Chłód. Izolacja

Okładka książki Chłód. Izolacja autorstwa Thomas Bernhard
Okładka książki Chłód. Izolacja autorstwa Thomas Bernhard
Thomas Bernhard Wydawnictwo: Czytelnik biografia, autobiografia, pamiętnik
127 str. 2 godz. 7 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Die Kälte. Eine Isolation
Data wydania:
1987-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1987-01-01
Liczba stron:
127
Czas czytania
2 godz. 7 min.
Język:
polski
ISBN:
8307013011
Tłumacz:
Sława Lisiecka
"Przyczyna", "Suterena", "Oddech", "Chłód", "Dziecko" – autobiograficzny pięcioksiąg wybitnego austriackiego prozaika i dramatopisarza to drobiazgowa rekonstrukcja lat dojrzewania. Analiza "niszczycielskich machin" – szkoły, rodziny, instytucji, społeczeństwa, ich nieznoszącej sprzeciwu, bezwzględnej opresyjności. To brutalna ocena tępego i zaślepionego w swym konformizmie narodu, nieskończonej ludzkiej obojętności. To nieskrywana manifestacja gniewu i pogardy, hołd złożony samotności i jednocześnie rzucone jej przekleństwo. To przeprowadzana na sobie samym wiwisekcja.
Średnia ocen
8,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Chłód. Izolacja w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Chłód. Izolacja

Średnia ocen
8,0 / 10
46 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinie i dyskusje o książce Chłód. Izolacja

Sortuj:
avatar
870
58

Na półkach: ,

Strumień świadomości w okolicznościach pobytu gruźlika w szpitalu.

Strumień świadomości w okolicznościach pobytu gruźlika w szpitalu.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
7
7

Na półkach: ,

Jest częścią "Autobiografii". Warto nabyć ten tom - jest tam całość próz autobiograficznych Thomasa.

Artur

Jest częścią "Autobiografii". Warto nabyć ten tom - jest tam całość próz autobiograficznych Thomasa.

Artur

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

187 użytkowników ma tytuł Chłód. Izolacja na półkach głównych
  • 115
  • 69
  • 3
16 użytkowników ma tytuł Chłód. Izolacja na półkach dodatkowych
  • 7
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Chłód. Izolacja

Inne książki autora

Thomas Bernhard
Thomas Bernhard
Austriacki pisarz i dramaturg, uważany za jednego z najwybitniejszych reprezentantów literatury niemieckojęzycznej. Jego proza nazywana jest "największym literackim osiągnięciem od czasu drugiej wojny światowej". Bernhard urodził się w Heerlen (Holandia) jako nieślubne dziecko Herty Fabjan (1904-1950) i Aloisa Zuckerstaettera (1905-1940). Jego dziadkiem był pisarz Johannes Freumbichler. Większość dzieciństwa spędził w Wiedniu i w Seekirchen (Salzburg). Następnie, po ślubie matki w 1936, zamieszkał w Traunstein (Bawaria). Bernhard uczęszczał do szkoły podstawowej w Seekirchen, a później do narodowo-socjalistycznej (od 1945 katolickiej) szkoły z internatem, Johanneum. Zakończył edukację w 1947, chcąc zostać kupcem. Z powodu nieuleczalnej choroby płuc lata 1949-1951 spędził w sanatorium Grafenhof, które opuścił podobno na własne życzenie. W latach 1955-1957 studiował aktorstwo w Mozarteum w Salzburgu. Resztę życia poświęcił pisaniu, początkowo podejmując się również dorywczych prac, wśród których było nawet rozwożenie piwa. Swobodną pracę twórczą zapewnił mu mecenat zamożnej Hedvig Stavianicek, którą poznał w sanatorium w Grafenhof. Zmarł w swym domu w Ohlsdorfie, dokąd przeprowadził się w roku 1965. Jego ostatnią wolą było zaprzestanie wystawiania jego sztuk na terenie Austrii. Zabronił także wydawać dotąd nieopublikowane dzieła. O jego śmierci poinformowano dopiero po pogrzebie. Pisarz został pochowany w wiedeńskim Grinzingu, obok swojej mecenaski, Hedvig Stavianicek i jej męża. Thomas Bernhard, często krytykowany w Austrii jako Nestbeschmutzer (dosł. kalający własne gniazdo),a równocześnie wysoko ceniony za granicą, przez wielu jest uważany za geniusza. Na jego twórczość w głównej mierze wpływało przejmujące poczucie samotności, a także nieuleczalna choroba, która spowodowała jego śmierć w kulminacyjnym momencie życia. Jedną z charakterystycznych cech stylu Bernharda jest monolog bohatera wyjaśniający – zwykle biernemu słuchaczowi – jego pogląd na świat, co jest zazwyczaj umotywowane jakąś określoną sytuacją. Pięć z utworów: Przyczyna, Suterena, Oddech, Chłód i Dziecko jest uznawanych za prozę autobiograficzną. Główni bohaterowie dzieł Bernharda, często uczniowie, czy też jak nazywał ich sam autor – Geistesmenschen – w swych tyradach przeciwko głupiej ludzkości potępiają wszystko, co ważne dla Austriaków: państwo (często określane jako Katolicko-Narodowo-Socjalistyczne),powszechnie uznane instytucje (jak np. wiedeński Burgtheater) i uwielbianych artystów. Jednakże pogląd na twórczość Bernharda nie powinien zawężać się tylko do wymienionych wyżej kwestii, gdyż jego dzieła niemal zawsze traktują o izolacji i postępującym samozniszczeniu ludzi dążących do doskonałości. Jest ona niemożliwa do osiągnięcia, ponieważ oznacza stagnację, a co za tym idzie – śmierć. Es ist alles lächerlich, wenn man an den Tod denkt (Wszystko, w porównaniu ze śmiercią, jest farsą) – te słowa wypowiedział Bernhard, kiedy odbierał austriacką nagrodę narodową w 1968 r., co stało się przyczyną jednego z wielu skandali spowodowanych przez pisarza (de facto pośrednio przyczyniły się one do jego sławy). Na przykład powieść Holzfällen (Wycinka),wydana w roku 1984, przez lata nie mogła doczekać się publikacji z powodu oskarżenia o zniesławienie wystosowanego przez jednego z byłych przyjaciół pisarza. Wiele jego sztuk, a przede wszystkim Plac Bohaterów (1988),spotkało się z ostrą krytyką ze strony konserwatystów, którzy twierdzili, że Bernhard oczernia w nich Austrię. Zarówno Plac Bohaterów, jak i wiele innych dramatów zostało wystawionych przez kontrowersyjnego reżysera Burgtheater, Clausa Peymanna, który również nie uniknął krytyki (m.in. za wystawianie sztuk współczesnych i eksperymentatorskich, zamiast uznanej klasyki). Bernhard spowodował zamieszanie nawet w momencie swojej śmierci, poprzez zakazanie w testamencie publikacji i wystawiania swoich dzieł w obrębie granic Austrii do 2059. Jednakże wykonawcy jego ostatniej woli nie przestrzegają tego zakazu i uchylają go od czasu do czasu.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Chłód. Izolacja przeczytali również

Tomasz Mroczny. Szaleństwo dnia Maurice Blanchot
Tomasz Mroczny. Szaleństwo dnia
Maurice Blanchot
Pisząc czy mówiąc o Blanchocie zawsze czuję się trochę głupio. Wszystko dlatego, że z jednej strony wydaje mi się, że już nie ma co, w końcu on jeden rozumiał o co chodzi w literaturze. Z drugiej strony wiem, że to wcale nie takie oczywiste, że nie mówi się o nim dużo i nie docenia wystarczająco, bo spektakularność jego pisania rozgrywa się na innych poziomach niż te, które są dzisiaj "w cenie". Czyli nie na tych prostych, szokujących, grających na nieobrobionych emocjach niczym pamiętnik trzynastolatki na blog.pl, zamieniających proces myślowy i narracyjny na powiew sensacji - a niestety wyłącznie (!) tego, w płaszczyku prostej obserwacji, zdają się oczekiwać nawet ci, po których można by się spodziewać nieco większego wyrafinowania. Oczywiście przesadzam, ale czasem warto, kiedy mówi się o prozie z tych najlepiej skonstruowanych, oszałamiających po pierwsze precyzją językową i dyscypliną intelektualną, a po drugie umiejętnością porzucenia ich w ostatecznym ruchu, przyznania że (powtarzając jedną z mantr Bataille'a) "nie jest się wszystkim". Blanchot imponował mi zawsze właśnie umiejętnością "wyjścia poza siebie", wywracania jednej myśli na wszystkie możliwe strony, pisaniem i czytaniem "do końca" bez względu na konsekwencje. A na końcu jest olśnienie nieporównywalne do tego, które znajdziecie na początku tych wszystkich prostackich wybiegów.
Ania - awatar Ania
oceniła na1010 lat temu
Aleksander März Heinar Kipphardt
Aleksander März
Heinar Kipphardt
Na pełną recenzję, z cytatami i zdjęciami, zapraszam na bloga. https://bit.ly/4mB1dvA *** Pewnego niedzielnego popołudnia naszła mnie ochota, by przeczytać książkę, o której nic nie wiem. Bez żadnych uprzedzeń, nadziei, oczekiwań. Pogrzebałem na nieco już zakurzonej półce i wyciągnąłem wciśniętą w kąt książkę ze słynnej czarnej serii PIW-u. Od razu zaatakowała mnie armia germańsko brzmiących imion i nazwisk. Heinar Kipphardt. Aleksander März. Brzmi tak topornie i kanciasto, że bardziej się już nie da. Wchodzę w to! Autor kompletnie mi nieznany, tytuł nie mówił nic, okładka za to intrygująca. Nada się idealnie. Zadowolony z siebie (chociaż nie do końca – zakurzona półka, skandal!) zatopiłem się w lekturze. Heinar Kipphardt opowiada historię pacjenta szpitala psychiatrycznego w Lohbergu, tytułowego Märza. Wychowywany w dysfunkcyjnej rodzinie, która wstydzi się go, nie pokazuje światu, a na imprezach rodzinnych zabrania się odzywać. Wszystkiemu winna zajęcza warga, szpecąca twarz naszego bohatera. Matka wyręcza go we wszystkim, zaś ojciec w nieporadny sposób próbuje wyrobić w nim odruchy „prawdziwego mężczyzny”. März przekracza próg dorosłości będąc kompletnie nieprzygotowanym do życia w społeczeństwie. W wieku 24 lat trafia do zakładu w Lohbergu, gdzie przebywać będzie przez kolejnych kilkanaście lat. Przez trzy lata nie odzywał się do nikogo. Pisze wiersze, listy, a pewnego dnia ucieka ze szpitala. Znajduje nawet miłość. Książka zbudowana jest w nietypowy sposób. Narratorów jest wielu, a fabuła (sama w sobie szczątkowa) rozdrobniona i pomieszana; jak okruszki po kilku posiłkach, pozostawione na stole przez jakiegoś flejtucha. Zgodnie z zasadą „od szczegółu do ogółu”, dostajemy do ręki lupę i ślęcząc na kolanach podążamy tropem tych drobinek. Z nich, powoli lecz systematycznie, ukazywać się będzie całościowy obraz. Puzzle Kipphardta są ułożone chaotycznie, niechronologicznie, pochodzą z różnych źródeł, mają odmienny styl, cel i długość. Część z nich to zapiski samego Märza, ale pomiędzy nimi znajdziemy też opinie innych lekarzy, relacje dra Koflera – zarządzającego szpitalem w Lohbergu, zeznania pielęgniarzy, listy Märza, jego wiersze, fragmenty dziennika Koflera, a okazjonalnie jeszcze inne źródła jak np. wypis z bawarskiego planu krajowego dla upośledzonych z roku 1974. Punkt widzenia zmienia się nieustannie. Oglądamy życie w zakładzie oczami schizofrenika, by za chwilę spojrzeć na tę samą scenę z perspektywy lekarza. Daje to niesamowite wręcz wrażenie autentyczności. Nieraz zapominałem, że to w ogóle książka; czułem się jakbym czytał materiały zebrane w jakieś grubej tece, stanowiącej fragment autentycznej historii szpitala psychiatrycznego w Lohbergu. Dostrzegam w tym pewną wartość terapeutyczną i uświadamiającą, mimo kilkudziesięciu lat, jakie upłynęły od czasu premiery tej książki (1976 rok, polski przekład - 1980). Mimo tego pozornego chaosu, namiastkę porządku wprowadzają kolejne rozdziały: „Odtworzenie przedklinicznej kariery”, „Opis klinicznej kariery”, czy „Społeczność terapeutyczna”. W tych suchych wycinkach tkwi ogromny ładunek emocjonalny. Gdy tylko zdamy sobie sprawę, jak tragiczna jest historia człowieka, który próbuje po prostu żyć, a społeczeństwo notorycznie go odrzuca; który nie ponosi żadnej winy za swój fizyczny defekt i sposób, w jaki wychowywali go rodzice, a jednak to właśnie on zbiera cierpkie owoce tych wydarzeń. Kipphardt uderza też w cały system. Nie byłem przygotowany na rozdział pt. „Dygresja”, w którym autor bez żadnej zapowiedzi podrzuca garść danych statystycznych. W RFN ponad 600 tysięcy osób cierpi na choroby mieszczące się w obrębie schizofrenii. Za każdego z nich kasa chorych zwraca tylko połowę stawki przeznaczonej dla innych chorych. Konkluzja jest porażająca: "dziecko urodzone dziś w Republice Federalnej (Niemiec) ma o wiele większą szansę znaleźć się w zakładzie leczniczym niż na uniwersytecie". Kilkanaście stron później, wśród zwyczajowych fragmentów różnych zapisków i opinii brutalnie uderzył mnie jeden: w latach 1942-1945 zamordowano 270 tysięcy psychicznie chorych i sterylizowano przymusowo nieznana bliżej liczbę ludzi. Osobny akapit należy się zapiskom Märza. Część z nich jest oczywiście niezrozumiała. Niektóre uderzają celnością spostrzeżeń i przenikliwością umysłu Märza. "W odniesieniu do szkoły powiedział März: - Wyrobiłem sobie zdanie, iż w lukach pomiędzy słowami kryje się rzeczywistość. - Czy według pana to, czego uczy szkoła, jest błędne? - Celem pedagogiki jest zatajenie przed uczniem, iż rzeczywistość kryje się przed nim za formułą dwa plus dwa równa się cztery". No i są jeszcze wiersze Märza. Koślawe i nieporadne, ale zakończone celną puentą, która kryje w sobie zaskakująco wiele głębi. Kipphardt zainspirował się publikacjami psychiatry Leo Navratila, które zawierały wiersze pewnego chorego psychicznie poety. Nie wiem ile w tym prawdy, ale März w swoich notatkach wspomina o kilku ciekawych postaciach świętych (święty Markariusz, który spał sześć miesięcy w bagnie, czy święty Sabeniusz, który jadł wyłączenie zgniłe zboże, nigdy nie zmieniał odzieży i nigdy się nie mył). Wspomina także o pewnym mordercy kobiet, który miał rzekomo przebywać w Piławie. Jakby tego było mało, mamy tu kilka wątków polskich. März, mimo parszywego umlauta w nazwisku, był Polakiem i za takiego też się uważał. Urodził się w Piławie Górnej. Sam Kipphardt z kolei, urodził się w Łagiewnikach w 1922 roku, a przez kilka lat mieszkał w… Piławie Górnej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że niezwykły portret Aleksandra Märza, namalowany barwami terapeutycznych doświadczeń Kipphardta, posiada wyraźny odcień autobiograficzny… Pierwsza połowa książki jest bardzo dobra, druga słabsza – rozmywa się trochę w architektonicznych szczegółach dotyczących budynku szpitala i opisach odwiedzających go gości. I – aż do momentu ucieczki Märza – traci swą moc. Ciekaw jestem, jak "Aleksandra Märza" oceniłyby osoby, które mają na co dzień do czynienia ze schizofrenią i zaburzeniami psychicznymi. Ale Kipphardt zdaje się wiedzieć, o czym pisze. Pracował w jednym z berlińskich szpitali, a z wykształcenia jest psychiatrą. "März" to jego prozatorski debiut – w moim odczuciu wielce udany. Niecodzienna tematyka oraz sieć powiązań między przedmiotem powieści, jej bohaterami, a samym autorem, mozaikowy sposób prowadzenia akcji czynią z "Aleksandra Märza" zaskakująco dojrzałą, satysfakcjonującą lekturę. Nie ma tutaj żadnych zwrotów akcji ani wciągającej fabuły, to bardziej zbiór obserwacji i zapisków poświęconych schizofrenii i próbach jej leczenia, z czego wyłania się bardziej ogólny – i niewesoły – krajobraz leczenia psychiatrycznego w powojennych Niemczech. Bo wetknięte tu i ówdzie fragmenty prawodawstwa niemieckiego wyraźnie sugerują, iż Kipphardt przedstawiając historię jednego pacjenta, ma tak naprawdę inny cel, o wyraźnie szerszym horyzoncie.
MilczenieLiter - awatar MilczenieLiter
ocenił na78 miesięcy temu
Dżin. Czerwona wyrwa w bruku ulicznym Alain Robbe-Grillet
Dżin. Czerwona wyrwa w bruku ulicznym
Alain Robbe-Grillet
Powieść Grilleta przypomina tekstowy zapis kilku różnych podejść do tej samej gry wideo. Z określonej bazy danych – elementów rzeczywistości, symboli, przedmiotów, osób i imion – każdy gracz konstruuje własną, niepowtarzalną rozgrywkę. Zdaje się, że walka przeciwko maszynizmowi nie ma sensu, jesteśmy zanurzeni w quasi rzeczywistości, która ogarnia i ustala wszelkie struktury społeczne. Zapośredniczona medialnie percepcja nakłada się na pierwotną, wysłużoną już percepcje jednostkowej tożsamości operującej w kategoriach linearności, przyczyn, skutków i celu. Łudząca wciąż pokusa opowiadania za pomocą spójnej i uporządkowanej narracji poddaje się w konfrontacji z konstelacyjną, chaotyczną rzeczywistością, a raczej z wieloma współoddziałującymi na siebie rzeczywistościami. Przełom antypozytywistyczny nie stracił siły napędowej i od początku wieku XX burzy utrzymujące się na powierzchni świadomości zastane poczucie „sensu” egzystencji. Ale od paradoksów epistemologii Grillet tylko zaczyna. Służą mu one raczej jako podwaliny pod dalsze rozważania na temat problematycznego charakteru samej/samych rzeczywistości. Już na wstępie pisarz upłynnia kategorię twórcy tekstu – zapośredniczą autorskość na wielu stopniach ontologicznych, przez co jakiekolwiek odczytanie dzieła za pomocą narzędzi psychoanalizy nie przyniesie skutków. Pokazuje, że freudowski sposób myślenia o człowieku, choć przełomowy w swoim czasie, nie jest w stanie ogarnąć przemian dziejących się na polu technologicznym. To właśnie technologia rozpuszcza nasze tożsamości w sposób do tej pory nieznany, alienuje przyczynę od skutków (specjalizacja zawodowa),zapośrednicza i dystansuje kontakt czy w końcu multiplikuje tożsamości, które składać się mają na jedną spójną konstrukcję zwaną istotą ludzką. Jeśli analiza marzeń sennych pozwoliła Freudowi oddzielić dwie rzeczywistości dotąd związane ze sobą, tak technologia pozwala rozszczepić tę realność na nieskończenie wiele poziomów ontologicznych. Tak też postępuje Grillet stwarzając piętrową intrygę funkcjonującą na niezliczonej ilości poziomów ontologicznych, z których żaden nie rości sobie prawa do obiektywności czy pierwszeństwa w hierarchii. Pojmowanie istnienia w kategoriach czasowości również nie jest w stanie poradzić sobie z istotą funkcjonowania psychiki – często zacierającej granice przeszłości, przyszłości i teraźniejszości. Zresztą sama paradoksalność czasu potwierdza te autorskie przypuszczenia: teraźniejszość jest zbyt efemeryczna, zbyt nieuchwytna, żeby można było sprawnie operować na tej kategorii. Ostatecznie żyjemy przecież w ciągłym impasie pomiędzy przeszłością i przyszłością, a teraźniejszość to zwyczajna iluzja spójności, zwykły błąd poznawczy umysłu jako ułomnego procesora maszyny. W rzeczywistości symulakrów również perspektywa postrzegania niesie za sobą wiele sprzeczności, których autor nie unika w dziele. Poznajemy strzępy różnorodnych wydarzeń raz z perspektywy bohatera, raz z perspektywy podwójnie zapośredniczonej przez tajemniczą organizację zajmującą się badaniem sprawy Lecoeura i w końcu z perspektywy pierwszej osoby, po prostu czytając znaleziony w biurze profesora dokument – książkę Grilleta, który usuwa się z roli autora i przekazuje tę funkcję Lecoeurowi. Każda z tych perspektyw to oczywiście osobna, pełnoprawna rzeczywistość. Która z nich jest uprzywilejowana, której wierzyć? Może myślenie w kategoriach technokracji to po prostu kolejna rama ideologiczna? Tę istotną decyzję egzystencjalną Grillet pozostawia czytelnikowi.
Razzorhead - awatar Razzorhead
ocenił na85 lat temu
Oddech. Decyzja Thomas Bernhard
Oddech. Decyzja
Thomas Bernhard
s. 24 Każdy jest inny, każdy żyje inaczej, inaczej umiera. s. 25 Siostry wprawnym spojrzeniem wychwytywały kandydatów na nieboszczyków, na długo przedtem, nim dany człowiek sam to poczuł, dostrzegały, że ten czy ów rychło wyzionie ducha. s. 53 Najbardziej osłabione ciało może zostać uratowane przez silny umysł albo silną duszę, albo przez nie pospołu. s. 57 Artysta, a zwłaszcza pisarz, który od czasu do czasu nie będzie w szpitalu, a więc w tej decydującej dla życia, koniecznej dla istnienia strefie myśli, staje się bezwartościowy, ponieważ wikła się w sprawy powierzchowne. s. 64 Pośród stu tak zwanych lekarzy rzadko znaleźć można jednego prawdziwego, a z tego punktu widzenia chorzy są w każdym przypadku społecznością skazaną na przewlekłe choroby i śmierć. Albo lekarze cierpią na manię wielkości, albo są bezradni, w obu sytuacjach szkodzą pacjentom, jeśli ci nie wezmą inicjatywy we własne ręce. Reguła potwierdza wyjątki. s. 65 Tylko nieliczni lekarze przyznają się do niemal absolutnej niewiedzy, a także do niemal absolutnej niemożliwości uczynienia czegokolwiek. s. 75-76 Całe nasze życie, jeśli przyjrzeć mu się dokładnie, jest tylko marnym kalendarzem zdarzeń, z którego została wreszcie zerwana ostatnia kartka. s. 81 Nic nie jest doskonałe, cóż więc dopiero mówić o doskonałości rzeczy pisanych lub wręcz takich notatek jak te, składających się z nielicznych tysięcy możliwych strzępków wspomnień. Opowiedziane są tu okruchy, z których przychylnie usposobiony czytelnik bez trudu złoży sobie całość. Nic więcej. Okruchy mojego dzieciństwa i młodości, nic więcej. s. 106 W pewnym momencie bardzo już zaawansowanej terapii odkryłam na nowo przyjemność, jaką daje myślenie, a zatem rozbiór, roztrząsanie i rozważanie obserwowanych rzeczy. Miałem teraz na to czas, nikt nie zakłócał mi spokoju. Natura analityka wzięła we mnie górę. s. 130 Z czasem znowu nabrałem chęci do czytania gazet, aczkolwiek tego typu lektura zawsze jednakowo mnie odpychała, co wszakże nie zdołało przeszkodzić, abym wreszcie na powrót czytał je codziennie, już wtedy uległem bez reszty temu powtarzającemu się każdego dnia, dozgonnemu, jak wiem teraz, mechanizmowi kupowania gazet, czytania ich i odrzucania z uczuciem wstrętu. s. 140 Mogłem był nawiązać w Vötterl kontakt z wszystkimi dowolnymi ludźmi, ale nie pragnąłem tego, wystarczało mi obcowanie z książkami i długie wyprawy na dalekie, nieodkryte jeszcze kontynenty mojej wyobraźni.
gosii - awatar gosii
ocenił na811 lat temu
Molloy Samuel Beckett
Molloy
Samuel Beckett
Samuel Beckett, nieustępliwy demaskator języka i tożsamości, w "Molloyu" odsłania przed nami labirynt ludzkiego istnienia, jakiego literatura rzadko się ima. Powieść ta, będąca pierwszą częścią jego słynnej trylogii, stanowi swoisty punkt zerowy literatury nowoczesnej, miejsce, gdzie język zaczyna się załamywać pod ciężarem własnych ograniczeń, a człowiek — jako figura, jako podmiot — rozpada się na fragmenty. Beckett nie interesuje się fabułą w tradycyjnym sensie; raczej z precyzją chirurga rozbiera ją na czynniki pierwsze, pokazując, że to, co wydaje się być opowieścią, jest w istocie spazmatycznym skowytem świadomości, próbą uchwycenia sensu tam, gdzie sens już dawno umarł. Molloy, którego imię samo w sobie brzmi jak echo, jak zanikający dźwięk, jest postacią, której istnienie oscyluje między obecnością a nieobecnością. Przebywa w pokoju u matki — a może raczej: jego ciało spoczywa w pokoju, podczas gdy jego świadomość miota się w przestrzeniach wewnętrznych, których żaden współrzędny system nie zdoła opisać. Narracja nieustannie się zapętla, a język, zamiast być narzędziem wyjaśniania, staje się narzędziem zaciemniania. Molloy próbuje dojść do matki — czy może do centrum siebie samego — lecz każda próba ruchu, fizycznego lub myślowego, kończy się w martwym punkcie. W tej pozornej stagnacji jednak Beckett ukazuje prawdziwe dramaty świadomości: niezdolność do komunikacji, rozpadającą się pamięć, przemoc samego istnienia. Beckett nie oferuje nam opowieści, lecz monolog. A może raczej — szereg monologicznych porywów, które nie układają się w liniowy dyskurs, lecz dryfują w strumieniu języka, który sam siebie podważa. Molloy mówi, aby mówić, mówi, aby istnieć, lecz jego słowa coraz mniej znaczą, coraz bardziej obnażają pustkę, która rośnie wraz z każdą próbą nazwania rzeczywistości. Słowo u Becketta nie jest już gwarantem sensu, ale ruchem ku jego nieobecności. W tym sensie "Molloy" jest powieścią, która ukazuje katastrofę języka — i właśnie w tej katastrofie odnajduje swoją głębię. Druga część powieści, w której głos zabiera Moran, pozornie oferuje większą klarowność: oto mamy narrację przypominającą sprawozdanie, relację z misji, której celem jest odnalezienie tajemniczego Molloya. Lecz z każdą stroną również i ta opowieść zaczyna się rozpadać. Moran, początkowo surowy i logiczny, powoli popada w fizyczną i psychiczną ruinę. Jego podróż przypomina groteskową wersję podróży bohatera — tyle że tutaj nie ma celu, nie ma katharsis, nie ma powrotu. Istnieje jedynie postępujący rozpad, który demaskuje złudność porządku i racjonalności. W tym kontraście — między pozorną strukturą a rzeczywistym chaosem — Beckett ukazuje, że każda próba uchwycenia świata za pomocą języka jest skazana na fiasko. Nie dlatego, że język jest zły, lecz dlatego, że świat nie ma już formy, którą dałoby się opisać. Beckettowska ironia nie jest złośliwa, lecz egzystencjalna. Molloy i Moran to nie tyle dwie postacie, co dwie emanacje tej samej świadomości. Ich losy nie są symetryczne, lecz spiralne: jeden zdaje się wyłaniać z drugiego, jakby byli dwiema fazami tej samej dekonstrukcji. W tym sensie "Molloy" nie jest powieścią o kimś ani o czymś, lecz powieścią o trwaniu — o tym, jak trwać, gdy wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Trwanie to u Becketta nie jest jednak heroiczne. Nie ma w nim patosu. Jest raczej rodzajem milczącego oporu, uporu, który wyraża się w samym akcie pisania, mówienia, oddychania. Molloy, który ssie kamienie według skomplikowanego algorytmu, jest figurą tego absurdu: nie wiadomo, po co to robi, ani czy w ogóle to robi, lecz fakt, że coś robi, staje się jego ostatnim śladem człowieczeństwa. To, co szczególnie fascynujące, to sposób, w jaki Beckett gra z oczekiwaniami czytelnika. W świecie Molloya nie ma logiki, przyczynowości, nie ma czasu w tradycyjnym sensie. Jest za to język, który trwa, który się snuje, który jednocześnie tworzy i niszczy. Beckett, jak nikt inny, potrafi ukazać język jako strukturę niestabilną, nękaną przez własną nieadekwatność. Molloy mówi, lecz sam nie wierzy w to, co mówi. A jednak mówi. I to właśnie ten paradoks — potrzeba mówienia w świecie, w którym nie ma już nic do powiedzenia — czyni z Becketta jednego z największych pisarzy XX wieku. Forma "Molloya" jest równie radykalna jak jego treść. Długie, meandrujące zdania, brak klasycznego podziału na rozdziały, brak dramatycznych punktów zwrotnych — to wszystko służy jednemu celowi: rozbiciu czytelniczych przyzwyczajeń. Beckett nie pozwala na łatwe utożsamienie się z bohaterem, nie oferuje pocieszenia ani rozwiązania. Zamiast tego proponuje doświadczenie literackie graniczące z metafizycznym: czytelnik zostaje wciągnięty w proces, który nie ma końca, tak jak nie ma końca samotność świadomości zamkniętej w sobie samej. A jednak, mimo całej tej surowości i radykalizmu, "Molloy" nie jest powieścią pesymistyczną. Jest to raczej tekst głęboko afirmatywny, choć na poziomie innym niż przywykliśmy to rozumieć. Afirmacja ta nie dotyczy świata, który można zrozumieć, lecz samego aktu pisania, trwania, bycia w języku. Beckett nie mówi: oto sens — mówi: oto trwanie mimo braku sensu. I to trwanie, ciche, kruche, a jednak uporczywe, staje się najgłębszym wyrazem człowieczeństwa. Molloy i Moran nie są bohaterami w klasycznym sensie. Są figurami naszej kondycji: zagubione, rozdarte, a jednak trwające. Czytanie "Molloya" to doświadczenie graniczne. Wymaga cierpliwości, wymaga pokory, ale też otwartości na literaturę, która nie tyle opowiada, co doświadcza. Beckett nie interesuje się opowieścią, lecz warunkami jej możliwości. Jego pisarstwo to nieustanne zadawanie pytań o to, czym jest podmiot, czym jest język, czym jest istnienie. W tym sensie "Molloy" to nie tylko powieść, ale też traktat ontologiczny i epistemologiczny, zapis świadomości, która próbuje uchwycić siebie samą, choć wie, że to niemożliwe. Literatura Becketta nie zna kompromisów. "Molloy" jest tego najlepszym przykładem: surowa, bezlitosna, ale jednocześnie przejmująco ludzka. W świecie, który utracił sens, Beckett odnajduje coś innego — może nie sens, lecz rytm, może nie prawdę, lecz trwanie. I to wystarcza. Bo jeśli istnieje jakiś ratunek, jakaś forma zbawienia, to nie w wielkich narracjach, lecz w małych gestach: w słowie, które się wymawia, choć nie ma już nadziei, że zostanie zrozumiane. Dlatego "Molloy" nie tylko zasługuje na uwagę, ale wymaga jej. To nie jest książka do połknięcia jednym tchem. To książka, która domaga się, by ją czytać uważnie, powoli, z szacunkiem dla każdej pauzy, dla każdego zawahania. Bo właśnie w tych zawahaniach, w tych zatrzymaniach, w tych niedopowiedzeniach kryje się prawda, której nie sposób wypowiedzieć wprost. Beckett wiedział, że język jest zawodny — ale też wiedział, że nie mamy niczego poza nim. I dlatego pisał. I dlatego czytamy.
Bratyslawski - awatar Bratyslawski
ocenił na109 miesięcy temu

Cytaty z książki Chłód. Izolacja

Więcej

Absurdalność to jedyna możliwa droga. Znałem tę drogę, tę ulicę, którą można pójść dalej.

Absurdalność to jedyna możliwa droga. Znałem tę drogę, tę ulicę, którą można pójść dalej.

Thomas Bernhard Chłód. Izolacja Zobacz więcej
Więcej