cytaty z książek autora "John Lewis-Stempel"
Dopiero dzisiaj zrozumiałem, dlaczego przy lisach czuję się niepewnie. Jak na przedstawiciela rodziny psowatych, lis jest niepokojąco koci.
Łąka jest dziś w kiepskim nastroju. Przygnębiona. Ponura. Olchy rosnące wzdłuż rzeki zdają się szukać czegoś w sinym chłodzie. Wokół nic, tylko trzy pliszki siwe. Drobna iskierka radości. Jedyna żywa istota w zasięgu wzroku.
Oczywiście to ja jestem ponury. Łąka jedynie odbija pogodę i ludzki nastrój.
Wszyscy jesteśmy tu przelotem.
Derkacz znika. Nasze oczy spotkały się może na jedną dziesiątą sekundy; innymi słowy, na całe życie.
Ilekroć ktoś skłamie, gdzieś na świecie umiera wróżka. Ilekroć ktoś kupuje oszustwo, jakim jest tania żywność, umiera kwiat lub ptak.
Trawnik nie jest niczym innym, jak łąką w niewoli.
Dla jednych łąka jest domem, dla innych miejscem gościnnych pikników, dla jeszcze innych przystankiem w drodze.
To również dobre miejsce do rozmyślań dla człowieka.
Czy programy przyrodnicze nie zabiły przyjemności bycia przyrodnikiem amatorem?
Dziadzio i Babcia wieszali przy barometrze w sieni długie plechy morszczynu, służące do przepowiadania pogody. Czasami, ulegając wierutnym przesądom, sprawdzali w gazecie prognozę podawaną przez Instytut Meteorologiczny.
(...) jak zostać autorem piszącym o przyrodzie? Daję jedyną sensowną odpowiedź: "Trzeba wyjść z domu i zostać na zewnątrz".
Rdza nigdy nie zasypia, praca rolnika nie ma końca. Nakarmić inwentarz, wygarnąć nawóz, zmienić ściółkę. Oni jedzą, wydalają, ja tyram. I tak w kółko.
Ilekroć ktoś skłamie, gdzieś na świecie umiera wróżka. Ilekroć ktoś kupuje oszustwo, jakim jest tania żywność, umiera kwiat albo ptak.
Na drzewach w lesie wiszą pozostałości średniowiecznej mgły, a spomiędzy jej białych arrasów wyłaniają się gawrony.
W przyrodzie nic się nie marnuje. Ciała martwych mrówek użyźnią łąkową glebę. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz.
Patrzę jak odlatuje, by skryć się w gęstym żywopłocie z ostrokrzewu. Wkrótce dołącza do niego inny strzyżyk. I kolejny. Przytulają się do siebie, wykorzystując ciepło swoich ciał w tej walce o przetrwanie.
Zające mają subtelnie rzeźbione głowy koni, nogi lurcherów i oczy lwów.
Koło mnie przelatują sroki, ich obecność kojarzy się z pustką i ruiną. Nie zostały stworzone, wyprodukowano je w jakiejś fantastycznej fabryce. Po nuklearnej zimie nadal będą skrzeczeć i wypełniać podejrzane misje, unosząc się na mechanicznych skrzydłach.
Kwiaty rosną po jednej stronie żywopłotu, po drugiej ich nie ma. Pobocza brytyjskich dróg to nasz największy niedoceniany rezerwat przyrody.
Dwa samce bażantów rozkoszują się przechadzką po polu. Gdy z cienie rzucanego przez żywopłot wychodzą do światła, zmieniają kolor z brunatnomysiego na lśniący brąz. Ich splendor zależy wyłącznie od kaprysu boga Słońca.
Krocząc wzdłuż symetrycznych rowków, uświadamiam sobie, dlaczego rolnictwo dało początek cywilizacji: nie chodziło tylko o nadwyżki i magazynowanie żywności, ale o porządek. Matematykę. Geometrię. Regulację.