Cała szkoła mówi o mnie Michelle Quach 6,7

ocenił(a) na 22 lata temu Nawet nie wiecie, jak bardzo wkurzyła mnie ta książka. (Spoiler alert: ogromnie mocno.)
Ale od początku.
Wiecie czym jest feminizm? Pozwolę sobie tutaj przytoczyć wypowiedź Lena: „feminizm nie polega na nienawidzeniu facetów takich jak ja. Chodzi w nim o wypracowywanie równości, wspólnymi siłami”. A wiecie czym feminizm na pewno nie jest? Tym za co uważa go główna bohaterka.
Wszystko zaczyna się od wyborów na redaktora naczelnego, w których wygrywa Len, a nie ona. I z niewiadomych mi powodów, ona uznaje to za przejaw jawnego seksizmu oraz patriarchatu. Bo wiecie, on jest chłopakiem, a ona dziewczyną, więc skoro on wygrał, to na pewno jest to seksizm.
I jasne, nie zrozumcie mnie źle, bo fakt, Eliza miała większe kompetencje, nie neguję tego. Jednak pozycja redaktora nie była wyłaniana na podstawie osiągnięć, a głosowania. W dodatku nasza bohaterka w swojej mowie, tak naprawdę przedstawiała tylko te osiągnięcia i trochę planów na rozwój, nic więcej. Cenię sobie rzeczowość, ale mimo wszystko to Len miał lepsze przemówienie. Przedstawił czym jest dla niego gazetka i poruszył temat swojej kontuzji, co umówmy się, było sprytnym zagraniem, przez zagranie na emocjach słuchaczy. No i również przedstawił swoje kompetencje, co prawda pobieżnie, ale jednak. Sama pewnie bym na niego zagłosowała. A jeśli dołożymy do tego, że był on byłym sportowcem i możemy wywnioskować, że miał lepsze relacje z rówieśnikami niż Eliza, to jego wygraną prędzej mogłabym nazwać kolesiostwem niż seksizmem. Dla mnie wygląda to trochę tak, jakby Eliza rzucała słowami „seksizm”, „mizoginia” czy „patriarchat”, tylko po to, żeby móc obwinić kogoś innego za swoją porażkę, nawet nie rozumiejąc sensu tych słów.
A takich sytuacji jest w książce masa. Kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć nazywania Lena twarzą patriarchatu czy uznawanie go za wroga feminizmu, skoro on tak naprawdę nic takiego nie zrobił. No chyba, że liczymy wygłoszenie lepszej mowy i wygranie wyborów, wtedy zwracam honor. Jeszcze jakby zwracał się w jakiś wywyższający sposób do Elizy, czy nie wiem cokolwiek, ale on serio nic nie zrobił.
Więc, gdy Eliza zaczęła domagać się jego rezygnacji, jestem pewna, że ciśnienie wywaliło mi w kosmos. Ma zrezygnować bo? Bo śmiał wygrać z laską, która nie potrafi przełknąć przegranej i zastanowić się, co mogła zrobić inaczej?
A później jest jeszcze lepiej. Gdy Elizę zaczyna popierać Serena, co oczywiście na początku jest szokiem, no bo przecież jest taka popularna i w ogóle, że nie może być feministką (dosłownie Winona, przyjaciółka Elizy powiedziała: „Długo uważałam, że za bardzo przejmujesz się chłopakami, wyglądem i takimi tam, żeby być prawdziwą feministką”, możecie więc wyobrazić sobie moją minę w tym momencie),nagle w szkole zaczyna panować moda na feminizm. No i okej, jasne, rozumiem, szkoła średnia, próby zaimponowania rówieśnikom i iście za grupą. Ale kiedy przeczytałam, że koło teatralne zmieniło wybrany już wcześniej spektakl, który był napisany przez mężczyznę, na taki napisany przez kobietę. Przepraszam, ale jaki jest w tym sens? Czy zamiast tego nie lepiej było, po prostu wybrać go na kolejne przedstawienie? Ponieważ taka nagła zmiana, dała wydźwięk, jakby coś, co zostało napisane na mężczyznę, nie mogło być wystawiane, bo to cios dla feminizmu.
W dodatku te wybory na przewodniczącego samorządu, które też miały się zaraz odbyć. Eliza stwierdziła, że za mało kobiet było nimi dotychczas w ich szkole (w książce padły nawet jakieś statystyki na temat tego i tego ile dziewczyn było redaktorką naczelną, ale co mi po takich statystykach, skoro zabrakło najważniejszego: ile kobiet w ogóle na te miejsca startowało?),więc co zrobiła? Stwierdziła, że w takim razie w tym roku na obu stanowiskach musi zasiąść dziewczyna i że gdy to się stanie, będzie to oznaka triumfu nad seksizmem. Nie zachęcała dziewczyn do zebrania w sobie odwagi i spróbowania swojej kandydatury. Lepiej uznać, że skoro są dziewczynami, a w większości na tych stanowiskach zasiadali chłopcy, to teraz im się one należą (więc Len musi zrezygnować, oczywiście). Zastanawia mnie tylko, czy gdyby najbardziej kompetentnym kandydatem na stanowisko przewodniczącego był chłopak, a jednak wygrałaby dziewczyna, to czy Eliza oburzałaby się tak samo, jak wtedy, gdy to ona przegrała.
Tak naprawdę mega szkoda mi Lena, bo zapałałam do niego chyba największą sympatią ze wszelkich postaci, bo nie dość, że zrezygnował ze swojej funkcji (moim zdaniem kompletnie niesłusznie),to jeszcze przez to że wygrał te wybory, wykreowano go na twarz patriarchatu. Najbardziej chyba uderzyło we mnie to, że gdy szafka Elizy zostaje oznaczona napisem „feminazistka”, a potem jeszcze „zdzira”, wcale nie było jej przyjemnie na to patrzeć. Ale kiedy to szafka Lena zostaje oblepiona papierem z napisem „patriarchat” (a w dodatku dostajemy sugestię, że zrobiła to jedna z jej przyjaciółek, uznająca się za feministkę),to dostajemy tylko lakoniczny opis tej sytuacji.
Nie zapominajmy też o tym, że gdy Eliza dowiaduje się, że to Len opublikował jej manifest, jest tym faktem wielce oburzona i nie potrafi dostrzec, że ona również robiła źle. Co prawda tam pod koniec go przeprasza (dopiero po tym, jak on przeprosił ją),ale bądźmy szczerzy – nie zrobiła tego za nawet jedną dziesiątą rzeczy, za które powinna.
No dobra, wyżaliłam się, to teraz czas na pozytywy.
Wątek Winony i jej pasji do filmów, podbił moje serce. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby książka zamiast na Elizie, skupiała się na tym.
Podoba mi się to, jak przedstawiono postać Lena oraz jego kontuzję i jego wahanie, czy aby na pewno powinien wrócić do gry. Żałuję tylko, że nie poświęcono temu więcej czasu.
Styl też był nawet niezły, wszystko czytało się dość szybko i sprawnie (nawet jeśli co chwilę przerywałam, aby zrobić screenshota kolejnej absurdalnej sytuacji czy dialogu.)
Podsumowując: czytając tylko się zdenerwowałam. Rozumiem, że komuś mogła się ta książka spodobać, jednak jak dla mnie, przeczytanie jej do końca, było tylko marnacją czasu.