rozwińzwiń

Tabu

Okładka książki Tabu autora Jacek Bocheński,
Okładka książki Tabu
Jacek Bocheński Wydawnictwo: Czytelnik Seria: Głowy Wawelskie literatura piękna
142 str. 2 godz. 22 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Głowy Wawelskie
Data wydania:
1971-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1965-01-01
Liczba stron:
142
Czas czytania
2 godz. 22 min.
Język:
polski
Średnia ocen

6,4 6,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Tabu w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Tabu

Średnia ocen
6,4 / 10
14 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Tabu

Sortuj:
avatar
442
420

Na półkach:

„ Francois, poczekaj, musisz to dobrze zrozumieć, będziesz mnie pewnie miał dość, ale musisz zrozumieć. Jestem aktorką, owszem, daje ci tu wielki spektakl, ty jednak nie zaczynaj uważać się teraz, po wysłuchaniu całej tej historii z Diegiem, za przypadkowego statystę, który dostał się przez pomyłkę na niewłaściwą scenę i jest tym rąbnięty. Nie, Francois tak nie myśl. Też zagrałeś niezłą rólkę, mój prefekcie, i nie mów, że mógł ją zagrać ktokolwiek inny, obrażasz mnie tym.” (s. 131.)
Jacek Bocheński, Tabu, Czytelnik, Warszawa 1971.

Powieść Jacka Bocheńskiego
(napisana w latach 60-tych XX w.)
wyrasta ze znakomitego pomysłu,
by wybrać jedno imię, Dolores,
ale trzy bohaterki (zakonnicę, aktorkę, modystkę).
Mocne zestawienie.
Wybrać trzech mężczyzn o imieniu Diego
(wędrownego poetę, malarza, i jubilera)
i całość zatytułować „tabu”.
Tyle i aż tyle.

Trzy niezwykle krótkie opowiadania
każą zatrzymać się nad problemem tytułowym,
przypomnieć o jego znaczeniu i obecności w świecie człowieka.

Jacek Bocheński za „Tabu” otrzymał w 1965 r.
Nagrodę Honorową Radia Wolna Europa
za najlepszą książkę krajową.

Tabu Bocheńskiego – lekturą
godną polecenia!!!
10/10

„ Francois, poczekaj, musisz to dobrze zrozumieć, będziesz mnie pewnie miał dość, ale musisz zrozumieć. Jestem aktorką, owszem, daje ci tu wielki spektakl, ty jednak nie zaczynaj uważać się teraz, po wysłuchaniu całej tej historii z Diegiem, za przypadkowego statystę, który dostał się przez pomyłkę na niewłaściwą scenę i jest tym rąbnięty. Nie, Francois tak nie myśl. Też...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
101
87

Na półkach:

"Tabu" to znakomity przykład literatury, która nie tak dawno uchodziła za nowatorską i odkrywczą, obecnie zaś jest po prostu niedzisiejszą, a wręcz zapomnianą.

Opublikowane w 1965 r. 100-stronicowe dziełko składa się z trzech monologów kobiecych. Można powiedzieć, że to ta sama kobieta, ale umieszczona w różnych epokach. Pierwszy monolog to zeznanie młodej dziewicy-zakonnicy przed inkwizytorami, a więc Średniowiecze, opowiadającej swoją ucieczkę z ukochanym mężczyzną (Diego) z Hiszpanii do Francji. Drugi monolog to zeznanie nieco starszej kobiety przed prefektem policji we Francji w czasach wojny domowej w Hiszpanii, policja francuska poszukuje ukochanego Dolores, Diego, skrywającego się komunisty. Część trzecia to rozmowa telefoniczna (ale czytamy tylko wypowiedź kobiety) na lotnisku gdzieś poza Hiszpanią, a rzecz dzieje się w czasach Franco.

Wszystkie kobiety popełniły grzech... grzech pożądania, może uwiedzenia mężczyzny, grzech winy i wstydu - grzech uniwersalny, ale nieco inny w każdej epoce i w każdej epoce opowieści inaczej przedstawiony. I być może warto przeczytać tę krótką książkę, aby to postrzeganie grzechu przez Bocheńskiego poznać i zgłębić.

Ja jednak jakkolwiek z zaciekawieniem podeszłam do tej lekturki, męczyłam się - zwłaszcza z drugą opowieścią. Nie ciekawiły mnie ani kontekst historyczny, ani rozterki tych kobiet - zbyt dalekie i archaiczne, a ich niektóre decyzje trudne dla mnie do zaakceptowania z psychologicznego punktu widzenia.

Sądzę, że książka może być ciekawa dla badaczy literatury Bocheńskiego lub freudyzmu w polskiej literaturze lat 60-tych. Ja szukam jednak ciekawych opowieści, które wciągną mnie i przytrzymają. Ten tytuł jednak do nich nie należy.

"Tabu" to znakomity przykład literatury, która nie tak dawno uchodziła za nowatorską i odkrywczą, obecnie zaś jest po prostu niedzisiejszą, a wręcz zapomnianą.

Opublikowane w 1965 r. 100-stronicowe dziełko składa się z trzech monologów kobiecych. Można powiedzieć, że to ta sama kobieta, ale umieszczona w różnych epokach. Pierwszy monolog to zeznanie młodej...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

28 użytkowników ma tytuł Tabu na półkach głównych
  • 17
  • 11
9 użytkowników ma tytuł Tabu na półkach dodatkowych
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Tabu

Inne książki autora

Jacek Bocheński
Jacek Bocheński
Polski pisarz i publicysta, w latach 1997-1999 prezes Polskiego PEN Clubu. Współzałożyciel i redaktor naczelny kwartalnika "Zapis", wydawanego poza cenzurą (do 1981 r.). Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Warszawie, na Ursynowie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Sposób bycia, Bardzo starzy oboje Kazimierz Brandys
Sposób bycia, Bardzo starzy oboje
Kazimierz Brandys
"Ego te absolvo” - ja cię rozgrzeszam od twoich grzechów Życie...brud, zimno, porażki i cierpienia, niesprawiedliwość... Zdrada za zdrade, chore serce- chore z żalu Samotność... brak zrozumienia...na „ostatniej prostej” Ego te absolvo...za małe i duże Sceny rysują się przed oczyma niczym klatki czarno-białego filmu. Głowa w sercu, serce w głowie..jasność...ciemność...i znowuuuuu zimno straszne przejmujące zimno... Życie to obóz, życie to czyściec. Sceny z dzieciństwa, młodości, uciekające marzenia, blaknące- blaknące życie... Ego te absolvo- dla ciebie, dla niego, dla mnie... dla tych z obozu, tych z „piwnic” i tych którzy nazywali siebie przyjaciółmi, dla tych co przysięgali wierność, wsparcie, bliskość... dla wszystkich. Rozgrzeszam... za cały ból. Boli o jak bardzo boli. A wszystko przez mój sposób bycia... Winny- niewinny? Czas, przemijanie, starość...czy jeszcze można coś naprawić by choć na chwilę poczuć szczęście? Sposób bycia, bo to przecież mój sposób bycia. Studium psychologiczne czterdziestoletniego mężczyzny, zrujnowanego psychicznie i fizycznie, w formie monologu, wzbogaconego obrazami z przeszłości z ciekawą narracją. Lubię książki braci Brandys świetne pióro i redakcja. Książka została zekranizowana z znakomitą rolą Andrzeja Łapickiego. Większość książek braci Brandys jest warta polecenia. "Ego te absolvo a peccatis tuis" to łacińska fraza, która oznacza "Ja cię rozgrzeszam od twoich grzechów". Jest to formuła używana w Kościele katolickim podczas spowiedzi, kiedy kapłan udziela absolucji, czyli odpuszczenia grzechów. Pełna formuła rozgrzeszenia brzmi: Bóg, Ojciec miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna, i zesłał Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, niech ci udzieli przebaczenia i pokoju przez posługę Kościoła. Ja, posługując się jego mocą i autorytetem, odpuszczam ci grzechy i udzielam ci absolucji w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen. 
Scarlett - awatar Scarlett
ocenił na1011 miesięcy temu
Przed nieznanym trybunałem Jan Józef Szczepański
Przed nieznanym trybunałem
Jan Józef Szczepański
Interesujące eseje z 1975 r., zawierające etyczne credo Jana Józefa Szczepańskiego (rocznik nie byle jaki– 1919),jednego z lepszych polskich pisarzy, ostatniego prezesa Związku Literatów Polskich, zlikwidowanego przez Spawacza w stanie wojennym. Najciekawszy wydaje się tekst „W służbie wielkiego armatora” – czyli Ojczyzny (dziś już nie da się nie dodać: i Synczyzny z Córczyzną). Opisując zbiorowy portret swego pokolenia, Autor wspomina niby rzecz oczywistą, ale jakże gorzką w kontekście tego wszystkiego, co już czekało za progiem dorosłości i trwało aż do wieku mocno dojrzałego. „Dwadzieścia lat bez garbu owej wyjątkowości narodowego losu – bez piętna przekleństwa i świętości, w przekonaniu że już za nami cała ta atmosfera pokuty i misji, anielstwa i diabelstwa, infantylizmu i wzniosłości, które z historii naszej uczyniły rodzaj misterium – patetycznego i (jakeśmy to chyba odczuwali) nieco histerycznego zarazem”. „Byliśmy pierwszym normalnym, zdrowym psychicznie pokoleniem Polaków od paru stuleci. Więc i sztandary nasze musiały być inne. Inne gesty. Inny styl gry na dziejowej scenie”. „Stąd zapewne Conrad. Ledwo zauważany dotychczas - jeden z klasyków w bibliotece. (…) I nagle odkrycie: aktualniejszy niż wszyscy. Jak gdyby czekał na ten czas, żeby wyznaczyć nam kurs na mapie”. Chodzi oczywiście o etykę wierności - sobie i zasadom - która wyznawało i generalnie jednak zachowało pokolenie Szczepańskiego. Autor nigdy się w Peerelii nie zeszmacił, wręcz przeciwnie – pamiętam go jako autorytet i nie byle jaka osobowość. I pamiętam też jego niewielkie, wstrząsające opowiadanie „Buty” – o wymordowaniu ”na zimno” przez AK oddziałku azerskich kolaborantów, którzy nie chcieli już walczyć po stronie Niemców, a tylko przeżyć, i przyłączyli się do partyzantki. Było ono jednym z pierwszych (1956),a raczej nielicznych, tekstów o tym, co naprawdę się działo podczas wojny, a nie kolejną malowanką dla grzecznych przedszkolaków na rocznicową akademię wypichconą. Mam zaś problem z tekstem z tego zbioru o o. Maksymilianie Kolbe. Jego czyn był heroiczny, jak żadne inne samobójstwo, bo także i w tych kategoriach można rozpatrywać to, co uczynił w tamtym antyświecie – samobójstwa, aby Inny przeżył. Istotę obozu Autor ujmuje w kilku mistrzowskich zdaniach: „Obozy koncentracyjne służyły nie tylko represji i eksterminacji +elementów niepożądanych+. Ich zadaniem było między innymi wskazanie fikcyjności etyki ludzkiego braterstwa – zasady podważającej najoczywiściej roszczenia rasowego elitaryzmu. Podludzie powinni byli ginąć wdeptywani w błoto jak robaki – masowo, lecz samotnie, anonimowo, bez godności należnej ofiarniczemu cierpieniu, w upodleniu i hańbie, o ile możności przykładając się sami do własnej zagłady”. „Stąd szczególna pogarda, z jaką odnosili się do wszelkich głosicieli humanitaryzmu. Intelektualiści, księża, przedstawiciele doktryn politycznych, opartych na założeniach uniwersalizmu, poddawani byli w obozach specjalnemu reżimowi poniżeń. Bo to była próba prawdy. +I gdzie wasza ludzkość? Gdzie się podziała, kiedy skaczecie sobie do gardeł o skórkę chleba, kiedy na rozkaz kapo okładacie się kijami?+ W pewnym sensie obozy koncentracyjne były fragmentem ostatecznej światopoglądowej debaty”. „Kosztem dobrowolnej ofiary z życia, złożonej przez jednego człowieka, ocalony został drugi człowiek. Obcy. Niepowiązany ze swym wybawcą innymi więzami, jak tylko więzy ludzkiego braterstwa. Abstrakcyjne hasło ludzkości odzyskiwało widomą treść. Życie okupione śmiercią znów nabierało ceny”. Ale była i druga strona zakonnika (przed wojną nawet pierwsza): nienawiść do Innych. Owszem, Szczepański tego nie ukrywa: „Klerykalne fobie, antysemityzm, system podejrzeń, wiodący do upatrywania szatańskiego spisku w manifestacjach każdego odmiennego stanowiska”. I tylko pytanie, czy dlatego nie pisał o tym moralnym brudzie mocniej czyli prawdziwie, bo byłaby to tzw. „woda na młyn komuny” (świetnie taki mechanizm pamiętam)? Autorowi być może udziela się coś z tej postawy, za to we mnie niestety ma wielkiej wyrozumiałości wobec tamtej postawy Świętego (a czytałem teksty „Małego Dziennika”, ohydnego, prostackiego, szczującego brukowca),czyli kogoś, kto „krzyż miał na piersi a nienawiść w sercu” - nawet po jego wielkim czynie z Auschwitz. Z kolei tekst o bandzie Mansona niczym nie zachwycił, zwłaszcza że Autor podjął chyba zbyt łatwą próbę zrozumienia i wytłumaczenia tego zjawiska, bo chyba nie fenomenu. I tylko dziwne, że tak głęboki umysł podsumował swe wywody w tak płytki sposób: „Pierwszym jednak warunkiem umożliwiającym Chrystusowi-diabłu połów dusz był klimat intelektualny i moralny młodzieżowej rewolucji lat 60. Klimat protestu przeciw wynaturzeniom cywilizacji, identyfikowanym z każdą postacią oficjalnego autorytetu”. Wszystko jest napisane wspaniałym językiem, który najlepiej byłoby określić mianem przedwojennego, w najlepszym tego słowa rozumieniu. J.J. Szczepańskiego znałem jako wybitnego moralistę. Z tym większym, niekoniecznie miłym, zaskoczeniem było dla mnie posłowie Naczelnego Moralizatora RP (różnica obu pojęć oczywista) Jego Najwyższej Przemądrzałości Krzysztofa Zanuddziego. ”Konrad nie chce zejść ze sceny” – tematem sztuki Jerzego Zawieyskiego sprzed lat nie był wprawdzie Wielki Reżyser (ostatni dobry film nakręcił kilka dobrych dekad temu),ale mógłby być. A nawet powinien…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na61 rok temu
Noc, dzień i noc Andrzej Szczypiorski
Noc, dzień i noc
Andrzej Szczypiorski
Powieść „Noc, dzień i noc” uważana jest za kontynuację „Początku”. Nie jest nią w sensie dosłownym, pojawiają się inni bohaterowie, akcja toczy się po wojnie, choć ta powraca we wspomnieniach. Osią wydarzeń staje się ubecka prowokacja, w którą włączony zostanie były żołnierz AK. To Antoni po latach opowiada zagranicznej dziennikarce o tym, co się zdarzyło. Jednak rozdziały z bohaterem jako narratorem pojawiają się pomiędzy tymi, w których jest narracja w trzeciej osobie. Poznajemy ideowego komunistę Czarnockiego, nazistę Arensa, cynicznego ubeka Trojana, Żydów handlujących walutą, ludzi pracujących dla nowego systemu, wierzących w słuszność walki o nowy ustrój, niewahających się przed wsadzaniem do więzień ludzi niewinnych, tworzeniem kłamliwych oskarżeń. Główny bohater mówi: „Żadna siatka szpiegowska nie istniała, była wytworem fantazji kilku funkcjonariuszy śledczych, ale musiałem potwierdzić swój udział w tej siatce, i każda metoda była dobra, byle ten cel osiągnąć”. Poznajemy więc świat, do którego „nie można przykładać zwykłej, ludzkiej miary”. Niektórzy z bohaterów po latach zwątpią w słuszność swych decyzji, inni będą szukać usprawiedliwień dziejowych, postrzegając siebie jako „ofiarę mechanizmów historii”. Względność zasad staje się wygodna, Czarnocki słyszy od jednego z towarzyszy, że „moralność jest kwestią punktu widzenia (…) ona jest relatywna, (…) zmienna, w zależności od twojej socjalnej kondycji”. Warto czytać książki Andrzeja Szczypiorskiego, są piękne i mądre, i wciąż niezwykle aktualne.
wiesia - awatar wiesia
oceniła na85 lat temu
Lekcja martwego języka Andrzej Kuśniewicz
Lekcja martwego języka
Andrzej Kuśniewicz
William Faulkner był pisarzem postępującej katastrofy, toksycznego koloidu przeszłości oraz teraźniejszości. W „Rodzinnej Europie” Czesław Miłosz celnie zauważył, że to zaważyło na estymie, jaką amerykański literat cieszył się (na czas pisania swojego skądinąd znakomitego eseju, tj. 1959; bo kto dzisiaj wie kto to był Faulkner?) nad Wisłą. Oczywiście zaciążyło to – wg wielu znawców – na sukcesie Włodzimierza Odojewskiego czy (w bliższej nam perspektywie czasowej) „Golema” Macieja Płazy, ale jako wielbiciel Faulknera nie do końca się z tą tezą zgadzam. Zarówno Odojewski jak i Płaza nie są epigonami; przekonywanie o wielkości pisarstwa Odojewskiego jest zbyteczne, z kolei Płaza, mimo używania podobnych narzędzi literackich co amerykański noblista, w przywołanej wyżej powieści jest też silnie singerowsko-lovecraftowski (to moja opinia, a także komplement). Dzięki temu obie pozycje operują w innych rejestrach, jakkolwiek serwują czytelnikowi podobnie przygnębiającą aurę postępującej degeneracji świata. Kuśniewicz na pierwszy rzut oka jest kolejnym z pogrobowców Faulknera. Obawiam się, że dla wielu literaturoznawców wystarczy stosowanie długich zdań, zredukowanie dialogów do absolutnego minimum (niekiedy oznaczającego zero) oraz poruszanie się w technice strumienia świadomości, by wysnuć takie porównanie. Cóż za krzywdzące uproszczenie; długimi zdaniami posługiwał się też Tomasz Mann, można pozornie zachować dialogi, które dialogami nie są (Witkacy w „Pożegnaniu jesieni),z kolei każdy strumień świadomości, z racji silnego intersubiektywizmu, jest czymś odrębnym od innego strumienia. „Lekcja martwego języka” to unikat, bowiem w swej strukturze tworzy pewien łańcuch impresji powiązanych dość luźną więźbą (np. gdy porucznik Kiekeritz widzi torbę konduktorską w przedziale wodzi ją daleko w przestrzeń i czas, po czym z kolejnego skojarzenia idzie w kolejne skojarzenie, itd. – dlaczego, zdradza niestety skandaliczny opis serwisu, który odsłania prawie wszystkie karty jeszcze przed lekturą, jak tak można). Jest unikatowa, bowiem tworzy kalejdoskopiczny obraz psychicznej i moralnej degradacji, nie wwiercając się tak głęboko w strukturę psychiczną bohatera (Odojewski),nie odnosi się ze szczególarskim pietyzmem do postaci drugoplanowych (Faulkner),nie wyjaśnia hermetycznego świata jego własnymi terminami (Płaza). Pejzaże okrucieństwa wymieszane z pełnymi wdzięku impresjami natury czy mitami tworzonymi w głowie porucznika (niewątpliwego estety w wąskim tego słowa sensie) to zaledwie migawki, piękne miniatury, szkatułka wspomnień i szkiców wspomnień pojawiających się niby bez celu, a tak naprawdę by naświetlić, z jak drobnych okruchów składa się człowiek stojący u progu gnijącego świata. „Lekcja martwego języka” przez obraz społecznego bankructwa I wojny światowej, podeptanych idei i skundlonych ludzi stawia pytanie ile po nas zostanie, ile warta jest sztuka, ludzkość, jednostka w kontekście Wielkiej Erozji. Kuśniewicz, poza pieczołowitym, do granic perfekcji wymuskanym językiem, doskonale opanował również technikę inwersji czasowej (i tu wreszcie można zestawić go z Faulknerem). Bo ile człowiek ma minut wiedząc że wszystko ginie i o czym myśli, licząc ostatnie sekundy? Czy w głowie zostają wielkie idee, figura efeskiej Diany, czy też pozornie bezcelowe migawki, które nie mają początku, końca, związku ani znaczenia? Co rodzi się w obliczu wszechogarniającej klęski? Dlaczego język, którym mówimy całe życie nagle okazuje się martwy? Upadek nie musi być stopniowy, jak w „Marszu Radetzky’ego” Rotha lub jedynie sygnalizowany jak w „Soli ziemi” Wittlina (powołując się na inne świetne pozycje dot. I wojny w cesarsko-królewskiej monarchii). Może być taki, że człowiek dosłownie w ostatniej chwili uświadamia sobie, że przegapił własne istnienie. „Andrzej Kuśniewicz swą pasję literacką realizował dwutorowo: lewą ręką ochoczo spisywał donosy na swoich kolegów, prawej używał zaś do tworzenia literatury rozumianej bardziej tradycyjnie” – że przytoczę cytat z jednego z wpisów na portalu. Prawicą uczynił przynajmniej jedną wybitną rzecz.
Yarek44 - awatar Yarek44
ocenił na91 rok temu
Tango z samym sobą Sławomir Mrożek
Tango z samym sobą
Sławomir Mrożek
Sławomir Mrożek "Tango z samym sobą. Utwory dobrane" Jako dziecko kojarzyłam Mrożka głównie ze śmiesznymi rysunkami z czasopism, które przewalały się u nas po domu. Sporo z tych obrazków do dziś zresztą kołacze mi się w pamięci, choć trudno je znaleźć nawet w erze internetów. W szkole podstawowej z kolei Mrożek kojarzył mi się z opowiadaniami, głównie ze "Słoniem". W liceum odkryłam "Tango", z którym mocno się identyfikowałam jako nastoletnie zbuntowane dziewczę. Wszystko to jednak było bardzo pobieżne i dopiero sięgnięcie po tę opasłą knigę (688 stron!) dało mi lepszy pogląd na twórczość Mrożka, którą jakoś w czasie studiów "przegapiłam" (pan od współczesnej chyba go nie lubił). Nadal cenię Mrożka za jego ironiczny styl, za niewiarygodne poczucie humoru i całkiem cenne obserwacje odnośnie ludzkich relacji. Sporo z tego odkrycia jednak mi nie podchodzi, w wielu kwestiach się nie zgadzamy i nie jestem w stanie pojąć momentów, gdy ironiczne żarty przekształcają się w bardzo złośliwą kpinę zawierającą stereotypy odnośnie Polaków albo bardzo nieprzyjemnie upraszczające wszystko polaryzacje, jak w "Emigrantach". Wspomniałam o Polakach, ponieważ polskość i Polska są jednymi z głównych tematów, jakie Mrożek tu porusza. W pierwszej chwili można uznać, że pisarz po prostu nie lubi swojego kraju, swojej historii, narodowości. Dość szybko sam rozwiewa to wyobrażenie tłumacząc, że nie identyfikuje się z Polską nie dlatego, że to Polska, ale że generalnie nie identyfikuje się z żadnym państwem. Zarówno z deklaracji Mrożka, jak i z jego utworów widać, że to osoba, która po prostu nigdzie nie czuje się u siebie i zawsze ma poczucie obcości, bycia skądś indziej. To wieczny wędrowiec, który nie umie zapuścić korzeni, bo go to zwyczajnie męczy. I gdy traktuje tę Polskę stereotypem, staram się mu darować, zrozumieć, że jego osobowość po prostu nie nadaje się do bycia częścią jakiegoś zbioru. A przecież takie życie z wiecznym poczuciem wyobcowania i niedopasowania jest niesamowicie obciążające, co zresztą widać w postaciach mrożkowskich bohaterów. Warto się z Mrożkiem zapoznać, nawet jeśli się z nim nie dogada i czasami na niego wkurza. Zwłaszcza, ze większość tych tekstów naprawdę prowokuje do myślenia, rozszyfrowywania, odcyfrowywania. Utwory zebrane są chronologicznie, lecz nie jest to chronologia pisania, ale losów bohatera-pisarza. Zaczynamy od czasów powojennych, kończymy na latach 90. Są tam właściwie wszystkie formy, od listu, felietony czy rysunku satyrycznego, przez opowiadania aż do dramatów. Sama książka jest bardzo pięknie wydana: kredowy papier, śliczna szata graficzna (błękitna kolorystyka i obrazki jako numerki stron - bomba!),zdjęcia, twarda oprawa. Jedne, co mi się nie podobało w tej materii, to font wybrany do listów. Zapewne miał imitować pismo maszynowe, ale efekt jest dość rażący.
Renegi Grene - awatar Renegi Grene
ocenił na99 lat temu
Koncert Wielkiej Niedźwiedzicy Jerzy Limon
Koncert Wielkiej Niedźwiedzicy
Jerzy Limon
Nieodżałowany prof. Jerzy Limon napisał znakomity niby pamiętnik. Niewątpliwe fakty z przeszłości Sopotu i jego samego w PRL (pasjonujące, śmieszne, przerażające) mieszają się ze zmyśleniem - choć nie jest łatwo odróżnić jedno od drugiego. To wspomnienia i prywatne, i zarazem odnoszące się do rzeczy jak najbardziej publicznych. Jesteśmy przecież w Trójmieście, gdzie komuna - na swoją ostateczną zgubę - wytworzyła zupełnie specyficzny typ człowieka. Mówiąc górnolotnie - czego Limon unika - człowieka z żelaza. Bo na wszystkim kładzie się swym ponurym cieniem właśnie tamta władza. Ktoś jej na początku ufa, potem z upływem czasu - jak pisze Autor - "powiększa się grono obojętnych, ale tych trudno było zauważyć, bo przecież z definicji nie mogą się zrzeszać". Znakomitym wątkiem przeplatającym i tak potoczystą narrację jest chutliwa żona lokalnego kacyka PZPR (prawda to, czy fałsz?). W tle tego wszystkiego zagubiony, nieco bezradny wobec ówczesnej rzeczywistości inteligent, marzący czasem o porzuceniu - choć na krótko - krępującego go czasem tego statusu, czego zarazem bardzo się obawia. Osobistym tonem książka wykazuje pewne podobieństwa ze słynną "Krótką historią pewnego żartu" - wspomnieniami z dojrzewania w Gdańsku niemal równolatka Limona prof. Stefana Chwina. Wiele straciliśmy z odejściem prof. Limona........ Wielki żal, że już niczego nie napisze
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na94 lata temu
Pamiętnik antybohatera Kornel Filipowicz
Pamiętnik antybohatera
Kornel Filipowicz
Kornel Filipowicz jako pisarz zasłynął z tego, że opisywał życie przeciętnych ludzi, potrafił przekonująco "wchodzić w ich skórę" i pokazywać prawdziwe oblicze zwyczajnego życia. W środowisku literatów żartowano, że jest on pisarzem szarych popołudni i "uporczywym prowincjałem". Popularyzatorka jego twórczości - Justyna Sobolewska pisała, że: 🔰"Zawsze wychylał się ku "Innym", którym starał się oddać głos. Mógł to być jego żydowski kolega, kobieta na wsi, która nie ma żadnych praw, kot czy motyl". Mikropowieść "Pamiętnik antybohatera" to literacki eksperyment odsłaniający kulisy życia zwyczajnego kolaboranta. Bohater, a właściwie antybohater, wymyślony przez pisarza, a tak naprawdę zapewne podpatrzony, gdzieś w okupacyjnej oraz powojennej rzeczywistości, dostaje głos i opowiada o tym, jak on postrzega otaczający świat. Utwór pisany jest w narracji pierwszoosobowej, dzięki czemu możemy śledzić czyny, myśli, poznawać motywacje i przeżycia głównej postaci. Sylwetka tytułowego antybohatera konstruowana jest w taki sposób, że mimo jego bardzo dwuznacznych zachowań, dla czytelnika jest to ktoś wiarygodny, komu nie można zarzucić braku logiki. Poznajemy, więc zwykłego człowieka, którego, jednak w żaden sposób nie da się polubić: cynika, obojętnego na wszystko i wszystkich z wyjątkiem siebie i własnej sytuacji, kogoś, kto w nic się nie angażuje i swoje postępowanie potrafi zawsze "logicznie" usprawiedliwić. Życiowe credo tego osobnika brzmi: być ledwo zauważalnym, przemykać, nie wyróżniać się, czerpać garściami korzyści dla siebie i ze zręcznością żonglera omijać wszystkie trudności. W pierwszych dniach września 1939 roku podziwia on zdyscyplinowanie i ducha zwycięskich Niemców, odnotowuje z przekąsem, że na ich tle jeńcy polscy prezentują się okropnie. Pogardza pokonanymi a ofiary (np. Żydzi) budzą w nim obrzydzenie. Uważa, że skoro kraj, który miał go bronić, zawiódł, on odda swe usługi zwycięzcom. I wciela ten plan w życie. Zupełnie nie rozumie, dlaczego sąsiedzi traktują go wrogo, a dzieci dozorcy krzyczą za nim "volksdeutsch". Jak sam mówi: „Cała moja wina to było tylko to, że chciałem wynieść całą skórę z tej paskudnej historii.” Jednak dla swojej wygody zrobiłby wiele, np. zadenuncjowałby sąsiada. Na zimno i bez mrugnięcia okiem. I oto nagle, w tej całej wojennej "paskudnej historii" dotychczasowi zwycięzcy, którym oddawał swoje usługi, stają po stronie pokonanych. W życiu naszego antybohatera pojawiają się znowu kolejni zwycięzcy, którzy będą na nowo układać powojenną rzeczywistość. Jaką drogę wybierze teraz antybohater? Mało który pisarz pokazywał czas wojny w tak nieszablonowy i odheroizowany sposób. Proza to wciągająca, poruszająca, groteskowa i szczera. Dotyka bolesnych spraw. W smutny sposób bawi. Wyzwanie czytelnicze LC marzec 2025: Przeczytam polską książkę wydaną w latach 1945 - 89. Pierwsze wydanie utworu: 1961 rok. (2)
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na81 rok temu
Anioł milczał Heinrich Böll
Anioł milczał
Heinrich Böll
Mało jest takich książek, co nie dziwi, skoro Niemcy to nie Polacy. My – jak pisał nieodżałowany Adam Zagajewski - „naprawdę umiemy żyć dopiero w klęsce”. Oni zaś wręcz przeciwnie…. Dlatego o maju 1945 r. i o tym, co zaraz po tym, ani nie pisali za bardzo książek, ani filmów nie robili - do czasu oczywiście, do czasu… Ale szlak przetarł właśnie noblista Böll, choć tę książkę wydano już „post mortem”. Nie przypadkiem jest nam obca skala powojennej nędzy w Niemczech – wszak bliższa koszula ciału. Tak czy inaczej to jednak interesująca nowość czytać choćby takie zdania: „Jadł powoli, jak ludzie którzy pragną odsunąć straszliwą chwilę, kiedy nic już nie będzie do zjedzenia, a wiedzą, że będą jeszcze głodni”. Świat przedstawiony to niemal wyłącznie ruiny - nie tylko budynków, bo ci, co przeżyli „mają puste wnętrza”. Narracja zaczyna się zresztą od samotnego człowieka przemierzającego ruiny miasta, „które miało niegdyś wiele kościołów”; gdzie „gruz i śmieci wznosiły się aż po pierwsze pietra wypalonych fasad, a z niektórych ulic wydobywały się jeszcze duże, gęste i ciężkie chmury dymu” (chodzi o Kolonię, skoro mowa o Renie i Trzech Królach, a i ruiny nie byle jakie, bo romańskie…). Bohater (żaden z niego naziol, ot zwykły Niemiec - cokolwiek wtedy to znaczyło) to „ocalony prowadzony na rzeź”, bo miał być w ostatnich dniach III Rzeszy rozstrzelany za dezercję. „Miałem żyć, a nawet chciałem żyć – a on mi chciał to życie podarować, teraz widzę, że można darować komuś życie, kradnąc mu jego śmierć” – mówi do wdowy po człowieku, któremu zawdzięcza życie. Największym przysmakiem jest kilkudniowy chleb i połówka papierosa. To ważniejsze niż wieść o końcu wojny. „Mógł uczcić nastanie pokoju, siedząc na kuble od śmieci, zajadając powoli i uroczyście kromki chleba i licząc w zamyśleniu resztę, jaką wydała mu piekarzowa”. Porusza obraz dworcowej poczekalni w nocy (jakże podobny do opisu Kapuścińskiego z „Imperium”). Jak zawsze i wszędzie, zwłaszcza po każdej wojnie, zwłaszcza przegranej, nie brakuje cwaniaków żywiących się krzywdą innych. Tutaj jest nim zaufany miejscowego arcybiskupa, który zawczasu wystawił mu zaświadczenie, że wstąpił do NSDAP na jego polecenie, aby” wypełnić zadanie religijne”. Dla niego nastanie pokoju to jeszcze lepszy czas, a już wcześniej był przekonany, że „politycznie zawsze okaże się on poprawny - bez względu na ład, jaki nastanie”. I wykrakał sam sobie: „Odkąd wojny już nie było, wszystko toczyło się tak gładko, że aż nieprzyjemnie: zarabianie pieniędzy stało się tak proste”. A zarazem ktoś mu powie prawdę w oczy: „Myślę, że cała masa dobrych chrześcijan biła po twarzy ludzi podobnych po ciebie i że to wcale nie było nie po chrześcijańsku”. I znowu (jak gdyby specjalnie dla mnie) nielinearna narracja i różne plany czasowe, w stan klęski wpasowane. Co tu jeszcze? Ano to, co zawsze po każdej wojnie, zwłaszcza przegranej: desperacka próba dwojga rozbitków, czyli Mężczyzny i Kobiety. Wyciszona, uczciwa książka autorstwa uczciwego Niemca. A ja? Cóż, ja mam odwagę napisać, że czytając tę niezwykle humanistyczną książkę, nie czułem żadnej, by tak powiedzieć... satysfakcji. Bo to rzecz o Człowieku …. PS Jeszcze taka uwaga: gdyby nie plan Marshalla i pomoc USA, zwłaszcza po tzw. I kryzysie berlińskim z 1948 r. (precedensowy w historii „most powietrzny”!),być może Niemcy tak szybko i łatwo nie związaliby się z Zachodem. Zrozumieli, ze Amerykanie robiąc coś dla siebie, robią coś (czyli bardzo wiele) dla nich…. Nieco cytatów…. „Przyszła tylko pocztówka, zupełnie zwyczajna pocztówka, a jedynym napisanym na niej odręcznie słowem, był nieczytelny bazgroł jakiegoś majora”. „- Na Boga, mamo – powiedział głośniej – bądźże rozsądna, to tylko osiem tygodni. (…) - Tak, tak – powiedziała – osiem tygodni. Oboje wiedzieli, że to kłamstwo; kłamali nie wiedząc, dlaczego kłamią. I nie mogli wiedzieć, a jednak kłamali, wiedząc że kłamią. Wiedzieli, że on musi wyjechać nie tylko na osiem tygodni”. „Szary napój bez smaku przełykany co sekundę: Czas….”. „Być może nuda bywa pożyteczna, tak jak zło może w tajemniczy sposób służyć dobru”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na82 lata temu
Złoty pelikan Stefan Chwin
Złoty pelikan
Stefan Chwin
Mówią, że mamy nie oceniać książki po okładce, i mają rację! Oczywiście, że dobrze dobrana okładka wróży lepszy sukces, ale nawet te książki, które czasem mają beznadziejną szatę graficzną mogą być świetne. W wypadku Złotego pelikana... patrzyłam na tą okładkę co jakiś czas, nawet pod czas czytania. Historia o życiu Jakuba jest opisana urywkami, które koniec końców sklejają się w całość i mimo, iż są opowiadane z lekka chaotycznie da się to jest tak, jak być powinno. Z resztą książki są od tego, żeby chociaż trochę ruszyć nasze szare komórki. Ale wracając, budziłam moje szare komórki coraz bardziej z każdym rozdziałem zastanawiając się do jakiej sytuacji ma nawiązywać okładka, albo przynajmniej co ma symbolizować. Jednak nic z tego. Snułam tyle teorii, że nawet nie jestem w stanie o nich napisać. Jednakże zauważam to, jak bardzo się na tym skupiałam, żeby jak najwięcej zrozumieć. I powiem Wam jedno : wszystkim ludziom, którzy czytają gdziekolwiek, cokolwiek i jakkolwiek życzę takich książek jak ta. Takich, które dadzą Ci jak najwięcej mogą, ale też wyciągną dużo z Ciebie. Takich, które Cię porwą, zmuszą do poświęcenia im tak wielkiej uwagi jak tylko możesz. Żeby było jasne, nie wychwalam tej książki ponad niebiosa. Złoty pelikan nie należy do najlepszych książek świata. Jej fabuła jest prosta, z resztą nie tylko fabuła. Wszystko w tej książce jest proste (bynajmniej dla mnie, no bo to human.) i ewentualnie "dialogi" mogły sprawiać problem, ale to nic. Wszystko gra. Czytając to uświadomiłam sobie, jak ważne jest to, by zwracać uwagę na to co się dzieje wokół nas, bo może się zdarzyć coś, co pozornie nie ma znaczenia, a pewnego dnia obudzimy się w zupełnie innym świecie. Nic już nie będzie takie samo, szczególnie my i nasze podejście do życia. Może będziemy się cieszyć, że jakiś okropny okres naszego życia przeminął, albo będziemy żałować, że nie poświęciliśmy tej jednej jedynej chwili więcej uwagi. Podsumowując : prosta książka, z lekka chaotyczna, bez klasycznych dialogów, ma drugie dno (które moim zdaniem warto odkryć) Tak więc, miłej lektury (mam nadzieję)
Margaret - awatar Margaret
ocenił na69 lat temu

Cytaty z książki Tabu

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Tabu