cytaty z książek autora "Jarosław Iwaszkiewicz"
A potem przyjdzie śmierć: wszystko rozwiązując niczego nie wyjaśni. Odejdziemy tak, jakeśmy żyli: osobno. Świat nasz własny i jedyny musi nam wystarczyć do śmierci i po śmierci. Byle tylko nie zgłębiać tej myśli do końca, byle tylko nie przemyśleć tego fizycznie. Obumieranie rąk, mącenie się myśli, sen wieczysty przeżyty naprawdę: wtedy chwyta paroksyzm piekielnego, kurczowego strachu. Odejdziemy tak, jakeśmy naprawdę żyli: osobno. Zawsze pomiędzy potwornie wielkim światem i potwornie wielkim niebem, samotni.
Każda wielka miłość ma w sobie coś upokarzającego i śmiesznego.
Lato się we mnie przełamało.
Taka skromna była całe życie, a umiera jak Beethoven. W burzę.
Lepsze są wątpliwości niż pewność, która wypływa z poczucia wyższości...
Wielki to grzech nie umieć spostrzec własnego szczęścia.
Jeżeli nie można być świętą, to lepiej już być potępioną
Spokój, spokój, prawie szczęście.
Zawsze jakaś śmierć rodzi jakieś życie.
Nie każdy zły, co do kościoła nie chodzi. Nie
każdy dobry, co przed ołtarzem klęczy.
Myślę o Tobie więcej, niż wolno jednemu człowiekowi myśleć o drugim, bo to już staje się pogaństwo i bałwochwalstwo. Okropnie tęsknię.
(...) każda wielka miłość ma w sobie coś upokarzającego i śmiesznego.
Co to jest miłość? Niepojęte jakieś prawo najwyższe, nad wszystkimi prawami prawo, zginające dęby jak trzciny i trzciny zmieniające w mocne dęby.
Wielki to grzech nie umieć spostrzec własnego szczęścia.
Nikt nikogo jeszcze nie uratował. Sam się człowiek też nie uratuje.
- Jednym słowem, nie możemy mieć nigdy wspólnej orbity?
- Chyba gdyby nastąpiła jakaś katastrofa wszechświata...
Całe życie śpię w za krótkim łóżku i kąpię się w za ciasnej wannie. Dosłownie i w przenośni.
Natura poetycka jest delikatną naturą. Niejednokrotnie uważa za kopniak coś, co zwykłemu śmiertelnikowi (przez zwykłego śmiertelnika rozumiem takiego, któremu się wydaje, że jest niezwykłym śmiertelnikiem) widzi się lekkim muśnięciem, poklepaniem po plecach lub tylko życzliwym, trochę ironicznym uśmiechem.
Poeci, zwłaszcza młodzi poeci, bardzo często uważają ziarnko żwiru za kamień młyński. A może inaczej trzeba powiedzieć? Zbyt często kamień młyński uważamy za ziarnko żwiru.
Może bym nawet nie pisał do Ciebie o tym wszystkim – ale przed chwilą przez radio nadawano koncert nagrany w BBC przez orkiestrę Filharmonii Narodowej i w programie był Pierwszy Koncert Skrzypcowy Karola Szymanowskiego. Jest to utwór, który zawsze otwiera przede mną słoneczną przepaść miłości. Jest przesączony erotyzmem, ale nie tym erotyzmem, polegającym na chędożeniu bez końca, na włóczeniu się za kobietami, (...) ale erotyzmem wielkich uczuć, wielkich zespoleń, wspaniałego współżycia duchowego, które jest jedyną rzeczą cenną na tej ponurej ziemi. Jest to jasna, nie ponura przestrzeń, gdzie człowiek łączy się z człowiekiem nie ciałem, ale czymś innym – co niektórzy niedokładnie nazywają duchem – jakąś inną struną swojej istoty, lepszą stroną, czymś, co wyrzuca nas poza nas samych, jak wybuch gorącej treści ziemi. Co łączy nas gdzie indziej, w innym świecie, świecie świateł, tonów, muzyki – bezmiernego szczęścia, polegającego na wyjściu poza granice istoty i połączeniu się z inną istotą. Nie jest to ani miłość, ani przyjaźń, a tym bardziej nie perwersja, jest to największe osiągnięcie, na jakie może się zdobyć ludzka natura. Dla uproszczenia tego, co piszę, będę to nazywał 'miłością'. Taką miłość chciałem Ci dać, taką miłość chciałem Ci pokazać, w takie przestrzenie chciałem Cię porwać.
Zastanawia mnie czasami ilość uczuć i myśli, które zapadają się w nicość i nie pozostawiają żadnych śladów. Opadają one jak liście na drzewach, ale nie zawsze przetwarzają się w dobroczynny ferment, na którym powstają nowe myśli i uczucia. Jeżeli jednak wszystko, co jest naprawdę przemyślane i naprawdę przeżyte, ma jakieś dalsze istnienie i jak fala morska przepływa w dal, i w głąb, to chyba jestem jedynym przewodnikiem, w którym zachowała się część energii życiowej mojego przyjaciela. [mowa o Jerzym Mikłucho-Makłaju - Benjamin]
Żywot chwali się po śmierci, jak dzień po zachodzie słońca.
Mam-li chować się w podwórkach głębokich jak studnia, tęsknych jak pustynie? Mam-li uciekać od gawiedzi w cienie tysiącznych filarów największej z twoich świątyń?
O, nie, nie; wychodzę na place od słońca błyszczące, jak złote tace, między fioletowe wieże wchodzę, na szare pomosty i wiadukty - i tańczę, i wołam, i cieszę się, że jestem sobą.
Sen
Śniłaś mi się niby ćma, niby Ofelia,
Samotna i nieprzytomna — w ogrodzie.
Twarz twoja, niby szczupły nenufar.
Leżała wśród kręgów na wodzie.
Trzepałaś skrzydłami czy powiekami
Przez rzęsy sączyła się zielona woda.
Mówiłem: Boże, zmiłuj się nad nami,
Młodości mojej, starości mej szkoda.
- Ty zawsze byłeś inny. Od samego początku - i to nie potem dopiero oddzieliłeś się od innych ludzi, zawsze byłeś oddzielony.
- Pochlebiasz mi, Kaziu.
(...)
- To nie jest żadne pochlebstwo. To nie jest ani zaleta, ani zasługa. Ja nie mam żadnych zalet ani zasług, a przecie także jestem oddzielona i osobna, i to jest w moim życiu najważniejsze. Te rzeczy decyduje ktoś poza naszymi plecami - ustawia na szachownicy, wilki osobno same, a owce gromadnie. Z tą tylko różnicą, że tutaj owce zjadają wilki, a nie na odwrót.
Tęsknota byłaby po prostu straszna, gdyby nie filozofia.
Taka prosta filozofia. Siądzie się na oknie. Najpierw szosa. Potem Michaś. Potem przechodziła z targu służąca pani aptekarzowej. Potem szedł rabin Szymsze. To się nazywa świat zewnętrzny.
Potem przychodzi tęsknota. Potem znowu chęć ukochania kogoś aż do dna. Potem żal bezdenny, że wszystko tak mija. To się nazywa świat wewnętrzny.
Filozofia polega na tym, iż się udaje przed samym sobą, że sie tego nie widzi.
Czasem można spostrzec Michasia. Czasem żal bezdenny.
Ale rabin Szymsze?
Szerokie susy szosy nic nie znaczą naprawdę, rabin Szymsze nic nie znaczy. Nic nie ma. Nawet mnie nie ma, bo nie ma mego bólu.
/Wieczór u Abdona/
Jak proste mogą być rozwiązania życiowych wszystkich problematów i jak od razu można być szczęśliwszym, kiedy się nie hoduje w sercu malinowych płomieni. Kiedy błękit mgłą pociągniętego horyzontu nie wywraca na nice wszystkich postanowień i przysiąg bezmiernych. Jak wiele szczęścia można w ślepym oddaniu się skromnej dobroci, w dogadzaniu małym istotkom, takim jak Ania, w zamknięciu się w małym kółeczku wyblakłych kwiatów i zeschłych liści. Jak wiele, jak bardzo wiele mówić może ten zwykły polski deszcz wiosenny, nie polski nawet, a warszawski; gdybyż można usiąść i pozostać już tak aż do śmierci.
Chyba nie zmarnowałem mojej młodości, ale że mnie się ona potem jakoś zapodziała - to nie wiadomo kiedy.
Każdy z nas ma swój krzyż na ramionach i dźwigać go musi po grób.
Później, dopiero o wiele później przychodzi ta prosta myśl: naprawdę wartość mają tylko wędrówki w księgach i w zawikłanych zwojach własnej duszy uczynione - a reszta jest jak mgła i jak oddalenie od prawdy.
Książko, najwierniejszy towarzyszu w podróży życia, milczący w nieszczęściu, gadatliwy w radości – mówiący tylko wtedy, gdy się słuchać pragnie – jesteś jednym z najcenniejszych darów, jaki nam bogowie zasłali na ten padół!