Czarnooka blondynka Benjamin Black 6,3

ocenił(a) na 68 lata temu Zaskakująco dobra podróbka. Ale jednak podróbka. Na dodatek nieco zwietrzałego produktu.
Jednak i tak chylę czoło. Z dwóch powodów. Pierwszym jest tupet. John Banville (Benjamin Black to, stworzony na potrzeby powieści kryminalnych, pseudonim tego znakomitego irlandzkiego pisarza) zmierzył się z absolutną świętością – nie tylko zresztą dla fanów noir, prozą Raymonda Chandlera. Na dodatek postanowił napisać kontynuację jego opus magnum – „Długiego pożegnania”, powieści uznawanej zgodnie za jedno z arcydzieł literatury XX wieku. Drugim powodem dla którego chylę przed nim czoło jest rzemieślnicza klasa. Niczym najlepsi fałszerze obrazów stworzył falsyfikat, który od oryginału odróżnią tylko osoby zorientowane w temacie. Na dodatek potrafił oczyścić chandlerowską prozę z zabójczej dla thrillerów (a tak były klasyfikowane w chwili powstania powieści Wielkiego Raya) patyny. Powieści o Philipie Marlowe trącą dziś, zwłaszcza z przyczyn obyczajowych, myszką. „Czarnooka blondynka” – choć zachowuje wszystkie „chandlerowskie” cechy jest powieścią osadzoną w realiach lat 50., zachowującą charakterystyczne cechy specyficznego języka Chandlera, a jednak bardzo współczesną. Gdyby nie podkreślane na każdym kroku przez Banville retro – stroje, samochody, wystrój wnętrz, odniesienia popkulturowe, mogłaby się toczyć tu i teraz. Czyta się ją dziś lepiej niż „Długie pożegnanie”.
Czyta się ją lepiej, a jednak mamy świadomość, że to proza zdecydowanie niższej rangi. John Banville napisał bardzo zgrabny, wciągający kryminał w stylu vintage – z precyzyjną, prowadzoną z żelazną konsekwencją, przewrotną i zaskakującą fabułą oraz galerią barwnych, łamiących schematy postaci. Dla Chandlera historia i logika nie były najważniejsze (słynny telefon od Fitzgeralda: – Kto zabił Owena? – Nie wiem). Liczył się klimat, smak grzechu, rozpaczy, powszechnego bezprawia i bezkarności oraz straconej nadziei polany sosem z eleganckich perfum eleganckich kobiet i podłych wód kopciuchów, papierosowego dymu, gorzały oraz smrodu przepoconych drobnych opryszków i skorumpowanych policjantów. Banville nie potrafi tego klimatu stworzyć. Dużo o tym pisze, ale im bardziej się stara, tym bardziej mamy poczucie, że jest zawodnikiem Legii próbującym grać z Realem Madryt. To wrażenie pogłębia jeszcze bezsensowna próba podretuszowania postaci Marlowe’a. U Chandlera był on pozbawionym złudzeń szlachetnym twardzielem, skrywającym swoje człowieczeństwo za maską błazenady i cynizmu. Banville, być może z przyczyn merkantylnych – wiadomo, że książki kupują dziś częściej kobiety – a może by upodobnić do współczesnych mięczaków, postanowił nadać mu rys romantyczny. Na dodatek robi to zaskakująco niewprawnie – jakby Marlowe był komputerem ze zbyt mała pamięcią. Gdy jego detektyw myśli o kobiecie, ginie mu cała ta błyskotliwa gadka. Pojawia się za to irytująca ckliwość. Gdy pani znika, gadka wraca. To po prostu słabe – zwłaszcza na pisarza klasy Banville’a.
Z „Czarnooką blondynką” jest jeszcze jeden problem. Po Chandlerze pojawił się Ross Macdonald, który ze swoim Lew Archerem podniósł literaturę noir na jeszcze wyższy poziom. Teraz zaś mamy prawdziwego giganta – Jamesa Ellroya, faceta, który ma ambicję zostać Tołstojem czarnego kryminału i na dodatek konsekwentnie realizuje swój plan. Przy ich prozie powieści Wielkiego Raya i postać Philipa Marlowe to urocze, ale jednak ramoty. Powieść Johna Banville’a jest więc, na dodatek nie do końca udaną, podróbką ramoty.
Czyta się świetnie. Tyle, że niewiele po tym zostaje.