Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina

Okładka książki Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina autora Faustyna Toeplitz-Cieślak, Izabela Żukowska, 9788380693210
Okładka książki Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina
Izabela ŻukowskaFaustyna Toeplitz-Cieślak Wydawnictwo: Prószyński i S-ka film, kino, telewizja
264 str. 4 godz. 24 min.
Kategoria:
film, kino, telewizja
Format:
papier
Data wydania:
2016-04-21
Data 1. wyd. pol.:
2016-04-21
Liczba stron:
264
Czas czytania
4 godz. 24 min.
Język:
polski
ISBN:
9788380693210
Średnia ocen

4,9 4,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina

Średnia ocen
4,9 / 10
29 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina

avatar
672
179

Na półkach:

Książka, którą dzisiaj omówię to ,,Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina" Izabeli Żukowskiej i Faustyny Toeplitz-Cieślak. To opowieść o wytwórni filmowej Sfinks i jej twórcy Aleksandrze Hertzu.
Jak piszą autorki- ,,mało kto dziś pamięta, a i podręczniki historii filmu rzadko o tym wspominają, że niewiele brakowało, by to w Warszawie, a nie w Paryżu, odbył się pierwszy, historyczny pokaz filmowy. Cieszyć może fakt, że pamiętał o tym Ludwik Lumiere, jeden z braci, któremu przypisuje się udział w tworzeniu światowej kinematografii. Na posiedzeniu Francuskiej Akademii Nauk wskazał obecnego na nim Kazimierza Prószyńskiego, mówiąc: ,,Panowie, stoi przed wami pierwszy człowiek w kinematografii, ja jestem dopiero drugi."
Ale te wspomniane początki wcale nie były takie łatwe. Sztuce filmowej, a wtedy nikt nie uważał filmów za sztukę, nie sprzyjał klimat tamtych lat. Była to raczej rozrywka niskich lotów, uwielbiana przez mało wykształcone warstwy społeczne i trudno było znaleźć na pierwszych projekcjach widzów z wyższej sfery czy intelektualistów. Dla tych widzów bardziej odpowiedni był teatr. Film był dla plebsu.
Jak czytamy, pierwsze pokazy filmowe organizowano w Warszawie już w kilka miesięcy po słynnym aż do dzisiaj pokazie braci Lumiere ,,Wjazd pociągu na stację" z 1895 roku. Wtedy to widzowie byli przerażeni. Podobny efekt uzyskano wyświetlając filmik, w którym pułk francuskich kirasjerów, w hełmach i pancerzach, pędzi galopem z daleka. Gdy zaczął się zbliżać, cały teatr zaczął krzyczeć, a ludzie zasłaniali się rękami na widok wyskakujących niemalże z ekranu białych koni.
Pierwszą polską projekcję można było obejrzeć już w 1896 roku. Ale, że książka głównie skupia się na wytwórni Sfinks, dodam, że kino pod tą nazwą zostało otwarte w 1909 roku, i był 20 z rzędu teatrem kinematograficznym, jak to wówczas nazywano. Założyła go spółka miejscowych filmowców? No nie, takich jeszcze nie było, takiego zawodu czy profesji jeszcze nie było. ....Miejscowych inżynierów, adwokatów i lekarzy. Dochód z premierowego przedstawienia przeznaczono na rzecz pogotowia. Sfinks był najbardziej eleganckim kinem w Warszawie, ale filmy sprowadzone przez Aleksandra Hertza nie odniosły sukcesu. Widownia była pusta.
Dlaczego zapytacie? Jak to powiedział Karol Irzykowski- ,,Kino jest biznesem, a sztuką ewentualnie bywa." I o tym przekonali się bracia Wonsalowie- Hirsz, Aaron, Izaak i Szmul. Ci synowie szewca ze wsi Krasnosielc, sprzedali konia i zegarek ojca, kupili projektor i dali początek firmie, która dzisiaj rywalizuje z wytwórnią Disneya i jest obecnie jedną z największych wytworni filmowych na świecie. O jakiej firmie mowa? Warner Brothers.
Ale wracając na nasze podwórko, czy wiecie kto to był pyskacz? To zawód, który polegał na objaśnianiu filmów. Osoba, która go wykonywała, jak piszą autorki, musiała dobrze ,,pyskować", by usłyszało ją całe kino. Pierwsze filmy jak wiadomo, nie miały jeszcze ścieżki dźwiękowej, ale także napisów. Warto w tym miejscu wspomnieć, że gdy filmy udźwiękowiono, spotkało się to z ogromną krytyką publiczności, gdyż ta uważała, że od tej pory kino niczym nie będzie różniło się od teatru. Ciekawostką może być też informacja, że właściciele kin nie ogłaszali tytułów filmów, które miały być danego dnia pokazywane, gdyż bali sie konkurencji. A tytuły filmów były tak jakby wykradane.
22 października 1908 roku - czyli za kilka dni będzie rocznica- tę datę przyjmuje się oficjalnie w wielu źródłach za początek polskiego kina. Wtedy odbyła się premiera filmu ,,Antoś pierwszy raz w Warszawie" z Antonim Fertnerem w roli prowincjonalnego fajtłapy, który pada ofiarą rozwiązłych kurtyzan. Tak, dobrze słyszycie. Tak, rozwiązłych kurtyzan. Oczami wyobraźni próbuję zobaczyć ten film, i ciągle mi wychodzi, że to dla widzów dorosłych musiało być. Bardzo dorosłych.
W książce przeczytacie o początkach kariery wielu gwiazd wytwórni Hertza. Byli to między innymi- Pola Negri, Jadwiga Smosarska czy Kazimierz Junosza-Stępowski. Ciekawy jest także rozdział o kasiarzu Szpicbródce. Czy Józefie Piłsudskim.
Dowiedziałam się także z książki, że przeciętny warszawiak w latach dwudziestych chodził do kina 12 razy w ciągu roku. A w 1938 roku, czyli rok przed wybuchem wojny, w Warszawie działało 67 sal kinowych.
Plusem książki jest bibliografia, spis produkcji filmowych w studiu Hertza i jak dla mnie duża, fajna czcionka. Dlatego czyta się szybko i bez przynudzeń.
Ale książka ma także swoje minusy, niestety.
Pisana przez dwie autorki, które nie uniknęły wielu powtórzeń. Brak jakiejś chronologii zdarzeń opisywanych, powoduje, że miałam wrażenie deja vu. To takie ciągłe powroty i omawianie tematów już poruszonych daje wrażenie, że albo autorki nie miały o czym pisać, a chciały, żeby książka była gruba, albo nie przeczytały dzieła po napisaniu i każda w swojej części pisała o tym samym lub podobnym.
Jak dla mnie zabrakło tu solidnej korekty i jakiegoś uporządkowania. A także eliminacji błędów. Mamy aktorkę Karolinę Lubieńską, a nie Łubieńską.
NA stronie 216 pojawia się cytat- komunikat o wybuchu wojny, ale zawiera błąd, co łatwo sprawdzić w internecie, gdzie taki komunikat można wysłuchać. Tu wychodzi na to, że o godzinie 5, 40 oddziałów niemieckich przekroczyły granicę Polski.. A w oryginale chodzi o 5.40.
Dodatkowo uważam za niepotrzebne rozdziały o radiu i zabójstwie prezydenta Narutowicza, które nic tu nie wnoszą z punktu widzenia kinematografii. Znowu mam wrażenie, że nadają tylko objętości książce.
Tyle moich wrażeń. Dużo dobrego materiału, ale czy został on wykorzystany należycie? Wydaje się, że pisanie w duecie, nie zawsze wychodzi książce na dobre.

Książka, którą dzisiaj omówię to ,,Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina" Izabeli Żukowskiej i Faustyny Toeplitz-Cieślak. To opowieść o wytwórni filmowej Sfinks i jej twórcy Aleksandrze Hertzu.
Jak piszą autorki- ,,mało kto dziś pamięta, a i podręczniki historii filmu rzadko o tym wspominają, że niewiele brakowało, by to w Warszawie, a nie w Paryżu, odbył się pierwszy,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo tovideo - opinia

avatar
16709
3139

Na półkach: ,

Nie wiem dlaczego ta pozycja dostałą dość niską ocene. Przecież dla pasjonatów tematu jest rzetelnie opracowana, temat jest ciekawy i warty zaangażowania, stosunkowo mało zbadany. Dobne nieścisłości, dośc nonszalancko potraktowane niektóre fakty i skłonność do kilkukrotnego powtarzania tych samych historii nie zasługują na tak surową ocenę.
Wychodzimy od postaci Hertza,założyciela i spiritus movens całego przedsięwzięcia. Na poczatku kinematograf w Polsce nie miał łatwej drogi do serc publiki. Sfinks sąsiadował z utworzonym wcześniej Iluzjonem, a zainteresowanie było umiarkowane. Właściciele uciekali się np do łączenia wizyty w teatrze z pokazem filmu by przyciągnąć widzów.
Największe słąwy takie jak aktorzy, ale i scenarzyści czy reżyserzy zostali przedstawieni, Wile się można dowiedzięć o początkach filmu polskiego, tratowanego nei jako sztuka tylko dobry geszeft. Specjalnością konkurencji stało się kino w języku jidysz. Przyglądamy się słabiutkiej fabule dzieł które powstały w Sfinksie, trochę lepszych warsztatowo adaptacjom literatury ze Smosarską, Junoszem-Stępowskim lub słąbiznom w stylu Niewolnicy zmysłow z Polą Negri. Ciekawa materia,choć nie najlepsza prezentacja zagadnienia.

Nie wiem dlaczego ta pozycja dostałą dość niską ocene. Przecież dla pasjonatów tematu jest rzetelnie opracowana, temat jest ciekawy i warty zaangażowania, stosunkowo mało zbadany. Dobne nieścisłości, dośc nonszalancko potraktowane niektóre fakty i skłonność do kilkukrotnego powtarzania tych samych historii nie zasługują na tak surową ocenę.
Wychodzimy od postaci...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
450
366

Na półkach: , ,

Przedwojenne kino ma w sobie jakąś magię, która mnie przyciąga i pociąga. Lubię filmy z lat trzydziestych, interesują mnie aktorzy tamtych lat, dlatego chętnie zaglądam do książek na ten temat. "Sfinks" to historia jednej z polskich przedwojennych wytwórni filmowych. Mam wrażenie, że bardzo widać, że książkę pisały dwie osoby. Informacje się powtarzają, a w całości widać jakiś chaos. Np. o czymś pisze się w jednym rozdziale i to samo powtarza się kilka rozdziałów dalej. Nie jestem do końca usatysfakcjonowana.

Przedwojenne kino ma w sobie jakąś magię, która mnie przyciąga i pociąga. Lubię filmy z lat trzydziestych, interesują mnie aktorzy tamtych lat, dlatego chętnie zaglądam do książek na ten temat. "Sfinks" to historia jednej z polskich przedwojennych wytwórni filmowych. Mam wrażenie, że bardzo widać, że książkę pisały dwie osoby. Informacje się powtarzają, a w całości widać...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

75 użytkowników ma tytuł Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina na półkach głównych
  • 37
  • 36
  • 2
18 użytkowników ma tytuł Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina na półkach dodatkowych
  • 12
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina

Inne książki autora

Okładka książki Kiciusie, koty, sierściuchy Tomasz Betcher, Karolina Głogowska, Magdalena Kruszewska, S.J. Lorenc, Ewa Małecki, Katarzyna Berenika Miszczuk, Joan Neumann, Aga Sana, Wojciech Wojnicz, Izabela Żukowska, Marek Zychla
Ocena 6,8
Kiciusie, koty, sierściuchy Tomasz Betcher, Karolina Głogowska, Magdalena Kruszewska, S.J. Lorenc, Ewa Małecki, Katarzyna Berenika Miszczuk, Joan Neumann, Aga Sana, Wojciech Wojnicz, Izabela Żukowska, Marek Zychla
Okładka książki Hotel Bristol. Na rogu historii i codzienności Faustyna Toeplitz-Cieślak, Izabela Żukowska
Ocena 7,1
Hotel Bristol. Na rogu historii i codzienności Faustyna Toeplitz-Cieślak, Izabela Żukowska
Izabela Żukowska
Izabela Żukowska
Muzykolog i socjolog, pracuje jako dziennikarka; od lat związana z Polskim Radiem, obecnie z Pierwszym Programem. Pisała dla miesięcznika „Kino”. Pracowała jako wykładowca na KUL-u i w Społecznej Akademii Nauk w Warszawie. Autorka książek „Teufel”, „Gotenhafen” i „Nad miastem anioły”.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Manewry miłosne. Najsłynniejsze romanse polskiego filmu Wiesław Kot
Manewry miłosne. Najsłynniejsze romanse polskiego filmu
Wiesław Kot
Znakomita książka, której autor uwodzi już od pierwszych słów wstępu - erudycją kinowego konesera, stylem, przewrotnym humorem, oraz błyskotliwymi spostrzeżeniami na temat filmów o miłości i refleksjami względem miłości w ogóle. Później zaś jest jeszcze lepiej, jeszcze ciekawiej! Otrzymujemy dokładne opisy trzydziestu polskich filmów (z przedziału czasowego 1936 - 2013) z miłością, jako motywem przewodnim, bądź ważnym dla fabuły. Ich analizy krytyczne, kontekst kulturowy i historyczny, interpretacje wątków, motywów i postaci, rozbudowane recenzje - w które włączono cytaty z opinii krytyków z okresu, kiedy opisywane filmy wchodziły na ekrany kin - a na dokładkę ogromną porcję informacji zza kulis (w tym zajmujące opowieści o aktorach, reżyserach, scenarzystach a nawet twórcach literatury, na której bazowały niektóre z opisywanych filmów). I choć powyższy spis zalet "Manewrów miłosnych..." może nastawiać Was na akademickie - być może przytłaczające powagą? - opracowanie, to jest wprost przeciwnie! Mimo obszernej dawki wiedzy, jaką dzieli się Wiesław Kot na temat dzieł kina polskiego - choć nie wszystkie z filmów zasługują na to miano, albowiem autor częstokroć stawia ciekawe ujęcie romansu i oryginalność melodramatu nad samą wartość obrazu - to lekkość stylu i sposobu opowiadania, oraz cechująca je finezja przeplatania wątków i zagadnień związanych z różnymi aspektami omawianych filmów, sprawiają, że od "Manewrów miłosnych..." niepodobna się oderwać. Dodatkową zaletą tej książki jest to, że nabiera się po jej lekturze niemałej ochoty na nadrobienie zaległości w polskiej kinematografii. W moim przypadku "na pierwszy ogień" poszedł nieznany mi wcześniej "Pociąg" Jerzego Kawalerowicza z 1959 roku, z Leonem Niemczykiem i piękną Lucyną Winnicką. Znakomite kino!... Wybitna publikacja, która będzie znakomitym wyborem, jeśli szukacie dobrego prezentu na Dzień Św. Walentego dla osoby kochającej kino. I nie tylko - bowiem to książka nie tylko o kinie, ale - może przede wszystkim? - o wszystkich możliwych obliczach miłości. Polecam!
Rafał Jasiński - awatar Rafał Jasiński
ocenił na87 lat temu
Kino Nowej Przygody Jerzy Szyłak
Kino Nowej Przygody
Jerzy Szyłak
NIESKRĘPOWANA WYOBRAŹNIA FILMOWA Mam dwa swoje ukochane gatunki filmowe, które zajmują znaczną część wszystkich oglądanych przeze mnie obrazów. Oba one silnie związane są z latami 70 i 80 w kinie, kiedy to przypadał ich największy rozkwit. Pierwszym z nich są horrory z tej swoistej drugiej złotej ery ich istnienia, drugim cudownie sentymentalne, przesycone zabawą filmem przedstawiciele kina nowej przygody. A ponieważ oba te gatunki często przenikały się ze sobą, niniejsza pozycja wydawnicza okazała się dla mnie prawdziwie wspaniałą lekturą. Ale nie tylko dla tego. Od „Gwiezdnych Wojen”, przygód Indiany Jonesa i „Obcego”, przez „Pogromców duchów”, „Gremliny” i „Terminatora” po „Piratów z Karaibów”, nowe wersje Batmana i „Avatara”. W sferze zainteresowań jednego z największych kulturalnych autorytetów naszego kraju, Jerzego Szyłaka, i jego ekipy, znalazły się 124 filmy. Warto jednak zauważyć, że w do liczby tej nie włączają się kontynuacje poszczególnych obrazów, które są w mniejszym bądź większym stopniu omawiane przy okazji poruszania tematu części pierwszej. Lista więc wydłuża się w ostateczności grubo ponad 200 (220 jest szczegółowiej wymienionych, nie brak jednak pomniejszych wspomnień). A to przecież nie wszystko, co „Kino Nowej Przygody” ma do zaoferowania. Omówienia filmów, ich analiza i składowe, zajmują zdecydowaną większość tej liczącej blisko 450 stron publikacji, nie mniej znalazło się tu także sto stron felietonów wyjaśniających czym właściwie jest kino nowej przygody, co się zalicza w jego poczet, o religii, animacji i elementach Fantasy kryjących się w tych filmach, związanych z nimi grach komputerowych czy nawet o polskim kinie tego nurtu. Podręcznikowa kompleksowość tej pozycji przeciwstawia się na szczęście typowo szkolnemu podejściu do tematu. Jest tu coś z akademickiego wykładu, w końcu to dla studentów szkół wyższych przeznaczone jest „Kino Nowej Przygody”, ale każdy, nawet laicki, fascynat kina (nie tylko tego jednego, jakże ważnego gatunku, ale kina w ogóle) odnajdzie się tu bez trudu i z zachwytem wpadnie w ten świat. Ja byłem urzeczony. Mogłem poczytać o swoich ukochanych filmach, mogłem przypomnieć sobie te emocje i odczucia, ale mogłem także spojrzeć na temat z całkiem innej perspektywy. Fascynująca była to przygoda. I zachęcająca do sięgnięcia raz jeszcze do wszystkich tych filmów. I nadrobienia 14 tytułów, których z omawianych w publikacji jeszcze nie widziałem. Recenzja opublikowana także na moim blogu http://ksiazkarnia.blog.pl/2015/11/06/kino-nowej-przygody-jerzy-szylak-i-inni/
Wkp - awatar Wkp
ocenił na810 lat temu
Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood Andrzej Krakowski
Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood
Andrzej Krakowski
Hollywood to oczywiście dzielnica miasta Los Angeles w Stanach Zjednoczonych, ale dla większości z nas to przede wszystkim synonim fabryki snów. Dzisiaj, nazwa ta jest głównie stosowana do określenia amerykańskiego przemysłu filmowego, ale kiedyś to była kraina, gdzie spełniało się marzenia. Podróż do tych właśnie początków, proponuje nam Pan Andrzej Krakowski w swojej książce „Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood”. Wyjątkowości tej pozycji polega na tym, że autor chce pokazać, jak wielu Polaków brało udział w budowaniu imperium filmowego. Sam autor również zasługuje na wzmiankę, jest bowiem nie tylko barwną postacią, ale wydaje się jak najbardziej adekwatną do napisania właśnie jest książki. Pan profesor jest absolwentem łódzkiej filmówki, wykładowcą City University of New York i doktorem nauk filmowych. W 1968 roku wyemigrował do Ameryki, a władze PRL pozbawiły go obywatelstwa. Andrzej Krakowski zrealizował ponad siedemdziesiąt filmów, seriali telewizyjnych i między innymi nominowany do Oscara „California Reich”. Sam nie zapomniał o swoich żydowsko-polskich korzeniach i dlatego postanowił przypomnieć o polskim wkładzie w rewolucję filmową w książkach „Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood” oraz „Polish Oscars/Polskie Oscary”. „Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood” autorstwa Pana Andrzeja Krakowskiego to szeroko zakrojona saga filmowa o założycielach najsłynniejszej na całym świecie „Krainy Snów”. Na temat tej książki można by napisać kolejną, studiując szeroko zakreślony punkt widzenia autora. Skupmy się zatem na bohaterach, których życiorysy mamy szansę poznać. Osią tej publikacji jest bowiem dziesięć różnych opowiadań o dziesięciu bohaterach. Każde z nich zaczyna się podobnie – pokazuje drogę jaką przeszli szukając dla siebie miejsca w nowym świecie. Każdy z bohaterów, jak twierdzi sam autor, ma również cechę wspólną, czyli „talent do rozpoznawania szans i możliwości, których inni nie zauważali”. Wybierając te właśnie postaci z ogromnej grupy polskich emigrantów, kierował się głównie tym, w czym byli pierwsi. Sigmund Lubin, urodzony we Wrocławiu lub Poznaniu, jako Zygmunt Lubszyński – zbudował pierwszy przenośny projektor. Bez niego film byłby cały czas oglądany w kinetoskopie, wynaleziony przez Thomasa A. Edisona. Samuel Goldwyn, urodzony w Warszawie jako Szmul Gelbfisz – jako pierwszy zrealizował pełnometrażowy film fabularny w Hollywood. Bez niego filmy byłyby wciąż krótkie. Bracia Worner nazywali się Wonsal i pierwszy z nich urodził się w Krasnosielsu koło Makowa Mazowieckiego. – bez nich film byłby nadal nie tylko niemy, ale i czarno-biały. Słynna dzisiaj wytówrnia Worner Brothers została założona przez czterech braci: Harry’ego (Hirsza),Alberta (Aarona),Sama (Szmula) i Jacka (Itzaka). Pola Negri, urodzona w Lipnie jako Apolonia Chałupiec – jak twierdzi autor, ze wszystkich postaci była ona najbardziej wyjątkowa, „…a to dlatego, że odkryła się sama. Była Polką, zawsze Polką i wszędzie Polką.” – jako pierwsza gwiazda ze wschodniej Europy, pozostaje w pamięci widzów do dziś. Torowała drogę dla Grety Garbo, Ingrid Bergman czy Marlenie Dietrich. W tym zacnym gronie znaleźli się również: Louis B. Meyer, Nathan Harry Gordon, Bracia Shubertowie, A; Jolson, Paul Muni i Billy Wilder. Autor ubolewa, że niestety z braku miejsca bardzo wielu godnych przypomnienia i uwagi Polaków musiał pominąć. Obiecał jednak, że znajdzie dla nich miejsce w drugiej części. Na uwagę zasługuje również tytuł książki „Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood”, bowiem ma on swoich zwolenników, jak i czytelników bardziej sceptycznych. Przez tych drugich właśnie uważany jest za nieco mylący, ponieważ nie wszyscy bohaterowie czuli się Polakami. Urodzeni co prawda na terenie I Rzeczypospolitej w okresie zaborów, ale w większości byli pochodzenia żydowskiego. Moim jednak zdaniem, nie zmienia to faktu, że książka stanowi ogromne źródło wiedzy i jest efektem niesamowitej pracy autora. Napisana jest wręcz z reporterską dokładnością, a najlepszy dowodem jest fakt, że autor porównuje czasami kilka sprzecznych źródeł danej informacji i dopiero na koniec przytacza własną interpretację. Głównych bohaterów jest dziesięciu, ale żeby nakreślić sytuacje w jakiej się znaleźli, autor musiał wprowadzić całą gamę postaci drugoplanowych. Są tu cwaniacy, złodzieje i wizjonerzy kina, których kariery kształtowały się od przysłowiowego pucybuta do milionera. Co z pewnością kosztowało autora ogrom pracy archiwalno-reporterskiej. „Pollywood. Jak stworzyliśmy Hollywood” Andrzeja Krakowskiego mimo wszystko, to wciągająca i wypełniona anegdotkami opowieść o ludziach, którzy wyruszyli z Polski po nowe, lepsze życie. Czyta się tę książę niczym sensacyjną powieść, rodem z Dzikiego Zachodu. Pozycja niesamowicie ciekawa i bardzo wciągająca, a dla miłośników kina to lektura wręcz obowiązkowa. Przeczytaj koniecznie Zaczytana Joana
ZaczytanaJoana BOOKIECIARNIA - awatar ZaczytanaJoana BOOKIECIARNIA
oceniła na82 lata temu
Retromania: Jak popkultura żywi się własną przeszłością Simon Reynolds
Retromania: Jak popkultura żywi się własną przeszłością
Simon Reynolds
Czy odnieśliście kiedyś wrażenie, że jeśli chodzi o muzykę i modę, to wszystko, co było do wymyślenia, już wymyślono? Jeśli tak, to intuicja Was nie zawiodła. Na ponad pięciuset stronach Retromanii Simon Reynolds udowadnia, że popkultura weszła w stan stagnacji i przy okazji zastanawia się nad istotą kolekcjonerstwa, snuje rozważania nad znaczeniem nostalgii oraz wyjaśnia, dlaczego samplowanie jest aktem zniewolenia. SPIS TREŚCI 1. Informacje podstawowe 2. Zawartość - erudycja autora, historia popkultury i filozofia 3. Plusy, czyli jak się powinno tłumaczyć książki, i minusy, których nie ma zbyt wiele 4. Wnioski i ocena INFORMACJE PODSTAWOWE Simon Reynolds, Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością, tłum. Łukasz Łobodziński, Warszawa 2018. Jak już wspomniałam, Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością to zdecydowanie nie lektura na jeden wieczór. Książka liczy 576 stron, z czego 536 to sam tekst. Tomik składa się ze wstępu, prologu oraz trzech wielkich działów (Teraz, Wtedy, Jutro) podzielonych na mniejsze podrozdziały. Na końcu książki znajdziemy bibliografię oraz indeks. Rozważania Reynoldsa ogłosiło drukiem wydawnictwo Kosmos Kosmos, specjalizujące się w tematyce muzycznej. Na użytek polskiego czytelnika przetłumaczył je Filip Łobodziński. ZAWARTOŚĆ - ERUDYCJA AUTORA, HISTORIA POPKUTURY I FILOZOFIA Autorem Retromanii jest Simon Reynolds, dziennikarz muzyczny z niemal czterdziestoletnim stażem, piszący dla największych tuzów z branży (,,Rolling Stone", ,,The New York Times", ,,Pitchfork", ,,Wire"...). Te cztery dekady uważnego słuchania muzyki i studiowania kultury masowej doskonale widać w omawianej książce - i z tego powodu nie jest to lektura najłatwiejsza. Czytelnik zapoznaje się z krajobrazem historycznym kultury popularnej chyba całego XX wieku i pierwszej dekady XXI, ale jednocześnie nie uświadczy on tutaj chronologicznej opowieści o tym, jak powstawała muzyka rozrywkowa. Jeśli Reynolds opowiada, przykładowo, o początkach jakiegoś gatunku muzycznego, to robi to jedynie po to, żeby mieć podstawę dla dalszych rozważań, bo to zresztą na nich opiera się ta książka. Dużo tu filozofii, zwłaszcza postmodernistycznej, z Jacquesem Derridą i Jeanem Baudrillardem na czele. Próbując odpowiedzieć na pytanie: Czy retromania zagnieździła się już na dobre, czy okaże się, że stanowiła jedynie jakiś etap historyczny?, autor zahacza o najróżniejsze tematy i teorie. I tak, stawia on na przykład tezy: - historyczna kultura masowa stała się główną tkanką pamięci pokoleniowej, wypierając stopniowo wydarzenia polityczne, jak wojny czy wybory; - t-shirty z tras koncertowych [...] swój późniejszy polor zawdzięczają temu, że przywołują czas, gdy nie miały żadnego specjalnego znaczenia poza użytkowym; - kiedyś nuda brała się z braku możliwości spędzania wolnego czasu i oczekiwania - dziś wynika z przesytu; - iPod to największa przemiana, jaka wydarzyła się muzyce w pierwszej dekadzie XXI wieku; - późny kapitalizm i kultura splatają się ze sobą dzięki ogniwu, którym jest moda. Muzyka popularna stopniowo przejęła ze świata mody przyśpieszony metabolizm i błyskawiczny cykl, w jakim kolejne zjawiska się przedawniają. Jak to wszystko, o czym pisał Reynolds, ma się do roku 2021 czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam. Książkę w Polsce wydano w 2018 roku, ale anglojęzyczny oryginał pochodzi z 2011. Ciekawe, jak autor skomentowałby ostatnią dekadę, a zwłaszcza album Duy Lipy, zatytułowany, nomen omen, Future Nostalgia. PLUSY, CZYLI JAK SIĘ POWINNO TŁUMACZYĆ KSIĄŻKI, I MINUSY, KTÓRYCH NIE MA ZBYT WIELE Trzeba oddać sprawiedliwość panu Łobodzińskiemu - odwalił kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o tłumaczenie, a było to, moim zdaniem, zadanie bardzo trudne. Specyfiką Retromanii jest przeogromna ilość nazwisk, dat i nazw wydarzeń, w których orientować dobrze będą się chyba jedynie najwięksi muzyczni zapaleńcy. Na szczęście dla polskiego czytelnika, tłumacz zdecydował się objaśniać je w przypisach (a niekiedy i polemizować lub wręcz poprawiać niedopatrzenia autora) - dzięki temu znacznie łatwiej jest przyswoić tekst główny, a książkę czyta się po prostu łatwiej i ciekawiej. Jak już wspomniałam, nie jest to tekst łatwy, ale niesamowicie intrygujący. Spodoba się zwłaszcza osobom, które interesują się filozofią, kulturą popularną i muzyką, i chciałyby zagłębić się w teorie ich dotyczące - zrozumieć nie ,,kto, jak, kiedy", ale ,,po co" i ,,dlaczego". Muszę jednak podkreślić, że momentami Retromania bywa naprawdę trudna w odbiorze. Bywa, że autor rozpisuje się o jakimś jednostkowym, niepopularnym i mało znanym wydarzeniu, wymienia szereg nazwisk i idzie w taki detal, że nawet jako tako obeznany ogólnie z tematem książki odbiorca poczuje się po prostu znużony. Tomik Reynoldsa wyróżnia jeszcze jedna osobliwość, a mianowicie układ tekstu. Bywa, że nagle w środku rozdziału na stronie pojawia się odcięty grubą krechą tekst (zob. zdjęcia),gdzie dziennikarz dzieli się z czytelnikiem swoimi luźniejszymi myślami, związanymi z danym zagadnieniem. Początkowo takie rozwiązanie bardzo mnie irytowało (jak to czytać? Najpierw tekst główny, czy ten pod kreską?),ale z czasem przywykłam. I dla zasady powiem jeszcze, że zdarzają się literówki, ale są one nieliczne. WNIOSKI I OCENA Chyba po prostu powtórzę opinię pana Rafała Księżyca z tylnej okładki Retromanii: Tak właśnie powinno się pisać o muzyce: szerzej, głębiej, zaskakująco. OCENA: 9/10 Więcej fajnych rzeczy i zdjęcia książki -->" okfonia.blogspot.com
Okejfonia - awatar Okejfonia
oceniła na94 lata temu

Cytaty z książki Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Sfinks. Wizjonerzy i skandaliści kina