jednostki”. W 2011 otrzymał od króla Hiszpanii nobilitację i tytuł markiza de Vargas Llosa. Jego książki tłumaczyli w Polsce m.in. Wojciech Charchalis, Marzena Chrobak, Małgorzata Lewicka, Filip Łobodziński, Carlos Marrodán Casas, Kazimierz Piekarec, Danuta Rycerz, Joanna Skórnicka, Dorota Walasek-Elbanowska, Zofia Wasitowa, Ewa Zaleska.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Lata z Laurą Díaz Carlos Fuentes
Lata z Laurą Díaz
Carlos Fuentes
Książka, która powaliła mnie na kolana. Skarbnica cytatów i mądrości życiowych. Dosadna, mocna i kontrowersyjna. Przyznaję, że główna bohaterka Laura Diaz potrafiła momentami wyprowadzić mnie z równowagi. Drażniła mnie jej postawa jako matki, żony i kobiety w ogóle. Jednak, kiedy poznałam całą historię, wszystkie perypetie i dramaty, z którymi musiała się zmierzyć i odczekałam spokojnie, żeby to wszystko przetrawić, uważam, że lektura była warta grzechu. Tłem dla opowieści o tej niezwykłej kobiecie jest wiek XX, przemiany polityczne i społeczne oraz wydarzenia historyczne skupiające się głównie na Meksyku. Głęboka, dotykająca trzewi, wzruszająca, prawdziwa i dosadna historia kobiety, która nie bała się walczyć o swoje szczęście i niezależność, o zrozumienie, że jest kobietą, która myśli i czuje, podąża za swoimi marzeniami szukając spełnienia. Niektóre rozmowy czy opisywane wydarzenia zdają się być wyrwane z kontekstu, niewiadomo skąd się biorą, albo kto je wypowiada i to zaburza odbiór powieści sprawiając wrażenie, że fabuła wymyka się ustalonemu porządkowi. Mimo to książka jest ciekawa, wciągająca chwilami nawet porywająca, choć zdarzają się też mocno przegadane fragmenty. Powieść Fuentesa jest dość trudna w odbiorze, ale jednocześnie omawia dość istotne kwestie dotyczące między innymi roli kobiety w związku, matczynej miłości, realizacji i poszukiwania samego siebie. Bogactwo wrażeń i ekscytujących emocji - zapewnione. Polecam
kasiaman55 - awatar kasiaman55
ocenił na71 rok temu
Generał w labiryncie Gabriel García Márquez
Generał w labiryncie
Gabriel García Márquez
Na szczęście Mistrz znów w najlepszej formie, po poprzedniej nieco mniej udanej lekturze. Znakomita, mocna elegijna, opowieść o schyłku życia największego zapewne - a raczej: na pewno – człowieka polityki Ameryki Łacińskiej. A każdy wybitny polityk z założenia musi być samotny – zwłaszcza na koniec…. 9. moja książka Noblisty i wysokie miejsce w mojej hierarchii jego dzieł; tylko 2 pkt. ją dzielą od najlepszej dla mnie „Jesieni patriarchy”. Simon Jose Antonio de la Santissima Trinidad Bolivar y Palacios - w swoim czasie prezydent Boliwii i Kolumbii, dyktator Peru - czeka już właściwie tylko na śmierć, choć i przed otoczeniem, i samym sobą, udaje, a być może jest głęboko o tym przekonany - że wiele jeszcze przed nim, bądź co bądź ma „jedynie” 46 lat, choć jego zdrowie… Ale to faktycznie kronika powolnego umierania. Po kilkunastu latach rządów wskutek puczu El Libertador nie pełni już żadnych funkcji, został zmuszony do rezygnacji z prezydentury Wielkiej Kolumbii. Nowa ekipa „serdecznie mu podziękowała”. A już dawno odeszły w niebyt marzenia/rojenia o federacji wszystkich hiszpańskojęzycznych państw południowoamerykańskich. Teoretycznie planuje podroż do Europy, choć może i to jedynie pozoruje, podejrzewając że zdrowie już na wiele mu nie pozwoli. Ale zwodzi i siebie i swą świtę, bacznie obserwowany przez wiele oczu…. „Nikt jednak nie wiedział, kto spośród nich odprowadza go z czystej przyjaźni, kto dla przyjaźni, a kto tylko po to, by się upewnić, iż rzeczywiście opuszcza kraj”. Niektórzy stronnicy niedawnego prezydenta jeszcze mają złudne nadzieje, biorąc zapewne pod uwagę głównie własne tracone właśnie korzyści, albo chcą pozytywnie wypaść we własnych, i jego, oczach. „- Niech pan zostanie – rzekł minister – i poświęci się po raz ostatni ratowaniu ojczyzny. - Nie, Herran - odparł generał – Już nie mam ojczyzny, dla której musiałbym się poświęcać”. Tak czy inaczej cała anabaza ma charakter raczej konduktu niż ekscytującej wycieczki. To droga ku śmierci - narrator niedwuznacznie to sugeruje, a czytelnik wyczuwa, choćby z racji częstego stosowania czasu niedokonanego. Opis tej wędrówki Libertadora i jego świty imponuje epickością i nadzwyczajną zmysłowością, najlepsze tu standardy Marqueza. Jego mistrzostwo narracyjne i językowe ujawnia się tu w całej pełni. Wiele tu przepełnionych goryczą rozpamiętywań dawnych dni „krwi i chwały”. Żadnej tu patetycznej wzniosłości, „Niemożliwością było pogodzić chwałę zwycięstwa ze smrodem otwartych dołów kloacznych. Generał westchnął, szepcząc do ucha Montilii: - Jakże drogo nas kosztowała ta zasrana niepodległość!”. „Tego ranka odprawiał ten codzienny obrządek mycia z większą zaciekłością i okrucieństwem niż kiedykolwiek, starając się oczyścić ciało i dusze z dwudziestu lat daremnych wojen i rozczarowań, jakie przynosi władza”. „Wyszedł nietknięty ze wszystkich zamachów, jakich nań dokonywano (…). Chodził bez eskorty, a jadł i pił nie przejmując się w ogóle tym, co i gdzie mu podają. (…) Ta beztroska nie brała się z nieświadomości ani fatalizmu, lecz ze smutnego przeświadczenia, że umrze na swoim posłaniu, w nędzy, nagi i pozbawiony tej pociechy, jaką jest wdzięczność ogółu”. „Wydaje się, że diabeł kieruje kolejami mego życia „Nostalgia pokonała mnie (…) Już jej nie stawiam najmniejszego oporu”. „Jesteśmy tak przewrotni, że naszym najlepszym rządem okazuje się ten najgorszy”. „- Te karty są znaczone - powiedział. - To pańskie karty, panie generale – rzekł Wilson”. „- Ja sam wydałem rozkaz stracenia ośmiuset jeńców hiszpańskich w ciągu jednego dnia, włącznie z chorymi ze szpitala w La Guayra. Dziś, w identycznych okolicznościach, nie zadrżałby mi głos, gdybym znów miał wydać taki rozkaz, a Europejczycy nie mieliby moralnego prawa, by robić mi jakiekolwiek zarzuty, bo jeśli czyjaś historia jest skąpana we krwi i obfituje w niegodne, niesprawiedliwe czyny, to właśnie historia Europy”. „Nie próbujcie nas uczyć, jacy mamy być, ani wmawiać nam, że musimy się upodobnić do was, i nie żądajcie, abyśmy w ciągu dwudziestu lat zrobili dobrze, co wyście zrobili tak źle w ciągu dwóch tysiącleci”. „Cały kłopot w tym, że przestaliśmy być Hiszpanami, a potem ruszyliśmy przed siebie, przemierzając kraje, które tak często zmieniają nazwy i rządy, że już sami nie wiemy, w którym z tych cholernych państw jesteśmy”. „Tutaj nie będzie innych wojen niż to ścieranie się jednych z drugimi, a to jest tak, jakby się zabijało własną matkę”. „Był to pierwszy zamach stanu w republice Kolumbii i pierwsza z czterdziestu dziewięciu wojen domowych, jakie mieliśmy przecierpieć do końca tamtego stulecia”. „W czasach zwycięskiej euforii on sam ich uczył, aby tak właśnie mówili: całą prawdę. Ale teraz prawda była po innej stronie”. „Czego nie mogli ścierpieć, to niepewności, którą ich zaraził, podjąwszy decyzję o rezygnacji ze swego stanowiska i która z każdym dniem grzęźnięcia w błocie podczas owej podróży donikąd stawała się coraz bardziej dotkliwa”. „Życie nauczyło go już, że żadna klęska nie jest ostateczna”. „Nie wiem na jakiej zasadzie ci demagodzy roszczą sobie prawo do okrzykiwania się liberałami (…). Ukradli to słowo po prostu tak, jak kradną wszystko, co im wpadnie w ręce”. „Wygląda na to, że ideały niezależności zasialiśmy tak głęboko, iż narody usiłują teraz uniezależnić się od siebie”. „Zagubiłem się w marzeniach szukając czegoś, co nie istnieje”. Miejscami daje się zauważyć lekki prezentyzm Autora: „Ameryką nie da się rządzić, kto służy rewolucji, ten decyduje się na +oranie morza+, kraj ten niechybnie wpadnie w ręce rozszalałych mas, a potem przejmą go mali tyrani, prawie niedostrzegalni, wszelkich kolorów skóry i różnych ras”. Ważne miejsce w życiu Bolivara zajmowały kobiety, choć tylko w „tych chwilach”. Nie inaczej jest i tutaj, choć częściej dominują wspomnienie niż nowe dokonania. „Generał nigdy nie był tak spontaniczny w zwierzeniach na temat swoich potajemnych romansów, jak w tamto popołudnie (…) jest to nieomylna oznaka starości”. „W towarzystwie samych mężczyzn generał potrafił kląć jak najzwyklejszy ordynarny koniokrad, lecz wystarczała obecność jednej kobiety, a już jego maniery i mowa nabierały przesadnej subtelności”. „Pańska wina, ekscelencjo, bo rządził pan tym krajem od tylu lat i nie wprowadził prawa, które nakazywałoby mężczyznom zachowywać się tak samo przy kobietach jak i wtedy, gdy ich nie ma”. „Odkrył u niej w jednej chwili zaletę, która cenił w kobiecie najbardziej: nieokiełznaną inteligencję”. „- Mówią, że ekscelencja ma się dobrze, ale udaje chorego, żeby wszyscy się nad nim litowali. (…) - Jedyne, co mi pozostaje, to umrzeć – powiedział. Dziewczyna zaoponowała: - Ludzie powiadają, że zawsze pan był taki, ale teraz jest panu na rękę, żeby o tym wiedziano”. „- Odchodzisz jako dziewica – powiedział. Odparła ze swawolnym śmiechem: - Żadna nie pozostanie dziewicą po nocy spędzonej z Waszą Ekscelencją. Odeszła tak jak wszystkie inne. Bo wśród tylu kobiet, które przewinęły się przez jego życie – wiele z nich zaledwie na parę godzin - nie było ani jednej, której podsunąłby chociaż myśl o pozostaniu z nim na dłużej”. „W miłości, która dopiero się zaczyna, nawet najmniejszy błąd jest nie do naprawienia”. Najbardziej jednak przemawiają coraz liczniejsze wraz z narracją oznaki słabości głównego bohatera, czemu towarzysza jego heroiczne wysiłki, by przemóc słabość. „Choroba jest jedynym nieprzyjacielem, którego generał się boi, toteż nie chce z nią walczyć, aby nie odrywać się od spełniania najważniejszych życiowych zadań”. „Ci, którzy patrzyli na jego wąską klatkę piersiową i rachityczne nogi, nie mogli się nadziwić, że człowiek posiadający tak mało ciała wciąż jeszcze żyje”. „Malały jego czytelnicze zainteresowania, on zaś jak zwykle, przypisywał to przyczynom niezależnym od niego. - Wszystko przez to, że jest coraz mniej dobrych książek – mówił”. „Garcia del Rio powiedział szeptem: - Ma już twarz nieboszczyka”. „Nie tylko śmierć przynosi kres życiu”. „Zachowywał się tak, jakby zabijająca go choroba była zaledwie ciągiem banalnych dolegliwości”. „Tak jeszcze zmalał, że trzeba było po raz kolejny podwijać mu rękawy koszuli i skracać o cal welwetowe spodnie”. „Traktują mnie już jak nieboszczyka – powiedział”. „Odpowiedział raczej serio niż żartem, że śmierć nie została uwzględniona w jego planach na najbliższą przyszłość”. I znakomite ostatnie zdania, niewiele mniej znaczące niż pierwsze: „Ogarnął cały pokój jasnowidzącym spojrzeniem przedostatnich chwil i po raz pierwszy zobaczył prawdę: ostatnie pożyczone łóżko, pozostawiona mu z litości toaletka, której mętne, cierpliwe lustro nie będzie już odbijało jego twarzy, zniszczona porcelanowa umywalka, z wodą, ręcznikiem i mydłem dla innych rąk. Obtłuczony ośmiokątny zegar, którego wskazówki z bezlitosnym pośpiechem zmierzają ku nieuniknionemu spotkaniu, jakie nastąpi 17 grudnia o godzinie pierwszej minut siedem, ostatniego popołudnia jego życia. Wówczas skrzyżował ręce na piersi i zaczął słuchać radosnych głosów niewolników, śpiewających w cukrowniach, o szóstej, wieczorną modlitwę, i zobaczył za oknem diamentową Wenus na niebie, które odchodziło od niego na zawsze, wieczne śniegi, świeży powój, którego już nie ujrzy obsypanego żółtymi kwiatami w następną sobotę, w domu osaczonym żałobą – ostatnie iskry życia, co już nigdy, przez wieki wieków, nie miało się powtórzyć”. PS Wspaniały przekład Zofii Wasitowej, matki mojej koleżanki ze studiów, miałem przyjemność ją poznać, wspaniała była to osobowość….
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na81 rok temu
Plugawy ptak nocy José Donoso
Plugawy ptak nocy
José Donoso
Posadowiona na pograniczu realizmu magicznego i surrealizmu powieść, wymaga od czytelnika uwagi i skupienia, by przy przekraczaniu owej granicy nie zatracić rozeznania w narracji i roli jej bohaterów. O ile Autor rozpoczyna legendą, to w kolejnych rozdziałach, których akcja rozgrywa się w Chile w latach 60-tych XX wieku, opisuje wydarzenia związane z miejscem i ludźmi, którzy mogą być potomkami osób z przedstawionej opowieści. Miejscem akcji jest opuszczony dom, niegdyś kontemplacji, a w czasie gdy rozgrywa się powieść, prowadzony przez zakonnice ośrodek, czy też przytułek dla starych kobiet, które mają tam swój świat, jakże inny od tego na zewnątrz, gdyż opuszczony i zaniedbany, jednak dla nich ważniejszy i bezpieczniejszy. Poprzez pryzmat świata zatrzymanego wewnątrz murów, jak i tego, związanego z życiem na zewnątrz, Autor ukazał istotę przemijania, przemiany ról życiowych i społecznych i odniesień, które dają preteks do podejmowania określonych działań i przybierania postaw, poprzez pryzmat których czujemy się bezpieczni. Nic nie jest tym, czym się wydaje, wszystko podlega zmianom, sługa może stać się kimś bardzo bogatym, zaś osoba piękna i dystyngowana zostać napiętnowana z tego właśnie powodu przez to, że różni się od oceniających. Zamknięta społeczność staruszek zastępują dziwolągi, postaci pokraczne z uwagi na różne deformacje fizyczne, to co brzydkie, staje się normą. `Nie wiadomo, czy zabieg ten nie posłużył Autorowi do skrytykowania stosunków społecznych i ustroju politycznego, to moje przypuszczenie. Brawa dla Pani tłumacz Zofii Chądzyńskiej, książka jest trudna i wymagająca, nie mniej z pewnością jej drobiazgowość pozwoliła wiernie przekazać zamysł Autora.
Marton - awatar Marton
ocenił na66 dni temu
Baltazar i Blimunda José Saramago
Baltazar i Blimunda
José Saramago
Powieść w pełni ukazująca kunszt Saramago. W "Baltazarze i Blimundzie" czytelnik może dojrzeć wszystkie najlepsze cechy rozmaitych powieści Saramago - subtelny magiczny realizm, satyrę na społeczeństwo, rozgrzewające serce relacje między postaciami, i dobrze napisaną główną protagonistkę. Po przeczytaniu trzech jego późniejszych powieści mogę śmiało powiedzieć, że choć utrzymywał dobry poziom i zabłysnął w innych aspektach, to jednak nigdy nie udało mu się powtórzyć mistrzostwa powieści, która zdobyła mu Nagrodę Nobla. "Baltazar i Blimunda" są książką cudownie dziwaczną i absurdalną - sam opis fabuły jest już bardzo nietypowy (jednoręki weteran i czarownica pomagają księdzu zbudować maszynę latającą, żeby dostać się do nieba),a rozliczne przemyślenia postaci skaczą od niezwykle głębokich myśli po teorie o jednorękim Bogu. Saramago genialnie łączy komedię z dalej aktualnym komentarzem społecznym. Bardzo lubię postać Blimundy. Najlepsi protagoniści powieści autora to kobiety, a Blimunda jest spośród nich jedną z najciekawszych i najbardziej złożonych. Nie jest do końca silną postacią kobiecą w sensie walki (ale też nie o walkę chodzi w tej książce),ale jest bardzo zaradna, inteligentna i zdeterminowana, a jej relacja z Baltazarem jest urzekająca. Podsumowując - "Baltazara i Blimundę" zdecydowanie warto jest przeczytać. Jest to wciągająca, zabawna i poruszająca powieść, jedna z najlepszych z dorobku Saramago i do dziś dobrze się trzymająca.
Fox - awatar Fox
ocenił na95 miesięcy temu
Historia oblężenia Lizbony José Saramago
Historia oblężenia Lizbony
José Saramago
Nie będę obiektywna, bo uwielbiam przepiękną literaturę José Saramago. Każdy akapit zachwyca od pierwszego do ostatniego słowa. Eksperymenty językowe w jego wykonaniu to szermierka słowna, wszechobecna ironia, pastisz, łączenie realizmu z fantastyką, mieszanie planów czasowych, dbałość o językową charakterystykę każdego z bohaterów. Powieści Saramago układają się w piękne historie, i ta również oczarowuje, porywa, hipnotyzuje. To Wielka Literatura. Raimundo Silva jest redaktorem w portugalskim wydawnictwie. Wiedzie spokojne, stateczne, wręcz nudne życie do momentu, w którym z niewiadomych motywów zmienia zasadniczą kwestię w jednej z poprawianych książek, w "Historii oblężenia Lizbony." Przecząc faktom historycznym oraz zamysłowi autora, Raimundo oznajmia, że Krzyżowcy nie pomogli w zdobyciu Lizbony. Od tej chwili jego spokojne życie nabiera tempa, koloru i znaczenia. Raimundo okazuje się barwną i bogatą wewnętrznie postacią, zakochuje się także w intrygującej kobiecie. Ostrzegam jednak, że Saramago pisze w sposób nowatorski, i poza długimi, skomplikowanymi zdaniami, trudność mogą sprawić opisy pozbawione interpunkcji, bez wydzielonych dialogów. Kto zna prozę José Saramago, laureata Nagrody Nobla (1998 rok),wie że Autor posługuje się piórem w sposób mistrzowski, ironiczny, jest czarodziejem słów i erudytą a wszechstronna wiedza procentuje przy fantastycznej fabule. Uczta, uczta, uczta!
Melissa Tygrys - awatar Melissa Tygrys
ocenił na92 lata temu
Hańba John Maxwell Coetzee
Hańba
John Maxwell Coetzee
Dawno nie czytałem książki, której bohater byłby tak antypatyczny a zarazem w tak znacznym stopniu godny litości. Lektura znokautowała mnie co najmniej dwa razy, co jest dla mnie świadectwem jej wybitności. Przesłanie bardzo pesymistyczne. Mocne tu napiętnowanie niezdrowych relacji mężczyzna - kobieta, ale i także wszystkich opartych na nierówności i wyższości, jak stosunek do rdzennych mieszkańców RPA, zwłaszcza gdy chodzi, co tu gadać, o bandytów i gwałcicieli. Nie wiem dlaczego (zapewne z ignorancji) temat tej książki kojarzyłem wyłącznie z seksualnym wykorzystaniem studentki przez podstarzałego nauczyciela akademickiego - erotomana i nie przypadkiem znawcę m.in. nieszczęsnego Byrona, który również cierpiał na tężę przypadłość, przy okazji będąc pedofilem. Autor przygotował zasadzkę na czytelników, a zwłaszcza na mnie, bo tytuł nie odnosi się tylko do hańby bohatera, który wykorzystując studentkę, hańbią ją i przy okazji swój akademicki honor. Ma on też zastosowanie (jako kara od Boga?) także do jego córki, która pada ofiarą gwałtu, prowadząc farmę na odludziu. Jakby zemsta losu za lata wykluczania i poniewierki przez rdzenną ludność. Szokująca to lektura, ale także i moralitet. David Lurie to postać zaprawdę odrażająca (nawet narrator go nie lubi: ”Nie jest złym człowiekiem, ale dobrym też nie”). Czyn, jakiego się dopuścił, doprowadza go do upadku zawodowego. Los daje mu sposobność częściowego “nawrócenia” na tzw. normalne, a nawet może i pożyteczne, życie. Tylko czy z niej skorzysta ten, któremu nie da się współczuć…. To moja czwarta książka Coetzee’ego. Za najważniejszą uważam “Czekając na barbarzyńców”. Wybrane cytaty…. “Jest zdumiony, że półtorej godziny kobiecego towarzystwa tygodniowo wystarcza, aby go uszczęśliwić, chociaż dawniej myślał, że potrzebna mu jest żona, dom, małżeństwo. (...) Jego potrzeby okazały się w końcu całkiem niewielkie, niewielkie i przelotne jak potrzeby motyla”. “Całym sobą popiera życie podwójne, potrójne, życie podzielone na przegródki. Ilekroć spoglądał na kobietę w pewien sposób, z pewnym zamysłem, odwzajemniała spojrzenie: mógł na to liczyć. Tak właśnie żył: przez całe lata, przez całe dziesięciolecia trzymało go to w pionie. Aż tu pewnego dnia skończyło się, nagle, bez ostrzeżenia, opuściła go moc. (...) Spojrzenia, które dawniej odpowiedziałyby na jego spojrzenie, zaczęły przesuwać się po nim obojętnie, mijać go, jakby był przezroczysty. Z dnia na dzień stał się duchem”. “Powinien dać sobie z tym spokój, wycofać się z gry. Zastanawia się, ile właściwie miał lat Orygenes, kiedy się wykastrował. Może nie najwdzięczniejsze to rozwiązanie, ale starzenie się też nie jest wdzięcznym zajęciem. Człowiek przynajmniej oczyszcza pole, żeby się skupić na właściwym zadaniu starców: na przygotowaniach do śmierci. (...) Płomień zmysłów ostatni raz strzeli w górę, zanim zgaśnie”. “Przecież to jeszcze dziecko! – myśli on. Zupełne dziecko! Co ja najlepszego wyprawiam? Ale jego sercem targa raptowna żądza”. “Nie jest to gwałt, niezupełnie, ale jednak coś niepożądanego, przed czym dziewczyna wzdraga się aż do szpiku kości”. “Ludzie się dowiedzą, bo zawsze w końcu się dowiadują; zaczną szeptać, może nawet wybuchnie skandal. No i co z tego?”. “– Nie oczekuj współczucia, Davidzie, ode mnie ani od nikogo. Nie spodziewaj się współczucia ani litości. To nie te czasy. Wszyscy zwrócą się przeciwko tobie, bo i czemu nie?”. “Pewnie myślałeś, że to będzie kolejny szybki romans, drobny grzeszek. No i patrz, do czego cię doprowadził. Własne życie wyrzuciłeś na śmietnik, a co zyskałeś. (...) Jeśli starcy będą się parzyć z młodymi kobietami, jaka przyszłość czeka gatunek?”. “Połowa literatury mówi o tym: o młodych kobietach, które usiłują wywinąć się spod ciężaru starców, dla dobra gatunku”. “W pewnym wieku człowiek robi się po prostu nieapetyczny. I tyle. Trzeba zakasać rękawy i jakoś przeżyć resztę życia. (...) Ćwicz, zanim nadejdzie starość, przykazuje sobie. Ćwicz przystosowanie. Ćwicz, przyda ci się w domu starców”. “Po raz pierwszy w życiu ma przedsmak starości, kiedy będzie doszczętnie znużony, wyzuty z wszelkich nadziei i pragnień, zobojętniały na to, co niesie przyszłość. Zgaszono w nim przyjemność, jaką czerpał z życia. (...) Zaczął dryfować ku swojemu końcowi, jak liść na powierzchni strumienia, jak puch mlecza na wietrze”. “– Żadne zwierzę nie dopatrzy się sprawiedliwości w karze wymierzonej za to, że posłuchało własnego instynktu. – Czyli samcom trzeba pozwolić, żeby podążali za swoimi instynktami bez żadnych ograniczeń? “Lucy nie odpowiada. Woli nie pokazywać się ludziom, a oni już wie dlaczego. Powodem jest hańba. Powodem jest wstyd. To właśnie osiągnęli niespodziewani goście, to właśnie uczynili tej pewnej siebie, nowoczesnej, młodej kobiecie”. “Zgwałcić lesbijkę to coś jeszcze gorszego niż zgwałcić dziewicę: cięższy cios. Czy tamci trzej wiedzieli, co robią?” “Plotka jak plama rozlewa się po okolicy. (...) Zemsta jest jak pożar. Im więcej pochłonie, tym bardziej robi się zachłanna”. “Coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że angielski nie jest odpowiednim środkiem wyrazu dla południowoafrykańskiej prawdy". “Język zesztywniał, niczym dinozaur, który wyzionął ducha i zapadł się w błoto”. “Nie po to tu przyjechał; nie po to, żeby ugrzęznąć na głębokim odludziu i odstraszać demony, niańczyć córkę, troszczyć się o upadającą farmę. Jeśli miał jakikolwiek cel, to raczej ten, żeby samemu wziąć się w garść, zebrać siły”. “Chociaż w pewien abstrakcyjny sposób potępia okrucieństwo, nie umie powiedzieć, czy sam z natury jest okrutny czy dobry. Jest po prostu nijaki”. “- To szokujące uczucie, że ktoś mnie nienawidzi. W trakcie. Czy David trafnie się domyśla, o co jej chodzi?”. “W końcu nie erotyzm i nie elegia najsilniej do niego przemawia, lecz komizm”. “- Zachowujesz się, jakby wszystko, co robię, było częścią fabuły, którą jest twoje życie. Ty jesteś w niej głównym bohaterem, a ja postacią epizodyczną, która pojawia się dopiero w połowie akcji. Otóż wbrew temu co sobie myślisz, ludzie nie dzielą się na pierwszo- i drugoplanowych. Nie jestem drugoplanowa”. “- Lucy, twoja sytuacja staje się śmieszna, A nawet gorzej: złowroga. Nie wiem, jak możesz tego nie dostrzegać”. “- Błagam cię, wynieś się z farmy, zanim będzie za późno. To nie jest coś, co chciałbym usłyszeć. My nie załatwiamy spraw w ten sposób. My: mało brakowało, a byłby powiedział: my ludzie Zachodu”. “– Jakie to poniżające - mówi wreszcie Lurie. – Takie wielkie nadzieje, a potem taki koniec". - Potrzebuję wokół siebie spokoju. Wszystko zrobię, wszystko poświęcę, byle tylko mieć spokój. – A między innymi poświęcisz mnie?”. “Brak mu starczych cnót: zrównoważenia, dobrotliwości, cierpliwości. Ale może te cnoty pojawią się, gdy inne go opuszczą: na przykład cnota namiętności”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na86 dni temu

Cytaty z książki Zielony Dom

Więcej
Mario Vargas Llosa Zielony Dom Zobacz więcej
Mario Vargas Llosa Zielony Dom Zobacz więcej
Mario Vargas Llosa Zielony Dom Zobacz więcej
Więcej