Włochy. 111 przygód. Miasteczka, festiwale, szlaki i smaki Renata Pawłowska 6,8

ocenił(a) na 64 tyg. temu Przewodniki turystyczne często obiecują odkrywanie „nieznanych perełek”, jednak rzadko która pozycja robi to z taką pasją i znajomością detali jak książka Renaty Pawłowskiej. Autorka, znana jako ekspertka od włoskiej duszy, w publikacji Włochy. 111 przygód. Miasteczka, festiwale, szlaki i smaki zabiera nas w podróż, która omija utarte szlaki rzymskiego Koloseum czy florenckich galerii, kierując wzrok ku miejscom, gdzie czas płynie rytmem sjesty. Moja ocena 6/10 wynika z pewnego rozdarcia: z jednej strony to kopalnia inspiracji, z drugiej zaś — forma krótkich notek momentami pozostawia czytelnika z poczuciem niedosytu i fabularnego głodu.
Głównym atutem książki jest jej subiektywizm. Pawłowska nie pisze jak bezduszny algorytm wyszukiwarki; jej język jest mięsisty i niezwykle obrazowy. Kiedy opisuje lokalne festiwale, niemal czuć zapach palonego drewna, aromat trufli i kurz unoszący się nad brukowanymi uliczkami podczas procesji. To proza sensoryczna, która potrafi pobudzić apetyt lepiej niż jakiekolwiek zdjęcie z Instagrama. Wysoka nota należy się za brak pruderii w opisywaniu autentycznych, czasem szorstkich Włoch — tych bez retuszu, gdzie za piękną fasadą kryje się hałas, chaos i specyficzny temperament mieszkańców. Autorka ma zero litości dla czytelnika, który chciałby jedynie „odhaczyć” zabytki; zmusza nas do wejścia w interakcję z lokalną kulturą, trawestując klasyczne podejście do turystyki na rzecz przeżywania przygody.
Niestety, mankamentem jest struktura „111 punktów”. Taka liczba sprawia, że opisy bywają zbyt lakoniczne. Wiele z tych przygód zasługiwałoby na osobny rozdział, a tymczasem dostajemy jedynie błyskotliwą migawkę. Czasem odnosi się wrażenie, że autorka pędzi, by zmieścić się w narzuconym formacie, przez co traci się głębię reportażu na rzecz encyklopedycznej notatki. Brakuje tu spójnej klamry, która łączyłaby te rozsypane po mapie punkty w jedną, wielką opowieść o Półwyspie Apenińskim.
Podsumowując, książka Renaty Pawłowskiej to idealne źródło dla osób, które Włochy już znają i szukają pretekstu, by wrócić tam po raz kolejny, tym razem zbaczając z głównych autostrad. To lektura, która najlepiej sprawdza się jako zbiór drogowskazów, a nie jako kompendium wiedzy. Choć warsztatowo autorka stoi na wysokim poziomie, a jej miłość do Italii jest zaraźliwa, to forma „listy” nieco podcina skrzydła tej opowieści. Niemniej, to solidna pozycja dla marzycieli, którzy zamiast luksusowych hoteli wybierają zagubione w górach wioski i smaki, których nie znajdą w żadnej sieciowej restauracji.