JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4

Okładka książki JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4 autora Ed McGuinness, Grant Morrison, Howard Porter, 9788328118942
Okładka książki JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4
Grant MorrisonHoward Porter Wydawnictwo: Egmont Polska Cykl: JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości (tom 4) komiksy
272 str. 4 godz. 32 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości (tom 4)
Tytuł oryginału:
JLA: The Deluxe Edition, Vol. 4
Data wydania:
2017-01-25
Data 1. wyd. pol.:
2017-01-25
Liczba stron:
272
Czas czytania
4 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
9788328118942
Tłumacz:
Krzysztof Uliszewski
Średnia ocen

6,0 6,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4 w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4

Średnia ocen
6,0 / 10
18 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4

Sortuj:
avatar
757
473

Na półkach: , ,

4/10 - NIJAKI

Ostatni tom runu Granta Morrisona nie odbiega poziomem od tego co widziałem w trzech poprzednich odsłonach. To cały czas ta sama przerysowana i kiczowata stylistyka. Album ten można podzielić na dwie historie. Pierwsza z nich to obszerna i wielowątkowa "Trzecia wojna światowa", w której bohaterowie ścierają się z kolejną reinkarnacją Gangu Niesprawiedliwości (tym razem w innym składzie),by ostatecznie ratować świat przed niszczącym atakiem Maggedona. Dużo szumu, mnóstwo efektownych starć, ale wrażenia raczej średnie. Tak sobie myślę, że Morrison za bardzo się starał wykreować niezwykle widowiskową superbohaterską space operę i przedobrzył. Zamiast epickiego dzieła wyszła mu efekciarska i nieco tandetna kosmiczna rozpierducha z udziałem kolesi w kolorowych trykotach. W dodatku średnio narysowana przez Howarda Portera.
Druga historia z tego albumu to zwieńczenie wątku Korpusu Ultrażołnierzy. Chyba ten niedomknięty rozdział nie dawał scenarzyście spokoju, bo w końcu po nieco ponad pięciu latach (tyle czasu minęło od wydania "JLA #24-26" do opublikowania "JLA Calssified #1-3") zdecydował się go ostatecznie sfinalizować. Historia jest trochę chaotyczna i niespecjalnie porywająca, ale przynajmniej fajnie zilustrowana przez Eda McGuinnessa.
Reasumując cała seria "JLA" wypada dość nijako i jej ostatni tom nie jest tu wyjątkiem. Komiksowe superbohaterskie lata dziewięćdziesiąte obfitowały w niezwykle kolorowe, często mocno kiczowate akcyjniaki, które poza walorem czysto rozrywkowym nie oferowały sobą nic więcej. Niniejszy komiks jest kwintesencją podobnego podejścia i jeśli macie ochotę zanurzyć się właśnie w takim klimacie, to nie mogliście trafić lepiej. Jeśli jednak szukacie po prostu dobrego komiksu z gatunku superhero to raczej nie ten adres.

Fabuła: 4/10 (nijaki)
Ilustracje: 5/10 (przeciętny)
Jakość wydania + bonusy: 7/10 (bardzo dobry)

Więcej szczegółów: https://comicbookbastard.blogspot.com/2019/02/amerykanska-liga-sprawiedliwosci-jla_3.html

4/10 - NIJAKI

Ostatni tom runu Granta Morrisona nie odbiega poziomem od tego co widziałem w trzech poprzednich odsłonach. To cały czas ta sama przerysowana i kiczowata stylistyka. Album ten można podzielić na dwie historie. Pierwsza z nich to obszerna i wielowątkowa "Trzecia wojna światowa", w której bohaterowie ścierają się z kolejną reinkarnacją Gangu Niesprawiedliwości...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

34 użytkowników ma tytuł JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4 na półkach głównych
  • 26
  • 8
21 użytkowników ma tytuł JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4 na półkach dodatkowych
  • 7
  • 5
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4

Inne książki autora

Okładka książki All-Star Superman Grant Morrison, Frank Quitely
Ocena 7,2
All-Star Superman Grant Morrison, Frank Quitely
Okładka książki Sędzia Dredd - Kompletne Akta 20 Peter Doherty, Carlos Ezquerra, Ian Gibson, John Higgins, Clint Langley, Colin MacNeil, Mike McMahon, Mark Millar, Grant Morrison, Robbie Morrison, Nick Percival, Dermot Power, Gordon Rennie, John Smith, Ron Smith, Greg Staples, John Wagner
Ocena 8,0
Sędzia Dredd - Kompletne Akta 20 Peter Doherty, Carlos Ezquerra, Ian Gibson, John Higgins, Clint Langley, Colin MacNeil, Mike McMahon, Mark Millar, Grant Morrison, Robbie Morrison, Nick Percival, Dermot Power, Gordon Rennie, John Smith, Ron Smith, Greg Staples, John Wagner
Okładka książki Anihilator Frazer Irving, Grant Morrison
Ocena 6,8
Anihilator Frazer Irving, Grant Morrison
Okładka książki Wonder Woman: Earth One Grant Morrison, Yanick Paquette
Ocena 7,0
Wonder Woman: Earth One Grant Morrison, Yanick Paquette
Okładka książki Sędzia Dredd - Kompletne Akta 19 Garth Ennis, Brett Ewins, Carlos Ezquerra, Mark Millar, Grant Morrison, Dermot Power, John Smith, Ron Smith, Greg Staples, John Wagner
Ocena 8,0
Sędzia Dredd - Kompletne Akta 19 Garth Ennis, Brett Ewins, Carlos Ezquerra, Mark Millar, Grant Morrison, Dermot Power, John Smith, Ron Smith, Greg Staples, John Wagner
Okładka książki Niewidzialni. Tom 4. Grant Morrison, Chris Weston
Ocena 6,7
Niewidzialni. Tom 4. Grant Morrison, Chris Weston
Okładka książki RELAX nr 43 Paweł Bartosiak, Artur Biernacki, Wojciech Cichoń, Alfonso Font, Gardner Fox, Frank Frazetta (ilustrator), Andrzej Graniak, Mikołaj Graniak, Artur Grzenda, Daniel Grzeszkiewicz, Sławomir Kiełbus, Jakub Kijuc, Joe Kubert, Zbigniew Larwa, Mariusz Moroz, Grant Morrison, Darick Robertson, Jacek Skrzydlewski, Gerard Way, Karol Weber, Freddie Williams II, Łukasz Zabdyr
Ocena 7,8
RELAX nr 43 Paweł Bartosiak, Artur Biernacki, Wojciech Cichoń, Alfonso Font, Gardner Fox, Frank Frazetta (ilustrator), Andrzej Graniak, Mikołaj Graniak, Artur Grzenda, Daniel Grzeszkiewicz, Sławomir Kiełbus, Jakub Kijuc, Joe Kubert, Zbigniew Larwa, Mariusz Moroz, Grant Morrison, Darick Robertson, Jacek Skrzydlewski, Gerard Way, Karol Weber, Freddie Williams II, Łukasz Zabdyr
Grant Morrison
Grant Morrison
Choć niektóre jego pomysły i zachowania mogą wydawać się nieco dziwne, a nawet szalone, to nie sposób zaprzeczyć, że jest on jednym z najbardziej wpływowych twórców naszego pokolenia. Wykreowanym przez niego bohaterom daleko do normalności. Wśród nich często znajdują się psychopaci, socjopaci, narkomani, czy transwestyci, oryginalności więc trudno mu odmówić. Zresztą Morrison bardzo ceni sobie akurat tę cechę i otwarcie stwierdza, że jeżeli któryś scenarzysta nie potrafi nic innego, niż "odgrzewać" stare wątki, to jak najszybciej powienien spakować manatki i ustapić miejsca komu innemu. Kariera jego rozpoczęła się niemalże tak samo, jak każdego innego brytyjskiego twórcy, który później "wyemigrował" do USA. Najpierw pisał dla popularnego na Wyspach magazynu "2000 A.D.", gdzie pracował nad takimi seriami, jak Captain Clyde, czy Starblazer, a następnie przeniósł się do nieco bardziej wówczas prestiżowego Marvel UK. Tam tworzył przygody jednego z bardziej znanych w Wielkiej Brytanii bohaterów, Captaina Britain. Szkot jednak był o wiele zbyt ambitny, by marnować życie nad komiksami o drugoligowych postaciach i postanowił spróbować swych sił w DC Comics. Nie było to takie łatwe, jakby się mogło wydawać, wszak jeszcze wtedy amerykańskie wydawnictwa niechętnie zatrudniały twórców z zagranicy. Gdy szefowie Detective Comics zatrudniali Morrisona napewno nie spodziewali się tego, co miało się wkrótce wydarzyć. Z podupadających, niemal skazanych na zawieszenie serii, tj. Doom Patrol, czy Animal Man Morrison uczynił bestsellery, odciskając na nich swe chore piętno. W listopadzie 1989 roku w jego życiu zawodowym nastąpił przełom - na rynku ukazała się bowiem rewelacyjna "powieść graficzna", Batman: Arkham Asylum, z rewelacyjnymi ilustracjami Dave'a McKeana. Pozycja ta świetnie się sprzedała i zapewniła Morrisonowi czołowe miejsce wśród amerykańskich scenarzystów. Przez kilka lat zajmował się głównie projektami dla DC, tj. Hellblazer, czy Kid Eternity, przeplatając je pracą także dla Marvela, gdzie był - jak sam to określa - "dziwką" Toma de Falco. Jeśli chodzi o superherosów, wymienić należy jeszcze świetnie przyjęty staż w JLA, gdzie naprawdę namieszał, czyniąc Batmana postacią centralną, która jest w "Lidze" outsiderem. Mroczny Rycerz obawiał się bowiem, że jego partnerzy (i nadludzie) mogą się zmienić i że mogą oni kiedyś zwrócić się przeciwko ludzkości, dlatego wynalazł sposób na pokonanie każdego z nich.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Batman - Rok setny i inne opowieści Ted McKeever
Batman - Rok setny i inne opowieści
Ted McKeever José Villarrubia Paul Pope
Batman i rok setny jego działalności, a w Gotham City cały czas mnóstwo brudnej roboty do wykonania. Czwarta dekada XXI wieku stoi pod znakiem wielkiej inwigilacji mieszkańców miasta, pozbawionych prawa do prywatności. Mroczny Rycerz pojawia się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu i nawet nie lokalna, lecz federalna policja, szykuje na niego potężną obławę. Tak w skrócie można opisać komiks "Batman - rok setny". W tomie otrzymujemy jeszcze historyjkę o Mrocznym Rycerzu, osadzoną w nazistowskich Niemczech w przededniu wybuchu II wojny światowej. Batman działa w Berlinie, którego nastroje są już zdecydowanie antysemickie. Album zwieńczony jest krótkimi shotami o Robinie (Cudowny Chłopiec znajduje się w poważnych tarapatach) oraz o... złamanym nosie Batmana (albo, jak rzekłby Alfred, utraconym dziewictwie). Lwią część wydania stanowi komiks "Batman - rok setny", więc w recenzji skupię się tylko na nim. Jest to alternatywna historia, lecz niepozbawiona nawiązań do klasyki kanonu ("Rok Pierwszy" czy "Powrót Mrocznego Rycerza"). Autor stara się utrwalić mit o Batmanie jako o postaci, która nie przemija, pomimo zmieniających się czasów, ustrojów politycznych i realiów życia codziennego. Komiks przekonująco pokazuje, że ten bohater o duszy samotnika, swej krucjaty w żadnym wypadku nie mógłby prowadzić samodzielnie. W tej historii ładnie wyeksponowano przyjaciół Batmana, Jima Gordona oraz ich rolę w zwalczaniu zła trapiącego ludność Gotham. Na końcu słów parę o szacie graficznej. Cóż, komiks jest brzydki, ale wydaje mi się, że taki właśnie miał być. Strój Batmana, jego mimika twarzy, wygląd motocykla - to wszystko jest trochę groteskowe, a trochę paskudne. Natomiast mam wrażenie, że taka niechlujna stylistyka ma budować klimat opowieści, pokazywać wciąż zepsute Gotham, beznadziejność na szczeblach władzy i w służbach. Na pewno warto pochwalić kolory oraz kadry przedstawiające rannego Batmana. Natomiast zdaję sobie sprawę, że warstwa graficzna niejednego może odrzucić od tego - bądź co bądź - solidnego komiksu.
Dominik Sobczyk - awatar Dominik Sobczyk
ocenił na71 rok temu
The Amazing Spider-Man: Pajęcza wyspa, cz.1 Dan Slott
The Amazing Spider-Man: Pajęcza wyspa, cz.1
Dan Slott Stefano Caselli Humberto Ramos Tom Fowler Fred Van Lente Rick Remender Minck Oosterveer
Szanowna wycieczko, właśnie dopłynęliśmy do Pajęczej Wyspy. Co? Że niby to Manhattan? A widzicie tych wszystkich ludzi śmigających na pajęczynach między drapaczami chmur jakby byli Spider-Manami? Macie to w Polsce? No macie? A teraz tak troszku poważniej... "Pajęcza Wyspa" to opowieść o tym, jak wszyscy mieszkańcy Manhattanu nagle otrzymali pajęcze moce. No prawie wszyscy, gdyż mocy nie posiada Spider-Man, który stracił je w opowieści nieopublikowanej w naszym pięknym kraju. Spider-Man za to umie Kung-Fu, którego naumieli go King Shang-Chi Karate Miszcz oraz Madame Web. Aaa... Zapomniałbym jeszcze dodać, iż bidulek Spider-Man nie ma teraz czasu nawet na to, by się po swoim bidulkowym tyłku podrapać, gdyż znalazł sobie robotę wynalazcy w Horizon Labs (zgadnijcie, czy poczytamy o tym po naszemu?),a do tego jeszcze oprócz etatu w Avengers (o tym akurat poczytamy po naszemu w New Avengers) załatwił sobie kolejny w Future Fundation (tak nazwała się Fantastyczna Czwórka po śmierci Johnny'ego Storma - o tym dla odmiany również nie poczytamy po naszemu). Więc nasz bidulek pajączek niczym gwiazdy dream teamu z NFZu udawadnia, iż da się w jedną dobę pociągnąć kilkanaście etatów... Dość szybko okazuje się, iż za tym zamieszaniem z pajęczymi mocami stoi nie kto inny, jak sam najstraszniejszy przeciwnik Spider-Mana. Przeciwnik tak straszny, iż jak ostatnio pojawił się w polskim Spider-Manie, to go wykończył, wraz z wydającym go wówczas TM-Semicem, na śmierć. Mowa oczywiście o strasznym i przerażającym Szakalu, który zaraził wszystkich mieszkańców Manhattanu własnej produkcji wirusem dającym każdemu pajęcze moce. Niby cool, ale nagle pojawia się Królowa, której sługusem okazuje się być Szakal. Kolejny koszmar pająka. Pierwsza nosicielka serum superżołnierza (tego samiuśkiego, które bulgota sobie żwawo w żyłach Kapitana Ameryki),która posiada również moce kontrolowania tego ułamka ludzkości, który posiada tzw. gen owadzi (ta opowieść toczy się wówczas, gdy Avengers zaliczają swój upadek, dla odmiany również niewydana w Polsce),i która zamieniła bidulka Spider-Mana w wielgaśnego ptasznika. A teraz zgadnijcie jaki gen posiadają wszyscy zarażeni wirusem Szakala? W tym momencie kończy się pierwsza część "Pajęczej Wyspy". Ciąg dalszy nastąpi niebawem... Na koniec jeszcze kilka słów o autorach niniejszego "dzieła". Za scenariusz w głównej mierze odpowiedzialny jest Dan Slott, scenarzysta, który od dłuższego czasu zajmuje się pisaniem opowieści o Spider-Manie, i któremu wychodzi to wręcz genialnie. Dana wspierają Fred van Lente oraz scenarzysta serii "Venom" Rick Remender. Rysunkami zaś zajmują się Humberto Ramos (Amazing Spider-Man) i Tom Fowler (Venom) wspierani przez Stefano Caselli'a i Mincka Oosterveera. Podsumowując - opowieść ciekawa. Warta przeczytania. Znajomość poprzednich przygód Spider-Mana autorstwa Dana Slotta nie jest wymaga, aczkolwiek wskazana, gdyż naświetli kilka wątków, kilka wyjaśni, zaś kilka kolejnych jeszcze bardziej skomplikuje. Do arcydzieła niniejszemu albumowi co prawda raczej daleko, ale jest on kawałem porządnej superbohaterskiej roboty.
czomicz - awatar czomicz
ocenił na77 lat temu
Catwoman: Nie ma lekko Cameron Stewart
Catwoman: Nie ma lekko
Cameron Stewart Ed Brubaker Brad Rader
Pierwszy tom komiksów o Catwoman bardzo dobrze przemodelował tytułową bohaterką i był autentycznie wciągający. Jednocześni nawiązania do szerszego uniwersum DC były bardzo ograniczone, dzięki czemu nowi czytelnicy nie powinni się byli czuć zagubieni. Jednakże końcówka poprzedniego tomu zwiastowała większy udział jednego z wrogów Batmana. Czy większy udział szerszego uniwersum DC nie zaszkodził tej serii? Tom otwiera historia „Przejażdżka”. Zbliża się proces dawnej koleżanki Seliny, której grozi kara śmierci. Główna bohatera postanawia bez względu na wszystko pomóc przyjaciółce. Opowieść ta dosyć dobre pokazuje, że prawo niekoniecznie oznacza sprawiedliwość. Oskarżona była tu w głównej mierze ofiarą, ale niestety system nie przewiduje dla niej żadnych okoliczności łagodzących. Dużo jest tu też retrospekcji pokazujących, że dziewczyna była zawsze gotowa do poświęceń dla przyjaciół. Ostatecznie jednak nie prowadzi to do większych rozważań, ale brawurowego wątku sensacyjnego, który jest jednak nawet poruszający. Z kolei w drugiej opowieści czyli w „Ostatnim raporcie” Catwoman postanawia włamać się do rezydencji handlarki narkotyków. W tym czasie w budynku jest przetrzymywany agent FBI, a okolica jest obserwowana przez innych agentów. Nie jest to specjalnie skomplikowana opowieść- ot, typowy skok Seliny, tylko z udziałem wielu stron. Trochę obawiałem się, że bohaterka zbyt łatwo poradzi sobie z całą sytuacją, ale pokazane jest, że nie wszystko przewidziała. Podobało mi się, że część historii opowiedziana jest z punktu widzenia jednego z agentów, co pokazuje jak bohaterka wpływa na przeciętnych stróżów praca. Ta część tomu został zilustrowana przez Brada Radera. Jego kreska wydawała mi się często zbyt prosta, ale jednocześnie dobrze udaje mu się oddać dynamikę pewnych scen. Kolejna opowieść to „Nieugięta” i składa się aż z pięciu części. Dzięki staraniom Seliny udaje się otworzyć centrum osiedlowe w East Endzie. Na dodatek główna bohaterka ponownie nawiązuje kontakt ze swoją siostrą, a także dawną koleżanką. Niestety na bohaterkę czyha bardzo groźny przeciwnik. Jest to bardzo emocjonalna opowieść. Najpierw czytelnik może śledzić jak wiele bohaterce udaje się osiągnąć, by następnie być świadkiem tego jak to wszystko się rozpada. Naprawdę można empatyzować z Catwoman, kiedy jest wściekła na swoich prześladowców. Nie przeszkadza tu zupełnie udział bardziej znanego czarnego charakteru, który jednak moim zdaniem mógł się bardziej wykazać w finale, bo nie różnił się od wielu innych gangsterów. Jest to dosyć tragiczna opowieść, która pomimo względnego szczęśliwego zakończenia jest bardzo gorzka dla wszystkich bohaterów. Konsekwencją tej opowieści jest „Nie ma lekko”. Mniej tutaj jest wątków sensacyjnych, a więcej skupienia się na relacji między postaciami i ich warstwie psychologicznej. Pojawia się tu pewne elementy kryminalne, ale stanowią one swego rodzaju komentarz do sytuacji bohaterów. Pokazane jest jak poszczególne postacie radzą sobie z traumą, co naprawdę jest poruszające. Tutaj rysuje Javier Pulido. Jego kreska początkowo odrzucała mnie swoją prostotą i chwilę mi zajęło zanim się do niej przyzwyczaiłem. Jednakże pasuje ona do obyczajowej opowieści niemal bez scen akcji i czasami byłem aż zdziwiony ile emocji udaje się oddać w przypadku poszczególnych bohaterów. Ostatnią dłuższą opowieścią jest „Dzika jazda”. Selina zabiera Holly w podróż samochodem. Po drodze zwiedzą parę różnych miast, a główna bohaterka będzie musiała też unikać ataków ze strony bliskowschodnich wojowników. Historia ta świetnie łączy wątki obyczajowe z sensacyjnymi. Holly może tutaj nie tylko zrelaksować się psychicznie, ale również przejść trening fizyczny, który może sprawić, że w przyszłości będzie jeszcze bardziej pomocna. Na dodatek finał jej wątku jest naprawdę wzruszający i stanowi bardzo zaskakujące spuentowanie całej opowieści. Jest tu też jednak miejsce na walki, pościgi czy włamania. Trochę nie podobała mi się jednak pewna scena na początku opowieści, która trochę wydawała się aż zbyt okrutna jak na te postacie. Poza tym też uważam, że przeciwnicy, z którymi tu walczy Catwoman są bardzo bezosobowi i ciężko mi ich brać na poważnie. Na szczęście ich same występy nie są zupełnie na serio i czasami można się uśmiechnąć na widok tego jaki kontrast stanowią dla danej sceny. Mam nadzieję jednak, że ten wątek będzie rozwinięty w kolejnym tomie. Ta historia ma chyba najwięcej odniesień do większego uniwersum DC. Bohaterki odwiedzają parę fikcyjnych miast tego uniwersum, a także pojawiają się różni superbohaterowie czy superzłoczyńcy. Niestety nie ma tu żadnych przypisów, więc mniej zorientowany czytelnik może być zupełnie zagubiony. Jeśli ktoś jednak zna te postacie tak jak ja to może się cieszyć z tego jak wszystko fajnie się łączy. Zarówno za rysunki w „Nieugiętej”, jak i w „Dzikiej jeździe” odpowiada znany z poprzedniego tomu Cameron Stewart. Jest on dosyć dokładny, a także potrafi dobrze narysować sceny akcji. Nie ma tu jednak niczego, co by mnie zachwyciło. Tom zamyka parę krótszych opowieści wydanych oryginalnie jako „Catwoman – Geneza i Tajne Akta”. Poza komiksami są tu też krótkie dotychczasowe biografie czterech najważniejszych postaci tomu, a także galeria grafik. Nie rekompensuje to wprawdzie braku przypisów w „Dzikiej jeździe”, ale i tak mogą być one pomocne dla części czytelników. Pierwszą historyjką jest „Wiele żyć Catwoman”. Jest to typowa historia, gdzie paru przestępców omawia to jak oni postrzegają superbohaterkę. Tutaj jest to okazja do pokazania jak zmieniała się ta postać na przestrzeni komiksów, chociaż jednocześnie moim zdaniem ktoś nieznający komiksów z tą postacią może czuć się zagubiony. Ogólnie jednak sympatyczna opowieść zilustrowana kanciastym stylem Michaela Avona Oeminga. Swoje pięć minut ma też detektyw Slam Bradley w historii „Sprawa McSweeneya”. Jest to typowa sprawa poszukiwania zaginionej osoby, która ma jednak mocną koncówkę. Cameron Stewart jak zawsze świetnie się sprawdza jako rysownik. Historia „Czemu Holly jednak żyje?” stanowi komentarz do komiksów superbohaterskich w postaci rozmowy Holly i Seliny. Krytykowane są tu pewne schematy, od których ksama seria o Catwoman nie potrafi uciec. Przy tym też rysownik Eric Shanower przyłącza się do dowcipów rysując dosyć absurdalne kostiumy bohaterki. Ostatnim komiksem tomu jest „Odpowiednie planowanie”. Stanowi on tak naprawdę wstęp do „Nieugiętej” i skupia się na głównym czarnym charakterze tej historii. Uważam jednak, że niewiele wnosi do postaci, chociaż rysunki Camerona Stewarta są bardzo przyzwoite. Podobnie jak poprzedni tom jest to świetny komiks. Jest tu zarówno dużo wątków sensacyjnych, jak i obyczajowych, co sprawia, że postacie są bardziej wiarygodne. Należy jednak pamiętać, że tutaj mogą być pewne nawiązania niezrozumiałe dla laików w kwestii tego uniwersum.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na84 lata temu
Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje Frank Miller
Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje
Frank Miller Lynn Varley
Czy komiks superbohaterski może być uniwersalnym medium? Czy może bawić, a może oferować także coś więcej? Czy nadaje się dla każdej grupy wiekowej, do tego stopnia, że nawet ,,babuszka” z dalekiej Syberii znalazła by w nim coś dla siebie? To jedno z najdziwniejszych i najtrudniejszych pytań, ot geekowskich deliberacji, z jakimi fani i krytycy komiksu muszą się mierzyć. Odpowiedź na tak, dla każdego z komiksomaniaków, zawiłe kwestie, aż tak łatwa może nie być. Losy popkultury bywają przewrotne, całe hektary lat temu zanim komiksy, zwłaszcza część z tych superbohaterskich, stały się uniwersalne w swym przekazie i przeznaczeniu, cóż, przez czytelników gazet, nawet literatury pięknej były uważane za, co można użyć krótkiego określenia ,,miałkie i pulpowe”. Stały się one psychologicznym wyparciem, zepchnięte do warstwy ,,takiej tam historyjki na pasku u spodu którejś ze stron jakiegoś wydawanego sporym nakładem tygodnika”. Obecnie samo to medium, ot ,,różniste wariacje narracji graficznych”, przeszło, co by nie było, sporą rewolucję (która tak wpasowała się w kulturalne zmiany, które nas społeczeństwa dotykały, że mogła zostać nawet nie zauważana),wręcz przechodząc z jednej ery swej egzystencji do drugiej, nie stojąc w miejscu, rozwijając się i adaptując nieustannie do zmian, które sama ludzkość kreśli i będzie to robić po kres czasu. Tak, superbohaterszczyzna” miała swe ,,złote”, ,,srebrne”, ,,platynowe” czy ,,brązowe” epoki - podobnie choć nie aż tak scentralizowanie jak ten nurt sytuacja miała się u narracji graficznych stylu europejskiego, bądź w gatunku sensacyjnym, obyczajowym, thrillerze, horrorze i wielu, wielu innych nurtach czy stylizacjach. Wychodzi na to, i dobra nasza, iż komiks po prostu jest, tym bardziej ta ,,praprzyczyna” tego, co tworzy go do współczesnej formy: narracje superheroe zaczynają, sądzę stało się to najbardziej czytelne i fanowsko doświadczalne po 2000 roku, wchodzić w kurs ,,egzystencji ku byciu uniwersalnym medium”. Nie badając tego fenomenu tak dokładnie jak robią to krytycy, felietoniści, historycy komiksu, doszedłem do skromnego wniosku, iż opowieści graficzne same w sobie, a szczególnie te superbohaterskie, nie są już na siłę wypierane z świadomości licznych zbiorowości geeków, nerdów, czy po prostu ludzi, nie traktuje się jako płaskiej historyjki do kawki i ciasteczka po obiedzie; komiksy tego gatunku uznaje się bardziej za opowieść o zwykłych ludziach obdarzonych nadnaturalnym darem, który może też być dla nich tak samo ,,pierońskim" przekleństwem; o ludziach, którzy potrafią w obecnych czasach być naprawdę ,,super!” dla innych, a nie tylko i aż samym ,,bohaterem” – dzisiaj superbohater musi być cool: to ktoś o naturalnej własnej osobowości, z pozytywnie nastawionym do innych charakterem to ktoś z sumieniem i odpowiednim kompasem moralnym, a także z umiejętnością rozdzielenia nazwijmy swojego własnego życia z ,,obowiązkami superbohatera”. Sama ,,pompatyczna męskość i super-hiper gotowość w każdej sytuacji u danego herosa” to na obecne realia taka nieco starsza śpiewka, zalatująca przejaskrawieniem i sztucznością. Świat się zmienia, więc jeśli sam komiks ma być bliski czemuś uniwersalnemu: czegoś uczyć prawie każdego z nas z indywidualnym odebraniem z komiksu danych wartości, także coś uświadamiać i bawić, jako potężne medium służące rozrywce, a także rozwijaniu własnych pasji, stety bądź nie... musi się adaptować. A przykładów takowych odpowiednich ,,adaptacji” mamy całe multum, jedne mniej udane, drugie podchodzące wręcz pod Kanon danego Uniwersum: Marvela, DC, Image Comics i wielu innyh Wydawnictw/Światów, począwszy od ,,Spider-Man: Niebieski” i ,,Spider-Man. Władza” a skończywszy na „Kryzysie Bohaterów” od DC. To i tak ledwo napomknięcie o, sądzę, ,,uniwersalnych przekazowo" komiksach, które moim zdaniem przelewają na karty swoich narracji nie tylko fabułę i ,,piękny, dynamiczny rysunek!”, ale i głębokie wartości, w których nie brak momentów kontrowersyjnych, obscenicznych, po prostu… wywołujących gamę emocji. Jak już wybierać, to wybierać; postanowiłem zdecydować się na jeden z współczesnych, wydanych po 2000 roku komiksów, ot historię bliską omawianemu uniwersalizmowi. Dlatego też, jak na moje doświadczenie z narracją graficzną pochodzącą z różnych epok z historiami superbohaterów w tle przystało, no kurnia balans, poniosło mnie fanowsko ku czemuś z początku wyglądającemu na specyficzne i ciężkie do ,,przertawienia”, będącego kontynuacją pewnej znakomicie przyjętej opowieści z Batmanem w roli głównej, w której Frank Miller pokazał na co go stać, jeśli jako twórca obracający się w tym dość nierównym ,,przemyśle” jest w pełni sił, a jego wyobraźnia wypluwa oryginalne i zapadające w pamięć pomysły na fabuły i ich odpowiednie dostosowanie do różnorodnego odbiorcy. Taki był ,,Batman: Powrót Mrocznego Rycerza”; po nim przyszła pora na sequel, nad którym w niniejszych deliberacjach się pochylam; sequel, który z perspektywy fandomu nie przypadł do multum gustów, nie kupił ich jednostronnej uwagi większości ,,zagorzałych i wiernych tylko i aż klasyce” czytelników. ,,Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje, bo to o tym tytule mowa, nie należy do łatwych w interpretacji i zrozumieniu ,,autorskich idei tu zawartych” treści superbohaterskich. Pisząc klasyczną łopatologią stosowaną: ta około 200-stronicowa opowieść bardzo mocno dzieli fanów. Nie bierze jeńców na pokład, jedynie kreuje mocno indywidualną, twórczą historię, w której trzeba się zatracić, aby moc to wszystko zrozumieć. Chyba że z natury chcemy, aby wszystko brać dosłownie, wtedy sama konstrukcja sequelu ,,Powrotu Mrocznego Rycerza”, faktycznie, może podchodzić pod ,,trącenie myszką”, po prostu pod coś, co typowy fan batmanowego komiksu określi jako ,,meh, słabe to”. I może to zabrzmi naprawdę dość dziwnie… ale dla mnie, jako maniaka i fana solidnego z pięknym, właściwym w stosunku do fabuły danej narracji wydźwiękiem w ogólnej graficznej opowieści, komiks ,,Mroczny Rycerz Kontratakuje” okazuje się czymś dużo bardziej wpływowym i intymnym w odbiorze niż z początku mogło by się to wydawać, niżeli powiedzieć tylko o nim jako ,,o to taki fajny, cool, w ogóle superowy komiks”. To nie ta historia pokroju ,,jednego z najbardziej kanonicznych, znaczących dla kultury światowego komiksu wydań, także jednego z najsolidniej nagradzanych tytułów spośród narracji obrazkowych ever!”, ale coś co miało poruszać, szokować i otworzyć odbiorców na emocje z perspektywy tego, co mogą odczuwać bohaterowie opowieści; coś, co musiało swą fabułą i wątkami, czy losami postaci zapadać w pamięć, jednakże robiąc to poprzez odpowiedni filtr emocjonalny. A Millerowi się to udało. Jeśli chodzi o komiksy z Batmanem czy Jokerem w rolach głównych, np. jakieś wydanie zbiorcze tyczące się postaci ,,klauna wśród zbrodniarzy", gdzie nie ma Batmana, oraz wydanie, gdzie mamy naszego niezrównanego Batsy'ego, a, co logiczne… zupełnie zero Jokera, to jednym z najlepiej odebranych, które w takiej konfiguracji, z takimi charakterami w tle komiksów w ogóle czytałem w ciągu ostatnich 5-10 lat, okazał się wyżej wspomniany ,,genialny komiksowy wybryk” Millera: ,,Powrót Mrocznego Rycerza”. Teraz pochylając się w kierunku większej uniwersalności i otwartości scenariuszowej treści superbohaterskich, wybrałem jego sequel. A sequele, jak to sequele, bez względu na to czy są to książki, filmy, animacje, seriale etc., lubią rządzić się swoimi w stosunku do ,,pierwszyzny”, czyli oryginalnego wydania… prawami. Jak na tematykę i odniesienie do swojego poprzednika, które to reprezentuje ,,Mroczny Rycerz Powstaje”, ten komiks ma swoje zdecydowanie mocne i, niestety, co by nie było, ale tylko niektóre, lekko odtrącające (co w świecie superbohaterskiego komiksu jest normą) momenty. Po przeczytaniu całości można stwierdzić, że Batman nie jest kimś kogo zawsze należy naśladować. Owszem to wciąż marka i wzór dla Uniwersum DCEU, danego Uniwersum, jednakże Batsy jest tu jednak kimś, kto cierpi, kto czuje, kogo rozdziera wewnętrznie, i którego działania, mimo intensywnie przebiegającej akcji i przez w miarę dobrze kreowane historie poboczne mogą odtrącać, wypaczać pewne wzorce ,,zawsze super-hiper odważnego, przepełnionego nieskończoną mocą i cierpliwością” herosa. I nie, w tych kwestiach i innych Frank Miller i ekipa tworząca w każdej z płaszczyzn ów komiks, nie zawiedli. Wiem, że przede mną wręcz piętrzy się multum zeszytów czy wydań zbiorczych z multum o multi-złożoności, oryginalności fabularnej pomysłami, gdzie to wszystko tyczy się pozycji Batmana. Ale… mogę faktycznie o tym napisać: wydarzenia rozegrana w recenzowanym niniejszym sequelu sprawiają, że chciałbym skupić się tylko na takich ,,batmanowych” z tego rodzaju interpretacją tej postaci treściach, opowiadających wszystko to o tym herosie, jak zrobił to ów sequel właśnie. Bo aż tak Batman/Bruce Wayne, w takiej jak ta kreacji, kupił moje gusta, Łej Panie!, totalnie! I to do tego stopnia… i piszę o tym szczerze: jakbym o innym ,,rodzaju Batmana” nie mógł w sferze komiksu myśleć. Awangarda fabularna, poszatkowana momentami gorzej niż najbardziej ,,diurzasty” ser szwajcarski, której nie brak natłoku specyficznych emocji, do których naprawdę… trzeba chcieć się dokopać, chcieć przesłanie Millera i reszty artystów zrozumieć. Bo wiele rzeczy jest tu niejasnych, jak np. dość ciężki do odbioru, emocjonalnie surowy, cierpki, ,,niepatyczkujący się z byle czym” monolog czy też fabularyzowany felieton, pisany kątem sprawnego dziennikarskiego oka Vicky Vale, ważnej postaci Świata Batmana – monolog otwierający wydanie komiksu, opowiadający o, i nie jest to do końca wg. mnie jasne, bodaj uroczystości ,,pogrzebowej” Bruce’a Wayne’a, którego ludzkość w końcu poznała jako ,,tego właśnie!" Batmana, Bruce’a którego sam Jim Gordon podczas uroczystości wspominał, że to oni sami, stróże prawa i porządni obywatele... go zabili. Tego rodzaju ,,wstawka” napisana przez Millera jest wstępem do zagadkowej podróży w całym komiksie - tej osobistej fanowskiej Odysei ku odkrycie dla czytelnika, co tak naprawdę w ,,Kontrataku" stało się z Batmanem, dlaczego Superman wygląda jakby chciał zmienić strony, i o co chodzi z podupadającą Cywilizacją, której nie ma kto ratować. Ten jeden motyw dziennikarskiej relacji Vale, ciekawie zresztą graficznie zaaranżowany, nakreślił wszystko to, co będzie czekać czytelnika, ale... to trzeba chcieć odpowiednio zrozumieć i wziąć emocjonalnie na klatę. ,,Mroczny Rycerz kontratakuje” to taki komiksowy rebeliant – coś buntującego się przeciw ogólnemu i płynnemu sposobowi przedstawiania komiksowej historii… jaka by ona nie była. Pani Lynn i Pan Frank w odróżnieniu do poprzednika, ,,Powrotu Mrocznego Rycerza” uczynili to wydanie mocno indywidualną narracją, zamykając ją w kokonie własnej emocjonalnej ekspresji. Kto wie, być może sam odbiorca, o co częściowo mogę się założyć, będzie podczas lektury owego sequela miał problem z przedarciem się przez tą skrytą wayne’owską opowieść, gdyż ,,skrzeczący”, przetarty rysunek, te szkice i kolory w tymże tytule, gdzie nad wszystkim tym czuwała niniejszym jedna z najznamienitszych artystek pracujących w przemyśle komiksowym, wspomniana Lynn Varley, może utrudnić albo i ułatwić analizę fabuły i wizji naszych autorów odnośnie tego ,,o czym, jak i dlaczego ten cosik artystyczny jest!". Samo wydanie jest fizycznie duże, pięknie wydrukowane, wytłuszczone i oprawione. Nie ma zbędnych ,,okładek alternatywnych”, szkiców i prac wstępnych, które w niektórych komiksach zapychają dziesiątki stron z około 230 lub więcej. Innym słowem: nie narzekać, tylko zacisnąć poślady, dorwać ten komiks i go na swoją modłę i interpretację przeczytać!
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na77 miesięcy temu
Spider-Man: Władza Kaare Andrews
Spider-Man: Władza
Kaare Andrews José Villarrubia
Niektóre ikony popkultury nigdy się nie starzeją. Czasem nawet nazbyt dosłownie. Peter Parker aka Spider-man niemal zawsze przedstawiany jest jako młody człowiek, co wygląda jakby czas się go nie imał. Zastanawialiście się kiedyś jaki będzie Człowiek-Pająk, gdy wreszcie “dorośnie”? Jeśli tak, to fantastycznie, bo Kaare Andrews i Jose Villarrubia postanowili na to pytanie odpowiedzieć. Akcja komiksu “Spider-man Władza” toczy się w NYC w bliżej nieokreślonej przyszłości. Tutejszy burmistrz trzyma Władzę żelazną ręką, czego efektem było ukrócenie dekadę wcześniej wszelkiej działalności “zamaskowanych superterrorystów”. W ich miejsce powołuje jednostkę paramilitarną, którą ma “chronić” miasto. Ponieważ Władza nie bawiła się w dociekanie kto jest dobry, a kto zły, pozamykali kogo się dało, a resztę czekała kulka jeśli zostaną przyłapani na swej “zbrodniczej” działalności. Petera “poznajemy” jako zmęczonego życiem starca, imającego się najróżniejszych prac, by jakoś dociągnąć do 1. Pewnego dnia, tej ponurej rzeczywistości, do jego drzwi puka J. Jonah Jameson. Ku ogromnemu zaskoczeniu gospodarza, ten emerytowany potentat medialny oznajmia mu, że doskonale wie od dawna jaka jest ukryta tożsamość jego rozmówcy. Na odchodne wręcza mu podarek, dając do zrozumienia, że miasto będzie potrzebować Spider-Mana jak nigdy wcześniej… Przyznaję, że oglądanie swojego ulubionego herosa, jako złamanego, przytłoczonego życiem starca było ogromną mieszanką skrajnych emocji. Z jednej strony, ciekawość i radość, wszak jest to zupełnie nowe doświadczenie. Z drugiej smutek i żal, że autorzy obdarli go z heroizmu, uwypuklając tym samym jego ludzką naturę. Scenariusz tego komiksu, jak na Dom Pomysłów, jest dosyć świeży. To nie jest tak, że nikt wcześniej nie stosował w popkulturze takich zabiegów, jednak zdecydowanie koncept nie jest klisowszy. Postaci, nawet te dobrze znane, nabrały nowego wymiaru i swoistej głębi. Ponadto komiks ten, choć jak na mój gust nieco zbyt łopatologicznie, unaocznia, że nawet najlepsze z pozoru intencje mogą posłużyć jako narzędzie dyktatury. Jeśli miałbym opisać fabułę w dwóch słowach to powiedziałbym po prostu: przygnębiająca i nieoczywista. Strona wizualna owego dzieła, ma swój specyficzny charakter. Przede wszystkim, co nieco zaskakuje przy akurat tym bohaterze, jest dosyć brutalnie i krwawo. Autorzy nie stronią od ukazywania scen przemocy. Natomiast sama kreska, ze względu na swój oszczędny styl i swoista prostotę, doskonale wpasowuje się w klimat historii. Podsumowując, wielokrotnie zastanawiałem się jaki może być ten “dorosły Spider-man”. Niezwykle się cieszę, że ktoś zainteresował się tym niszowym tematem jakim niewątpliwie jest starość superbohaterów. Czy takiej okrutnej i brutalnej przyszłości chciałem dla swojego ulubieńca? Z pewnością nie, i dlatego liczę, że ten temat będzie jeszcze wielokrotnie podejmowany. Nie mniej możliwość zagłębienia się w owo dzieło, było naprawdę interesującym doświadczeniem, które i Wam polecam. Zaznaczę jednak, iż z racji na opisany powyżej całokształt, komiks ten dedykowany jest osobom dorosłym.
Michał Wyrwa - awatar Michał Wyrwa
oceniła na82 lata temu
Batman: Waga superciężka Greg Capullo
Batman: Waga superciężka
Greg Capullo Scott Snyder
Zmiana osoby wcielającej się w Batmana nie jest żadnym nowym motywem w komiksach. Po historii „Knightfall” w rolę Człowieka-Nietoperza wcielał się Azrael, a po „Final Crisis” Dick Grayson. Nie będzie to żadnym wielkim zdradzeniem fabuły, że tym razem Batmanem zostaje... komisarz James Gordon. Jak wypada ta podmianka? W wyniku wydarzeń z historii „Ostateczna rozgrywka” Batman zostaje uznany za zaginionego. Gotham jednak w dalszym ciągu potrzebuje swojego obrońcy, więc policja postanawia stworzyć własnego Człowieka-Nietoperza. Najlepszym kandydatem szybko staje się James Gordon, który musi stawić czoła nowym zagrożeniom. Podoba mi się pomysł na nowe status quo. Nikt nie stara się udawać, że James Gordon jest równie sprawny jak Batman. Pokazane jest, że ostro ćwiczy i ma taktyczne doświadczenie, ale w dużej mierze musi polegać na pracy zespołowej. Za nowym Batmanem stoi mały oddział techników i ma ciągłe wsparcie z policyjnego sterowca. Miło, że pośród zespołu można dostrzec pewne znajome twarze. Poza tym bohater też zakłada specjalną robozbroję, kiedy zagrożenie jest naprawdę duże. Zaskoczyło mnie, że dosyć szybko wyjaśniono co tak naprawdę stało się z Brucem Wayne'em. Podobało mi się, że wpleciono tu postać, której epizodyczny występ parę tomów temu uznałem jedynie za smaczek dla fanów. Jest to dosyć oklepany motyw, ale z drugiej też stanowi chyba najlepsze możliwe szczęśliwe zakończenie dla tego bohatera. Domyślam, ze szybko zostanie to odwrócone, ale gdyby ta historia nie byłaby częścią głównego kanonu, to pomysł ten stanowiłby całkiem dobre domknięcie historii Batmana. Mam trochę mieszane uczucia co do przeciwników, z jakimi musi się tu mierzyć nowy Batman. Gang „Devil Pigs” jest dosyć kiczowaty i sam pomysł na nich wydawał mi się dosyć głupawy. Za to całkiem interesujący jest tajemniczy Bloom przywodzący na myśl postać z horroru w stylu Slendermana. Za oprawę graficzną większej części tego tomu odpowiada sztandarowy rysownik serii czyli Greg Capullo. Nowy kostium Batmana jest z jednej strony bardzo praktyczny i pozbawiony wielu niepotrzebnych elementów jak chociażby peleryna, ale z drugiej przez to pozbawia bohatera najbardziej charakterystycznych cech wyglądu. Dosyć śmiesznie wypada za to robozbroja bohatera, chociaż tutaj nawet postacie śmieją się z tego, więc dosyć duży plus za samoświadomość. Ciekawostką jest umieszczony w tomie zeszyt, który jest oderwany od głównej historii. Tutaj klasyczny Batman niedługo po wydarzeniach z „Roku zerowego” prowadzi śledztwo w sprawie śmierci nastolatka. Jest to bardzo typowa historia detektywistyczna, gdzie główny bohater dzięki rozmowie z kolejnymi podejrzanymi powoli dochodzi do prawdy. Ostateczne zakończenie jest autentycznie zaskakujące, a pewne niedopowiedzenie może sugerować bardzo pokrzepiający morał. Pozytywną niespodzianką jest dla mnie wplecenie tu wątków z wydarzeń dziejących się obecnie. Historia ta została zilustrowana przez Marka Simpsona działającego pod pseudonimem Jock. Pozornie jego kreska wydaje się skrajnie brzydka i niedokładnia. Jednakże bardzo dobrze udaje mu się pokazać brud i mrok Gotham przez zastosowanie dosyć oszczędnej palety barw. Poza tym całkiem dobrym zabiegiem było wplecenie w historię nagłówków gazet, co w punkcie kulminacyjnym owocuje bardzo ładnym kadrem na dwie strony. Początki nowego Batmana zapowiadają się bardzo obiecująco. Nie wszystkie pomysły wprawdzie są trafione, ale większość zrobiła na mnie dosyć duże wrażenie. Zdaje sobie sprawę, że ta zmiana jest raczej chwilowa, ale stanowi przynajmniej jakieś odświeżenie znanej formuły.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na75 lat temu
Batman: Ostateczna rozgrywka Greg Capullo
Batman: Ostateczna rozgrywka
Greg Capullo Scott Snyder Danny Miki
Wydawać się mogło, że po historii „Śmierć rodziny” postać Jokera zostanie odsunięta na boczny tor. Jednakże już sama okładka omawianego tomu zdradza, że złoczyńca ten po raz kolejny namiesza w życiu Batmana. Czy tym razem uda się tchnąć coś nowego w ponowne starcie tych dwóch przeciwników? Batman zostaje zaatakowany przez członków Ligi Sprawiedliwości, którzy zdają się kontrolowani przez Jokera. Wkrótce w Gotham pojawia się coraz więcej osób pod wpływem zmienionej toksyny śmiechu. Rozpoczyna się poszukiwanie zabójczego klauna. Niestety fabularnie jest to trochę powtórka ze wspominanej „Śmierci rodziny”. Joker po raz kolejny atakuje Batmana, wykorzystująca przy tym wiedzę o jego powiązaniach z Brucem Wayne'em. Znowu zastosowane zostają teatralne i szokujące dekoracje, by pognębić superbohatera. Nowością jest tutaj skala całego przedsięwzięcia, bo szaleniec wykorzystuje całe miasto jako swój osobisty plac zabaw. Jednakże kiedy przyjrzy się pomysłowi na zarazę, to łatwo można dostrzec, że jest to lekko zmieniony motyw żywych trupów, których hordy atakują niezarażone postaci. Dosyć kontrowersyjne są pewne zmiany jeśli chodzi o postać Jokera. Po pierwsze jego powrót jest moim zdaniem dosyć kiczowaty i psuje dobrze zapowiadającą się postać drugoplanową. Nie do końca podobało mi się jak w pewnym sensie wzbogacono go o lekko nadnaturalne zdolności przy użyciu artefaktu znikąd. Dobrze jednak, że udało się tu wprowadzić pewne ograniczenia i nie jest to rozwiązanie każdego problemu. Jestem za to bardzo zaniepokojony powiązaniem Jokera z odległą przeszłością Gotham. Ostatecznie pozostaje to niedopowiedziane, ale boję się, że zaowocuje to równie niedorzecznym pomysłem jak miniseria „The Return of Bruce Wayne”. Scenarzysta nie zapomina tu też, że Gotham to nie tylko Batman i Joker. Poza całą Batrodziną pojawiają się również wrogowie Batmana. Szczególnie ucieszył powrót pewnych postaci, których obawiałem się, że już nie zobaczę w serii. Dosyć ciekawą rolę mają klasyczni przeciwnicy Człowieka-Nietoperza, chociaż nie udaje się w pełni ukazać ich wszystkich zdolności. Nie należy też zapomnieć o występie Ligi Sprawiedliwości, który przynajmniej częściowo łata dziurę fabularną w postaci braku interwencji innych superbohaterów. Greg Capullo wchodzi tutaj na prawdziwe wyżyny jeśli chodzi o ukazanie scen akcji. Poszczególne sceny walki są bardzo dynamiczne i są naprawdę bardzo spektakularne. W pamięć zapadają też kadry ukazujące miasto pod kontrolą Jokera, gdzie zarażeni mieszkańcy wiwatują piekielnej paradzie. Trochę szkoda, że zrezygnowano z nowego niepokojącego wyglądu Jokera znanego ze „Śmierci rodziny”, ale tutaj z kolei wraz z rozwojem akcji demoniczny klaun jest coraz bardziej okaleczony i pod koniec wygląda bardzo makabrycznie. Podsumowując, komiks wykorzystuje sprawdzone metody, by opowiedzieć wciągającą i dobrze narysowaną historię, która może w paru miejscach autentycznie poruszyć. Udało się przy tym uniknąć rozdmuchania całej opowieści na epopeję obejmującą inne serie. Plus też, że w odróżnieniu od „Śmierci rodziny” tutaj są dosyć poważne konsekwencje całego wydarzenia.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na75 lat temu
Kryzys na nieskończonych ziemiach Marv Wolfman
Kryzys na nieskończonych ziemiach
Marv Wolfman George Pérez
Uwielbiamy komiksy, to fakt, ale są wśród nas geeków i tacy (a jest nas całkiem spora grupka),którzy ponad wszystko muszą zaspokoić swoją popkulturową ciekawość i dowiedzieć się, ,,co by się na świecie nie działo, i choćby pod kroplówką w szpitalu człowiek leżał”, jak to wszystko z tym ,komiksem przez wielkie K” się zaczęło. I cóż by tu rzec, ukochane medium rozrywki wielu fanów różnych fikcyjnych światów osadzonych w różnych gatunkach i specyfikach graficznego ich przedstawiania ewoluuje na naszych oczach już od ponad 80 lat. Na początku było trudno, bo narracje graficzne, choć to zabrzmi dla totalnie zielonych, zaczynających przygodę z komiksem fanów: miał służyć jedynie tylko i wyłącznie celom propagandowym, ewentualnie, ,,gdzieś na boku” zapewniać tanią i szybką rozrywkę dla wszystkich ,,tych niższych klas” społecznych które mogłyby wydać jakieś ,,drobne” luźno dyndające w kieszeni, by umilić sobie czas pomiędzy pracą a snem. Medium komiksowe, co lubię zawsze powtarzać przy okazji recenzowaniu i omawianiu danego komiksu w gatunku superbohaterskim, sci-fi lub thriller w miksie z horrorem, powinno określać się mianem ,,komiksowej myśli ludzkiej”. Bo komiks, to, cóż tu rzec... nie inaczej: rodzaj doznania i informacji o rozmaitych Uniwersach, czy nawet Multiwersach, z konkretnych dużych lub mniejszych wydawnictw, który z formy ,,pulpowej”, ot pasków będących hektar czasu temu dodatkiem do prostych magazynów z opowiadaniami i różnymi niszowymi historyjkami, na przestrzeni wielu dekad wyrósł on obecnie do postaci tak samo dla ogólnej kultury znaczącej, co dajmy na to – choć jest to odważne, nieco prywatne subiektywne spostrzeżenie – literatura klasyczna, piękna, czy doceniana wśród krytyków i czytelników różnogatunkowa beletrystyka: od horrorów począwszy, a na reportażach i pisanej brutalnie i realistycznie literaturze faktu skończywszy. Bardzo istotne w tym kontekście jest to, abyśmy mieli na uwadze iż współczesny komiks, czym by on nie był: może i mangą, może i mroczną adaptacją powieści grozy Lovecrafta czy thrillerem pokroju ,,Sin City”, swój pierwowzór zawdzięcza narodzinom idei i formy amerykańskiego komiksu: narracji graficznych o charakterystycznej tematyce, najbardziej poważanym obecnie na świecie (choć ten trend nie jest tak korzystny dla tego gatunku jak jeszcze jakieś 20-30 lat temu) nurcie superbohaterskim. Dla niewtajemniczonego w temat ,,anty-nerda", komiksowe przestrzenie, na których rozgrywają się fantastyczne wydarzenia i pisane są te mniej oraz te bardziej lub totalnie heroiczne historie z udziałem multum postaci, piszące ważny rozdział dla rozbudowy i podkreślenia annałów dziedzictwa kulturowego cywilizacji, to takie... niby zwykłe Światy, na których rozgrywają się ,,jakieś tam” totalnie przewidywalne, turbo-stereotypowe superbohaterskie ,,opowiastki”. Jednakże, i tu pojawia się druga odsłona bycia czytelnikiem komiksu, jak i inna, o wiele lepsza i bardziej wymiarowa ,,strona medalu” tego medium: dla kogoś, kto dostrzeże w narracjach graficznych coś dla siebie, cholibka!, kto ,,ułamie” dla swojego własnego Ja nieco z ich fabularno-rysunkowej, całościowej głębi, to ten ktoś z czasem wyrośnie na prawdziwego miłośnika narracji zamkniętych w akcie iluzji ruchu poprzez odpowiednio dozowany rysunek i stosowane plansze oraz ,,kadrowanie. Taki nerd może stwierdzić, że ,,komiksy w całej swej tematycznej i gatunkowej okazałości stanowią potężne, wręcz monstrualne macierze tudzież wymiary – przestrzenie tak rozległe, jak rozległe są granice ludzkiej wyobraźni, na których może rozegrać się nieskończona ilość wydarzeń, z nieskończoną ilością postaci, relacji, historii mniej lub bardziej emocjonalnych, opisanych nieskończoną interpretacją danych gatunków". I ta nasza geekowska wyobraźnia, co ciekawe… jest naprawdę nieskończona, czego przykładem niech będzie jeszcze jeden wniosek: ,,komiksowa myśl ludzka” przez bite 80 lat z lekkim hakiem, dała Światu geeków i zwykłych ,,coniedzielnych czytelników gazetkowej rozrywki” nie tylko ,,jakieś tam Uniwersa”, ale raczej ,,meta-światy” – wymiary z setkami, jak nie z tysiącami Wszechświatów, z multum typami postaci, fantasmagorycznymi istotami, które to żyją na przeogromnej liczbie planet; także z licznymi możliwościami fabularnymi, wątkowymi; z rozgrywającymi się przyprawiającymi o gęsią skórkę, jak i powodującymi lekkie wzruszenie ramion i zniechęcenie, wydarzeniami. W ten sposób, sądzę, koniec końców wyobraźnia ludzka, która jak wiemy nie zna granic zaprowadziła mistrzów komiksu w gatunku superbohaterskim do nie tyle co stworzenia, a ,,wyłonienia z arkan ukrytej głębi heroicznych historii” jednego z najbardziej klasycznych, ikonicznych i wzbudzających szacunek u konserwatywnych fanów komiksu superbohaterskiego, dzieła pośród tego rodzaju medium, wypracowanego w pocie czoła w wydawnictwie DC Comics. Tym tytułem jest ,,Kryzys na nieskończonych Ziemiach” autorstwa Marva Wolfmana, George’a Péreza, jako głównych demiurgów publikacji, a także wielu innych sprawnych rąk w pędzlu i ołówku, do których należą m.in. Dick Giordano, Karl Kesel, czy Tom McCraw. Aby dojść, a właściwie dojrzeć fanowsko i decyzyjnie zarazem do zaopatrzenia się w tak klasyczny komiks w dziejach tego rodzaju mikrokosmosu rozrywki, jakim jest ta właśnie epokowa niniejszym omawiana i opisywana narracja obrazkowa, musiałem przejść niejedną burzę decyzyjną i doświadczyć niejeden komiks od DC Comics traktujący o zagładach Uniwersów i zmianach w jądrze Multiwersum w DC, gdzie wszystko to się na oceanie bezkresu nieskończonej przestrzeni rozgrywa. I tak, po solidnej lekturze, a miało to miejsce ,,jaaaaakiś” szmat czasu temu, co najmniej kilku pozycji z dość oryginalnej koncepcyjnie i fabularnie dla całego DC w sferze komiksu, linii wydawniczej pt. "DC Odrodzenie", w tym kilku z tzw. dziwnej ,,pod-linii” wydawniczej z Odrodzenia, ot ,,Droga do Odrodzenia”, gdzie w tytułach tych realizowały się ,,pewne echa” decyzji wydawnictwa, które w 2011 roku postanowiło rozpocząć swoisty restart całego "Multiversum", które istniało już od kilkudziesięciu lat (patrz – seria komiksów "Flashpoint. Punkt krytyczny", i wydarzenia mające po nich miejsce, które "Multiversum" zastąpiło czymś, co nazwano ,,The New 52”… Tak, jest to dość skomplikowane i pogmatwane),sięgnąłem po coś o wiele bardziej pierwotnego, coś co wywołało pierwszą ,,kolizję” Światów w DC w dziejach komiksów tej marki, coś bez czego koncept ,,Wieloświata” w całym organizmie Komiksu na świecie, nie byłby tym czym jest obecnie, w ogóle być może by nie istniał, a o takich późniejszych klasykach jak ,,Flashpoint” i kolejnym restarcie w DC nikt nigdy by nie usłyszał. ,,Kryzys na nieskończonych Ziemiach” okazał się tą tuzą publikacji w komiksie, której po prostu potrzebowałem, a o czym nie wiedziałem, że dzięki jego treści poukładam sobie w głowie ten tygiel historii, który wpłynął na ewolucję całego DC Universe, które to każdy fan doświadcza po dziś dzień. To kilkaset klasycznie pisanych, z widoczną (choć nie do końca perfekcyjną w swoim efekcie) iskrą talentu scenopisarskiego, stron z graficznie nostalgicznie choć twardo uwydatnianą treścią – coś, co dla jednych może być ,,tylko ważnym komiksem”, a dla drugich reprezentantem środowiska prawdziwej sztuki komiksu. Za druk w Polsce odpowiada wydawnictwo Egmont, które to niniejszym recenzowane wydanie ,,Kryzysu” wypuściła na nasz rynek w pięknej twardej okładce i harmonijnie współgrającej kolorystycznie obwolucie. Dostaliśmy w ten sposób potężny fizycznie, jak jakaś akademicka cegła dla studentów Medycyny, dzieło – coś, co przeczytaniu zmieniło moje relacje na linii: ,,fan a Uniwersum DC”, i kto wie, czy nie jest to najbardziej kluczowy dla mojego zrozumienia dziedzictwa DC Unvierse komiks, jakiego doświadczyłem. Plus te kapitalne dodatki ,,zza kulis" pracy nad wydaniem - perełka i sosik do wyjątkowości tej opasłej, ale pięknej lektury! Gdy się jest fanem komiksu, często jest tak, że nie da się nie reagować dziwacznie, na to co w komiksach się po prostu rozgrywa. Tak, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa, co napomknąłem pośrednio powyżej, zareagowałem i Ja po ogarnięciu całości około 370 stron głównej historii w ,,Kryzysie...”. Bo historia tu przedstawiona to jedna z najbardziej złożonych opowieści komiksowych, jakie kiedykolwiek widziałem, czytałem, w ogóle całymi swymi zmysłami, nawet tym ,,szóstym”, jakby będącym intuicją i czymś ,,ponadczasowo-geekowskim” doświadczałem. Trudno ocenić i opisać dokładny zakres fabuły tu zawartej, także samych nakreślonych wątków. Zasięg wizualny i ten narracyjny można opisać więc tak... jakbyśmy mieli do czynienia podczas lektury tego tytułu z komiksowym odpowiednikiem totalnie epickiego, stworzonego porządnie i z arcy-rozmachem, działającego efektownie i efektywnie na widza filmu superheroe z MCU, pt. ,,Avengers: Endgame”, będącym zwieńczeniem 11 lat pracy tak zwanych ,,Faz MCU”, czyli realizacji wszystkich filmów Marvel Studios prowadzących konsekwentnie do jednej dużej historii, mającej zwieńczyć się właśnie w 2019 roku w postaci, mówiąc dość skrótowo: tej ostatecznej, po ,,Infinity War” walki Mścicieli i ich licznych kompanów z prze-potężnym i inteligentnym Thanosem i jego świtą. W ,,Kryzysie…” Wolfmana i Pereza jest podobnie, możliwe, że nawet jeszcze bardziej skomplikowanie i arcyciekawie. Mało tego w narracji naszych artystów komiksu przewinęło się tyle bohaterów, antybohaterów i postaci negatywnych, że gdyby pociągnąć jeszcze inaczej całość tej lektury, cóż, mielibyśmy mało fabuły, ale za to ,,sporooo" encyklopedii postaci z Świata/ów DC. ,,Kryzys na Nieskończonych Ziemiach”, co może i jest bardziej subiektywne niż obiektywne – każdy z nas inaczej podchodzi do doświadczenia tak tubalnych, rozgałęzionych na odrębne ,,mikrokosmosy” opowieści, dużych komiksów, ot wydań zbiorczych, prezentujących na dodatek dość solidną, zwartą i całkiem konsekwentną historię zmieniającą oblicze całego Świata, z którego ona pochodzi, jak ta Wolfmana i Pereza – nie jest pozycją dla każdego komiksomaniaka; powiedziałbym, że ,,W & P i spółka" innych artystów tworzących od podstaw do ostateczności całe około 380 stron składających się na niniejsze wydanie, to tytuł dla rasowych wyjadaczy komiksowych, kochających cierpliwie i stoicko spokojnie doświadczać strona po stronie całego wieloetapowego, multiwątkowego, wieloświatowego na płaszczyźnie DC ,,Kryzysu…” tu zawartego. Doszło do tego, choć to pozytywny jak dla mnie skutek potęgi tej historii: sam nie pamiętam ile ten pierońsko skomplikowany komiks, choć delikatnie w około połowy zawartości wybijający z rytmu, ,,roboczo-godzin!” czytałem. Działo się tu tyle, że niektórych małych wątków nie pamiętam, ani postaci, tym bardziej trudno będzie w pełni opisać o co dokładnie chodziło w tak wyjątkowo dla historii wydawnictwa DC Comics tworzonym wydarzeniu. Określenie, że superbohaterowie z wielu Światów pod sztandarem Monitora muszą przeciwstawić się Anty-Monitorowi, który falami antymaterii będzie anihilował całe Multiversum, praktycznie doszczętnie je niszcząc, to tak jakby totalne uproszczenie. I choćby nie wiem, co się w społeczności / przemyśle komiksowym miało wydarzyć... fakt, faktem ,,Kryzys na Nieskończonych Ziemiach” zmienił znacząco porządek w sercu DC, jak i nakreślił jego obecnie realizowaną wtenczas mającą wybrzmieć przyszłość.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na96 miesięcy temu
Batman: Bloom Greg Capullo
Batman: Bloom
Greg Capullo Scott Snyder
MROCZNY RYCERZ POWRACA? W świecie komiksowym nic nigdy nie ginie bezpowrotnie. To prawda znana czytelnikom od dawna. Czy zatem Batman, a właściwie Bruce Wayne, mógł porzucić swoją rolę obrońcy Gotham na dobre, nawet jeśli stracił pamięć i wydaje się nie być sobą? Nadszedł czas by się o tym przekonać. Mr. Bloom, nowy przeciwnik Batmana, wdziera się do Powers Building i zaczyna po kolei zabijać ludzi. Gordon staje z nim do walki, ale choć sytuacja wydaje się obracać na korzyść nowego Człowieka Nietoperza, wróg ucieka. Kiedy więc udaje się go namierzyć, nikt nie jest pewien czy rzeczywiście trafili na jego trop, czy też może Bloom przygotował na nich zasadzkę. Gordon decyduje się samotnie stawić mu czoła, nawet za cenę własnego życia. Tymczasem Bruce Wayne wiedzie spokojny żywot u boku ukochanej kobiety, którą prosi o rękę. Mimo, że w jej przeszłości nie brak mrocznych kart, chce spędzić z nią życie. Wciąż jednak ma problemy z pamięcią, chociaż odzywa się w nim jakiś zew. Spotkanie z Duke’iem, który na własną rękę podjął się odkrycia prawdziwej tożsamości Blooma, staje się impulsem do przypomnienia sobie dawnej roli obrońcy Gotham. Ale czy to wystarczy by stary Batman powrócił? A może jego powrót jest konieczny, by w mieście znów zapanował pokój? Scott Snyder i Greg Capullo zaczynając nową serię Batmana w ramach New 52 (czy jak chce tego polskie nazewnictwo, Nowego DC Comics) stworzyli dzieło, które z miejsca stało się hitem, ale i pozycją niemalże kultową. „Trybunał sów”, jakim zaczęli ten run, powszechnie uznawany jest za jedną z najlepszych opowieści o Batmanie, a pozostałe zeszyty ich autorstwa także trzymają poziom. Nie inaczej jest też w przypadku „Blooma”, przedostatniego tomu serii, w którym znalazł się także jubileuszowy, bo 50 jej numer. Z tej okazji twórcy nie tylko domykają wiele wątków, ale przygotowali dla czytelników porcję zaskoczeń. Co więcej album ten, pod względem scenariusza, jest lepszy od poprzedniego, a pędząca na złamanie karku akcja nie pozwala na chwilę nudy, chociaż na spokojniejsze momenty także znalazło się miejsce. Właściwie ten komiks jest jak gra, w którą grają funkcjonariusze gothamskiej policji. Nosi ona nazwę GCPD i przypomina pokera, z tym, że gra się w nią szybko, bez zastanowienia, a na stole czeka zakryta karta mogąca odmienić losy całej zabawy. Na tej zasadzie Snyder i James Tynion IV zbudowali całą fabułę, starając się dostarczyć czytelnikom jak najwięcej dobrej zabawy. Skutecznie zresztą. Całość na dodatek podlali charakterystycznymi dla „Batmana” z New 52 elementami, takimi jak legendy miejskie i grzebanie w historii Gotham, co tylko wyszło opowieści na dobre. Pod względem graficznym Capullo jak zwykle nie zawodzi. Jego znakomita, szczegółowa i mroczna kreska świetnie współgra ze scenariuszem, podobnie zresztą jak kolor. Pozostali artyści też wypadają przyjemnie dla oka, choć nie tak dobrze jak on, a całość została uzupełniona o bogatą (liczącą blisko 40 stron) galerię okładek alternatywnych do 50 zeszytu przedstawiających walkę Batmana z Supermanem. Lista artystów odpowiedzialnych za owe okładki robi spore wrażenie, że wspomnę tylko o Timie Sale’u, Alexie Rossie, Jimie Lee, Paulu Pope’ie czy Gabrielu Dell’Otto. W skrócie, miłośnicy Batmana z New 52 będą bardzo zadowoleni. Dostaną bowiem dokładnie to, czego oczekiwali. Ja ze swej strony „Blooma” polecam i czekam na finałowy tom serii. Recenzja opublikowana na moim blogu: http://ksiazkarnia.blog.pl/2017/06/23/batman-9-bloom-scott-snyder-james-tynion-iv-greg-capullo-danny-miki-yanic-paquette/
Wkp - awatar Wkp
ocenił na78 lat temu
The Amazing Spider-Man: Pajęcza wyspa, cz.2 Dan Slott
The Amazing Spider-Man: Pajęcza wyspa, cz.2
Dan Slott Humberto Ramos
Drodzy przyjaciele, witajcie ponownie na Pajęczej Wyspie. Na wstępie drobne ogłoszenie: jeżeli przy ostatniej wizycie odkryliście w sobie nagle pajęcze moce, przygotujcie się na "lekką" przemianę. Wkrótce przeobrazicie się w wielgaśne pająki. Powodzenia. Na szczęście w brygadzie tych dobrych udzielają się Venom (a raczej jego ugrzeczniona zdominowana przez US Army wersja z nosicielem Flashem Thompsonem) oraz Anty-Venom - nowe wcielenie Eddie'go Brocka, czyli przypominającego deczka Volatora (i nie chodzi mi tu wcale o tego klauna śmierdzącą kuleczkę) białego potwora, który potrafi uleczyć każdego z każdej choroby na czele z rakiem i ze spidermanowością... Bidny Eddie postanawia, niczym Czarodziejka z Księżyca, poświęcić się w imię walki o miłość i sprawiedliwość i dać się wydrenować z Anty-Venoma, którego esencja posłużyła następnie do przerobienia wszystkich pająków z powrotem w ludzi (ach te wielokrotnie złożone zdania wielokrotnie złożone - jak ja je uwielbiam!)... W tym czasie cała superbohaterska banda walczy sobie z Królową, która, po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia jej kręgosłupa z tarczą Kapitana Ameryki, zamiast grzecznie wyzionąć ducha, przemieniła się w taki miks Godzilli z Królową Xenomorfów... Później, w wyniku dość długiej i intensywnej napierdzielanki, Królowa wreszcie raczyła zemrzeć zaśmiecając przy okazji tak mniej więcej z połowę dzielnicy swoim truchłem. Wszystkie pająki poprzemieniały się z powrotem w ludzi, a że pająki gaci nie potrzebują Manhattan owładnęła inwazja naturystów z przymusu... A cóż w tym czasie porabiał nasz jedyny i oryginalny Spider-Man? Otóż kompletnie olał swoją, przemienioną w pająka, aktualną kobietę, policjantkę Carlie Cooper, i niemal non stop latał za swoją byłą Mary Jane... Ciekawe... I to by było na tyle... Świat znowu został ocalony, Manhattan znowu został posprzątany, a Spider-Man znowu sobie popitolił życie... Standardowy Happy End. Kropka. PS. Scenariuszowo i rysunkowo jest toćka w toćkę jak w tomie poprzednim, więc po co sobie klawiaturę strzępić? Jest dobrze i cool. PS2. Zapomniałbym... Niestety wydawnictwo Hachette postanowiło w swej chciwości dołączyć do innych w głębokiej d... mających zdrowie i zmysł powonienia swoich czytelników... Ten album cuchnie... Nawet teraz, niemal półtorej roku po jego premierze rynkowej...
czomicz - awatar czomicz
ocenił na77 lat temu

Cytaty z książki JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4