Czy komiks superbohaterski może być uniwersalnym medium? Czy może bawić, a może oferować także coś więcej? Czy nadaje się dla każdej grupy wiekowej, do tego stopnia, że nawet ,,babuszka” z dalekiej Syberii znalazła by w nim coś dla siebie? To jedno z najdziwniejszych i najtrudniejszych pytań, ot geekowskich deliberacji, z jakimi fani i krytycy komiksu muszą się mierzyć. Odpowiedź na tak, dla każdego z komiksomaniaków, zawiłe kwestie, aż tak łatwa może nie być.
Losy popkultury bywają przewrotne, całe hektary lat temu zanim komiksy, zwłaszcza część z tych superbohaterskich, stały się uniwersalne w swym przekazie i przeznaczeniu, cóż, przez czytelników gazet, nawet literatury pięknej były uważane za, co można użyć krótkiego określenia ,,miałkie i pulpowe”. Stały się one psychologicznym wyparciem, zepchnięte do warstwy ,,takiej tam historyjki na pasku u spodu którejś ze stron jakiegoś wydawanego sporym nakładem tygodnika”.
Obecnie samo to medium, ot ,,różniste wariacje narracji graficznych”, przeszło, co by nie było, sporą rewolucję (która tak wpasowała się w kulturalne zmiany, które nas społeczeństwa dotykały, że mogła zostać nawet nie zauważana),wręcz przechodząc z jednej ery swej egzystencji do drugiej, nie stojąc w miejscu, rozwijając się i adaptując nieustannie do zmian, które sama ludzkość kreśli i będzie to robić po kres czasu. Tak, superbohaterszczyzna” miała swe ,,złote”, ,,srebrne”, ,,platynowe” czy ,,brązowe” epoki - podobnie choć nie aż tak scentralizowanie jak ten nurt sytuacja miała się u narracji graficznych stylu europejskiego, bądź w gatunku sensacyjnym, obyczajowym, thrillerze, horrorze i wielu, wielu innych nurtach czy stylizacjach. Wychodzi na to, i dobra nasza, iż komiks po prostu jest, tym bardziej ta ,,praprzyczyna” tego, co tworzy go do współczesnej formy: narracje superheroe zaczynają, sądzę stało się to najbardziej czytelne i fanowsko doświadczalne po 2000 roku, wchodzić w kurs ,,egzystencji ku byciu uniwersalnym medium”.
Nie badając tego fenomenu tak dokładnie jak robią to krytycy, felietoniści, historycy komiksu, doszedłem do skromnego wniosku, iż opowieści graficzne same w sobie, a szczególnie te superbohaterskie, nie są już na siłę wypierane z świadomości licznych zbiorowości geeków, nerdów, czy po prostu ludzi, nie traktuje się jako płaskiej historyjki do kawki i ciasteczka po obiedzie; komiksy tego gatunku uznaje się bardziej za opowieść o zwykłych ludziach obdarzonych nadnaturalnym darem, który może też być dla nich tak samo ,,pierońskim" przekleństwem; o ludziach, którzy potrafią w obecnych czasach być naprawdę ,,super!” dla innych, a nie tylko i aż samym ,,bohaterem” – dzisiaj superbohater musi być cool: to ktoś o naturalnej własnej osobowości, z pozytywnie nastawionym do innych charakterem to ktoś z sumieniem i odpowiednim kompasem moralnym, a także z umiejętnością rozdzielenia nazwijmy swojego własnego życia z ,,obowiązkami superbohatera”. Sama ,,pompatyczna męskość i super-hiper gotowość w każdej sytuacji u danego herosa” to na obecne realia taka nieco starsza śpiewka, zalatująca przejaskrawieniem i sztucznością. Świat się zmienia, więc jeśli sam komiks ma być bliski czemuś uniwersalnemu: czegoś uczyć prawie każdego z nas z indywidualnym odebraniem z komiksu danych wartości, także coś uświadamiać i bawić, jako potężne medium służące rozrywce, a także rozwijaniu własnych pasji, stety bądź nie... musi się adaptować. A przykładów takowych odpowiednich ,,adaptacji” mamy całe multum, jedne mniej udane, drugie podchodzące wręcz pod Kanon danego Uniwersum: Marvela, DC, Image Comics i wielu innyh Wydawnictw/Światów, począwszy od ,,Spider-Man: Niebieski” i ,,Spider-Man. Władza” a skończywszy na „Kryzysie Bohaterów” od DC. To i tak ledwo napomknięcie o, sądzę, ,,uniwersalnych przekazowo" komiksach, które moim zdaniem przelewają na karty swoich narracji nie tylko fabułę i ,,piękny, dynamiczny rysunek!”, ale i głębokie wartości, w których nie brak momentów kontrowersyjnych, obscenicznych, po prostu… wywołujących gamę emocji.
Jak już wybierać, to wybierać; postanowiłem zdecydować się na jeden z współczesnych, wydanych po 2000 roku komiksów, ot historię bliską omawianemu uniwersalizmowi. Dlatego też, jak na moje doświadczenie z narracją graficzną pochodzącą z różnych epok z historiami superbohaterów w tle przystało, no kurnia balans, poniosło mnie fanowsko ku czemuś z początku wyglądającemu na specyficzne i ciężkie do ,,przertawienia”, będącego kontynuacją pewnej znakomicie przyjętej opowieści z Batmanem w roli głównej, w której Frank Miller pokazał na co go stać, jeśli jako twórca obracający się w tym dość nierównym ,,przemyśle” jest w pełni sił, a jego wyobraźnia wypluwa oryginalne i zapadające w pamięć pomysły na fabuły i ich odpowiednie dostosowanie do różnorodnego odbiorcy. Taki był ,,Batman: Powrót Mrocznego Rycerza”; po nim przyszła pora na sequel, nad którym w niniejszych deliberacjach się pochylam; sequel, który z perspektywy fandomu nie przypadł do multum gustów, nie kupił ich jednostronnej uwagi większości ,,zagorzałych i wiernych tylko i aż klasyce” czytelników. ,,Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje, bo to o tym tytule mowa, nie należy do łatwych w interpretacji i zrozumieniu ,,autorskich idei tu zawartych” treści superbohaterskich. Pisząc klasyczną łopatologią stosowaną: ta około 200-stronicowa opowieść bardzo mocno dzieli fanów. Nie bierze jeńców na pokład, jedynie kreuje mocno indywidualną, twórczą historię, w której trzeba się zatracić, aby moc to wszystko zrozumieć. Chyba że z natury chcemy, aby wszystko brać dosłownie, wtedy sama konstrukcja sequelu ,,Powrotu Mrocznego Rycerza”, faktycznie, może podchodzić pod ,,trącenie myszką”, po prostu pod coś, co typowy fan batmanowego komiksu określi jako ,,meh, słabe to”. I może to zabrzmi naprawdę dość dziwnie… ale dla mnie, jako maniaka i fana solidnego z pięknym, właściwym w stosunku do fabuły danej narracji wydźwiękiem w ogólnej graficznej opowieści, komiks ,,Mroczny Rycerz Kontratakuje” okazuje się czymś dużo bardziej wpływowym i intymnym w odbiorze niż z początku mogło by się to wydawać, niżeli powiedzieć tylko o nim jako ,,o to taki fajny, cool, w ogóle superowy komiks”. To nie ta historia pokroju ,,jednego z najbardziej kanonicznych, znaczących dla kultury światowego komiksu wydań, także jednego z najsolidniej nagradzanych tytułów spośród narracji obrazkowych ever!”, ale coś co miało poruszać, szokować i otworzyć odbiorców na emocje z perspektywy tego, co mogą odczuwać bohaterowie opowieści; coś, co musiało swą fabułą i wątkami, czy losami postaci zapadać w pamięć, jednakże robiąc to poprzez odpowiedni filtr emocjonalny. A Millerowi się to udało.
Jeśli chodzi o komiksy z Batmanem czy Jokerem w rolach głównych, np. jakieś wydanie zbiorcze tyczące się postaci ,,klauna wśród zbrodniarzy", gdzie nie ma Batmana, oraz wydanie, gdzie mamy naszego niezrównanego Batsy'ego, a, co logiczne… zupełnie zero Jokera, to jednym z najlepiej odebranych, które w takiej konfiguracji, z takimi charakterami w tle komiksów w ogóle czytałem w ciągu ostatnich 5-10 lat, okazał się wyżej wspomniany ,,genialny komiksowy wybryk” Millera: ,,Powrót Mrocznego Rycerza”. Teraz pochylając się w kierunku większej uniwersalności i otwartości scenariuszowej treści superbohaterskich, wybrałem jego sequel. A sequele, jak to sequele, bez względu na to czy są to książki, filmy, animacje, seriale etc., lubią rządzić się swoimi w stosunku do ,,pierwszyzny”, czyli oryginalnego wydania… prawami. Jak na tematykę i odniesienie do swojego poprzednika, które to reprezentuje ,,Mroczny Rycerz Powstaje”, ten komiks ma swoje zdecydowanie mocne i, niestety, co by nie było, ale tylko niektóre, lekko odtrącające (co w świecie superbohaterskiego komiksu jest normą) momenty. Po przeczytaniu całości można stwierdzić, że Batman nie jest kimś kogo zawsze należy naśladować. Owszem to wciąż marka i wzór dla Uniwersum DCEU, danego Uniwersum, jednakże Batsy jest tu jednak kimś, kto cierpi, kto czuje, kogo rozdziera wewnętrznie, i którego działania, mimo intensywnie przebiegającej akcji i przez w miarę dobrze kreowane historie poboczne mogą odtrącać, wypaczać pewne wzorce ,,zawsze super-hiper odważnego, przepełnionego nieskończoną mocą i cierpliwością” herosa. I nie, w tych kwestiach i innych Frank Miller i ekipa tworząca w każdej z płaszczyzn ów komiks, nie zawiedli.
Wiem, że przede mną wręcz piętrzy się multum zeszytów czy wydań zbiorczych z multum o multi-złożoności, oryginalności fabularnej pomysłami, gdzie to wszystko tyczy się pozycji Batmana. Ale… mogę faktycznie o tym napisać: wydarzenia rozegrana w recenzowanym niniejszym sequelu sprawiają, że chciałbym skupić się tylko na takich ,,batmanowych” z tego rodzaju interpretacją tej postaci treściach, opowiadających wszystko to o tym herosie, jak zrobił to ów sequel właśnie. Bo aż tak Batman/Bruce Wayne, w takiej jak ta kreacji, kupił moje gusta, Łej Panie!, totalnie! I to do tego stopnia… i piszę o tym szczerze: jakbym o innym ,,rodzaju Batmana” nie mógł w sferze komiksu myśleć. Awangarda fabularna, poszatkowana momentami gorzej niż najbardziej ,,diurzasty” ser szwajcarski, której nie brak natłoku specyficznych emocji, do których naprawdę… trzeba chcieć się dokopać, chcieć przesłanie Millera i reszty artystów zrozumieć. Bo wiele rzeczy jest tu niejasnych, jak np. dość ciężki do odbioru, emocjonalnie surowy, cierpki, ,,niepatyczkujący się z byle czym” monolog czy też fabularyzowany felieton, pisany kątem sprawnego dziennikarskiego oka Vicky Vale, ważnej postaci Świata Batmana – monolog otwierający wydanie komiksu, opowiadający o, i nie jest to do końca wg. mnie jasne, bodaj uroczystości ,,pogrzebowej” Bruce’a Wayne’a, którego ludzkość w końcu poznała jako ,,tego właśnie!" Batmana, Bruce’a którego sam Jim Gordon podczas uroczystości wspominał, że to oni sami, stróże prawa i porządni obywatele... go zabili. Tego rodzaju ,,wstawka” napisana przez Millera jest wstępem do zagadkowej podróży w całym komiksie - tej osobistej fanowskiej Odysei ku odkrycie dla czytelnika, co tak naprawdę w ,,Kontrataku" stało się z Batmanem, dlaczego Superman wygląda jakby chciał zmienić strony, i o co chodzi z podupadającą Cywilizacją, której nie ma kto ratować. Ten jeden motyw dziennikarskiej relacji Vale, ciekawie zresztą graficznie zaaranżowany, nakreślił wszystko to, co będzie czekać czytelnika, ale... to trzeba chcieć odpowiednio zrozumieć i wziąć emocjonalnie na klatę.
,,Mroczny Rycerz kontratakuje” to taki komiksowy rebeliant – coś buntującego się przeciw ogólnemu i płynnemu sposobowi przedstawiania komiksowej historii… jaka by ona nie była. Pani Lynn i Pan Frank w odróżnieniu do poprzednika, ,,Powrotu Mrocznego Rycerza” uczynili to wydanie mocno indywidualną narracją, zamykając ją w kokonie własnej emocjonalnej ekspresji. Kto wie, być może sam odbiorca, o co częściowo mogę się założyć, będzie podczas lektury owego sequela miał problem z przedarciem się przez tą skrytą wayne’owską opowieść, gdyż ,,skrzeczący”, przetarty rysunek, te szkice i kolory w tymże tytule, gdzie nad wszystkim tym czuwała niniejszym jedna z najznamienitszych artystek pracujących w przemyśle komiksowym, wspomniana Lynn Varley, może utrudnić albo i ułatwić analizę fabuły i wizji naszych autorów odnośnie tego ,,o czym, jak i dlaczego ten cosik artystyczny jest!". Samo wydanie jest fizycznie duże, pięknie wydrukowane, wytłuszczone i oprawione. Nie ma zbędnych ,,okładek alternatywnych”, szkiców i prac wstępnych, które w niektórych komiksach zapychają dziesiątki stron z około 230 lub więcej. Innym słowem: nie narzekać, tylko zacisnąć poślady, dorwać ten komiks i go na swoją modłę i interpretację przeczytać!
OPINIE i DYSKUSJE o książce JLA - Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Tom 4
4/10 - NIJAKI
Ostatni tom runu Granta Morrisona nie odbiega poziomem od tego co widziałem w trzech poprzednich odsłonach. To cały czas ta sama przerysowana i kiczowata stylistyka. Album ten można podzielić na dwie historie. Pierwsza z nich to obszerna i wielowątkowa "Trzecia wojna światowa", w której bohaterowie ścierają się z kolejną reinkarnacją Gangu Niesprawiedliwości (tym razem w innym składzie),by ostatecznie ratować świat przed niszczącym atakiem Maggedona. Dużo szumu, mnóstwo efektownych starć, ale wrażenia raczej średnie. Tak sobie myślę, że Morrison za bardzo się starał wykreować niezwykle widowiskową superbohaterską space operę i przedobrzył. Zamiast epickiego dzieła wyszła mu efekciarska i nieco tandetna kosmiczna rozpierducha z udziałem kolesi w kolorowych trykotach. W dodatku średnio narysowana przez Howarda Portera.
Druga historia z tego albumu to zwieńczenie wątku Korpusu Ultrażołnierzy. Chyba ten niedomknięty rozdział nie dawał scenarzyście spokoju, bo w końcu po nieco ponad pięciu latach (tyle czasu minęło od wydania "JLA #24-26" do opublikowania "JLA Calssified #1-3") zdecydował się go ostatecznie sfinalizować. Historia jest trochę chaotyczna i niespecjalnie porywająca, ale przynajmniej fajnie zilustrowana przez Eda McGuinnessa.
Reasumując cała seria "JLA" wypada dość nijako i jej ostatni tom nie jest tu wyjątkiem. Komiksowe superbohaterskie lata dziewięćdziesiąte obfitowały w niezwykle kolorowe, często mocno kiczowate akcyjniaki, które poza walorem czysto rozrywkowym nie oferowały sobą nic więcej. Niniejszy komiks jest kwintesencją podobnego podejścia i jeśli macie ochotę zanurzyć się właśnie w takim klimacie, to nie mogliście trafić lepiej. Jeśli jednak szukacie po prostu dobrego komiksu z gatunku superhero to raczej nie ten adres.
Fabuła: 4/10 (nijaki)
Ilustracje: 5/10 (przeciętny)
Jakość wydania + bonusy: 7/10 (bardzo dobry)
Więcej szczegółów: https://comicbookbastard.blogspot.com/2019/02/amerykanska-liga-sprawiedliwosci-jla_3.html
4/10 - NIJAKI
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOstatni tom runu Granta Morrisona nie odbiega poziomem od tego co widziałem w trzech poprzednich odsłonach. To cały czas ta sama przerysowana i kiczowata stylistyka. Album ten można podzielić na dwie historie. Pierwsza z nich to obszerna i wielowątkowa "Trzecia wojna światowa", w której bohaterowie ścierają się z kolejną reinkarnacją Gangu Niesprawiedliwości...