The Smiths. Piosenki o twoim życiu

Okładka książki The Smiths. Piosenki o twoim życiu autora Maciej Koprowicz, 9788391310892
Okładka książki The Smiths. Piosenki o twoim życiu
Maciej Koprowicz Wydawnictwo: Zima biografia, autobiografia, pamiętnik
350 str. 5 godz. 50 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Data wydania:
2018-04-20
Data 1. wyd. pol.:
2018-04-20
Liczba stron:
350
Czas czytania
5 godz. 50 min.
Język:
polski
ISBN:
9788391310892
Średnia ocen

7,6 7,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup The Smiths. Piosenki o twoim życiu w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki The Smiths. Piosenki o twoim życiu

Średnia ocen
7,6 / 10
35 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce The Smiths. Piosenki o twoim życiu

avatar
65
18

Na półkach: ,

Jako fan the smiths polecam

Jako fan the smiths polecam

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
294
161

Na półkach:

Fanem zespołu wcześniej nie byłem. Po lekturę sięgnąłem ponieważ w jej tworzeniu pomagał Michał Hoffmann (Afrojax) a to jeden z moich ulubionych muzyków. Niesamowita historia bardzo wpływowego aczkolwiek w Polsce raczej mniej popularnego zespołu. Gdy tylko autor wspominał o nowym utworze robiłem pauzę żeby go przesłuchać. W ten sposób książka zainteresowała mnie muzyką Kowalskich :). Tak powinno pisać się biografie zespołów.

Fanem zespołu wcześniej nie byłem. Po lekturę sięgnąłem ponieważ w jej tworzeniu pomagał Michał Hoffmann (Afrojax) a to jeden z moich ulubionych muzyków. Niesamowita historia bardzo wpływowego aczkolwiek w Polsce raczej mniej popularnego zespołu. Gdy tylko autor wspominał o nowym utworze robiłem pauzę żeby go przesłuchać. W ten sposób książka zainteresowała mnie muzyką...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
65
10

Na półkach:

Książkę czytało się dobrze, jak spójną historię. Było wiele ciekawostek, podobało mi się przedstawianie faktów z różnych perspektyw i wyważony ton. Jako fanka zespołu jestem usatysfakcjonowana. W tekście rzuciło mi się w oczy kilka literówek, które przy okazji można by poprawić, na przykład gdyby było w planach następne wydanie.

Książkę czytało się dobrze, jak spójną historię. Było wiele ciekawostek, podobało mi się przedstawianie faktów z różnych perspektyw i wyważony ton. Jako fanka zespołu jestem usatysfakcjonowana. W tekście rzuciło mi się w oczy kilka literówek, które przy okazji można by poprawić, na przykład gdyby było w planach następne wydanie.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

108 użytkowników ma tytuł The Smiths. Piosenki o twoim życiu na półkach głównych
  • 56
  • 48
  • 4
32 użytkowników ma tytuł The Smiths. Piosenki o twoim życiu na półkach dodatkowych
  • 20
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki The Smiths. Piosenki o twoim życiu

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Coltrane według Coltrane’a. Wywiady z Johnem Coltrane’em Chris DeVito
Coltrane według Coltrane’a. Wywiady z Johnem Coltrane’em
Chris DeVito
Mija właśnie równo 60 lat (12..2024) od napisania pięknego poematu poświęconego Bogu – Psalmu Johna Coltrane’a oraz nagrania jednego z najsłynniejszych albumów jazzowych w historii świata przez tegoż saksofonistę – „A Love Supreme”. Właśnie też przeczytałem książkę (jedyną w języku polskim o nim) - nie do zdobycia poza niektórymi bibliotekami -„Coltrane według Coltrane’a” w znakomitym przekładzie Filipa Łobodzińskiego. Prawie 500 stron i tylko trzy literówki ;). Jest to zbiór wywiadów ledwie zarysowujący sylwetkę artysty. Może trzeba by było przeczytać z dziesięć książek o nim, żeby cokolwiek go poznać. Jednak cytując co ciekawsze wypowiedzi pokuszę się o kilka wniosków. Od młodości słucham Coltrane’a i nigdy mi się nie znudził. Jego muzyka skłania do zadumy, ożywia, łamie schematy, jest pełna ognia, ekspresji i wirtuozerii, ale ze smakiem, czasem minimalistyczna, inspiruje do pięknego życia. Trane – jak o nim mówią – urodził się w chrześcijańskiej rodzinie w 1926r., miał dwóch dziadków pastorów metodystycznych. Jego talent dość szybko został zauważony i dość szybko grał ze sławami i sam stał się sławny. Po drodze uzależnił się od heroiny i alkoholu, a w 1957r. przeżył duchowe przebudzenie, dzięki czemu przezwyciężył nałogi i oddał się intensywnej pracy twórczej. Dwukrotnie żonaty, trójka dzieci z drugą żoną – Alice. Zmarł niespodziewanie w wieku 40 lat na raka wątroby. Drugi syn - Ravi – nosi imię na cześć Ravi Shankara – w którego sitarze zasłuchiwał się John. (Ravi z zespołem odwiedzi nasz kraj w marcu przyszłego roku - w 2025). W mojej ocenie najważniejszym epizodem w życiu Coltrane’a jest fakt, że za swoją twórczość publicznie oddał chwałę Bogu. Oprócz Psalmu pochwalnego, całą płytę „A Love Supreme” ofiarował Bogu. Oczywiście, że można się czepiać duchowego poznania, znajomości Biblii, tego, że był też otwarty na różne tradycje, że „studiował Koran, Biblię, kabałę i astrologię z równą szczerością”, że zajmował się także hinduizmem, Jiddu Krishnamurtim, historią Afryki, naukami filozoficznymi Platona i Arystotelesa oraz buddyzmem zen. Jednak bardzo podoba mi się jego uniżenie przed Bogiem – niewielu artystów stać na coś takiego. Pierwsza rozmowa z poniższych fragmentów książki (nagrywana bez wiedzy Johna) daje pewne światło w kwestii jego światopoglądu, wątpliwości, rozczarowań, poszukiwań, motywacji i celów. Być dobrym (świętym) i dawać dobro, aby cały świat był dobry i szczęśliwy. Trochę naiwnie próbował znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich religii, szukał zjednoczenia i pojednania. Wiele trafnych spostrzeżeń co do hipokryzji, co do szukania podstaw, filozofowania. Wiele takich dialogów już słyszałem w biografiach znanych punkowców, reggae’owców, rockowców, hippisowców. A teraz czytam z zaciekawieniem rozmowy Trane’a. * ciąg dalszy plus cytaty: https://lion-vision.blogspot.com/2024/12/miosc-najwyzsza-recenzjo-esej.html
PiotrAftanas - awatar PiotrAftanas
ocenił na91 rok temu
Londyn 1967 Piotr Szarota
Londyn 1967
Piotr Szarota
Sięgając po książkę pana Szaroty "Londyn 1967" zastanawiałam się, co takiego odkrywczego ma w sobie podany w tytule przez autora rok. Nie do końca mogłam sobie zobrazować tę datę, dlatego ciekawość wygrała nad pewnego rodzaju dezorientacją, i cieszę się ze swojej decyzji, bo dała mi ona sporo satysfakcji czytelniczej. Ten tajemniczy 1967 rok, obfitował w ogrom wydarzeń kulturalno-społecznych nie tylko w stolicy WB, ale to Londyn stał się niejako kolebką artystycznych przemian i nieoczywistych wyborów wielu znanych postaci. Rok 1967 to Pink Floyd, The Doors, Jimmi Hendrix, ale także The Beatles i The Rolling Stones z niesamowitym Mickiem Jaggerem. To też kino z "Powiększeniem" Antonioniego czy "2001 : Odyseja kosmiczna" Kubricka. To rok przemian światopoglądowych związanych z prawami mniejszości seksualnych czy kobiet, to artystyczne prowokacje czy rewolucja w modzie. To także protesty antywojenne związane z konfliktem w Wietnamie oraz czas zimnowojennych przepychanek między Zachodem a Wschodem. Autor dzieląc swój przewodnik na kolejne miesiące roku 1967 momentami wykracza w przyszłość, ale też sięga do przeszłości, aby lepiej zobrazować zachodzące procesy przemian nie tylko na ulicach swingującego Londynu. Pan Szarota akcentując psychodeliczny i wymykający się wszelkim ograniczeniom zachwyt narkotykowymi eksperymentami podkreśla, że był on jednym z głównych, fundamentów ówczesnych kreacji i wizji artystycznych. Książkę czyta się szybko i z ogromną przyjemnością uświadamiając nam czytelnikom, że życie to też pewnego rodzaju sztuka wyobrażeń, pasji czy wyborów. Polecam
kasiaman55 - awatar kasiaman55
ocenił na71 miesiąc temu
Born to Run Bruce Springsteen
Born to Run
Bruce Springsteen
Każdy tekst potrzebuje czasu. Autobiografia "Bossa" przeżyła przeprowadzkę a potem przeleżała siedem lat. Kilka razy w roku udawało mi się spojrzeć pod sufit... musiał być do tego jakiś pretekst. Nowa płyta, wywiad gdzieś przypadkowo oglądany w tv. Za dwa dni wyruszamy do Pragi na koncert. I to był ten moment. Czytałem i słuchałem, w trakcie lektury pomagałem sobie muzyką. To książka wyjątkowa. Amerykańska w każdym calu, chociaż alkoholu i narkotyków niewiele. Chwilami miałem wrażenie że to wszytko jest za porządne. Ale tak nie jest. Oprócz muzyki jest życie i o tym "Boss" sporo napisał. Jestem zaskoczony że jest to tak dobra książka. O muzyce czytuję ale nie często., tutaj chciałem się "dobrze przygotować" do występu. Będzie to moje czwarte koncertowe spotkanie z Brucem Sprengsteenem. Oczywiście na czoło wysuwa się muzyka. To jest język który nas słuchaczy (i czytelników :) definiuje. Kiedy, dawno to było, pierwszy raz usłyszałem "Dancing in the dark" , wiedziałem że jestem u siebie. "Born in the USA" dał mi siłę do walki. Po wielu latach czuję to samo. Po przeczytaniu "Born tu run" czuję się nawet "trochę" młodszy. No i koncert zapowiada się znakomicie. Cieszę się z praskiego spotkania które książka tak fantastycznie mi zapowiedziała. P.S. Po czterech dniach wróciłem z Pragi. Koncert został odwołany... czekamy aż "Boss" ogłosi nowy termin !
Marek - awatar Marek
ocenił na71 rok temu
The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side Jan Błaszczak
The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side
Jan Błaszczak
Trudno jest mi napisać jakąkolwiek opinię, bo chyba do końca nie zrozumiałem przesłania tej książki. Na pewno ma w sobie nutę oryginalności, bowiem dotyczy bardzo niszowego wątku obecności Polonii w Nowym Jorku w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Jan Błaszczyk jest młodym polskim dziennikarzem publikującym w tematyce kulturalnej i chyba najlepiej nadaje się do utkania opowieści o klubach Nowego Jorku: The Dom oraz Stanley’s Bar. Oba były prowadzone przez Stanleya Tolkina, Żyda polskiego pochodzenia – był to człowiek, który odcisnął dosyć silne piętno na funkcjonowaniu nowojorskiej bohemy artystycznej. W jego klubach pojawiali się najważniejsi przedstawiciele amerykańskiej kultury tamtych czasów. Książka ma charakter reportażu historyczno-kulturowego z dużym naciskiem na element artystyczny. Osoby wrażliwe na sztukę i kochające tamten czas oraz miejsca będą książką urzeczone, gdyż narracja jest niezwykle żywa i ma się wrażenie, że jest się na pokazie filmowym Andy’ego Warhola albo słucha się licznych dyskusji społeczno-politycznych, a gdzieś w tle leci jazzowa muzyka, a w rogu klubu ktoś początkujący deklamuje po cichu swoje wiersze. W tym sensie książka jest bardzo mocno angażująca, przechowuje i przekazuje dosyć silne emocje. Mnie jednak ona nie porwała – to dlatego, że zupełnie nie pociąga mnie oglądanie Nowego Jorku jako miasta kontrkultury i eksperymentu artystycznego. Na pewno interesujące były polskie wątki: opowieści polskich emigrantów, poszukiwanie tożsamości i często zawieszenie między dwoma światami. "The Dom" nie jest typowym reportażem biograficznym, bo szereg podjętych wątków nie zostało zakończonych, na wiele pytań autor nie daje odpowiedzi, ale myślę, że to jest bardzo świadomy zabieg. Każdy czytelnik we własnym zakresie może odnaleźć się w tym świecie, którego dzisiaj próżno już szukać.
Arek - awatar Arek
ocenił na624 dni temu
Żuławski. Wywiad rzeka Piotr Marecki
Żuławski. Wywiad rzeka
Piotr Marecki Andrzej Żuławski
Pod koniec tej książki Żuławski stwierdza, że choć ciągle mówi „Ja, ja, ja.” to nie uważa siebie za interesującą osobę i gdy mówi o sobie, jest to tylko pretekst, by omawiać rzeczy ciekawsze. Niezależnie od tego, czy to stwierdzenie jest prawdziwe czy nie, stanowi dobre podsumowanie głównej tematyki tej książki: z jednej strony mamy kino i ogólnie sztukę, z drugiej Żuławskiego i jego poglądy na wszystko. I ta część o kinie jest często bardzo intrygująca, choć tez Żuławskiego nie można przyjmować bezkrytycznie. Żuławski ewidentnie miał własne spojrzenie na to, jakie ma być kino i z jego poglądami w tej materii warto się zapoznać. Należy jednak pamiętać, że inni reżyserzy inaczej to postrzegali i kręcili filmy w zupełnie innym stylu, które są równie warte uwagi, jak te Żuławskiego. Gdy Żuławski stawia w centrum siebie, książka staje się mniej ciekawa. Po temu są co najmniej kilku powodów. Pierwszy to ten, że Żuławski potrafi w naprawdę odrażający sposób mówić, tak że od samego doboru słów odechciewa się to czytać. Po drugie, tym naprawdę odpychającym tonem krytykuje chyba każdego, kto śmie się z nim nie zgadzać w jakiejkolwiek sprawie, przez co dostajemy zbyt czarno-biały obraz każdego tematu, pozbawiany potrzebnych niuansów. Po trzecie, Żuławski się po prostu wielokrotnie wybiela. Gdy opisuje reżysera, który źle traktował Sophie Marceau to zwyzywa go od najgorszych. Kiedy sam trochę wcześniej opisywał jak groził Izabelle Adjani śmiercią, to był to jedyny sposób by pracować z nieznośnie kapryśną gwiazdą. Zestawiają te i inne słowa Żuławskiego ze sobą, po prostu nie potrafię wierzyć w te wszystkie opowieści niego o nim samym. Z tego względu poziom książki mocno podnoszą dwaj pozostali rozmówcy, Piotr Kletowski i Piotr Marecki, przy czym zwykle pytania zadaje pierwszy z nich. Dzięki nim wywiad nie raz przekształca się w dialog, wymianę poglądów, często bardzo od siebie dalekich. Żuławski zresztą głośno mówi o tym, że jego i Kletowskiego różni patrzenie na podstawowe rzeczy. Z jego słów można też wnioskować, że z Mareckim poglądy ich zbliżają. Widać też, co zresztą w pewnym momencie Żuławski zauważa, że ten wywiad rzek pozwolił im się do pewnego stopnia poznać, a jemu zrozumieć pewne rzeczy na temat własnej twórczości. Można mieć nadzieję, że nowym czytelnikom przysłuży się on w podobnym stopniu.
KZiemian - awatar KZiemian
ocenił na62 miesiące temu
Pociąg linii M Patti Smith
Pociąg linii M
Patti Smith
Jest to książka o niczym, ale jak sama autorka w pewien sposób przyznaje, w tej książce- o niczym tez trzeba umieć pisać i Pattie to według mnie umie. Jeżeli ktoś przeczytał "Poniedziałkowe dzieci" i chce sięgnąć po "Pociąg lini M" by znów z przenieść się do nowojorskiej bohemy końca lat 60, to napewno się zawiedzie. Książka została wydana w 2015 roku i w większość akcji dzieje się w podobnym czasie. Jest to powieść biograficzna, ale nietypowa bo nie zawiera w sobie informacji podstawowych takich jak np. przyczyna śmierci męża, poprostu nagle w nowym rozdziale dowiadujemy się że nie żyje. Pattie Smith opowiada tu o swojich snach, codziennej rutynie, ulubionych książkach i pisarzach, podróżach, rzeczach z którymi łączy ją szczególna więź i o swojej rodzinie. Według mnie najważniejszym tematem tej książki jest przemijanie, starość i utrata. Jeżeli ktoś nie interesuje się literatura piękną to niech nie czyta tej książki, bo zanudzi się czytając o tym jak autorka odwiedza groby i składa hołd pisarzom. Podoba mi się autentyczność Pattie i to jak wprowadza ona czytelnika w swoją wyobraźnie, tok myślenia i nie boi się tego. Brakowało mi tu przypisów i to bardzo, bo było tu wspomniane wiele postaci, książek, filmów, organizacji do których mogłyby być dane przypisy, ale zauważyłam taką tendencję wydawnictwa czarnego do nie dawania żadnych przypisów i apeluje o zmianę tego.
Czekajco - awatar Czekajco
ocenił na71 rok temu
Komeda. Osobiste życie jazzu Magdalena Grzebałkowska
Komeda. Osobiste życie jazzu
Magdalena Grzebałkowska
Liczył się tylko jazz Jazz, stosując duże uproszczenie, zanim jeszcze przybrał formę bluesa, swingu czy ragtime’a i na długo przed pojawieniem się w Nowym Orleanie zespołów dixielandowych, był muzyką przywiezioną z Afryki przez jej zniewolonych mieszkańców - muzyką Niewolników. Rytmiczną, swobodną, pełną improwizacji, angażującą słuchaczy i wykonawców, a co najważniejsze wyrażającą tęsknotę za wolnością. Nie wiem, co bardziej – czy to właśnie te cechy jazzu, czy jego amerykańskie, imperialistyczne pochodzenie, sprawiały, że w pierwszych latach powojennych był szykanowany, a nawet wręcz tępiony. Mimo dużej popularności w latach trzydziestych, po roku 1948 aż do 1957 jazz w Polsce musiał zejść do podziemia - nazwano ten okres „katakumbowym”. Właśnie mniej więcej w tym momencie rozpoczyna się ta niezwykła biografia. Introwertyk. Mówili o nim: „Najczęściej wydaje się nieobecny. Siedzi w środku samego siebie i nikomu się nie zwierza z tego, co czuje, o czym myśli. Przezywają go Nietoperz, bo wygląda jakby spał w dzień” [1]. Krzysztof Komeda Trzciński – pianista jazzowy, ale przede wszystkim kompozytor utworów jazzowych i muzyki filmowej. Kiedy okazało się, że trudno mu godzić pracę lekarza z pasją muzyczną, zrezygnował z wykonywania zawodu. To kompozycje muzyki filmowej przyniosły mu największą popularność i są rozpoznawane nawet przez osoby, które deklarują, że jazzem się nie interesują. Zilustrował muzycznie przeszło 60 różnych filmów: fabularnych, dokumentalnych, animowanych, w tym ponad 10 w reżyserii Romana Polańskiego. Ze swoim zespołem Komeda Quintet nagrał słynny album „Astigmatic”, uważany za jeden z najlepszych w tzw. polskiej szkole jazzowej. Kolejna biografia Krzysztofa Komedy Trzcińskiego może nie zainteresowałaby mnie tak bardzo, gdyby nie jej podtytuł: „Osobiste życie jazzu” i nazwisko autorki. Wcześniejsze publikacje Magdaleny Grzebałkowskiej - jej biograficzny debiut „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego” i „Beksińscy. Portret podwójny” - sprawiły, że mniej więcej wiedziałam już, czego się spodziewać i miałam pewność, że w warstwie biograficznej książka mnie nie rozczaruje, ale byłam jednocześnie ciekawa, w jakim stopniu autorka wywiąże się z sugerowanej w tytule obietnicy przedstawienia kulis (skoro „życie osobiste”) polskiej sceny jazzowej. Ani w jednym, ani w drugim aspekcie nie rozczarowała mnie ta biografia i zapewniam, że początki nowoczesnego jazzu w Polsce nie są w niej tylko tłem. Nie wiem, czy już w założeniach miał to być projekt komplementarny, ale taki jest - w mojej ocenie - efekt. Można czytać ją dla Komedy, można również wyłącznie dla jazzu. A czyta się ją jak dobrą powieść. Emocje rosną, a utrzymać uwagę czytelnika na niemal 500 stronach nie jest łatwo. Zakończyłam z przyspieszonym tętnem, mimo że doskonale wiedziałam, w jaki sposób skończy się ta historia - że jej bohater odejdzie przedwcześnie, tragicznie, a jednocześnie chciałoby się powiedzieć bezsensownie i niepotrzebnie (choć w obliczu śmierci brzmi to nieodpowiednio). Krzysztof Komeda Trzciński urodził się w 1931 roku, a zmarł w 1969, mając zaledwie 38 lat. Jeśli prześledzimy losy jego innych sławnych rówieśników, w tym również wielu przyjaciół, to zauważymy, że i oni odchodzili zadziwiająco szybko, w równie feralnych okolicznościach, w sposób gwałtowny i w podobnym wieku: Zbigniew Cybulski (1927-1967),Bogumił Kobiela (1931-1969),Marek Hłasko (1931-1969),Andrzej Munk (1921-1961). Pojawiały się w związku z tym absurdalne teorie spiskowe tych, którzy w tym zbiegu okoliczności dopatrywali się działania sił nadprzyrodzonych, fatum, wpływu loży masońskiej, klątwy, satanistycznego spisku z udziałem Romana Polańskiego itp. Biografia Komedy również w tej sprawie udziela wielu wskazówek, opisując styl życia w Polsce lat powojennych (50., 60.). W okresie, kiedy muzycy i słuchacze musieli ukrywać się ze swoją pasją, czyli do roku 1956 i również później, kiedy mogli już oficjalnie dawać koncerty, wciąż towarzyszył im alkohol. Piło się często, dużo, a wynikająca z tego nonszalancja prowokowała tak wiele niebezpiecznych sytuacji, że należałoby się raczej dziwić, że nie zebrała jeszcze większego żniwa. Przyczyny bywały więc często prozaiczne, pozbawione ingerencji sił nieczystych, co nie zmienia faktu, że polska kultura u schyłku lat sześćdziesiątych straciła wielu obiecujących artystów, których twórczość mogła się dopiero rozwinąć. W tym miejscu można rozpocząć snucie innych teorii na temat przyczyn takiego zjawiska – pokolenie Kolumbów, ciągłe poczucie nietrwałości, nieposkromiony apetyt na życie ludzi, których młodość i świadome dzieciństwo przypadało na lata wojenne? Magdalena Grzebałkowska nie miała łatwego zadania. W przeciwieństwie do bohaterów dwóch poprzednich biografii, ten nie tylko odszedł wcześnie, ale był bardzo powściągliwy w wyrażaniu swoich emocji w innej formie niż za pośrednictwem muzyki. Nieliczne widokówki wysyłane z różnych miejsc na świecie, najczęściej do rodziców, oszczędne wywiady, których udzielił – to w zasadzie wszystko. Zostały utwory, nagrania i podkreślana przez wszystkich, wręcz symboliczna, małomówność. Informacje o Komedzie autorka zbierała, osobiście docierając do wszystkich, z którymi łączyły go jakieś prywatne lub zawodowe relacje. Na wstępnie przygotowanej liście zebrała ponad 160 nazwisk. Nie ze wszystkimi udało się przeprowadzić wywiady, ostatecznie, jak podaje, bazowała na około 80 rozmowach. Podróżowała w tym celu po Polsce i nie tylko, bo oprócz kilku bliższych wyjazdów zagranicznych, udała się tropem Komedy do Stanów Zjednoczonych. Dotarła do rodziny, muzyków, aktorów, innych uczestników życia muzycznego i ostatniego żyjącego świadka wypadku, który wydarzył się w Stanach Zjednoczonych. W oparciu o tę relację przedstawiła nową i bardzo wiarygodnie brzmiącą wersję wydarzeń, które stały się bezpośrednią przyczyną śmierci muzyka. Pozostała jeszcze żmudna praca w archiwach w poszukiwaniu dokumentów potwierdzających uzyskane informacje, karierę artystyczną kolejnych zespołów, które tworzył lub z którymi współpracował, oraz tych pokazujących tło – Polskę lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a to wszystko przecież tylko etapy przygotowawcze. Książka ma nie tylko bogatą bibliografię, indeks nazwisk i źródeł. Podzielona jest na 100 zatytułowanych rozdziałów, z których każdy ma przynajmniej kilka podrozdziałów. Bibliografia załącznikowa podana jest na końcu książki, ale podzielona i ponumerowana w obrębie rozdziałów, co dobrze porządkuje informacje i dla mnie było dużym ułatwieniem. Pod względem merytorycznym jest przygotowana niezwykle starannie - dla osób szczególnie interesujących się jazzem, kulturą czy wręcz historią lat powojennych może być prawdziwym „źródłem źródeł” do dalszego zgłębiania tematu. W samej biografii znajdujemy już wiele informacji o życiu codziennym, imprezach towarzyszącym koncertom, lokalach – Piwnicy pod Baranami, słynnym SPATiF-ie, kontaktach towarzyskich, cenach, jakie obowiązywały, problemach, jakie mieli muzycy ze zdobyciem instrumentów, płyt, a nawet ubrań. Pojawiają się tu nie tylko postacie ze świata muzyki jazzowej jak Andrzej Trzaskowski, Tomasz Stańko, Jerzy Milian, Andrzej Kurylewicz, Wojciech Karolak czy Urszula Dudziak, czołówka świata filmowego z Romanem Polańskim, Jerzym Skolimowskim, Witoldem Sobocińskim, również Leopold Tyrmand, Krystyna Sienkiewicz i wiele innych osób – ich indeks zajmuje dwanaście stron drobną czcionką, więc przytaczam tylko tych, którzy zwrócili moją szczególną uwagę. Autorka szczególnie dokładnie relacjonuje pierwszy festiwal jazzowy w Sopocie oraz powstanie (w 1958 r.) i kolejne edycje słynnego Jazz Jamboree. Nie jest to jednocześnie biografia pozbawiona wątków bardzo osobistych, dotykających życia prywatnego artysty - małżeństwa z Zofią, która była jednocześnie jego menadżerką (trzeba przyznać bardzo, jak na te siermiężne czasy, skuteczną i aktywną) - związku trudnego, ze smutnym zakończeniem. Zofia jest dla mnie niemniej ważną bohaterką w tej historii. Pozostaje w tle Krzysztofa Komedy, jest „czarnym charakterem” – dominująca, zaborcza i - jak podkreślają rozmówcy Magdaleny Grzebałkowskiej - przemiła, pod warunkiem, że nie pod wpływem alkoholu. Postać bardzo niejednoznaczna, jak na czasy wczesnego PRL-u niezwykle nowoczesna, która odegrała ważną rolę w życiu muzyka, a jej życiorys mógłby być materiałem do osobnej historii. Poza świetnym publicystycznym stylem - oszczędnym i skupionym na przedstawieniu tylko dobrze udokumentowanych faktów - bez nadinterpretacji wydarzeń czy luźnych domysłów, biografia Krzysztofa Komedy Trzcińskiego jest jednocześnie przygodą literacką, wycinkiem z historii jazzu w Polsce, zapisem reporterskiego śledztwa i próbą stworzenia portretu psychologicznego postaci w jednym. Jestem pod jej wielkim wrażeniem, cieszę się, że mam ją na swojej półce. 1. Magdalena Grzebałkowska, „Komeda. Osobiste życie jazzu”, Wydawnictwo Znak, 2018, s. 49 Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.
Iksja - awatar Iksja
oceniła na92 miesiące temu
Przenikliwe światło, słońce i cała reszta. Joy Division w ustnych relacjach Jon Savage
Przenikliwe światło, słońce i cała reszta. Joy Division w ustnych relacjach
Jon Savage
Mrok Curtisa i... nadzieja Chcąc poznać moich idoli z okresu gdy miałem 13 lat, chwyciłem za książkę „Przenikliwe światło, słońce i cała reszta. Joy Division w ustnych relacjach” Jona Savage, oraz książki basisty zespołu i żony Iana. "Ustne relacje" to świetny dokument napisany w formie wypowiedzi kilkudziesięciu osób ułożonych chronologicznie. Dobrze się to czyta dzięki znakomitemu tłumaczeniu Filipa Łobozińskiego. Cenię jego styl i dbałość o szczegóły. Twarda oprawa, folia aksamitna, wybiórczo lakier. Z zespołem zapoznał nas w podstawówce nauczyciel ZPT, który potem został naszym kumplem. W tamtych czasach niewiele informacji docierało do Polski. Dlatego po śmierci wokalisty wytworzył się wielki mit wokół zespołu, a w mojej głowie Ian był prawie że półbogiem. Ich muzyka bardzo korespondowała z moimi obserwacjami, uczuciami, zainteresowaniami (zdecydowanie wyparła wówczas Kombi i Ultravox). Fascynowała mnie ich surowość, zimno z kroplami ciepła, poetyczność, głębia potężniejsza niż współczesne im kapele. Zresztą sam Ian, artyzmem, talentem, charyzmą, choć osobowością już mniej, przewyższał kolegów z zespołu. „Był z niego prawdziwie piękny kowal słów” – powiedział po latach Hooky (bas)..... Cała recenzja na blogu: https://lion-vision.blogspot.com/2025/02/mrok-iana-curtisa-recenzjo-esej.html
PiotrAftanas - awatar PiotrAftanas
ocenił na91 rok temu
Nieprzysiadalność. Autobiografia Marcin Świetlicki
Nieprzysiadalność. Autobiografia
Marcin Świetlicki Rafał Księżyk
„Jestem osobny. Zawsze byłem osobny i ta osobność jest moją jedyną ojczyzną”. Choć to zdanie mogłoby paść z ust wielu artystów, w przypadku Marcina Świetlickiego brzmi ono jak manifest programowy. Książka „Nieprzysiadalność. Autobiografia”, będąca zapisem wywiadu-rzeki przeprowadzonego przez Rafała Księżyka, to fascynujący, duszny i momentami boleśnie szczery portret jednego z najważniejszych polskich poetów i muzyków przełomu wieków. To lektura, która drażni, zachwyca i nuży jednocześnie, co czyni ją idealnym odzwierciedleniem samej postaci Świetlickiego, ocenionym przeze mnie na solidne 7/10. Poeta w kontrze do wszystkiego Rafał Księżyk, doświadczony dziennikarz muzyczny, wykonuje tu tytaniczną pracę, próbując okiełznać rozmówcę, który z zasady wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Świetlicki w tej rozmowie jest dokładnie taki, jakiego znamy z wierszy czy tekstów zespołu Świetliki: ironiczny, zdystansowany, przesiąknięty specyficznym krakowskim spleenem i programowo niechętny do wpisywania się w jakiekolwiek nurty polityczne czy towarzyskie. Tytułowa „nieprzysiadalność” to nie tylko poza – to głęboko zakorzeniona cecha charakteru, która kazała mu odrzucać ordery, bojkotować media i kpić z autorytetów, nawet tych, które sam współtworzył. Podróż przez epoki i knajpy Autobiografia jest barwnym, choć często mrocznym zapisem przemian kulturowych w Polsce. Od szarzyzny PRL-u, przez karnawał wolności lat 90., aż po współczesność, którą poeta diagnozuje z właściwym sobie pesymizmem. Księżyk umiejętnie wyciąga ze Świetlickiego wspomnienia o początkach pisma „BruLion”, o legendarnej już krakowskiej bohemie i o narodzinach polskiej sceny alternatywnej. Dla fanów twórczości Marcina to prawdziwa kopalnia wiedzy o genezie konkretnych utworów czy tomików, a także o trudnych relacjach z innymi ikonami literatury i muzyki. Problem z „Nieprzysiadalnością” leży w jej objętości i momentami zbyt silnej autokreacji bohatera. Świetlicki, choć deklaruje szczerość, często chowa się za maską cynizmu lub zbywa pytania żartem, co po kilkuset stronach może być dla czytelnika męczące. Niektóre partie tekstu, dotyczące szczegółowych animozji środowiskowych czy kulinarno-alkoholowych eskapad, wydają się nieco przegadane i zrozumiałe jedynie dla wąskiego grona wtajemniczonych. Można odnieść wrażenie, że poeta bawi się z Księżykiem (i czytelnikiem) w kotka i myszkę, nie pozwalając do końca zajrzeć pod podszewkę swojego „ja”. To książka obowiązkowa dla każdego, kto dorastał przy dźwiękach „Oplutego” czy „Pobitych garów”. To portret artysty, który wybrał trudną drogę bycia „pomiędzy” – zbyt literackiego dla świata rocka i zbyt rockowego dla świata literatury. Rafał Księżyk stworzył dokument epoki, a Marcin Świetlicki, mimo swoich uników, po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z najciekawszych obserwatorów polskiej rzeczywistości. Lektura zostawia nas z poczuciem fascynacji, ale i pewnego chłodu – dokładnie tak, jak po lekturze wiersza, który zrozumieliśmy tylko w połowie, ale którego rytm nie chce wyjść nam z głowy. To monumentalny zapis walki o prawo do bycia sobą w świecie, który nieustannie chce nas do kogoś „przysiąść”.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na78 dni temu
Style radykalnej woli Susan Sontag
Style radykalnej woli
Susan Sontag
Żeby być dobrym pisarzem, trzeba być sprawnym obserwatorem. Czujnym, obecnym i pełnym wyjątkowego zaangażowania. Taka jest wówczas Susan Sontag. Kobieta, która swoją przenikliwością w myśleniu uwiodła mnie (nie bez powodu) jak i wielu czytelników na całym świecie. Jeżeli miałbym sprowadzić tą książkę do wspólnego mianownika, określając ją jednym i jedynym słowem. Użyłbym miana „transgresji”. Zaciekawiony czytelnik spytałby: Hola, hola, czym jest ta tajemnicza „transgresja”? Ja wówczas, śpieszę z pomocą by jak najklarowniej to wytłumaczyć. Jean Durancon w jednym z esejów na temat Bataille, (który sam ukuł to znaczenie) tłumaczy to tak: „jest czymś co nie istnieje w sobie, co nie może mieć imienia własnego. Jest tym co wymaga nowego sposobu myślenia, spojrzenia.” Te ostatnie zdanie daje nam do myślenia w kontekście całej książki. To co prezentuje Susan, wymaga właśnie tego nowego spojrzenia. Swoistego katharsis, które pozwoli nam zrewidować temat z czystej na swój sposób nieskazitelnej strony, wyzwolonej spośród europejskiego bądź amerykańskiego egocentrycznego sposobu myślenia, który w tej kwestii jest wyjątkowo zabójczy. Czym jest cisza. Decyzją? Karą? Czy cisza może istnieć bez punktu odniesienia? Czy cisza jest inherentną częścią dzieła filmowego, sztuki? Pytania te, które zalewają czytelnika od pasa w dół, nie pozostawiając dla niego żadnej jednoznacznej odpowiedzi, do momentu gdy on sam swoim doświadczeniem nie doprowadzi do zrozumienia tego, czym tak naprawdę dla niego jest cisza. Abstrakcyjność szerzonych definicji i ich punktów odniesienia skłania czytelnika do wzięcia tego we własne ręce, które jako jedyne pomogą uzyskać satysfakcjonującą dla nas odpowiedź. W kolejnym segmencie części pierwszej, mamy wyraźny przeskok tematyczny. Z dywagacji na temat estetyki ciszy skłaniamy się ku „wyobraźni pornograficznej”. Temat ten w Polsce jest wyraźnie przykryty płachtą tabu, tutaj natomiast otrzymuje swój zasłużony rozgłos. Susan rozgranicza tu wówczas powieści pornograficzne, odróżniając przysłowiową szmirę od dzieł, które pomimo swoich wyjątkowych walorów artystycznych, nie zapisały się w odpowiedni sposób na łamach historii. Sięgając po de Sade i Bataille podejmuje w sposób niecodzienny gruntowną analizę. Z zacięciem stara się pokazać czytelnikowi, tą niedostępną a tym samym nieobecną perspektywę, która dla wielu z nas może być czymś świeżym. Jej śmiałość i brak lęku przed tak zamkniętym społecznie tematem, jest w moim mniemaniu nieoceniona. Kolejny temat podejmuje zagadnienie myśli Emila Ciorana. Konserwatysty, pesymisty, wielbiciela Schopenhauera i Nietzschego, który swą aforystyczną formą wciąż jest obecny w świadomości części z nas. To nie ta sama pierwszorzędność co w poprzednich esejach, ale również warto go przeczytać. Następna część obejmuje Bergmana i Godarda. Artystów, którzy stanowią dla siebie zupełne przeciwieństwo. Pierwszy z nich, w wysublimowany, dokładny i w pełni zaplanowany sposób komponuje swoje filmowe dzieła, oponując tym samym do drugiego z przytoczonych reżyserów, który fragmentarycznie, ale w pełni intertekstualnie i nieprzewidywalnie skleja swoje dzieła z porozrzucanych obrazów. (Tak, tak. Już zwalniam. Wiem, że muszę już kończyć) W przedostatniej części Susan pokazuje status społeczeństwa USA u kresu lat 60. W sposób bliski książce Henriego Millera „Pamiętać, by pamiętać”, pokazuje część ludności ameryki, jako wyobcowany naród. Pełen sprzeczności, alienacji i wrodzonej niechęci do zmian (nie na naszą stronę),która bierze się z krwawej tradycji kolonizatorskiej. Jej imperialistyczne zapędy sprawiły, że jedynym spoiwem trzymającym naród sam w sobie nie jest solidarność, a próżność. Refleksja ta powinna dać nam wiele do myślenia. Książkę tą zamyka esej o Wietnamie, pełen niewysławialnego na swój sposób poczucia odrębności kultury, obyczajów i ludzi wokół których kręci się cała ta historia. Wokół bezbronnych Wietnamczyków, którzy pomimo trudów wojny, cierpienia i bólu, nie zatracili czegoś takiego jak człowieczeństwo i wewnętrzne samo z siebie płynące dobro. Ich hermetyczna kultura stanowi spoiwo ich solidarności i ciepła jakim ogarniają nawet najgorszego wroga. Sądzę, że możemy się dużo od nich nauczyć. I czuje, że nie jestem w tym jedyny.
Robert Kwaśniak - awatar Robert Kwaśniak
ocenił na105 lat temu

Cytaty z książki The Smiths. Piosenki o twoim życiu

Więcej
Maciej Koprowicz The Smiths. Piosenki o twoim życiu Zobacz więcej
Więcej