Stone of Tears

Okładka książki Stone of Tears autora Terry Goodkind, 9781543613445
Okładka książki Stone of Tears
Terry Goodkind Wydawnictwo: Brilliance Audio Cykl: Miecz Prawdy (tom 2) fantasy, science fiction
1027 str. 17 godz. 7 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
audiobook
Cykl:
Miecz Prawdy (tom 2)
Tytuł oryginału:
Stone of Tears
Data wydania:
2008-05-13
Data 1. wydania:
2008-05-13
Liczba stron:
1027
Czas czytania
17 godz. 7 min.
Język:
angielski
ISBN:
9781543613445
Długość:
38 godzin 34 minuty
Lektor:
Jim Bond
Średnia ocen

8,0 8,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Stone of Tears w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Stone of Tears



książek na półce przeczytane 2092 napisanych opinii 759

Oceny książki Stone of Tears

Średnia ocen
8,0 / 10
1 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Stone of Tears

avatar
16
6

Na półkach:

Z początku myślałem, że druga część jest znacznie gorsza od pierwszej. Następnie irytowało mnie, że ta część jest taka długa. To było na początku, potem tak się wciągnąłem, że praktycznie dzień w dzień czytałem na jednym oddechu. Tyle emocji, tyle akcji. Autor wspaniale opisuje magię, w taki przyziemny sposób. Polecam kontynuowanie tego cyklu.

Z początku myślałem, że druga część jest znacznie gorsza od pierwszej. Następnie irytowało mnie, że ta część jest taka długa. To było na początku, potem tak się wciągnąłem, że praktycznie dzień w dzień czytałem na jednym oddechu. Tyle emocji, tyle akcji. Autor wspaniale opisuje magię, w taki przyziemny sposób. Polecam kontynuowanie tego cyklu.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
191
171

Na półkach: ,

„Kamień Łez” to bez wątpienia wielka książka. Zgodzi się z tym chyba każdy, kto miał okazję przeczytać ją w wersji papierowej. Z pewnością znajdą się też tacy, na których wersja cyfrowa zrobi wrażenie swoimi 900 stronami.

Żarty żartami, ale chciałbym poświęcić chwilę na omówienie fizycznego wydania książki. Zazwyczaj nie poruszam tej kwestii, ale w przypadku tej pozycji uważam, że warto o tym wspomnieć.

Dobra książka powinna cechować się nie tylko interesującą treścią, ale także atrakcyjnym wydaniem. Mam na myśli przede wszystkim wielkość książki i czcionki. Nie ukrywam, że zwracam również uwagę na okładkę, która moim zdaniem powinna oddawać ducha zawartości (jak dziwnie to nie brzmi). Moim skromnym zdaniem niniejsza pozycja nie została wydana w sposób atrakcyjny dla czytelnika… Duży rozmiar książki (grubość) oraz niewielka czcionka, jak na obecne standardy, sprawiły, że moja satysfakcja z lektury była mniejsza. Niniejsza pozycja źle mi leżała w dłoniach… Osobiście podzieliłbym tę opowieść na dwie części i wydał w mniejszych tomach. Bardzo prawdopodobne, że czepiam się głupoty… Być może czepiam się drobiazgów, ale jeśli już czytam książkę w wersji papierowej, lubię, gdy dobrze leży w dłoniach i tekst jest wyraźnie widoczny.

Przejdźmy jednak do tego, co najważniejsze w każdej książce, czyli do zawartości. Akcja „Kamienia Łez” rozgrywa się zaraz po wydarzeniach przedstawionych w pierwszym tomie. Nasza trójka bohaterów (Richard, Kachlan, Zedd) zostaje rozdzielona, i każda z postaci przeżywa swoje przygody oddzielnie. W efekcie podczas lektury śledzimy trzy równoczesne linie zdarzeń. Muszę przyznać, że wszystkie trzy wątki były naprawdę ciekawe, jednak gdybym miał wybrać ten najciekawszy, zdecydowanie postawiłbym na wątek związany z Richardem i Siostrami Światła.

Czy omawiana pozycja to dobre fantasy? Zdecydowanie tak, powiedziałbym nawet, że bardzo dobre. Terry Goodkind wykreował postacie, które naprawdę można polubić. Jestem świadom, że nie wszystkim mogą się one spodobać. Jeśli chodzi o postacie i ich relacje. Chciałbym również wspomnieć o relacji Richarda z jego futrzanym podopiecznym, wspomniany wątek był dla mnie uroczy i bardzo mi się podobał. Zawsze, gdy czytałem fragmenty opisujące ich interakcje, przypominały mi się słowa Geralta z Rivii z jednej z książek Andrzeja Sapkowskiego, mówiące o tym, że to człowiek we własnej głowie tworzy potwory. Wspomniana kwestia, mogła brzmieć nieco inaczej, ale mam nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi i o czym myślę... Nie będę też ukrywał, że podoba mi również koncepcja magii zaproponowana przez Terry’ego Goodkind’a. Nawet Midlandy wydają się ciekawą krainą, choć momentami sprawiają wrażenie niewielkiej. Szczerze mówiąc, planowałem nawet ocenić tę pozycję na 9/10, mimo że styl autora potrafi być momentami męczący. Niektóre dialogi mogą naprawdę zirytować, szczególnie gdy uświadomimy sobie obfitość dzieła. Zdarzyło mi się pomyśleć: „Ech, o ile ta książka byłaby krótsza, gdyby bohaterowie nie komunikowali się w sposób, który sprawia, że jedną kwestię przekazują na trzy różne sposoby”.

Jak widać, nie przyznałem jednak na koniec oceny 9/10, a to wszystko przez zakończenie tej pozycji. Nie chcę być źle zrozumiany, końcowe fragmenty książki nie są bardzo słabe, ale są po prostu mało satysfakcjonujące w porównaniu do reszty. Finał pierwszego tomu był dla mnie lepszy, mimo że miał podobne problemy.

W omawianej pozycji od pierwszych stron czytelnikowi sugeruje się, że mieszkańcom Mitlandów zagraża niewyobrażalne niebezpieczeństwo, które może powstrzymać tylko Richard. Śledzimy te wydarzenia z ekscytacją i zainteresowaniem. Niestety, w pewnym momencie akcja zaczyna przyspieszać i nie zwalnia aż do końca książki. W efekcie wszystkie wątki zostają bardzo szybko rozwiązane. Nie wszystkie elementy historii na tym straciły, ale niestety główny motyw zakończył się w dla mnie kuriozalny sposób. Mam na myśli wątek rozerwanej zasłony i Opiekuna Zaświatów. Richard zbyt łatwo pokonuje to zagrożenie, można wręcz powiedzieć, że robi to od niechcenia.

Szczerze mówiąc, czułem duży niesmak po zakończeniu, stąd końcowa ocena: 8/10. Terry Goodkind wydaje się poświęcać wiele czasu na budowanie napięcia, nie poświęcając przy tym wystarczającej uwagi zakończeniu. Trochę tak, jakby najważniejsza była droga (podróż),a nie jej cel.

„Kamień Łez” to bez wątpienia wielka książka. Zgodzi się z tym chyba każdy, kto miał okazję przeczytać ją w wersji papierowej. Z pewnością znajdą się też tacy, na których wersja cyfrowa zrobi wrażenie swoimi 900 stronami.

Żarty żartami, ale chciałbym poświęcić chwilę na omówienie fizycznego wydania książki. Zazwyczaj nie poruszam tej kwestii, ale w przypadku tej pozycji...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
31
17

Na półkach:

nie ma się co rozpisywać, kontynuacja jest super. Wkurzające są tylko krótkie retrospekcję autora, jakby każdy tom pisany był dla osób, które nie czytały poprzedniego. Albo mają pamięć 5 dniową.

nie ma się co rozpisywać, kontynuacja jest super. Wkurzające są tylko krótkie retrospekcję autora, jakby każdy tom pisany był dla osób, które nie czytały poprzedniego. Albo mają pamięć 5 dniową.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

3869 użytkowników ma tytuł Stone of Tears na półkach głównych
  • 3 086
  • 740
  • 43
1099 użytkowników ma tytuł Stone of Tears na półkach dodatkowych
  • 691
  • 188
  • 88
  • 66
  • 30
  • 19
  • 17

Tagi i tematy do książki Stone of Tears

Inne książki autora

Terry Goodkind
Terry Goodkind
Amerykański pisarz fantasy, zdaniem krytyków jeden z najbardziej porywających twórców fantasy. Zyskał światową sławę cyklem fantasy „Miecz Prawdy”, wydanym w łącznym nakładzie ponad 25 milionów egzemplarzy (w Polsce – 230 tysięcy) i przełożonym na ponad 20 języków. Na podstawie cyklu zrealizowano pod nadzorem Sama Raimiego dwusezonowy serial. Na podstawie Pierwszego prawa magii powstał bardzo dobrze przyjęty serial Legend of the Seeker. Goodkind bierze udział w amatorskich i półprofesjonalnych wyścigach samochodowych. Goodkind urodził się w największym mieście stanu Nebraska, Omaha. W młodości uczęszczał do szkoły plastycznej. W 1983 przeprowadził się do domu w lesie. Wysoko ceni sobie swoją prywatność, dlatego nie wiadomo dokładnie gdzie mieszka, poza ogólną informacją, że w zachodniej części Stanów Zjednoczonych. Zadebiutował w 1994 roku książką "Pierwsze prawo magii". Jako debiutujący pisarz zainkasował za swoją książkę rekordową sumę 275 000$. Seria Miecz prawdy opowiada dzieje Richarda Cyphera znanego również, jako Richard Rahl; Kahlan Amnell oraz czarodzieja Zeddicusa Z'ul Zorandera. Richard wiedzie spokojne, proste życie leśnego przewodnika, do czasu, gdy jego ojciec George Cypher zostaje zamordowany w brutalny sposób. Od tego momentu jego świat zostaje wywrócony do góry nogami, a to tylko przedsmak tego co ma się wydarzyć. W miesiąc później podczas jednej ze swych wędrówek po lasach pomaga pewnej nieznajomej dziewczynie ściganej przez czterech mężczyzn. Prawo do ekranizacji serii Miecz prawdy zakupił Sam Raimi. Raimi początkowo planował produkcję pięcioczęściowego miniserialu jednak po rozmowach z autorem książki zdecydował o produkcji pełnego sezonu serialu. Serial zadebiutował w USA 1 listopada 2008 roku pod tytułem Legend of the Seeker. Pierwszy sezon liczył 22 odcinki. Drugi sezon miał swoją premierę 8 listopada 2009 i zakończył się 22 odcinkami 23 maja 2010.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Proroctwo: Dziecko Ziemi Elizabeth Haydon
Proroctwo: Dziecko Ziemi
Elizabeth Haydon
Drugi tom cyklu Symfonia wieków, opowiadającej o losach Bajarki Rapsodii, asasyna Achmeda i olbrzyma Grunthora. W tym tomie główna bohaterka odnajduje także swojego dawnego ukochanego. Rapsodia i Ashe wyruszają w niebezpieczną podróż, podczas której spotkają smoczycę Elynsynos i stają do walki o życie patriarchy Sepulvarty. W tym samym czasie Achmed i Grunthor, poszukują śladów znienawidzonego demona, zagłębiają tajniki górskiej siedziby bogów i swych nowych, niedawno odkrytych mocy... Podobało mi się że autorka opowiedziała więcej o koncepcji żywiołów stojącej za systemem magii. Każdy z czterech głównych bohaterów jest powiązany z jednym z pięciu elementów. Grunthor jest związany z ziemią, Achmed włada magią wibracyjną, która jest powiązana z wiatrem, Ashe dowodzi wodą, a Rapsodia z kolei, odkrywa w sobie moc panowania nad ogniem oraz eterem (piątym żywiołem wywodzącym się z gwiazd) i dzierżąc w dłoni płonący miecz Clarion, dowiaduje się o swoim posłannictwie: Iliachenva'ar -- Ostatnia Strażniczka i Obrończyni. Każdy z nich jest nosicielem jednego z żywiołów a razem, stanowią jedyną skuteczną broń przeciwko nieznającemu czasu Złu -- F'dorowi. Elizabeth Haydon, jak sama podkreśliła w jednym z wywiadów, nie pretenduje do miana wielkiej pisarki. Swoją twórczość określa bez żenady jako efekt uboczny postrzelonego umysłu. I muszę przyznać, że podoba mi się takie wariactwo.
Eufrozyna - awatar Eufrozyna
oceniła na83 lata temu
Świątynia Wichrów Terry Goodkind
Świątynia Wichrów
Terry Goodkind
„Świątynia Wichrów” to kolejne dzieło autorstwa Terry'ego Goodking'a, wchodzące w skład cyklu „Miecz Prawdy”. Niestety, niniejszy tom nie wybił się jakością ponad poprzednie i pozostał tylko kawałkiem bardzo dobrego fantasy. Piszę to ze smutkiem, uważam bowiem, że dzieła napisane przez Good king'a mogłyby zyskać miano co najmniej rewelacyjnych powieści, gdyby tylko styl autora byłby nieco inny. Jestem bardzo wyrozumiałym czytelnikiem, ale nawet mi kilkukrotnie zgrzytały zęby podczas czytania niektórych dialogów… Przykładowo, rozmowa Kachlan z Nadine , podczas której Matka Spowiedniczka prosi zielarkę, by ta zaopiekowała się Richardem, kto czytał, chyba skojarzy, o jakim fragmencie mówię. W każdym razie ukochana Richarda tłumaczyć jego przyjaciółce chyb z 4 razy, o co jej chodzi i czego oczekuje… Masakra… Wspomniany fragment czytałem z poczuciem żenady… Podobne odczucia miałem, gdy czytałem fragment, w którym Kachlan ściga Merita… Podczas pościgu Matka Spowiedniczka powtarzała każdemu, że mimo swoich ran i zmęczenia musi powstrzymać kontrolowanego przez Jaga ngana czarodzieja, zanim ten zdąży wyrządzić większe szkody. Jest nam więc sugerowane, że czarodziej mógłby zrobić wiele złego przy pomocy swego daru… Mimo to, w momencie kiedy Kachlan udaje się złapać wspomnianą niezwykle groźną postać, to zamiast ją błyskawicznie porazić swoją mocą, zaczyna ona z nim dyskutować i prowadzić krótki, ale moim zdaniem, konkretnie nie na miejscu dialog… Czytając ten fragment, miałem w głowie tylko myśl: „Nie no, to tak na serio?”. To było takie głupie, nawet jak teraz o tym piszę, czuję poczucie żenady. Kolejnym minusem jest, jak dla mnie, zbytnie rozwleczenie wątku zarazy… Jeśli poświęciło się tyle czasu na wątek choroby i wywołanego przez nią kryzysu, to równie dużo powinno się poświęcić uwagi na temat jej powstrzymania… Niestety, w tym tomie, podobnie jak w drugim, zostaje nam przedstawione wielkie zagrożenie, które koniec końców Richard pokonuje z „zamkniętymi oczami”, co mnie osobiście trochę zirytowało… Ogólnie odnoszę wrażenie, że w poprzedniej części cyklu akcja była dynamiczniej i lepiej poprowadzona. Trochę ponarzekałem, to teraz czas napisać o tym, co naprawdę dobre w niniejszej pozycji, czyli o wątkach Ann i Zedda oraz Nathana i Clarissy. Fragmenty opowiadające o przygodach obu duetów są nie tylko bardzo ciekawe, ale również i dobrze napisane (mają odpowiednią długość, nie są niepotrzebnie rozciągnięte). Jak na ten moment, stary prorok wydaje mi się najbardziej interesującą postacią całej serii. Bardzo jestem ciekaw, jak dalej się potoczą losy wspomnianego bohatera. Wątek Drefana Rhala, uzdrowiciela Raug’Moss, wniósł do tomu naprawdę sporo grozy i brutalności. Ogólnie uważam go za coś dobrego, ale mimo wszystko bardziej cenię sobie fragmenty z udziałem Zedda oraz Nathana. Obaj wspomniani czarodzieje wydaja się bardzo groźnymi i potężnymi osobami, są jednak tacy nie tylko ze względu na swój ogromny magiczny dar, ale przede wszystkim dlatego, że są ludźmi bardzo sprytnymi i mądrymi. Bardzo lubię takie kreacje czarodziejów. Ogólnie mówiąc, niniejsza pozycja to bardzo dobre dzieło fantasy, które prezentuje nam losy ciekawych postaci, jak Nathan, Zedd, Richard czy Kachlan, które stawiają czoła zagrożeniom, jakie czyhają na równie interesujący tzw. Nowy Świat. Niestety, Terry Good king, posiada bardzo specyficzny styl pisania, który część czytelników tylko zirytuje, a dla innych będzie czynnikiem odrzucającym od lektury. W każdym razie sposób pisania dialogów (bo to one są najczęściej najgorszym elementem) jest powodem, dla którego niniejsza pozycja, jak i poprzednie tomy cyklu, nigdy w moich oczach nie zyskają miana rewelacyjnych pozycji.
VanGreg95 - awatar VanGreg95
ocenił na82 miesiące temu
Imię wiatru Patrick Rothfuss
Imię wiatru
Patrick Rothfuss
Pół żartem, pół serio. Jest tylko jedna rzecz gorsza od źle napisanej książki - książka napisana tak dobrze, że co jakiś czas musisz się zatrzymywać i zachwycać nad tym, jak wspaniale układają się słowa, jak wyjątkowym wyczuciem wykazał się autor, jak świetne rozwiązania wybrał. Tak nie można robić, to wytrąca z immersji. A teraz na poważnie. To książka, która nie śpieszy się. Płynie powoli, pozwala nam złapać oddech, odpocząć, wczuć się w szum wiatru. Nie wiemy, dokąd zmierzamy, ale po prostu ufamy, że to właściwy kierunek. Na pochwałę zasługuje niemalże wszystko. Rothfuss ma niezwykłą lekkość w tworzeniu pamiętnych postaci, zarówno na pierwszym, jak i na drugim, a często nawet na trzecim planie. To w sporej mierze zasługa dialogów, które brzmią swobodnie i naturalnie. Autor pokazał nam jedynie dość niewielki skrawek świata, ale za to zrobił to wiarygodnie i skrupulatnie. Wiemy tyle, ile potrzebujemy i ani grama więcej. To, rzecz jasna, w sporej mierze konsekwencja narracji pierwszoosobowej, którą pisana jest większość książki. To zaleta - pozwala nam zrozumieć i wczuć się w skórę głównego bohatera, Kvothe, który jest postacią ciekawą, rozbudowaną i niejednoznaczną. Jeśli do czegoś mogę się przyczepić, to tylko do końcówki, w której fabularnie Rothfuss zagrał parę złych nut i pewne wydarzenia wybrzmiały nieodpowiednio. Trochę wyglądało to, jakby autor miał problemy z zamknięciem powieści i poszedł na skróty. To jednak za mało, by zmienić mój odbiór tej książki.
Kanver - awatar Kanver
ocenił na106 dni temu
Dusza ognia Terry Goodkind
Dusza ognia
Terry Goodkind
„„Dusza Ognia” to piąty tom serii „Miecz Prawdy” autorstwa Terry’ego Goodkind'a. Podczas lektury tego tomu odczuwałem różnorodne emocje – od zaciekawienia, przez konsternację, aż po rozczarowanie. „Dusza Ognia” jest pierwszą częścią cyklu, której wystawiam ocenę 7/10. Niestety mam z tą książką wiele problemów… Zacznijmy od tego, że początek książki jest, moim zdaniem, bardzo obiecujący. Szczerze mówiąc, byłem zaintrygowany wątkiem demonów i z niecierpliwością czekałem na jego rozwój. Niestety, nagle, bez zapowiedzi, poznajemy kuchennego pomywacza Fitcha oraz pomocnicę rzeźnika Beatę, którzy mieszkają w odległej, dotąd nieznanej krainie. Powiem tak. Rozumiem, dlaczego Terry Goodkind postanowił nam przedstawić Anderith i jego mieszkańców, jednak mam z tym mimo wszystko pewien problem. Miałem duży niesmak, gdy po zakończeniu jednego rozdziału i przejściu do kolejnego doświadczyłem takiego przeskoku tematycznego. Tym bardziej że wątek demonów był dla mnie czymś bardzo interesującym i zamiast czytać o nim dalej,, dostałem opowieść o jakimś pomywaczu… Byłem przekonany, że po rozstaniu z Richardem i Kachlan będziemy śledzić losy Zedda lub ewentualnie Ann, a tu dostaliśmy coś zupełnie innego. Nie chce tu zbytnio zdradzać fabuły książki, więc powiem bardzo ogólnie, że wątki związane z krainą Anderith są w najgorszym wypadku znośne, a w najlepszym niesatysfakcjonujące. W dużym skrócie wątki Beaty i Fitcha uważam w całości za słabe, a wątek Ministra Spraw Duchowych i jego adiunkta za coś naprawdę dobrego, z bardzo moim zdaniem słabym zakończeniem. Przemiana Daltona Cambella to dla mnie po prostu… Nie rozumiem drogi tej postaci i jej przemiany… Znaczy, domyślam się, o co chodziło, bo tak ogólnie to rozumiem większość zamysłów Terry’ego Good kind’a, jednak mimo wszystko nie są one czymś, co mi przypadło do gustu. Wspominałem w pewnym momencie, że liczyłem, iż po rozstaniu z Kachlan i Richardem będziemy śledzić wątek Zedda, czyli, moim zdaniem, prawdopodobnie najsympatyczniejszej i najciekawszej postaci cyklu. W omawianym tomie rzeczywiście mamy okazję śledzić przygody Pierwszego Czarodzieja, jednak fragmenty poświęcone Zeddowi stanowią jedynie niewielką część książki. Nie będę też ukrywał, że liczyłem na to, iż Zedd w niniejszym tomie zyska trochę na sprawczości i dokona czegoś naprawdę wielkiego, co przystoi do jego rangi… Niestety, znów cały splendor spadł na Richarda, co mnie osobiście rozczarowało. Fragmenty dotyczące Zedda były dobre, ale mogłyby być lepsze. Przejdźmy w tym momencie do zagadnień związanych z Matką Spowiedniczką i Poszukiwaczem Prawdy. Jak już wspomniałem, wątek demonów od samego początku wydawał mi się bardzo interesujący i pozostał taki niemal do końca. Może nie jestem zbyt bystry albo nie do końca rozumiem magie w przedstawionym świecie, ale nie rozumiem, co tak naprawdę zrobił Joseph Ander… To jednak nie jest moje największe zastrzeżenie do tego wątku. Zdecydowanie większy problem mam z tym, że Richard znowu „z palcem w nosie” rozwiązuje główny problem przedstawionych wydarzeń. Mimo to wspomniany wątek uznaje za dobry element książki. W omawianej pozycji zostały nam jeszcze zaprezentowane losy Ann… Omawiam je jako ostatnie, ponieważ uważam je za najlepiej napisane fragmenty książki. Podkreślę jednak w tym momencie, że określenie „najlepiej napisane” nie należy utożsamiać z czymś oryginalnym czy niezwykłym. Fragmenty opisujące losy Annaliny mają, moim zdaniem, najmniej niedoskonałości, dlatego cenię je najbardziej. Jeśli chodzi o moje podejście do niniejszego tomu jako całości, to uważam, że „Dusza ognia” to dzieło, które niestety porusza zbyt wiele zagadnień, a co gorsza, część zaprezentowanych wątków nie wypada najlepiej. Oczywiście niniejsza książka nie jest złym dziełem, wręcz przeciwnie to kawał dobrej fantastyki, jednak nie jest to, jak dla mnie, tak dobra pozycja jak poprzednie tomy…
VanGreg95 - awatar VanGreg95
ocenił na74 dni temu
Władca Pierścieni J.R.R. Tolkien
Władca Pierścieni
J.R.R. Tolkien
Ponieważ jestem ojcem moich córek, zachęcam je łamane zmuszam do zapoznawania się z moimi fenomenami kulturowymi, dzięki którym stałem się takim człowiekiem jakim się stałem (to jest doprawdy banał, wystarczy tysiąc razy zobaczyć bambi disneya i tysiąc razy gwiezdne wojny, i bumc, ja). Dziewczyny potrafią poprawnie wymienić wszystkich x-menów z co ważniejszych składów (na spin offy też przyjdzie pora),wiedzą który trans formers jest który, jak się nazywają żółwie ninja, i całkiem nieźle potrafią zidentyfikować dwadzieścia statków kosmicznych, od uss enterprise po tie interceptora. Lubię im sprzedawać te moje bzdury i patrzeć jak im się zapalają oczy, mogę wtedy trochę przeżyć jeszcze raz ten pierwszy raz, a przecież pierwszy raz tak naprawdę można przeżyć tylko jeden raz. Kupiłem niedawno taki niemożliwy zestaw planszowych gier fabularno- fantastycznych, jako pisklę tak właśnie wyobrażałem sobie ostateczny etap ewolucji wszechświata. Pomyślałem: sprzedam im Tolkiena. To się może wciągną i tym lepiej im wejdzie wcielanie się w druidki i zabójczynie, do czego być może nigdy nie dojdzie. No i zaczęliśmy czytać razem. Wróć. Najpierw przeszedłem ze trzy fora fantastyczne na których ludzie wyzywali się od najpodlejszych kłócą się, czy Łoziński czy Skibniewska. Mam kolosalny sentyment do Skibniewskiej, ale nie jestem głuchy na rozsądne słowa. Wziąłem Łozińskiego. Niech mnie Elendil bije! Jakie to jest naprawdę bez przesady niezaprzeczalnie wspaniałe. Jak to jest dobrze napisane. Jaki jęk się wydobył z gardeł kiedy w Morii, czy ktoś jeszcze nie wie co w morii? Może ktoś tu trafi przed lekturą, niech wie, że w Morii, och, jej, w tej morii. Więc jęk się wydobył spod kołdry. W Lothorien obydwie mendki zastygły w takim złocistym beztrwaniu, a może mi się tylko tak wydawało. Nad Anduiną przywarły do dna łodzi. Przejął je trupim chłodem upiór z kurhanów. Tylko, ten Boromir, tatko, wszystko jest w porządku z tym Boromirem? Nie wiem, córko, nie wiem. Zobaczy się gdzieś koło Amon Hel. Dziękuję moim córkom, jeżeli kiedykolwiek to przeczytają, ale pewnie nie, za to że sobie to przeżyłem jeszcze raz, a teraz wam o tym opowiadam w gospodzie "pod rozbrykanym kuckiem". A, tłumaczenie. No więc, Łazik jest dla mnie nadal dziwny, też dziwi maniera tłumaczenia niektórych nazwisk a niektórych nie, ja bym wszystko zostawił, z drugiej strony, ja bym tego w ogóle nie tłumaczył, bo to jest pięknie napisane. Ale , z całym szacunkiem dla moich pięknych wspomnień, tłumaczenie Łozińskiego jest bezapelacyjnie lepsze, a ile lepsze to się przekonałem jak kiedyś w aucie polecał audiobook w tłumaczeniu Skibniewskiej właśnie. No, podyskutowali, ale prawda jest z nami. A teraz zjeżdżam poczytać jak ten Frodo to jednak do tego mordoru lezie zamiast do minas tirith, kto to widział, co to będzie, że tego Sama ma chociaż, tyle dobrego.
iHS - awatar iHS
ocenił na1011 dni temu
Powrót Czarnej Kompanii Glen Cook
Powrót Czarnej Kompanii
Glen Cook
Dwie powieści w jednej. Zmienił się narrator - tym razem kroniki spisuje Murgen, dotychczasowy chorąży Czarnej Kompanii. Od razu wspomnę o tym, że w drugiej powieści narrator słowami Konowała skrytykował twórczość Murgena, twierdząc, że zbyt wiele miejsca poświęca swoim sprawom i przemyśleniom, a zbyt mało pisze o innych członkach Kompanii. I rzeczywiście, widać zmianę stylu narracji, co z jednej strony jest na plus, ponieważ autor mógł poczuć się zmęczony, podobnie jak czytelnik, z drugiej strony może przeszkadzać odbiorcom przyzwyczajonym do dotychczasowego stylu. Narracja jest mniej usystematyzowana, bardziej poszarpana. Jako że Kompania się rozrosła i teatr wojny poszerzył, autor postanowił wprowadzić nowe rozwiązanie pozwalające Murgenowi na uczestniczenie w ważnych wydarzeniach. To mi się podobało w pierwszej powieści cyklu, że o wszystkim dowiadujemy się albo z pierwszej ręki dzięki Konowało, albo od uczestników, którzy opowiedzieli o tym kronikarzowi, a ten zapisał ich relacje. Później Cook od tego odszedł na rzecz opisywania wydarzeń także z trzeciej osoby, ale w „Ponurych latach” wydaje się, że trochę pojechał po bandzie. Murgen został nauczony korzystania z ciała/ducha pogrążonego w śpiączce czarodzieja w celu astralnych wędrówek, dzięki czemu może podglądać i podsłuchiwać towarzyszy oraz wrogów, a także cofać się w czasie. Niby są jakieś ograniczenia, ponieważ czarodziej jest lękliwy i nie chce zobaczyć niektórych rzeczy czy osób, ale zdecydowanie zwiększa szanse Kompanii na zwycięstwo. Niestety, sprawia to też, że nie ma zbyt wielu elementów zaskoczenia. Kompania zwycięża praktycznie w każdej sytuacji, nawet jeśli na początku nic na to nie wskazuje. Konował potrafi przewidzieć każdy możliwy scenariusz i opracować plan awaryjny, gdyby coś poszło nie tak, oczywiście wszystko zgodnie z jego planem. Mimo braku przejmowania się losami bohaterów - tego mi często brakuje; główni bohaterowie najczęściej są nietykalni - jednak coś jest wyjątkowego w twórczości Cooka. Tym bardziej, że Czarna Kompania jest coraz bliżej swojego celu. Oczywiście wciąż występuje recykling przeciwników, którzy wydają się pokonani, ale jednak w jakiś sposób udaje im się powrócić/przechytrzyć Kompanię. Ale to już urok tego cyklu. A, jeszcze jedna kwestia, o której ciągle zapominam wspomnieć. Czasem autor używa słów, które nie powinny występować w takich powieściach, czy to nowoczesnych czy na przykład „spartańskie warunki”, mimo że Spartanie w tym uniwersum nigdy nie istnieli. :')
cyberpunkowy neuromantyk - awatar cyberpunkowy neuromantyk
ocenił na61 rok temu

Cytaty z książki Stone of Tears

Więcej
Terry Goodkind Kamień Łez Zobacz więcej
Terry Goodkind Kamień Łez Zobacz więcej
Terry Goodkind Kamień Łez Zobacz więcej
Więcej