Witkacego portret prawdziwy. Nowa biografia maluje go bez fałszu
Witkacego nie ma. Zmyślano go tak często, ubarwiano, dokładano kolejne jaskrawe cegiełki do legendy o „wariacie z Krupówek” (a Witkiewicz nie zostawił po sobie dzieci i wnuków, które mogłyby go bronić), że wysupłanie prawdy ze sterty mitów to dziś zadanie karkołomne. Podjął się go Przemysław Pawlak w swojej spektakularnej książce o niespektakularnym tytule – „Witkacy. Biografia”.
Sens epigrafu otwierającego książkę Pawlaka jest nieco inny. Nową biografię Witkacego rozpoczyna cytat z Wandy Dynowskiej: „Witkiewicz nie istnieje – to jest tylko doskonale skonstruowany automat”. Ale zdanie to, a w zasadzie sam jego początek, szło ze mną przez całą lekturę i powracało przy kolejnych rozdziałach. Witkacego nie ma. Jest nadmalowywany i deformowany portret artysty, który stał się własnością publiczną. Pawlak odziera ten portret z przeinaczeń.
Jedność w wielości
Od razu wyjaśnijmy: dekonstrukcja mitów nie oznacza próby przekonania nas o witkacowskim zwykłym życiu. Mój Boże, nie. Witkacy to przecież, jak mówi o nim autor, chodzące nienasycenie. Jedność w wielości. Ktoś, kto mógł być wszystkim, więc wszystkim został: malarzem, pisarzem, filozofem, dramaturgiem, taternikiem, podróżnikiem, dowódcą kompanii w rosyjskiej armii, fotografikiem, eseistą. Bywało, że reżyserem i scenografem. To wciąż najbarwniejsza postać nie tylko zakopiańskiej bohemy, ale i być może całej polskiej sceny artystycznej XX wieku.
I czego się dowiadujemy? Ano na przykład, że kierował ośmioosobowym bobslejem na 10 lat przed tym, zanim dyscyplina ta pojawiła się na igrzyskach. Spuszczał z łańcuchów psy podwórkowe, gdy jeszcze nikomu nie przychodziło do głowy, by dbać o prawa zwierząt. Był najpewniej neuroróżnorodny. Miał ulubione szczotki do ciała, z Bielska-Białej, i nie mógł zrozumieć, czemu wszyscy ich nie używają, skoro są najlepsze. Kupował ich więc mnóstwo i wciskał znajomym.
Ale – czym w istocie były obrosłe w legendę „orgie”, które urządzał w Zakopanem? Czy rzeczywiście jego relacje z żoną i innymi kobietami były jak na tamte czasy tak niezwykłe? Czy podobnie jak ojciec był niezaradny finansowo i musiał być utrzymywany? I czy ostatnie dni jego życia, zakończonego pod dębem we wsi Jeziory, rzeczywiście wyglądały tak, jak dotąd opisywano?

Julka nie rozumie, jak las robić
Dzieckiem był wybitnym, choć Pawlak podkreśla, że trudno rozstrzygnąć, co było tu ważniejsze: zdolności intelektualne nazywanego przez rodziców Kaluniem Stasia czy ich zdolności pedagogiczne. „Nie wiem”, „nie dyskutuj”, „nie mądruj się” – tego się Kaluniowi nie mówi. Kalunia się słucha, rozpala w nim ciekawość świata i daje możliwość realizowania pasji. A tych ma od małego mnóstwo.
Niania nie nadąża za wyobraźnią dwu-, trzyletniego Stasia. „Julka nie rozumie, jak las robić”, żali się chłopiec. Jako trzylatek przytula się do słupów telegraficznych i mówi, że wsłuchuje się w przekazywane wiadomości. Jako pięciolatek chodzi z ojcem po Tatrach. W wieku sześciu lat tworzy pierwsze studium z natury – Osobitą, kraniec Tatr, narysowany ołówkiem i akwarelami. O swoich obrazkach rozmawia z dorosłymi, choć to zdaniem Kalunia nie obrazki, a dzieła sztuki malarskiej.
Siedmioletni Staś pisze pierwsze dramaciki. Strzelając z grochu do żołnierzyków, pochłonięty lekturą map, odgrywa bitwy morskie, na przykład bitwę pod Trafalgarem. Sam, bo ojciec coraz rzadziej pomaga, klei burty i maszty. Tworzy pancerniki, krążowniki, a nawet łodzie podwodne. Coraz częściej jest samotny. Rówieśnicy zaczynają zauważać, że jest „dziwaczny i niewesoły”. Matka, niewspomagana przez niemyślącego o finansach ojca, jest zbyt zapracowana, by poświęcać czas synowi. Stanisław Witkiewicz coraz rzadziej bywa w domu. Niemal przestanie, gdy szaleńczo zakocha się w Marii Dembowskiej.
Wpływ, jaki na Witkacego ma ojciec – wieczny moralizator, który nigdy nie potrafi oszczędzić synowi dobrych rad, choć sam porzucił rodzinę dla wielkiej miłości – jest ogromny. Pisane przez lata listy zawierają ciągłe przykazania. Stach ma być piękny, dobry i mądry, bo tak kazał mu ojciec.
Pawlak udowadnia jednak, że wbrew częstym sugestiom biografów ojciec nie stworzył projektu pod tytułem syn-geniusz i nie postawił młodego Witkacego siłą na konkretnej ścieżce, którą ten musiał podążać za wszelką cenę. Karmiono wszelkie pasje Stasia (botanika, geologia) i umożliwiono mu ich realizowanie. Domowe nauczanie? Nie było niczym wywrotowym w środowisku, w jakim obracali się Witkiewiczowie. Byłoby nim posłanie dyskutującego o astronomii Stacha do szkoły powszechnej, w której nastolatkowie ledwo składali zdania.
Obraz opresyjnego starego Witkiewicza, toksycznego despoty, który wymyślił i wyciosał syna artystę, to pierwsze utrwalane od dawna przeinaczenie, z którym rozprawia się Pawlak (choć nie jest dla ojca Witkacego przesadnie łaskawy). Będzie ich więcej.

Malinowski podpiekany jak Kmicic
Stach fascynuje środowisko od najmłodszych lat. W 1910 roku, gdy Witkacy jest zaledwie 25-latkiem, Tadeusz Miciński unieśmiertelnia go za życia. Publikuje „Nietotę”, w której portretuje Stacha jako demonicznego księcia Huberta, przemierzającego morze między tatrzańskimi szczytami własną łodzią podwodną. Tak oto Witkacy staje się podhalańskim celebrytą, a otoczka niesamowitości nie opuści go już nigdy.
Barwnością życia mógłby obdzielić kilku lub kilkunastu sobie współczesnych. Czego w nim nie ma! Podróży, wojny, skandali i skandalików.
Po maturze nie robi sobie typowego gap year. To nawet nie, jak pisze Pawlak, grand tour, czyli znany już od XVII wieku schemat kilkuletniego podróżowania młodzieńców z bogatych domów, by doskonalili umysł i charakter. Podróże Witkacego trwają blisko dekadę.
Przez Wiedeń i Monachium dociera do Włoch. Zwiedza Paryż, gdzie, jak sugeruje Pawlak, miał trafić do słynnego salonu Gertrudy Stein na Montparnasse. Poznaje Bretanię. Po samobójstwie Jadwigi Janczewskiej obwiniający się za tragedię, planujący własną śmierć Witkacy wyjeżdża z Bronisławem Malinowskim na drugi koniec świata. Zatrzymują się w Cejlonie, a wreszcie docierają do Australii.
Tropikalnej wycieczce towarzyszy zresztą wspaniały opis. Docierając do jednego z cejlońskich jezior, Witkacy i Malinowski nie mogą porozumieć się, którędy je obejść. Rozdzielają się i nie jest to dobry pomysł. W końcu z gęstwiny wypadają tubylcy, a samotny Witkacy gotuje się na śmierć.
Wrzeszczy do nich po polsku: „Gadajcie, gdzie Malinowski!?”. Mężczyźni biorą Stacha pod ręce i prowadzą przez las do małej świątyni. To, co widzi w środku, przekracza wyobraźnię. Na śmierć był gotowy, ale nie na tortury! A tu nad małym paleniskiem kołysze się jakiś chudy nieszczęśnik, ewidentnie przypiekany żywym ogniem, jak Kmicic w „Potopie”… Czterech drabów kurczowo trzyma gołego Bronia za ręce i nogi, a ten bezwładny, widocznie już nieprzytomny… Staś, zlany potem, wybałuszonymi oczyma patrzy na tę scenę, podczas gdy zgromadzeni próbują mu wyjaśnić łamaną angielszczyzną: Malinowskiego oblazły kleszcze. Podgrzewane same wyjdą.
Historię tę obaj będą opowiadać latami, raz po raz ubarwiając niektóre fragmenty.
Równie doskonały jest opis wojennych doświadczeń Witkacego, który po wybuchu I wojny światowej, słysząc o bestialstwie Niemców w Wielkopolsce, zaciągnął się do rosyjskiego wojska. Dosłużył w nim stopnia podporucznika i dowodził oddziałem w krwawej bitwie pod Stochodem.
Pisząc biografię Witkacego, Pawlak nie zamierzał stworzyć panegiryku (i nie stworzył), i ja nie zamierzam tworzyć go dla Pawlaka. Ale przyznać muszę uczciwie: opis biegnących żołnierzy (wśród nich przyszły autor „Pożegnania jesieni” i „Nienasycenia”), mijających pagórki z ciał swoich poprzedników, porosłe już świeżą trawą, karaluszego biegu ku zasiekom, po nawozie z ciał, wśród niewypowiedzianego smrodu… opis ten czyta się niemal jak Remarque’a.
Zachwyca też relacja z pijanego „występu” w zakopiańskim kinie, bez porozumienia z obsługą, tym razem pióra Antoniego Słonimskiego. Przytaczam w całości, bo siedziałem na ławce, łapiąc pierwsze wiosenne słońce, i śmiałem się głośno:
Wiadomo było, że już na świecie są kina dźwiękowe, a u nas za parawanem przygrywała na pianinie anonimowa paniusia. Byliśmy z Guciem Zamoyskim wszyscy trzej lekko pod gazem. Poszliśmy do kina. Witkacy objął w filmie rolę kobiecą i wykrzyknął piskliwie: „Ryszardzie, czy stłamsisz mnie i porzucisz z dzieckiem?” – „Nigdy – odpowiedziałem basem – nie porzucę cię, póki nie zgnije najdrobniejszy korzonek mego drzewa ginekologicznego”. Prowadziliśmy dłuższą chwilę ten pełen napięcia dialog, gdy wreszcie zrobiła się awantura. Pani zza parawanu oświadczyła: „Albo ja, albo ci panowie”. Wyproszono nas z kina przy czynnej pomocy miejscowego policjanta. Już przy wyjściu Witkacy nagle postawił sprawę na gruncie towarzyskim: „Pan się nam nie przedstawił”. Policjant stuknął obcasami i oznajmił, że nazywa się Pieniążek. Witkacy mruknął: „Witkiewicz”, Gucio dodał: „Zamoyski”, a ja, by nie obniżyć lotu, przedstawiłem się: „Sienkiewicz”. Policjant był zgorszony i zasmucony: „To panowie mają u nas własne ulice, a nie potrafią się zachować w bioskopie”.
Gdy pracoholik śpi, budzi się czarnowidz
Nowe Życie na Wielką Skalę Witkacy zaczyna co miesiąc. Załamania męczą go zwykle zaraz po przebudzeniu. Już w młodości uznaje metafizyczną trwogę za jeden z głównych wyznaczników człowieczeństwa, a myśl o śmierci opuszcza go rzadko. Z euforii wpada wprost w myśli samobójcze, przez co badacze twierdzą, że miał przynajmniej osobowość typu borderline. Do tego, co oczywiste wobec powyższych opisów wojennych doświadczeń, zespół stresu pourazowego.
Wie, że nigdy nie dotrze do istoty ludzkiego istnienia, ale dróg na próg zaświatów szuka nieustannie. Alkohol i kokaina są złudne w swych obietnicach. W dodatku wyniszczają. Co innego pejotl, kaktus czczony przez Indian jako bóstwo światła, z którego pozyskiwana jest meskalina. Ów „święty narkotyk” dostarcza cudownych wizji, a po kilku seansach pejotlowych Witkacy twierdzi, że „trwa w nim coś niezniszczalnego, co łączy go ze sprawami ostatecznymi, jak gdyby dotykał najwyższej, niewyrażalnej Tajemnicy.”
Nieuchronność śmierci nie daje jednak o sobie zapomnieć. Czarnowidz zasypia na moment, gdy budzi się pracoholik. Witkacy pracuje tytanicznie, po kilkanaście godzin dziennie. Spora część biografii poświęcona jest jego portretowej działalności. Nie tylko pozwala się ona utrzymać (wbrew opiniom, że Witkacy był niezaradny życiowo, Pawlak na podstawie podatków wylicza, że jego roczny przychód mógł być na poziomie poborów sędziego Sądu Najwyższego), ale i utrzymuje go zajętym przez długie godziny.
Stworzył około 8 tysięcy portretów. Pisał sztuki i powieści. Na poważnie zajmował się filozofią. Próbował nawet aktorstwa, ale mordę zanadto wymalowano mu na żółto i nie odpowiadały mu godziny bezczynnego czekania na planie. Robić, robić, stale być w ruchu.

O śmierci pozwala nie myśleć też bogate życie towarzyskie. „Faktem jest, że gdzie się pojawił, tam nadawał ton całemu towarzystwu i w jego kręgu bladło wszystko, co świeciło własnym blaskiem”. W gości przychodzi z całą czeredą nieprzewidzianych towarzyszy. Sam kreuje mit Witkacego, czym stwarza pretekst do późniejszych nadinterpretacji. Ogłasza się lordem Rajfurem i wmawia wszystkim, że prowadzi dom publiczny. Chwali się, że bywa na szalonych orgiach. Ma album osobliwości, w którym znajduje się kawałek wytatuowanej skóry, ślepa kiszka wycięta Edycie Gałuszkowej, a Stach chce włączyć do niej również płód pozostały po aborcji żony.
Uwielbia robić psikusy, ale jest bardzo wyczulony na to, że ktoś mógłby robić sobie z niego żarty. Jest niepodrabialną duszą towarzystwa i robi wiele, by trwać w centrum uwagi, ale później będzie się żalił: „Nie jestem wariatem ani cyrkowcem, żeby mnie ludzie przychodzili oglądać”.
Sam odbiorę światu Witkacego
Wspomniałem, że Pawlak dekonstruuje mity. Nie sposób w internetowym tekście wymienić wszystkich z nich. Ze szczerą zachętą odsyłam was do książki, bo choć „Witkacy. Biografia” liczy 500 stron, trudno się od tej książki oderwać – to miara pisarskiego talentu autora. Ale kilka z dokonywanych dekonstrukcji wspomnieć warto. Na przykład, że słynne potworne orgie, którym oddawał się Witkacy i według których usnuto legendę, że prowadził wyuzdane, skandaliczne do granic życie seksualne, to tak naprawdę kolacje mocno zakrapiane alkoholem.
Oznaki wyuzdania w książce znaleźć zresztą trudno. To prawda, że miał bogate życie uczuciowe i żyli z żoną w otwartym związku. W jednym z wywiadów Pawlak stawia jednak pytanie, czy relacja Witkacego i Niny różniła się w tym obszarze od związku Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów? Tadeusza i Zofii Żeleńskich?
Najciekawsze są może wnioski dotyczące ostatnich dni Witkacego. Na wstępie Pawlak rozprawia się z uproszczeniem, według którego Stach popełnił samobójstwo na wieść o wejściu Armii Czerwonej do Polski. Rzeczywiście był to jeden z powodów. Bał się o los ukochanej Czesławy Oknińskiej, gwałtów, tortur. Powodów było jednak więcej, a najbardziej interesującym wydaje się być ten, który dotąd umykał witkacologom. Czy mogło być nim prozaiczne odwodnienie? Czytajcie sami (warto, bo Iskry wydały to przepięknie!).
Kończąc już: jest taki tekst Jacka Kaczmarskiego, który w wykonaniu Jacka Bończyka prawie zawsze wywołuje u mnie ciarki. Końcówka idzie tak:
Ja bardziej niż wy jeszcze krztuszę się i duszę
Ja częściej niż wy jeszcze żyć nie chcę, a muszę
Ale tknąć się nikomu nie dam i dlatego
Gdy trzeba będzie sam odbiorę światu Witkacego
Witkacego światu Witkacy odebrał 18 września. Podciął sobie żyły pod dębem we wsi Jeziory. Swoim życiem karmił będzie jeszcze kilka pokoleń badaczy.
Własne portrety malował tak, że do dziś nie wiemy, jaki miał kolor oczu. Bywały czarne, brązowe, fioletowe. Janusz Degler, który w ciepłych słowach opisuje książkę Pawlaka na tylnej okładce, sam napisał kiedyś „Witkacego portret wielokrotny”. Bo twarzy miał Witkacy niemal nieskończoną ilość.
Powracając więc do tytułu tej niemożliwie rozrastającej mi się recenzji – czy „Witkacy. Biografia” to portret prawdziwy? Tak prawdziwy, jak się dało.

Książka „Witkacy. Biografia” jest dostępna w sprzedaży online.
artykuł powstał przy współpracy z wydawnictwem Iskry
Tagi i tematy
komentarze [25]
Moja minirecenzja:
Dobra biografia, co nie znaczy, że najlepsza. Ma pewne dziury i pominięcia, być może celowe, uwzględniające wcześniejszą biografię Witkacego napisaną przez Siedlecką. Dziwne, że autor zasłużonej Siedleckiej nie wspomina w podziękowaniach, to ona rozmawiała przecież swego czasu z tyloma osobami na przełomie lat 80 i 90, które jeszcze Witkacego pamiętały....
