Wróć na stronę książki

Oceny książki Zielony Dom

Średnia ocen
6,5 / 10
369 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE


avatar
337
337

Na półkach:

„Zielony dom” to druga powieść w bogatym dorobku pisarskim Mario Vargasa Llosy. Rok publikacji to 1966, a więc trzy lata po debiucie („Miasto i psy”) oraz kolejne trzy przed wydaniem monumentalnej „Rozmowy w Katedrze”. W mojej ocenie ta chronologia jest tutaj niezwykle istotna, aby właściwie ocenić recenzowaną powieść, gdyż jest to utwór mocno eksperymentalny, swoisty poligon doświadczalny pisarza, który pozwolił mu nie tylko potwierdzić literackie możliwości, ale także zaprezentować zupełnie nowy - jak na ówczesne czasy - sposób snucia narracji. Efekt końcowy jest bardzo ciekawy, choć nie wszystko jeszcze wyszło tutaj idealnie, o czym będzie okazja wspomnieć. Zapraszam do recenzji.

Akcja powieść rozciąga się na przestrzeni około czterdziestu lat, o czym wnioskujemy na podstawie rozmaitych wtrętów pisarza, i obejmuje okres od lat 20. do lat 60. XX wieku. Miejsce rozgrywania się wydarzeń to oczywiście ojczyzna pisarza, czyli Peru, ale w tym wypadku zostało ono podzielone na dwa odległe od siebie i zupełnie odmienne klimatem obszary. Pierwszym jest półpustynne miasto Piura, ulokowane w północno-zachodniej części kraju, nieopodal wybrzeża Pacyfiku. Właśnie tutaj, na obrzeżach tegoż miasta, tajemniczy przybysz „nie wiadomo skąd” zbudował dom o zielonych ścianach, za którymi to skrył się ekskluzywny burdel. Jego obecność naturalnie wywołała ostre protesty, szczególnie pośród konserwatywnej i religijnej część małomiasteczkowej społeczności (ojciec Garcia), co bynajmniej nie zaszkodziło rosnącej popularności tego przybytku uciech cielesnych - dopóki nie doszło do pewnego skandalicznego i gorszącego incydentu, który przesądził o jego losie. Przynajmniej na jakiś czas.

Natomiast drugim obszarem, znacznie rozleglejszym, na który rozgrywa się fabuła powieści, jest dorzecze rzeki Maranon w peruwiańskiej części Amazonii oraz miasteczko Santa Maria de Nieva. Ta skryta pośród dżungli zapadła mieścina skrywa pewne mroczne tajemnice, które ogniskują się wokół tamtejszego żeńskiego klasztoru oraz lokalnych autochtonów z indiańskiego plemienia Aguaruna. Wciąż dzika dżungla przyciąga także różnego rodzaju typy spod ciemnej gwiazdy, które pragną szybkiego zarobku na będącym wciąż w cenie na światowych rynkach kauczuku. Pod zielonym dachem dżungli rozgrywają się zatem kolejne dramaty, w które będą zaangażowani bohaterowie powieści. Warto przy okazji zwrócić uwagę, iż tytułowy „zielony dom” może odnosić się zarówno do budynku burdelu w Piurze, jak i do będącej mieszkaniem dla wielu ludzi wiecznie zielonej dżungli amazońskiej.

Skoro omówiłem czas i miejsce rozgrywania się powieści, przejdę teraz do bohaterów. Zapewne dość szybko zwrócimy uwagę, że w zasadzie brak tutaj kreacji, którą moglibyśmy określić mianem głównego bohatera. Natomiast postaci istotnych dla przebiegu fabuły jest kilka, a poza nim cała plejada postaci pobocznych o mniejszym lub większym znaczeniu. Można wyróżnić trzy takie najważniejsze wątki opowieści, które ogniskują się wokół postaci don Anselma w Piurze, Bonifacji i sierżanta Litumy (postać znana z późniejszych utworów peruwiańskiego pisarza, np. „Lituma w Andach”, „Kto zabił Palomina Molero?”) w Piurze/Amazonii oraz Fushia w Amazonii. Historie te nie są jakoś przesadnie skomplikowane, choć zostały przeprowadzone na tyle sprawnie, że w pewnym momencie czytelnik zaczyna się nimi rzeczywiście interesować. Natomiast wydaje mi się, że te kilka punktów stycznych, w których poszczególne wątki się ze sobą przecinają, to jednak nieco za mało na naprawdę pasjonującą intrygę, do czego jeszcze wrócę. Inna wreszcie sprawa, że historie niektórych postaci nie zostały przez pisarza maksymalnie wykorzystane. Na przykład postać don Anselma, tajemniczego założyciela piurańskiego burdelu, miała potencjał, aby „wycisnąć” z niej zdecydowanie więcej, gdyż cała jego przeszłość, przed przybyciem do Piury, nie została tak naprawdę odkryta.

Przyznaję, że jak na wielbiciela twórczości Llosy, dość długo trwało, zanim wciągnąłem się w opowiadaną historię. Początkowo czytałem książkę z doskoku, ale szybko okazało się, że jednak nie była to najlepsza metoda. I dopiero gdy wygospodarowałem nieco więcej wolnego czasu, w końcu lektura „zaskoczyła” i resztę powieści pochłonąłem już błyskawicznie. Główny powód, dlaczego tak się stało, jest dla mnie oczywisty - w przypadku „Zielonego domu” charakterystyczna dla Llosy narracyjna „przeplatanka” czasu, miejsca i bohaterów opisywanych wydarzeń jest przez pisarza spleciona bardzo gęsto. W mojej ocenie - może nieco zbyt gęsto. I właśnie to sprawia, że raczej nie sposób czytać tej powieść w dłuższych odstępach czasowych, gdyż łatwo zapominamy szczątkowe informację, które wyłuskaliśmy już z przeczytanych fragmentów. A zatem, powracając po przerwie do czytania, trudno odnaleźć moment fabuły, w którym ją zwiesiliśmy. To dość irytujące uczucie, szczególnie jeśli jest to nasze pierwsze zetknięcie z Llosą lub tego typu narracją. A w „Zielonym domu” peruwiański noblista nie daje czytelnikowi praktycznie żadnej taryfy ulgowej.

Inna sprawa, że przecież właśnie na tym polega cały urok (lub przekleństwo) tej książki, w której Llosa swobodnie bawi się konwencją powieściowej narracji. Zamiast klasycznej liniowej fabuły, chronologicznego przedstawienia zdarzeń oraz wyrazistych bohaterów głównych, tworzy coś wręcz przeciwnego. Czas i miejsce opowieści oraz bohaterowie zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Raz jesteśmy w Piurze, by kilka zdań potem zagłębić się w tropikalną Amazonkę. Teraz towarzyszymy postaci X, aby za chwilę czytać już o Y, który zna Z, będący jakoś związany z X. Jakby tego było mało, Llosa dodatkowo utrudnia i gmatwa nam sprawę, gdy na przykład stosuje nieprecyzyjne określenia typu „sierżant” lub samo imię Aquilino, choć przez powieść przewijają się dwie postacie o takim imieniu. Tak samo jest z chronologią wydarzeń, która jest przemieszana, a wydarzenia z różnych okresów następują po sobie bez wyraźnego wyodrębnienia. Oto zatem ów eksperymentalny styl snucia opowieści - żywy potok nieuporządkowanych fragmentów wydarzeń, które mają zgrabnie połączyć się w całość w wielkim finale.

Rzeczą dostrzeżoną raczej przez koneserów literatury i znawców twórczości Llosy jest natomiast struktura powieści, a więc jej podział na rozdziały i umowne podrozdziały, który nie jest rzeczą przypadkową. Przeciwnie, Llosa stworzył strukturę swojej powieści w sposób zaplanowany, tzn. korzystając z wcześniej przygotowanego schematu, który ma za zadanie uporządkować chaotyczną narrację. Wątki powieści są bowiem tak podzielone, aby powtarzać zastosowany schemat, w którym każdy z czterech rozdziałów książki posiada podział na pięć lub cztery części, rozdzielone od siebie jedynie niezadrukowanym fragmentem strony. Wyjątkiem jest tutaj epilog, który ma odmienny układ od wcześniejszych rozdziałów i stanowi domknięcie poszczególnych historii. Tym samym teoretycznie istnieje możliwość wydzielenia stosownych fragmentów i podjęcia próby przeczytania poszczególnych wątków osobno, bez powiązania z pozostałymi. Osobiście tego nie próbowałem, ale może kiedyś będzie okazja wrócić do tej powieści i to sprawdzić. Tak czy inaczej, układ powieści to kolejny element wielkiego pisarskiego eksperymentu, jakim bez wątpienia była w swoim czasie powieść „Zielony dom”.

W całej tej literackiej zabawie, do której autor chce nas zaprosić, zasadniczo dostrzegam dwa mankamenty, o których już częściowo napomknąłem. Oba zresztą zostały poprawione w późniejszej jakże genialnej „Rozmowie w Katedrze”, gdzie Llosa zastosował w zasadzie tę samą technikę narracji, co tutaj, ale znacznie lepiej dopracowaną pod względem tempa i zaplanowanej intrygi. Pierwszym problemem jest zbyt wysoka częstotliwość przeskoków między bohaterami, miejscami i czasem wydarzeń. Sam miałem z tym problem, gdy próbowałem czytać powieść „na raty”, a z pewnością wielu mniej upartych czytelników na tym etapie poległo. Nie jest to oczywiście rzecz, która uniemożliwiałaby ukończenie lektury, ale utrudnia ją na tyle, że powieść ta zazwyczaj nie jest wymieniana wśród największych dzieł peruwiańskiego pisarza. Llosa podszedł tutaj do sprawy naprawdę ambitnie, jakby zakładając z góry, że czytelnik da radę. To chyba typowy błąd wczesnego etapu twórczości, w której pragnienie zaimponowania własnymi możliwościami może nieco przeszacować zdolności odbiorców.

Natomiast drugi problem, jaki dostrzegam w tej powieści, to brak tej fabularnej iskry, czegoś, co zdecydowanie oczarowałoby na końcu czytelnika. Chociaż może to ja stałem się trochę zbyt wybredny, mając za sobą już inne powieści peruwiańskiego pisarza? Nadmieniłem już, że Llosa nie do końca wykorzystał potencjał swoich bohaterów, których losy biegną obok siebie i pewnymi fragmentami się wzajemnie przecinają, ale w połączeniu tym brakuje czegoś, co mocniej spinałoby oś fabularną powieści. Również brak głównego bohatera sprawia, że opowiadane historie kilku postaci rozgrywają się niejako poza emocjonalnym zaangażowaniem czytelnika, który nie nadąża za przeskokami pisarza. Dlatego właśnie, gdy docieramy do epilogu, może nam towarzyszyć uczucie lekkiego rozczarowania, że to już ten wielki finał, który rozgrywa się w jakiejś zabiedzonej restauracji donny Mercedes w ubogiej części Piury (choć moim zdaniem ma on swój specyficzny urok). Dlatego warto tę powieść potraktować jako generalną wprawkę Llosy do napisania „Rozmowy w katedrze”, gdzie wszystko zgrało się już niemal perfekcyjnie, oraz strukturalny eksperyment, na którego potrzeby konieczne było pewne poświęcenie aspektu fabularnego.

Wreszcie na koniec warto zwrócić uwagę na społeczną stronę opowieści, której nie mogło przecież zabraknąć u Mario Vargasa Llosy. Obraz dynamicznie rozwijającej się Piury, z jej Szmaciarnią, tj. dzielnicą nędzy, machismo paczki Nieustraszonych, czy burzliwa historia burdelu o zielonych ścianach, a także wstrząsająca dola autochtonicznej ludności Amazonii oraz brutalne historie z dziejów „kauczukowej gorączki” - to wszystko nadaje książce tak przyjemnej dla europejskiego odbiorcy dawki egzotyki. I chyba właściwie ten południowoamerykański ryt był elementem, który polubiłem w tej powieści najbardziej. Także podsumowując: zdecydowanie, ta wczesna powieść Llosy z pewnością nie jest najłatwiejszą i najlepszą pozycją na rozpoczęcie przygody z jego twórczością, ale, z drugiej strony, doskonale prezentuje unikalny styl pisarski peruwiańskiego noblisty i jego „totalne” podejście do literatury.

„Zielony dom” to druga powieść w bogatym dorobku pisarskim Mario Vargasa Llosy. Rok publikacji to 1966, a więc trzy lata po debiucie („Miasto i psy”) oraz kolejne trzy przed wydaniem monumentalnej „Rozmowy w Katedrze”. W mojej ocenie ta chronologia jest tutaj niezwykle istotna, aby właściwie ocenić recenzowaną powieść, gdyż jest to utwór mocno eksperymentalny, swoisty...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
77
74

Na półkach:

Jest to pierwsza książka Llosy, która mnie rozczarowała. Po przeczytaniu paru recenzji spodziewalam się hardkorowego eksperymentu literackiego. Tymczasem choć jest to powieść wielowątkowa to fabuła jest dość prosta. Jedynym urozmaiceniem są niechronologiczna narracja oraz zabiegi tak charakteryczne dla Llosy jak przeplatające się opisy dwóch różnych scen w tym samym momencie. Gdyby jednak usunąć oba te elementy to pozostałaby następujące, proste historie: interesy przemytników kauczuku z ludnością rdzenną, historia małżeństwa pewnego wojskowego z wychowanką zakonnic oraz opowieść o burdel-tacie, ktory musiał zacząć wszystko od nowa.
Podczas lektury często wspominałam "Rozmowę w Katedrze". W przypadku "Rozmowy" niechronologiczna i nielinearna narracja stanowiła tylko i aż oprawę dla pasjonującej historii.
W "Zielonym domu" natomiast cała zabawa zaczyna się i kończy na połączeniu wątków i odkryciu paru luźno związanych historii, z których żadna nie porywa.
Dla przykładu: facet żeni się z miłości, ale z czasem staje się agresywny wobec żony, po incydencie w barze trafia do więzienia, a żona zaczyna trudnić się prostytucją. Cała historia opowiedziana linearnie byłaby przewidywalna i smętno - nudna. W "Zielonym domu" opowieść broni się wyłącznie tym, że została opowiedziana wyrywkowo i nie po kolei.
Bohaterowie są jednowymiarowi i mimo upływu lat, cały czas tacy sami. Próżno szukać u nich jakiegoś rozwoju, czy zmiany.
Dużo więcej głębi miała książka "Pantaleon i wizytantki", czyli de facto powieść satyryczna.

Jest to pierwsza książka Llosy, która mnie rozczarowała. Po przeczytaniu paru recenzji spodziewalam się hardkorowego eksperymentu literackiego. Tymczasem choć jest to powieść wielowątkowa to fabuła jest dość prosta. Jedynym urozmaiceniem są niechronologiczna narracja oraz zabiegi tak charakteryczne dla Llosy jak przeplatające się opisy dwóch różnych scen w tym samym...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
469
219

Na półkach: ,

Nawet, nawet

Nawet, nawet

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to