No cóż - jedna osoba którą obserwuje na youtubie, jest fanem Guy Sorman - i chciałem coś przeczytać by sobie wyrobić opinię samemu o tej postaci.
Podoba mi się jak ta książką jest osadzona w 2004 - zarówno jakimi wtedy problemami żyła USA (czy to otyłość, czy to lament republikanów jak to już nigdy nie wygrają bez takich ludzi jak Schwarzenneger),jak i perspektywa europejska - a właściwie francuska. Tutaj muszę przyznać się zdziwiłem jak pozytywnie i z wiarą patrzy na amerykański system Guy Sorman - jestem ciekaw czy po latach ma tak samo, czy może zmienił ten pogląd - nie zmienia to faktu że tematy które porusza fajnie pokazują jak były istotne wtedy ale przebrzmiały, albo jak wtedy były pomijanalne i zostały lekko wspomniane a teraz je widzimy ze wzmożoną siłą.
Odkrywcze lekko dla mnie było (ale chyba raczej znane) że od XVIII wieku Europa i USA rozeszły się w kontekście świeckości państwa - u nas laicyzm, szczególnie w krajach katolickich jak Francja, Polska czy Włochy oznacza oddzielenie się państwa od kościoła - u nich to oznacza brak czapy państwowej na religią. U nas do rozdziału dążyli liberałowie czy oświeceniowcy plus może mniejszości religijne (bo nie miały często praw jak wyznanie dominujące). U nich to byli oprócz ich oświeceniowców byli baptyści czy inni kwakrzy którzy kojarzyli powiązania anglikańskiego kościoła z królem. Także w skrócie wolność od religii w Europie, w USA wolność do religii
Brak klasycznej lewicy - Guy Sorman stawia znak pytania czy to związane z kalwińskim stylem. Pada często zwrot rewolucji kulturowej z lat 60 tych i reakcje konserwatywną z lat 80 tych. Ciekawe stwierdzenie że Ameryka 2004 jest połączeniem swobody lat 60tych i moralności lat 80tych.
Bardzo mi się odkrywcza wydawało nazwanie jednej cechy jaka charakteryzuje Amerykanów jaka padła w kolejnym rozdziale - teatralizacja - jak się głębiej zastanowić prawie każda dziedzina życia amerykanów jest teatralnie przystosowana - sądy? ławy przysięgłych, wieczne przepychanki i ubieranie się by się spodobać czy to damskich czy to męskim przysięgłym i gra pozorów - nie jestem pewien czy klasyczne europejsko-kontynentalny system z sędziem jest bardziej uczciwy (mimo wszystko myślę że tak) ale system przysięgłych w USA jest bardziej zrobiony pod kręcenie filmu... Podobnie jest ze służbą zdrowia i skomplikowaniem tego systemu - historie o tym jak ktoś wolał by odciąć palec niż go przyszyć bo go nie stać aż się proszą o sfilmowanie. Kultura czirliderek i footbolu amerykańskiego wraz z balem na koniec collegu - też jakoś skrojone pod filmy. Ciekawy aspekt braku limitu kwoty o jaką można się domagać od szpitala - sprawia że szpitale muszą się ubezpieczać tak naprawdę na nieograniczoną ilość pieniędzy - w efekcie czego podnoszą koszty badań podstawowych by mieć na podwyższoną składkę ubezpieczeniowa... Wydaje się że limit nawet duży dla zwykłego człowieka (powiedzmy 20 milionów dolarów) byłby lepszym rozwiązaniem - ale łamało by to amerykański sen o pokonaniu korporacji.
To myślę jest coś czego analizę chętnie bym przeczytał - na ile amerykanie marnują pieniądze na skomplikowanie swojego systemu.
(tak naprawdę wydaje się, że bardziej optymalna mogłaby być dla nich powszechna służba zdrowia - bo i tak mają państwową składkę zdrowotną dla emerytów, urzędników, bardzo biednych) a na ile dzięki nim zyskują w czymś ciężko namacalnym jak historie dla filmów.
Ciekawe powiązanie disneylandów i parków tematycznych z filmem Truman show - gdzie główna postać jest osobą znajdującą się całe życie w reality show. Pewną tezą tej teatralizacji wiązanie jest z specyfiką religijności amerykańskiej - i tej specyfiki gdzie kościół i centrum handlowe się za bardzo nie wykluczają.
Sam Guy Sorman widać że ma sympatię do USA zestawiając często ją z Francją, gdzie te francuskie rozwiązania widać że są dla niego zazwyczaj gorsze. Acz jednocześnie podaje argumenty które po 21 lata - dają mi odwrotny wniosek (w sensie jego argumenty sprawiają że mniej tą amerykę podziwiam niż odwrotnie. )
Ciekawy rozdział "wojna dwóch kultur" - zestawienie jak wielu amerykanów nie uznaje ewolucji. Wręcz ciekawym jest zestawienie że u Amerykanów Darwin może być w wielu kręgach podobnie kontrowersyjną osobą co w Europie Marks, że słowo "ewolucja" może być podobnie kontrowersyjna co u nas "rewolucja" - chyba przez te 20 lat myślę jednak trochę się zmieniło (mamy dzisiaj sporo tej jednak już postprawicy nie wierzącej specjalnie w religie).
Rozdziały o segregacji rasowej - przedstawiono raczej z dziennikarską rzetelnością ale bez szału.
W kwestiach 10 przykazań ciekawe zestawienie historii alabamy - 1862 secesja by podkreślić prawa stanu do samostanowienia, 1955 by utrzymać segregacje rasową, a w 2001 parcie na uznanie prawa bożego jako podstawy prawa - Ogólnie ciekawe jak w ogóle istnieje dyskusja na temat pochodzenia prawa od Boga - gdzie w europie po przeoraniu przez rewolucje i wojny mamy prawo, i ewentualnie konserwatywne partię o sznycie bardziej religijnym - nagina do 10 przekazań, ale otwarcie nie odnosi się do tego.
Ciekawe o konstytucji, że tam konstytucja wyprzedziła naród, a w europie zachodniej to naród wyprzedził konstytucję (chodzi o jakieś formy liberalizmu w XIX i początku XX wieku). Wiązało się to z nabożnym czczeniem konstytucji jako takiej - to trochę minęło wraz z ewolucyjnym traktowaniem konstytucji od lat 50 tych. Ale książka pisana z perspektywy 2004 widać - odnosi się do wizji religijnego przebudzenia którym swoistym symbolem był głośny film "Pasja" Mela Gibsona z tych lat.
Co jakiś czas Guy Sorman odnosi się do różnych fragmentów dzisiaj wrzucanych (często na odwal się zgadzam) do worka o nazwie "woke" - czy to w wojnie o rodzajniki - acz w sumie sam nie wiem jakie ma ostatecznie sam zdanie - chyba jakieś wyważone bo z jednej uderza trochę w próby zmieniania rodzajów dla Boga (czyli żeby raz był męski raz żeński) - z drugiej zauważa że tego typu ożywienie gramatyczne uświadomiło potrzebę rozpoczęcia na nowo otwarcia relacji z czarnoskórymi obywatelami czy innymi zgrupowaniami społecznymi gorzej traktowanymi w przeszłości.
Rozdział w świetnej formie skupia się na kulcie ciała i jego ewolucji. Baseball i futbol amerykański jako dwa sporty zbiorowe które połączyły tak różnych amerykanów, imigrantów i tych co są od paru pokoleń. Ciekawe podkreślenie jak te dyscypliny stricte amerykańskie są o wiele bardziej nastawione na zwycięstwo - po prostu nie za bardzo jest miejsce na remis jak to w naszej europie często się zdarza w piłcę nożnej. Już wtedy do takiego baseballu pojawiać się zaczął sentymentalizm - wchodził swoista moda na sporty indywidualne, kulturystykę, jogging czy fitness. Samo pojawienie się kulturystyki ciekawie jest poniekąd zaznaczone jako efekt odbicia po wybuchu czasów hippisów - byciu na haju i otwartości, kulturystyka była pokazana jako swoisty kult czystości i dążenia do ideałów. Inną sprawą jest, że niepodległość i własne państwo pozwoliło się wytworzyć w Ameryce własnym formom religijnego protestantyzmu. To sprawia, że USA już wtedy przestało być mniej purytańskie niż Brytyjczycy - amerykańskie formy religijne o wiele przychylniej patrzyły na formy sakralizacji ciała, boskie histerie etc. - tu guy sorman stawia wręcz że amerykańska kultura jest bardziej orficka niż chrześcijańska. To kamym po kamyku składa się na to, że atleta ma może nawet wyższą pozycję niż intelektualista, a napewno wyższą niż atleta w europie wobec intelektualisty (tu głównie guy sorman myślę mówi o francji jakby nie patrzeć). Ciekawe, że te amerykańska duchowość ciała była na wskroś zarówno wiktoriańskim brytyjczykom, kościołowi rzymsko-katolickiemu jak i formom większego intelektualizmu (czyli jak się domyślam chyba swojskie europejskie oświecenie tu chodzi).
Spostrzeżenie że amerykańska zażyłość imienna - tendencja do mówienia po imieniu z jednej strony trochę wiążę się z emigrancko-demokratycznym stworzeniem kraju (brak tak rozbudowanej arystokracji/szlachty i nimbu jej),a z drugiej - imiona są często już zanglicyzowane i dają formę bliskości z nową osobą, i znika etniczno-religijno-narodowa jakie często wybrzmiewa gdyby przedstawiali się po nazwisku (czy to ski, czy to stein czy to lee)
Otyłość - już w tym 2004 była dużym problemem - tutaj może spłycę ale parsknąłem śmiechem gdy przeczytałem u Sormana, że dzięki problematyce z otyłością Amerykanie przepracują ten temat i będą mieli rozwiązania, a my w europie będziemy musieli robić nerwowo ruchy gdy będzie już skokowo źle - po 20 latach w europie widzimy że no otyłość wzrasta, ale regulacje tych produktów że tak powiem nadmiernie otłuszczających, ocukrzającyh i świadomość jest na tyle duża że mimo wszystko idzie w dobrą stronę - jedynie trzeba popracować nad większym ruchem (otyłość w USA 40% we Francji 17%). Jednocześnie widzimy próby przez środowiska otyłe traktowania ich jakby nie patrzeć bardziej ludzko bo w nadmiernym kulcie atletyzmu jest to też na pewno trudne. Tutaj polecam podkast amerykański o otyłości - dzisiaj dochodzą takie kwestie, że przy tej ich gentryfikacji targi z warzywami czy po prostu sprzedaż warzyw w sklepie jest fanaberią często w mniejszych dzielnicach i otwiera się je w tych bardziej już dla klasy średniej - nie mówiąc o tym, że wszystko musi być docukrzone bo inaczej jak takie mleko można pić.
Ciekawa dywagacja czemu amerykanie nadal są religijni. Talleyrand w 1794 na wygnaniu stwierdził że USA to kraj gdzie jest 30 religii i tylko jedno danie. Pokazuje znowu inne rozumienie religii - tam mało jest wspierania finansowego kościołów, jak i przestrzeganie przed ostentacyjnym znakami religijnymi (we Francji to temat żywy faktycznie chyba już od stulecia). Ciekawe jest próba zestawienia, że Amerykanie bardziej wiążą się religijnie z Bogiem, podczas gdy europejczycy bardziej z Jezusem - to pewnie wynika z wagi starego testamentu. Innym zestawieniem jest otwarte podejście że im więcej wiernych pastor przyciągnie tym lepszy to pastor - im bogatsze auto tym większa wiara - jest to hiperbolizacja ale po prostu u amerykanów domaganie się skromności od duchownego nie przebiega tak samo (tu pewnie różnice między ewangelikalnymi a ewangelickimi). Z kwestii żydowskich ciekawe jest przekręcenie środowisk protestanckich od lat 50 tych tak jak były raczej antysemickie, tak od tamtego czasu stały się proizraelskie szczególnie w kontekście żydowskiej państwowości.
Interesujący paradoks o karze śmierci - lata 70 to renesans kary śmierci (podczas gdy poprzednie dekady to było jej wycinanie) a w europie zaczęto zakazywać. W południowych stanach często jest pewien paradoks że to np. baptyści z teksasu, są osobami z którymi można dyskutować co do ograniczeń dla kary śmierci.
Po rozdziale o przestępczości pomimo Guy sormana który chyba jest za amerykańskim badaniem etniczności/rasowości dla statystyk - uważam że francuzi mają pewne rację w banowaniu badań na temat narodowości i religijności. Bo patrząc na amerykanów którzy ociosali grubymi kamieniami te swoje rasy (latynos oddzielnie niż biały) (ale włoch i hiszpan to już biali) (ale za to argentyńczyk co jest też biały to już latynos) (czy migranci z ghany afroamerykanie?) że on nie za bardzo pozwala rozwiązać problemy a tylko je zaognia (w tej książce widać też przebrzmienia że demokraci będą rządzić wiecznie bo imigranci, no chyba że republikanie zaczną gadać po hiszpańsku - nawet zaczeli jak jep bush, ba został katolikiem - a i tak prezydenturę zapewnił im donald trump co paradoksalnie wbrew rasowym podziałom miał poparcie wśród latynosów - ba rasowość dla nich była mniejszym problemem niż w statystykach wygląda).
. Francuskie podejście na kto jest obywatelem francji a kto nie jest lepsze bo inaczej przy głośnych sprawach idziemy w absurd czy zinedine zidane to algierczyk francuz a może jeszcze inne. Tożsamość społeczna dla każdego może być inna i to jest spłycanie tematu wrzucać nas do jednego wora (podobne tematy u nas że ktoś może się czuć ślązakiem, a może być ślązakiem i polakiem i tak dalej). Ogólnie im starszy jestem tym bardziej jestem za wywalaniem do kosza i zakazami sondaży wyborczych - to trochę zasada jak z ciszą wyborczą, może i jest trochę sztuczna ale daje nam odetchnąć od nagabywania nas co chwila przez media i polityków.
Ciekawe ukazania Kalifornii jako środowiska które tworzyło wczesną kulturę internetu. Guy Sorman wydaje mi się że trochę sympatyzował wtedy wyzwalającą siłę jaką będzie internet dzięki kalifornii a sam teraz widzę że jest raczej odwrotnie. Jednocześnie przedstawia faktycznie - brak wspólnych doświadczeń dla narodu powoduje w nas napewno większą niechęć do innych paradoksalnie.
Już idąc sobie stąd bo stanowczo za dużo tu wypisałem ciekawych dla mnie rzeycz - bardzo ciekawa książka muszę sięgnąć po kolejną Guy Sormana bo sporo dywagacji się tu rodzi.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Hegemon. Droga Chin do dominacji
Książka z wyraźną tezą, pisana z pozycji jawnie proamerykańskiej. W sposób na tyle jaskrawy, że cierpi na tym wartość strony merytorycznej opracowania a co za tym idzie wiarygodność przytaczanych danych. Można mieć o to pretensje do autora gdyż wiele fragmentów książki prezentuje niewątpliwie realistyczne spojrzenie na kształt polityki zagranicznej oraz wewnętrznej Chin. Ta wewnętrzna niespójność sprawiła, że miałem wyraźny problem z oceną tekstu, z jednej strony świeży i trzeźwy z drugiej jednak wyraźnie polityzujący i niewiarygodny.
I tak ChRL to obecnie państwo - odradzający się Hegemon, niewolący własny naród oraz narody w sferze potencjalnego wpływu. Zasięg zaś tego wpływu w czasach współczesnych może być globalny. USA z kolei to oczywiście obrońca wolnego świata, piewca demokracji, najpotężniejsze państwo i wyjątkowy naród, którego szczególne posłannictwo powinno być uznane przez wszystkie pozostałe państwa i narody tak ze względów realnej siły jak i unikalnych przymiotów moralnych. Niestety im bardziej propagandowy charakter ma tekst tym mniejszy jest jego walor naukowy. Nie mogła już tego zmienić charakterystyka legizmu oraz zupełnie uzasadniona krytyka wielu posunięć chińskiego państwa na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Przykładem rzeczowości przytaczanych danych pozostanie zaś dla mnie powtórzenie informacji o chińskiej, masowej migracji do Syberii, które w polskiej debacie zupełnie przekonywająco dyskredytuje Pan dr Michał Lubina w książce "Niedźwiedź w cieniu Smoka".
Książka z wyraźną tezą, pisana z pozycji jawnie proamerykańskiej. W sposób na tyle jaskrawy, że cierpi na tym wartość strony merytorycznej opracowania a co za tym idzie wiarygodność przytaczanych danych. Można mieć o to pretensje do autora gdyż wiele fragmentów książki prezentuje niewątpliwie realistyczne spojrzenie na kształt polityki zagranicznej oraz wewnętrznej Chin. Ta...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWarto przeczytać, by uzmysłowić sobie jakim zagrożeniem mogą być dążenia Chin do dominacji w Azji, a także na świecie.
Poza tym książka nazbyt pro USA, choć z dwojga złego lepiej w tę stronę.
Warto przeczytać, by uzmysłowić sobie jakim zagrożeniem mogą być dążenia Chin do dominacji w Azji, a także na świecie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPoza tym książka nazbyt pro USA, choć z dwojga złego lepiej w tę stronę.
Książka zawiera wiele ciekawych obserwacji na temat Chin jest jednak trochę zbyt stronnicza jak na mój gust. Autor ma zdecydowanie zbyt idealistyczne podejście do tematu.
Książka zawiera wiele ciekawych obserwacji na temat Chin jest jednak trochę zbyt stronnicza jak na mój gust. Autor ma zdecydowanie zbyt idealistyczne podejście do tematu.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to