Czytadła. Gawędy o lekturach

Okładka książki Czytadła. Gawędy o lekturach
Agnieszka Osiecka Wydawnictwo: Prószyński i S-ka publicystyka literacka, eseje
202 str. 3 godz. 22 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Data wydania:
2010-11-23
Data 1. wyd. pol.:
2010-11-23
Liczba stron:
202
Czas czytania
3 godz. 22 min.
Język:
polski
ISBN:
9788376485140
Średnia ocen

                6,8 6,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Czytadła. Gawędy o lekturach w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Czytadła. Gawędy o lekturach



książek na półce przeczytane 4296 napisanych opinii 1569

Oceny książki Czytadła. Gawędy o lekturach

Średnia ocen
6,8 / 10
106 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1589
15

Na półkach:

Poznaj innych czytelników

422 użytkowników ma tytuł Czytadła. Gawędy o lekturach na półkach głównych
  • 278
  • 141
  • 3
63 użytkowników ma tytuł Czytadła. Gawędy o lekturach na półkach dodatkowych
  • 40
  • 8
  • 3
  • 3
  • 3
  • 3
  • 3

Tagi i tematy do książki Czytadła. Gawędy o lekturach

Inne książki autora

Agnieszka Osiecka
Agnieszka Osiecka
Polska poetka, autorka tekstów piosenek, pisarka, reżyser teatralny i telewizyjny, dziennikarka. Od 1954 roku związana była ze Studenckim Teatrem Satyryków (STS), gdzie zadebiutowała jako autorka tekstów piosenek. Prowadziła w Polskim Radiu Radiowe Studio Piosenki, które wydało ponad 500 piosenek i pozwoliło na wypromowanie wielu wielkich gwiazd polskiej estrady. Od 1994 roku była związana z Teatrem Atelier w Sopocie, dla którego napisała swoje ostatnie sztuki i songi. Dorobkiem Agnieszki Osieckiej zajmuje się założona przez córkę poetki Agatę Passent Fundacja Okularnicy. Pośmiertnie została odznaczona przez Prezydenta RP Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Joanna Szczęsna
Wisławy Szymborskiej pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny
Joanna Szczęsna Anna Bikont
Biografia pisana z zachowaną chronologią faktograficzną, z referencyjnymi wierszami, fotografiami , tym schematem kompendium ale jednak podskórnie wyczuwa się inną konwencję, w lekkim intencjonalnym rozedrgani u na rzecz pochyłu do snucia mieszaną techniką, tą reporterską i po trosze techniką fabularyzacji. I w tym jeszcze siła słowa publicystycznego autorskiego duetu: oszczędnego, precyzyjnego jak w wierszach Szymborskiej. Skrojono ten tekst-dokument rozdziałami o tytułach zwierających esencjonalne zdarzenia tego wyjątkowego życia, bo ten spis tytułów stanowi już sam w sobie jego biogram. Publikacja jest drugą tych autorek edycją wzbogaconą, w rok śmierci noblistki w wydawnictwie Znak, aby wpisać się na listę biografów noblistki w miejscu pierwszym, zanim nie zacznie się licznie zapełniać, wszak błyskotliwość intelektualna tej poezji niejednego pokusi aby na nowo odkrywać to życie, aby znaleźć niechby po części : jak, skąd, dlaczego. Jak ułożyć biografię osoby nobilitowanej, która w tej materii milczy, odrzuca każdą zachętę do odsłony swojego życia zasłaniając się własną osobliwą argumentacją, że mówienie o sobie zuboża, okrada „zasoby wewnętrzne” jedyny walor jaki się w sekrecie nosi. Niełatwo poskładać strzępy informacji z relacji przyjaciół, znajomych, z dossier noblistki ( dokument filmowy Larsa Helandera, Katarzyny Kolendy-Zalewskiej, kroniki filmowe, fotografie medialne… ), z jej spuścizny literackiej, z dedukcji, charakterystycznej dla osobowości Anny Bikont wyrobionej profilem zawodowym… bez konfrontacji z osobą, której to wszytko dotyczy. Ale autorki poszły na całość własną taktyką, napisały w zarysie to co się zdobyło i dały do przeczytania ( skorygowania) Szymborskiej, bardzo taktownie, ona wreszcie padła ofiarą tego podstępu. Zwykle biografia odpryskiem odmalowuje tła: polityczno-historyczne, artystyczne, społeczne, egzystencjonalne… jakby scenografie na scenie życia na której gra swoją rolę osoba opisywana. Tak i w danym przypadku jak w panoptikum w zamyśle autorek jest rzut na Zakopane, Kórnik wielkopolski, Toruń i Kraków, każdy w innym czasie historycznym. Zakopane w przełomie wieku XIX i XX wieku kiedy było magnesem dla elit artystyczno-naukowych, i tych wszystkich o wątłym zdrowiu ściąganych dla zapobiegliwości w górskie klimaty. Tak i Wincenty Szymborski z wykształcenia administrator, przeprowadza się w bezpieczne zakopiańskie rewiry (podatny na gruźlice), znajduje pracę jako zarządca u pryncypała hrabiego Zamoyskiego, tam też wieku 47 lat spotyka miłość życia. Późnożeństwo jest domeną jej klanu rodzinnego ( dziadek po stronie miecza). Kiedy po latach Szymborska z sentymentu notorycznie odwiedza Zakopane, nieraz spojrzy na restauracyjkę w Kuźnicach gdzie stał jej rodzinny dom , na dwór Władysława Zamoyskiego właściciela dóbr tatrzańskich w przełomie wieków u którego pracował przez 30 lat jej ojciec ( w ich domu był kult Zamoyskiego) , lub na willę zakopiańską kolegi jej ojca Franciszka Kosińskiego, albo z przypadku właziła do knajpy Kir, której właściciel w ramach wdzięczności pokoleniowej dziękował za odsprzedaż przez jej ojca jego dziadkowi grunt, na którym wyrósł ten rodzinny biznes. Miejsca naznaczone jej sagą rodzinną, niektóre mające status historyczny. Niezatarte były uroki wielkopolszczyzny, odbierane jeszcze niepełną świadomością, ( była małym dzieckiem) gdzie przyszła na świat, te swojskie sielskie klimaty i plenery; jezioro, las, łąki. I pierwszy jej w byt w formule życia mieszczańskiego w Toruniu, do piątego roku życia, który już wyłapywał co nieco. A potem Kraków przedwojenny i w awersie powojenny. Czym on się różnił dla lat adolescencji i młodzieńczości. Jak bardzo wciska się zakreślona przez autorki aura życia inteligencji ziemiańskiej w Krakowie w dekadzie przedwojennej, wypisz wymaluj klisza zbytkowego statusu zachodniego w drugiej połowie XX wieku. W afirmacji subkulturowej była pogoń za wzorcami z kina i idololatrią, za modą łamiącą konwenanse (żaboty, gorsety do lamusa) jak sukienki do kolan z paskiem dla ekspresji seksapilu, był lans i szpan w manifestacji pozycji w hierarchii społecznej ( bryczki z zaprzęgiem pary koni i automobile, apartamenty wielopokojowe z imitacją łazienek, aneks z wanną…).Były spacery w parku Jordana z obfitością atrakcji na łonie natury, na Błoniach, po Plantach nawet dziedziniec Wawelu był miejscem dziecięcych igraszek. Były prywatne elementarne szkoły z wysokim poziomem edukacji, katolickie licea z dyscypliną ubioru niejako logo przynależności, Zamiast kawiarni cukiernie z delicjami ( Splendide, Maurizio, Piasecki…) lodami. Nie było w umysłach dorastających świadomości zagrożenia ( kiedy nazizm w sąsiedztwie wzbierał w siły a psychoza wojny weszła tuz przed jej wybuchem), była radość i swawola i uciecha z byle czego. Gdy się wnika wizualizacją w tamto międzywojenne krakowskie życie, ujmuje rzecz, ze ten okres w świadomości wykreował się fałszywie, a był ł to okres dostatku i standardu dla warstwy średniej jak na owe czasy, radości dziecięco-młodzieńczej, okres kina, idoli, wszelkich zabaw w każdej scenerii, były banalizm marzeń jak dzisiaj : bycie gwiazdą, kobietą wampem, lub innym typem gwiazdorstwa lub fanfaronady jak obecnie celebryctwo. Wojenny Kraków to okres cezury, życie w niepewności , w ostrożności w konspiracji. Tajne komplety, robienie czegokolwiek dla egzystencji najlepiej w dziedzinie nie zagrożonej wywózką, unikanie miejsc publicznych kiedy czas łapanek, rewizji, obław. I te rojenia o wolności które było jak chimera, kiedy codzienność dostarczała dowody na brak nadziei. I w tej aurze iluzji, po pięciu latach skradł się drugi totalitaryzm wypychając ten bardziej krwiożerczy, i rozlewał się inną taktyką i obietnicą. Kraków powojenny to lizanie ran, głód na kulturę ( poranek literacki w Starym Teatrze tuż po wyzwoleniu z recytacją wierszy Miłosza, Przybosia, Adama Włodka…), euforia pokoju i inna świadomość polityczna, inna egzystencja. Świat literacki dostał w prezencie kamienicę na Krupniczej 22, literaci bez dachu nad głową ale z zapałem i weną, zapełnili ten gmach w kohabitacji, a dyskretne oko dyktatu władzy miało wejrzenie na całość zarodka krakowskiej inteligencji twórczej. Tam też, po mariażu z Adamem Włodkiem z Radziwiłłowskiej przeniosła się Szymborska, do męża, który zajmował poddasze oficyny. To on był pierwszym czytelnikiem jej wierszy, pierwszym jej mentorem i korektorem , połączyła ich wspólna pasja i zapewne podobny stosunek do spraw egzystencjonalnych , w awersji do sybarytyzmu. A atrakcyjna Szymborska mimo staropanieństwa wszak miała 26 lat, wpadała w oko niejednemu. Czy tylko to złudne zauroczenie poniosło ich do ołtarza, bo ten związek okazał się krótkotrwały, zaledwie pięć lat. Czy prawdziwą jest argumentacja Szymborskiej, że „Adam był taki naturalny i a kobieta przy nim nie musiała niczego udawać”, aczkolwiek wybrzmiewa ona jej dyplomacją. Jakby znikąd spadł przywilej i łaska pomieszkiwać obok: Andrzejewskiego, Gałczyńskiego, Szaniawskiego, Różewicza, Kisielewskiego, Słomczyńskiego,… którzy wkrótce staną się trzonem elity literackiej. Twórczy umysł nie schlebia próżności i nudzie, to małe mieszkanko Szymborskiej i Włodka stało otworem dla wszystkich: odbywały się notorycznie herbatki, spotkania, konkursy, gry literackie, zabawy w żywe obrazy lub scenki rodzajowe. Nie przeszkadzały toalety wspólne na korytarzach, dochodzące zapachy ze stołówki, jakiś rozkwit grzyba ściennego, a sam budynek bez dozoru i remontu marniał i i chylił się ku stanowi nieużyteczności. Ale domeną Krupniczej 22 było życie towarzyskie, śmiano się i bawiono jakby odrabiano stracony czas. Byli młodzi i kreatywni, wizja rodziny była zmyta wizją własnej samorealizacji i dzieła. Gdzieś tam w tle skończył się pluralizm partyjny (PPS z PPR), nowa ideologia wchodziła siłą indoktrynacji wszędzie, wstawiając swoje reguły w życiu codziennym. Z butami wszedł stalinizm, okres fanatyzmu i apoteozy jego ideologią, nikt nie dostrzegał patologii i toksyny tego systemu, wręcz on tak lepko ściągał ku sobie akolitów. Szymborska za przykładem mężem weszła w grono partii, stała się członkiem i agitatorką w swoich wierszach. Dla nich, młodego małżeństwa zmiana zasad egzystencjonalnych : zmiana własności prywatnej na rzecz własności ogółu, odgórny tryb zarządzania wszystkim, plany rozwoju bez racjonalizmu a pełne utopii, były bez znaczenia i wydźwięku. Faworyzowali kult władzy bez głębszej analizy historycznej, nawet ten socrealizm w aspekcie kultury (wszystko w imię ideologii), nie był aż taką przeszkodą. Jeszcze nie widziano skutków tej ekspansji, trzeźwość myślenia zacierana była propagandą i demagogią. Kiedy doszło do pierwszych spięć a potem odwilży, oczy się przecierały, świadomość stanu rzeczy wracała z impetem. Zagrożeniem dla autokracji była zawsze inteligencja, jej siła werbalna i publicystyczna. Dlatego rzucono całą metodologie agenturalną na Krupniczą, donosy stały się narzędziem kontroli i wyrazem lojalności, czysty ideologicznie życiorys był walorem. Podpisy elity literackiej ( Szymborska ) pod petycją w wyrazie potępienia kościoła w sfingowanej aferze kleru krakowskiego w 1953 roku, był świadectwem posłuszeństwo i dyscypliny. Stalinizm był apogeum indoktrynacji i despotyzmu i dyktatury, po odwilży, z roku na rok ten potencjał spadał, nonkonformizm zataczał szersze kręgi, skutkiem czego Szymborska zrzekła się członkostwa, w Solidarności z Kołakowskim jako jedna z 12-stu powiększyła listę bezpartyjnych literatów, manifestując sprzeciw wobec systemowi. Tym samym stała się figurantką, inwigilowaną. Dumą Krakowa po wojnie w kontekście publicystyki były: „Życie Literackie” i „ Tygodnik Powszechny” tygodniki z nakładem ogólnokrajowym oba o profilu kulturalno- społecznym, pierwszy skłaniał się ku publicystyki literackiej drugi w nurcie religijnym, aczkolwiek nie do końca. Pierwszy był miejscem angażu Szymborskiej spędziła w redakcji 15 lat, w funkcji szefa działu poezji, potem prowadząc rubrykę Poczty Literackiej, gdzie humorem i ironią zajęła się interpretacją nadesłanej amatorszczyzny w wierszu i próbkach prozy. Naczelnym redaktorem był Machejek, a jego stylizacja pisania nazwana jako machejkizmem, przybrała stygmat pustej frazeologii, bełkotu komunistycznego w podtekście agitacji, stylizacji wybitnie tendencyjnej przy braku treści logicznej. W początkach demokracji i w 1900 roku pismo musiało pędem następstw zakończyć swoją żywotność i zatrzeć zły ślad po sobie. Zycie w aglomeracja Krakowskiej, jako pokłosie dyktatu komunizmu nie było łatwe, w kontekście rezydowania na przekładzie Szymborskiej z jednej klaustrofobii przechodziło siew drugą. Po 15-stu latach zamętu na Krupniczej otrzymała przy rogu 18-tego Stycznia i Nowowiejskiej fabrykat komunizmu, ciasny nieegzystencjalny metraż, z osobną kuchnia i łazienką, jako symptomat progresu. I tak to była nobilitacja gdzie głód mieszkaniowy osiągał szczyt, a rodziny pokoleniowe ocierały się o siebie w jednym wspólnym mieszkaniu. Po Noblu zdobyła się na większy rozmach w postaci mieszkania dwupokojowego, a i tak powściągliwy wobec zasobów jakimi już dysponowała, widać, ze materializm nie był jej po drodze. Ale poszła dalej za luksusem w jej mniemaniu , aby sprostać po- noblowskiej pańszczyźnie zatrudniła sekretarza, młodego, chłonnego na wiedzę humanistyczną studenta, który pełnił swoje obowiązki aż do jej odejścia. Autorki bardzo sugestywni podsyłają odbiorcy obraz tamtych czasów w aspekcie kultury. Dominowała telewizja, jedno-programowa ale znakomite seriale: Colombo, Niewolnica Izaura, Dynastia…wymiatały z ulic tłumy. Szymborska sama nie lubiła snobistycznego teatru, zachwycała się tym czym zwyczajny szary człowiek z krwi i kości , dobrym kinem, dobrą pop muzyką ( Ella Fitzgerald), książką każdego rodzaju i wcale nie w afirmacji literatury pięknej, wakacjami w górach po sezonie, wypadem za granicę ale nie fanaberyjnym zwiedzaniem muzeów i architektury minionych epok danej kultury. Lubiła się fotografować przy egzotycznych nazwach miejsc, zbierała pocztówki ale nie dla snobistycznej kolekcji, ale dla obdarowywania nimi w zmodyfikowanej formie w postaci wyklejanek, wszystkim swoim znajomym. Te nowe czasy w konkurencji wolnorynkowej, pozwalały korzystać ze wszystkich dóbr, ale wszelkie dobra materialne, przepych, inwestycje, pomnażanie kapitału… to całe powinowactwo kapitalizmu nie było jej domeną, jak w każdym niemal środowiska artystycznym, gdzie sztuka ( w danym przypadku poezja) jest sensem i apriori. Anna Bikont i Joanna Szczęsna w tej biografii sprytnie uciekają od źródeł determinacji takiego wariantu kobiecego życia, gdzie macierzyństwo zostało odrzucone z wyboru ( albo było niemożliwe o czym nie wiadomo). Co więcej sprawy serca, potraktowano w sposób oględny o ile nie zdawkowy. Jak sama poetka mówi w jej życiu było wiele miłości, a wymienia się tylko jej małżeństwo i konkubinat. W rzeczy samej ten wyrzut „wiele miłości” też jest pretensjonalny, bo nie sposób aby w środowisku literackim, tak hermetycznym i plotkarskim jak na Krupniczej, nie zauważono flirtu atrakcyjnej i inteligentnej kobiety. W tej kwestii wiele się przemilcza, nie docieka się osobliwości kobiecej, która z natury predysponowana jest do prokreacji i macierzyństwa. Gdzie prawda , a gdzie maska w tej materii. Idąc tą drogą analizy, sugestia kieruje w dzieciństwo gdzie są wszystkie zaczyny decyzyjności dorosłości. Jej „histeryczna miłość do ojca” pewnie coś stygmatyzuje, zapewne kamuflowana pretensja matki ( jej zgoda na małżeństwo wynikała ze strachu przed staropanieństwem z racji braku populacji męskiej po wojnie ) do losu, gdzie związek z jej strony wynikał bardziej z rozsądku i wygodnictwa niż z namiętności, rola ojca jako rodzica dojrzałego pod każdym względem i rodzica zbyt parenetycznego, poniekąd co skutkowało zaszczepem miłości do literatury. Szymborska nie wzbrania się za każdym razem aby wejść w takie rewiry tematyczne, sięgające esencji każdego życia jakby była to niedotykalna sfera tabu. Co wskazują jej wiersze, gdzie ponoć jest całe jej życie i myśli. Autorki nie podejmują tego wyzwania, zachowując stricto zasady w preparacji biografii jako dokumentu. Autorki omijają podszepty jakie idą z życia Szymborskiej . Być może znajomość z Adamem Włodkiem, gdzie ona jak i on w profesjach takich samych, o podobnej mentalności, gdzie umysły twórcze dla lepszej ekspresji potrzebują wzajemnego pasożytniczego żeru z symbiozy bliskiej relacji, została sfinalizowana małżeństwem z racji niezbyt oczywistych, ale na pewno zakończyło się fiaskiem bo uczucie Szymborskiej bezpowrotnie wygasło. Bo na tym polu bez żadnego żaru i oplotu, jest zgoda na przyjaźń bez zazdrości z Włodkiem, jest przyjaźń z jego następną partnerką, Ewą Lipską, nic więc nie przeszkadza w takich relacjach, i nic nie popycha do piołunu i żalu. Jej konkubinat w wieku już ustabilizowanym i przemyślanym, ze słynnym literatem krakowskim Kornelem Filipowiczem, wskazuje na podobny schemat relacji. To samo środowisko zawodowe, autorytet i afekt. I dopóki w tym świecie serce drga, związek żyje. Filipowicz, od młodości zwracał uwagę Szymborskiej, gdzie w tym środowisku literackim jej spojrzenie wyłapywało męską aparycję: wysoki, przystojny, modnie ubrany, miał nadto tą wartość dodaną po UJ (biologia) i o wrażliwości łaknącej pożywnego pokarmu ( sztuka-pisarstwo), był obiektem zainteresowania wielu kobiet. Jego żona wybitna awangardowa rzeźbiarka, malarka Maria Jarema ( wdg jej projektu stoi rzeźba Fortepian Chopina przy Franciszkańskiej 52 w Krakowie w scenerii Plant ) zmarła nieoczekiwanie w 1958 roku. Był wdowcem po konsolacji, los a na pewno sugestywne zabiegi, połączyły dwie pokrewne dusze. Ona zaangażowana była w sposób nawet ostentacyjny w cały świat partnera, co dowodzi jej emocji. Zasób faktograficzny, liczne odniesienia do wierszy, opinie znajomych i świata literackiego, są wystarczającym aby stanowić punkt wyjścia, fundament do własnej eksplikacji w aspekcie genezy; co w sobie niosła ta osobowość, że jej dzieło zadziwiło świat. Bo w tejże biografii nie ma odpowiedzi, niechby z przekory aby czytelnik doszedł sam do własnej konkluzji. Była pierwszą polska noblistką w dziedzinie poezji ( bo Miłosz pisał także prozę), noblistką wiersza białego. Wszak była zwyczajną, bez preferencji charakterologicznej pośrodku miedzy ekstrawertykiem a introwertykiem bo lubiła towarzystwo i odskocznię w samotność, W sposobie bycia i konsumpcji życie była pewna równowaga i szczerość, bo jeśli podróże to nie za wszelka cenę zwiedzanie, jeśli książka to nie tylko ta ambitna ale każdego rodzaju, jeżeli rozrywka kulturalna to łatwe w odbiorze kino niż refleksyjny teatr, jeżeli pasja kolekcjonerstwa to nie snobizm drogich antyków tylko zwyczajność bibelotu, kiczowate gadżety, widokówki. Ceniła przyjaźń jako substytut wsparcia, którego brakło z racji pokrętności losu i bezdzietności, skromność, przeciętność, normalność i dyskrecję, jako relikt metody wychowawczej ojca. Stała z boku wobec świata i jego dziejów, jak spekulujący w myślach spektator, aby coś wyłapać i utrwalić. Brak rodziny dzietnej nie wybudzał w niej prozaicznych aktywności jak chociażby np. pogoń za pieniądzem aby wyścielić przyszłość potomstwu, czy fascynacji kulinarnych, zabiegania domowego… No więc gdzie szukać w tej zwyczajności geniuszu pisarstwa i jego symptomatu. Nic nie rodzi się z próżnego dzbana, samoistnie, dziedzictwo talentu i predyspozycji jest niemałym wkładem w sukces ale niewystarczającym nieraz w proporcji zbyt małym. Musi być pasja i zacięcie i rozkosz z robienia czegoś co się upodobało. Szymborską uwiodła matematyczna zabawa ze słowem , to „wyciąganie ze słownika tych odpowiednich …‘’ aby celnie stworzyć impresje, przekaz, aforyzm…i co jeszcze. A w tej zabawie słowem wariacja zestawień nie zna limitu i ten atrybut zabawy kosz , do którego wrzuca się co zapisano, aż do momentu kiedy na biurku zostanie ten ocalony skrawek z intuicji. Miniaturki w prozie były zbyt opisowe, rymy same w sobie się przejadły, a faktem jest że nie dla rymu tworzy się wariacje słowną ale dla przekazu myśli i i dla myślenia. Z drugiej strony nie łatwo zrobić konstrukcje takich zestawień, „rodników”, metafor schludnym, oszczędnym słowem, które poruszą ludzką wrażliwość bez przymusu i sugestii, im bardzie trudne tym bardziej ekscytujące. Tak jak Schultz w prozie poetyckiej, pod opisem malował metafizykę i mistycyzm rzeczywistości całą paletą barw- słów i metaforyzacją, tak Szymborska pod lakonizmem ujmuje prawdy w wierszach, które tak łatwo nie trzymają się w świadomości a kiedy wpadną w innej oprawie siedzą tronnie w jej zaułkach. To czytelnictwo od dzieciństwa najpierw delikatnie zaraża (Konopnicka, Verne’a ), im większe tym bardzie wchodzi w krew, Szymborska mając 14 lat przeczytała Dostojewskiego, mniej lub bardziej rozumiejąc meritum treści, potem szokujący Mann i Montaigne i Proust… Pod wrażeniem chce się pisać tak jak oni, dyskretnie, do szuflady, tylko obawa czy aby to na sprzedaż. Nieraz los tak pokieruje, że wpada się w środowisko jakże kongruentne z pasją, w którym jest weryfikacja i wzorzec i tendencje i szlif. W jakiej materii pisać staje się dylematem. Jej wiersze o doświadczeniu wojny padły w rywalizacji z ikonami tej tematyki : Różewiczem, Herbertem. Więc może po prostu o wszystkim, tudzież o nowym systemie który daje ślepą gwarancją pokoju. O wszystkim , „sprawach małych” których szarość życia nie dostrzega, i „tych wielkich ale z dystansu”, i swojej nowej wizji z przemyślenia. Konieczne jest to całe nienazwane akcesorium: przenikliwość intelektu, mądrość, asocjacja, wnikliwa percepcja które płynie w genach. I jeszcze zmysł selekcji, wyczucie z idące ze szlifu warsztatu pisarskiego. Czy koneksje przetarły drogę do Nobla ?. Czy to zasługa talentu szwedzkiego tłumacza Bodegarda, czy marketing Leonarda Neugera dyrektora Instytutu Slawistyki na Uniwersytecie Szwedzkim, czy świetne tłumaczenia Karla Dedeciusa, które zaowocowały przyznaniem Szymborskiej Nagrody Goethego? Jest regułą, ze najpierw ta drugorzędna pod względem prestiżu nagroda wysyła sygnał w świat o walorze dzieła, Tokarczuk za znakomite Bieguni przyznano The Man Booker International Prize, w przypadku Szymborskiej zadziałał ten sam schemat, Nobel po Nagrodzie Goethego wisiał w powietrzu. W sentencji w laudacji pogrzebowej „zostawiła sporo do myślenia” zawiera się sens życia i dorobek.
benek - awatar benek
ocenił na 10 1 rok temu
Książki i ludzie: Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej Barbara Łopieńska
Książki i ludzie: Rozmowy Barbary N. Łopieńskiej
Barbara Łopieńska
Rozmowy o książkach, tych z dedykacjami i tych bez dedykacji, tych skazanych na zesłanie do piwnicy i tych z nocnego stolika, poezji i prozie, fascynacjach literackich i nawykach czytelniczych, ulubionych księgarniach i ulubionych kawiarniach, sporze o Manna i Prousta, także o tym, że „w pewnym wieku człowiek już wie, czego szuka - szuka potwierdzenia i pogłębienia swoich spostrzeżeń.” Książka wielu wzruszeń, nie tylko dlatego, że większość z rozmówców, również autorka, odeszła już z doczesności do wieczności, również dlatego, że bohaterowie nie gonią za wydawniczymi nowościami, cenią klasyków i ponadczasowe wartości. Paweł Hertz, 1918-2001, pisarz, tłumacz i wydawca, zachwala poufny dziennik Bretończyka: „Mam jeszcze pod ręką „Pamiętniki zza grobu” Chateaubrianda. Czytam sobie, po kilka rozdziałów, i za każdym razem jest to olśniewające.” Marian Brandys, 1912-1998, prozaik i reportażysta, autor spostrzeżenia „nie jest trudno odróżnić dobrą literaturę od złej, dużo trudniej jest odróżnić dobrą literaturę od pozornie dobrej” rozmowę kończy żartobliwym tonem: „Na grypę najlepszy jest Prus.” W rozmowie „Warsztat musi być czynny” Ryszard Kapuściński, 1932-2007, polski reportażysta publicysta i fotograf, autor uwielbianego przeze mnie zwrotu „szarża na szkatułę”, do odszukania w powieści „Cesarz”, podkreśla znaczenie literatury nasyconej głęboką refleksją. „Ważna na świecie literatura jest nasycona refleksją, rozważaniem, zamyśleniem. Bo na świecie są dwa typy czytelnika: czytelnik literatury masowej - przedłużenia serialu telewizyjnego, który jak nie może z przyczyn technicznych oglądać serialu, sięga po książkę - i czytelnik wysmakowany, wdzięczny, którego bawi refleksja nad światem.” Książka wydana w roku 1998.
Jeanne - awatar Jeanne
ocenił na 8 1 rok temu
Biała bluzka Agnieszka Osiecka
Biała bluzka
Agnieszka Osiecka
Agnieszka Osiecka - reżyserka i dziennikarka, pisarka i autorka tekstów piosenek, które znane są zapewne wszystkim Polakom i na zawsze zapisały się w historii muzyki. „Biała bluzka” to narracja prowadzona listami pisanymi pomiędzy dwiema kobietami: Elżbietą i Krystyną. Elżbieta, niezależna i buntownicza, przekorna i uparta. Jej życie wypełnione jest szalonymi pomysłami, alkoholem i mężczyznami. Żyje niczym kolorowy ptak, wysoko ceniąc sobie wolność i niespecjalnie troszcząc się o dzień jutrzejszy. Jawnie przyznaje się do nadużywaniu alkoholu, a jednocześnie żyje w strachu przed zdemaskowaniem schowków, w których go ukrywa. Lekceważy tak przyziemne w jej mniemaniu sprawy jak jedzenie czy prace domowe. Zaniedbuje się, żyjąc z głową w chmurach. Jej nieograniczona wyobraźnia równa się jej nieograniczonej beztrosce. Ignoruje rzeczywistość i zasady nią rządzące. To niecodzienne, na swój sposób piękne, niczym nie skrępowane podejście do życia. Krystyna jest jej przeciwieństwem- twardo stąpając po ziemi, pilnuje spraw i terminów, próbuje wprowadzić stabilizację, gdy Elżbieta zbyt daleko oddala się od rzeczywistości. Przytuli, kiedy potrzeba i skarci, kiedy czuje że ta na krytykę zasłużyła. Wnikliwy czytelnik pod powłoką beztroskiej i lekkomyślnej Elżbiety dostrzeże duszę kobiety delikatnej i wrażliwej, tęskniącej za miłością i stabilizacją. Wskazuje na to szczególnie tajemnicza postać Andrzeja, która często pojawia się w myślach bohaterki wydobywając z niej subtelne uczucia. Wystarczy zaledwie myśl o nim, a zadziorność i pewność siebie znikają, ustępując miejsca poczuciu bezpieczeństwa i czułości. Książka surrealistyczna, w której granice pomiędzy absurdem a realnością zacierają się, jednak wrażliwy czytelnik odkryje w nich głęboki sens. Opisywane epizody, pozornie irracjonalne i groteskowe demaskują klimat i realia życia przeciętnego obywatela w peerelowskiej Polsce, nie oszczędza też nowobogackich, ironizując ich styl życia i zachowanie. Całą książka naszpikowana typowym dla Agnieszki Osieckiej humorem - inteligentnym, z dystansem do świata, błyskotliwą grą słów i rymowanek. Listy są niezwykle kobiece, intymne, dowcipne, pisane z polotem i przewrotnością, pełne emocji ewoluujących od euforycznej radości do czarnej rozpaczy. To listy pisane do samej siebie. Krystyna okazuje się być drugą częścią osobowości Elżbiety, tą poukładaną i sterującą codziennymi sprawami, ale też ta wołająca o akceptację i zaopiekowanie się samą sobą. Osobowością, do której Elżbieta tęskni i bez której trudno jej ogarnąć zwyczajne sprawy. Tytułowa biała bluzka, o którą troszczy się Krystyna jest symbolem kobiecości, czystości i nienaganności. Wołanie: „(…) Kochana moja, odnajdź Mi gdzieś tę białą bluzkę z kołnierzykiem, będzie Mi b. potrzebna (…)” często pojawia się po szalonych decyzjach i nieodpowiedzialnych przedsięwzięciach bohaterki, których konsekwencje bywają bolesne. Jest też kołem ratunkowym w najtrudniejszych chwilach, wołaniem o miłość, wolność i normalność, o którą często trudno było w czasach PRL-u. Pod postacią Elżbiety wyraźnie widać samą autorkę. Podobnie jak bohaterka, Osiecka nie pasowała do świata z narzuconymi mu zasadami ani do codziennego, prozaicznego życia. Wrażliwa i szczera do bólu, otwarta na świat i ludzi ceniła sobie wolność i wyrywała się do niej - do takiego życia, nieskrępowanego żadnymi więzami, zdawała się być stworzona. To książka, w której nie liczy się historia. Liczą się za to wątki przemycające emocje, które do zrozumienia nie potrzebują akcji tworzącej zwięzłą całość. Jej wartością jest język, zabawa słowem i wirtuozerski wprost kunszt posługiwania się nim - komizm słowny w mistrzowskim wydaniu. Książka niezwykła i niebanalna, dokładnie taka, jaką była sama Agnieszka Osiecka.
zuszka - awatar zuszka
oceniła na 9 6 miesięcy temu
Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej Joanna Szczęsna
Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej
Joanna Szczęsna Anna Bikont
W październiku 1996 roku wyjechałam na studia do Niemiec i zamieszkałam u niemieckiej pisarki. Regularnie dopytywała mnie o naszą świeżutką noblistkę, Wisławę Szymborską. I dziś trochę wstyd się przyznać, ale wtedy nie wiedziałam właściwie nic. Nie znałam jej wierszy, nie umiałam o niej opowiedzieć ani jednego sensownego zdania. Trzydzieści lat później postanowiłam nadrobić to niedopatrzenie. „Pamiątkowe rupiecie” okazały się czymś znacznie więcej niż klasyczną biografią. To opowieść utkane ze wspomnień, listów, zdjęć, prasowych doniesień, uważnego researchu i oczywiście poezji. Portret kobiety niezwykłej, a przy tym zaskakująco zwyczajnej. Skromnej, potrzebującej samotności i smutku, zawstydzonej nagłą sławą. Czytelniczki nawet najgorszych książek. Miłośniczki szuflad, które uważała za jeden z najważniejszych wynalazków ludzkości. Zbieraczki kiczowatych bibelotów, kuriozalnych gadżetów, chińskiego termosu. Autorki kartek, kolaży wyklejanek, wielbicielki loteryjek i drobnych absurdów codzienności. Autorki stworzyły niezwykle ciekawą opowieść o poetce, która nie chciała mówić o sobie wprost. Zamiast tego pisała zbereźne limeryki, wyklejała własne pocztówki i podrzucała do ogrodów przyjaciół figurki owiec. Jej marzeniem było mieć sobowtóra, który pozowałby do zdjęć, jeździł, udzielał wywiadów, a ona by sobie pisała. To biografia pełna humoru, anegdot i czułej ironii, nasycona poezją, a przy tym podszyta przekorą i delikatną nadzieją. Przyznam, że początkowe lata i fascynacja młodej Szymborskiej komunizmem momentami mnie nużyły. Dopiero po Noblu narracja nabrała dla mnie wyraźniejszego rytmu i lekkości. Szczególnie poruszająca jest opowieść o jej relacji z Kornelem Filipowiczem. Wspólne biwaki, ryby, grzyby i oglądanie „Niewolnicy Isaury” składają się na cichą, nieoczywistą historię miłości, bez wielkich deklaracji, za to z ogromną bliskością. Czytajcie wiersze i felietony Szymborskiej. I czytajcie jej biografię. Zostawiła nam naprawdę wiele do czytania i jeszcze więcej do myślenia.
WybornaCzytelniczka - awatar WybornaCzytelniczka
oceniła na 7 3 miesiące temu
Nierozważna i nieromantyczna. O Halinie Poświatowskiej Grażyna Borkowska
Nierozważna i nieromantyczna. O Halinie Poświatowskiej
Grażyna Borkowska
"lu­bię tę­sk­nić wspi­nać się po po­rę­czy dźwię­ku i ko­lo­ru w usta otwar­te chwy­tać ­za­pach zmar­z­nię­ty lu­bię moją sa­mot­ność za­wie­szo­ną wy­żej niż most rę­ko­ma obej­mu­ją­cy nie­bo mi­łość moją idą­cą boso po śnie­gu" Poznaję świat za pomocą zmysłów - wzroku, słuchu, dotyku. Emocje, które odczuwam na codzień malują w mojej głowie obrazy, grają dźwięki, łączą rozmaite kawałki w jedną całość. Mówić, pisać o życiu, o doświadczeniach, o odczuciach to starać się wepchnąć w ramy słów coś, co nie do końca da się za pomocą słów opowiedzieć - bo w końcu nie przez słowa się to dzieje. Poezja, która jest - jak pisał Barańczak - mistrzowskim użyciem słowa jest być może jednak najlepszą próbą złapania tych ulotnych, niewysłowionych zdarzeń i przeniesienia ich na papier, aby móc zatrzymać, przyjrzeć się swoim doświadczeniom i oswoić je, jak i umożliwić transfer przeżyć pomiędzy nadawcą a odbiorcami. I dla mnie Halina Poświatowska jest właśnie taką poetką, która w łapaniu i osłowywaniu swoich emocji i przeżyć osiągnęła mistrzostwo. Złożona i niejednorodna, obserwująca i intensywnie przeżywająca rzeczywistość, fascynująca i zafascynowana, pełna miłości i egoistyczna, czasem do kości realistyczna, a czasem oswajająca trudną rzeczywistość tworzeniem wymyślonych światów Poświatowska poprzez swoją twórczość starała radzić sobie z wszystkim, co składało się na jej życie. Jej ciało, po części definiowane przez towarzyszącą jej chorobę serca, było dla niej narzędziem do przeżywania, polem do eksploracji, zapisem wspomnień, co widać na przykład w wierszu “Oda do rąk”: "Bądźcie pozdrowione moje dłonie, palce moje chwytne, z których jeden przytrzaśnięty drzwiami samochodu, fotografowany promieniami Roentgena - dłoń na zdjęciu wyglądała jak zwichnięta skrzydło - niewielki okruch kości obrysowany własnym odrębnym konturem. Serdeczny palec lewej ręki ozdobiony raz pierścionkiem owdowiały jest teraz i pozbawiony swej ozdoby. Ten który mi dał pierścionek już dawno nie ma palców, jego ręce splotły się w jedno z korzeniami drzewa. Ręce moje tyle razy dotykające stygnących dłoni umarłych i ciepłych mocnych żywych dłoni. Umiejące pieścić niezwykle, w dotyku zatracające przestrzeń dzieląca istnienie od nieistnienia i niebo od ziemi. Ręce, którym nieobcy ból bezsilności, wczepione w siebie jak dwa przelękłe ptaki, bezdomne, szukające na oślep i wszędzie śladu twoich rąk." Wyciągnęłam z jej wierszy tyle przyjemności chyba również dlatego, że są tak wolne - łapiące skojarzenia, nieograniczone rymami czy rytmem, a jednocześnie w żadnym stopniu nie da się nazwać ich niedbałymi - są przemyślane i ostrożnie dobierające nieoczywiste skojarzenia, szczególnie na liniach sztuka-filozofia-społeczeństwo-emocje. Sztukę można przeżywać w oderwaniu od biografii twórcy, ale zapoznanie się z jego codziennymi zmaganiami otwiera nam oczy na wcześniej niedostrzegane połączenia - a umiejętność ich zauważenia daje całkiem sporo przyjemności. Jeżeli ostatnie zdanie jest prawdziwe nie tylko w moim, ale również w Waszym uniwersum, to polecam Wam właśnie tę książkę.
biedlonka - awatar biedlonka
oceniła na 8 4 lata temu
Pegaz zdębiał Stanisław Barańczak
Pegaz zdębiał
Stanisław Barańczak
Najwyraźniej zatęsknił Stanisław Barańczak na obczyźnie za chrzęstem i szumem polskich źdźbeł i szuwarów… A że był mistrzem, dał upust językowej wirtuozerii – żonglował słowami i literami między polskim a angielskim tworząc arcyśmieszne nierzadko efekty. I chwała mu za to, bo zbyt często ostatnio gardzimy naszymi nosówkami, zbyt łatwo klecimy wypowiedź z obcymi słowami, zbyt mało uwagi przywiązujemy do jakości słowa i jego znaczenia. Dlatego tę książkę cenię niezmiernie: za piękno wyciągnięte z języka polskiego, za zręczność i swobodę w łączeniu wyrazów, za tworzenie nowych: z lekkością, humorem i wdziękiem (słychać tu anty-”mankamęt” na cześć polskich nosówek?). W dodatku (założę się, że nie ja jedna) pod wpływem Autora poczułam impuls do słowotwórczej aktywności (choćby skromnej, ale własnej). Dlatego dodam jeden, dość oczywisty co prawda „onanagram”, powstały na cześć Stanisława Barańczaka (niewykluczone, że znalazł się taki wśród 5 400 stworzonych przez niego samego auto-anagramów): WASIŁ STAŃCZAK-BARAN. Czyż nie świetna zabawa? Zabawa „słowem, dźwiękiem, zwrotem frazeologicznym, zdaniem”, która wśród pląsów prowadzi do konkluzji: polski jest świetny, „polszczyzna potrafi zakasować dźwięcznością nawet włoszczyznę”! Na szczęście Stanisław Barańczak przewidział zachwyt rzeszy swoich wielbicielek (wielbiciele muszą niestety stworzyć własny pean), więc nie pozostaje mi nic innego jak zacytować fragment z „Poezji nonsensu…”: „Oddalona o eony - O, idolu, pieję ja o Tobie pean nieuczony.” I tu zamilknę.
SumErgoCogito - awatar SumErgoCogito
ocenił na 9 3 lata temu
Fioletowa krowa. 333 najsławniejsze okazy angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej od Williama Shakespeare’a do Johna Lennona. Antologia Stanisław Barańczak
Fioletowa krowa. 333 najsławniejsze okazy angielskiej i amerykańskiej poezji niepoważnej od Williama Shakespeare’a do Johna Lennona. Antologia
Stanisław Barańczak
We wstępie do antologii Stanisław Barańczak dowcipnie opowiada o zmianach zachodzących w poezji absurdalnej. Charakteryzuje pod tym względem kolejne epoki, dostaje się właściwie wszystkim. Średniowiecze to okres nużących i długich „Opowieści kanterberyjskich”, natomiast Renesans opierający się na humanistycznym credo: „Nic, co ludzkie, nie jest mi obce” razi obscenicznością i wulgarnością. W Oświeceniu humor próbowano zaprzęgać w jarzmo rozsądku i dopiero XIX wiek, zdaniem poety, przyniósł prawdziwą rewolucję w dziedzinie poezji nonsensownej. Widać to zresztą w ilości wierszy zamieszczonych w „Fioletowej krowie”. Królują twórcy ostatnich dwóch stuleci np. Edward Lear, Lewis Carroll i Ogden Nash, natomiast wcześniejszą poezję nonsensu reprezentuje głównie Szekspir. Nonsensista różni się od satyryka tym, że nie chce świata naprawiać, purnonsensowy humor jest bezinteresowny, nie służy niczemu poza śmiechem. Nonsensista, czyli "śmieszniejszy poeta metafizyczny", nie chce rozwiązywać problemów egzystencji, gdyż wie, że jest to przedsięwzięcie komiczne w swej bezradności. Czytanie „Fioletowej krowy” jest jak zabójczy dowcip ze skeczu Latającego Cyrku Monty Pythona. Natomiast ważnym dokonaniem Barańczaka jest bezsporne udowodnienie tym, którzy ziewają nad mową wiązaną, że poezja nie musi być nudna. Może wydawać się niepozorna, mało kunsztowna i być jednocześnie zabawna ale równocześnie dotykać ważnych tematów, choćby życia i śmierci, jak w anonimowym średniowiecznym wierszyku o babci albo tematów politycznych: 🔰"Pod pagórkiem, w małej chatce Babcia sobie żyła. Jak się gdzieś nie zapodziała, To jest tam, gdzie była." 🔰„Wąsik Adolfa Hitlera Jest tak mały, że bliski zera – Myśl ta co chwilę jak klinga Przeszywała marszałka Goeringa." Warto, więc sięgnąć po ten specyficzny zbiór, aby poczytać dużo bzdur, aby się jak koń uśmiać, gdyż przednie zgromadzono w nim dzieła: limeryczne, sceniczne, niesceniczne, obsceniczne, biograficzne, czyli "biografioły" i inne wiersze-żarty lub podobne fioły, ale nie fiołki wonne co w poezji tradycyjnie lirycznej pachną, że ochy i achy wielkie wzbudzają. Poezja nonsensu bierze odwet na samym istnieniu, dlatego w "Fioletowej krowie" ogon macha psem i cały czas toczy się zajadła walka między brzmieniem a znaczeniem słów, między sensem i bezsensem. Każdy więc znajdzie tu coś dla siebie, szczególnie, gdy duszę ogarnia i zagarnia smutek, smuteczek lub inna destrukcja. Miłośnicy poezji biesiadnej znajdą tu na przykład inspirację do wzbogacenia swoich wystąpień błyskotliwymi propozycjami kolejnych tostów: 🔰"Herbata Też zbrata Ale martini Szybciej to czyni. Kakao Też by działało Ale jest szybszy program Sto gram. Tort podany na tacy jest cacy whisky wlana do wnętrza jest prędsza."....itd., itp. (P-45)
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na 8 1 rok temu
Białe zeszyty Sonia Raduńska
Białe zeszyty
Sonia Raduńska
To jedna z niewielu książek, do których wróciłam. Nie każdemu przypadnie ona do gustu, bo jest wręcz utkana z emocji - ale mnie bardzo pomogła. Książka ma formę dziennika, zapisków dojrzałej kobiety (z zawodu psychologa). Czytając ją po raz pierwszy skupiłam się głównie na historii dwojga ludzi, ale już wtedy poczułam, że jest tam coś więcej, co kiedyś może mi być potrzebne, i nie myliłam się. W bardzo trudnym momencie mojego życia (nie mającego nic wspólnego z problemami autorki) sięgnęłam po tą lekturę jak po lekarstwo i czytając ją ponownie - powoli i uważnie - skupiłam się wyłącznie na emocjach, sposobie ich przeżywania, postrzeganiu świata, ludzi i siebie. Wiele z tych emocji zrozumiałam, na wiele dałam sobie zgodę, a przede wszystkim czerpałam nadzieję. Dla mnie ogromne znaczenie miało to, że nie jest to żaden "mądry" poradnik psychologiczny, którego lektura przyprawia czytelnika co najwyżej o frustrację, to głęboka analiza stanu psychicznego autorki, od euforii po tzw. "czarną dziurę" oraz próba zmierzenia się z tym. Dotarło do mnie, że w chwilach rozpaczy nie wolno wypierać emocji, choćby nie wiem jak były trudne do przeżycia, należy dać im przez siebie przepłynąć, mimo tego, że sieją zniszczenie jak tsunami, trzeba tego doświadczyć. To nas oczyszcza, porządkuje, przywraca do równowagi. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób nie odbierze tej lektury tak jak przed chwilą to opisałam, dla wielu mogą to być nudne - przepraszam za wyrażenie - "flaki z olejem", ale ja na pewno sięgnę po kolejne pozycje p.Soni Raduńskiej. Doskonale rozumiem jej spojrzenie na życie, na otaczający świat, dzieci, relacje z innymi ludźmi. Doskonale rozumiem stany, w których się znajduje. Podobnie jak ona czerpię siłę z przyrody, potrafię dostrzegać drobiazgi, cieszyć się nimi. Lubię ciszę, spokój i swoje towarzystwo. Dobrze wiedzieć, że są jeszcze na świecie tacy ludzie, dzięki temu łatwiej dać sobie prawo do przeżywania życia na swój sposób.
Beatika - awatar Beatika
oceniła na 8 5 lat temu
Wspomnienia z niepamięci Gustaw Holoubek
Wspomnienia z niepamięci
Gustaw Holoubek
To jest właśnie ta książka, którą warto przeczytać, jeśli naprawdę interesuje nas osoba Gustawa Holoubka. „Wspomnienia z niepamięci”, będące zbiorem luźnych reminiscencji i rozlicznych przemyśliwań na bliskie aktorowi tematy, czyta się szybko, z niesłabnącym zainteresowaniem i – w moim przypadku – z rosnącym zadziwieniem. Że Holoubek to wielki artysta, że na zawsze wpisał się w historię polskiego kina i teatru, że to legenda naszej kultury – to wszystko jest oczywiste. Ale wcale nie było dla mnie oczywistym to, jak bardzo zajmującym, dobrym i inteligentnym był on człowiekiem. Owszem, nie sposób było nie widzieć i nie cenić jego kindersztuby; szacunku, z jakim zwracał się do ludzi, jego dbałości o język ojczysty, wybitnej erudycji, pełnego profesjonalizmu oraz ogólnej życzliwości i widocznej pokory w stosunku do życia, ale w jego „oficjalnym” wizerunku zawsze brakowało mi nutki jakiejś takiej … bo ja wiem… normalności? naturalności? Czegoś, co czyniłoby go mniej księżycowym, a bardziej przyziemnym. Ciągle wydawał mi się bowiem nieco … oddzielny, nieprzystępny, irytująco emfatyczny. A tu szok! „Wspomnienia z niepamięci” pozwoliły mi odkryć Gustawa Holoubka. Tak… dla siebie. Na użytek własny. Książka zaczyna się od pięknego wstępu napisanego przez Jana Holoubka, syna aktora, a dalej czeka na nas siedem wypełnionych po brzegi treścią i okraszonych licznymi zdjęciami rozdziałów, opowiadających o najważniejszych dla Gustawa Holoubka osobach, o przełomowych momentach w jego życiu, o dzieciństwie, o Krakowie, o początkach w teatrze, o religii, kościele, także o wojnie i polityce (ot, choćby rozdział OKUPACJA: traktuje ogólnie o władzy, ale i bardziej szczegółowo, np. o Rosji; o tej nieuzasadnionej, nie dającej się wytłumaczyć tęsknocie Rosjan za ZSRR, nawet – w skrajnych przypadkach – za łagrami [syndrom sztokholmski się kłania]; również o naszej, polskiej, niezrozumiałej, a nawet niezauważanej przez nas państwowości, o jedynych słusznych drogach rozwoju kraju, o odpowiedzialności za kraj… wspaniały wywód). Z autentyczną radością i rosnącą z każdą przeczytaną stroną ekscytacją zaczęłam pojmować, jakim ciekawym człowiekiem był Holoubek, jak nieprzeciętne miał poczucie humoru, jak wiele w życiu przeszedł, na jak wiele tematów miał do powiedzenia nie coś, ale coś autentycznie głębokiego i przemyślanego. Jego gra nie rusza mnie może tak, jak rusza mnie gra moich ulubionych aktorów, czyli Świderskiego, Łapickiego czy Zapasiewicza, ale jego człowieczeństwo, sposób bycia i podejście do życia otworzyło we mnie wiele ukrytych do tej pory „szufladek” i skierowało moje myślenie na wiele nowych ścieżek. I za to jestem cholernie wdzięczna. I także dlatego polecam tę książkę z całego serducha.
Mignatka - awatar Mignatka
oceniła na 7 2 miesiące temu
Nasierowska. Fotobiografia Zofia Turowska
Nasierowska. Fotobiografia
Zofia Turowska
Nazwiska „Nasierowska” i „Turowska” nierozerwalnie łączą mi się z postacią Agnieszki Osieckiej. To właśnie Turowska napisała pierwszą tak pełną i szczegółową biografię poetki; Nasierowska zaś wydała z Osiecką album „Fotonostalgia”, dzięki któremu odkryłem lata, lata temu jej przepiękne zdjęcia. Poza tym wiedziałem jedynie, że Nasierowska była żoną Janusza Majewskiego. I tyle. Turowska po raz kolejny stanęła na wysokości zadania, i biografia pełna jest szczegółów. Autorka skorzystała ze wspomnień swej bohaterki, jej męża, dzieci, przyjaciół, koleżanek i kolegów. Uważam to za ogromną zaletę tej książki – wielogłos. Turowska wpuściła do barwnej opowieści o Nasierowskiej innych, by sami coś powiedzieli, napisali. Jest to wszystko też uporządkowane, narracja ma swój ciąg i chronologiczny bieg. Wielka szkoda, że Turowska nie odczekała dwóch lat i nie napisała pełnej biografii Nasierowskiej, zawierającej fakt śmierci bohaterki. Chyba, że miał to być prezent dla niej, aby Nasierowska mogła nacieszyć się książką o sobie w ostatnich chwilach życia. Świetnie jest też ta książka opracowana graficznie. Mnóstwo, mnóstwo zdjęć – Nasierowskiej lub jej autorstwa. Do tego okładki czasopism, skany gazet z fotoreportażami Nasierowskiej. Bez tych wszystkich fotografii nie wyobrażam sobie książki o najzdolniejszej, najsłynniejszej, największej polskiej fotografce! Rozdział o budowie domu w Laśmiadach najbardziej mnie wynudził. A potem te przesłodzone laurki i peany na cześć Nasierowskiej, Majewskiego, Laśmiadów, ich domu, gościnności, kuchni… Turowska mogła wyciąć 3/4 z tego lukru, a i tak byłoby słodko i ujutnie. Ale może do strawienia. Wiele historii niestety też się powtarza. Może wynika to z tego, że raz przytacza to we wspomnieniach sama Nasierowska, raz ktoś z rodziny lub bliskich, potem zaś sama Turowska tworzy swoją narrację. I troszkę jakby jej się pewne sprawy wymknęły spod kontroli. Świetnie, że opisała życie Nasierowskiej, nakreślając całe tło historyczne, kulturowe, społeczne i geograficzne, ale czasami brakuje w tym samej Nasierowskiej. Ginie w tej otoczce. Mimo wszystko czas przeznaczony na lekturę biografii Nasierowskiej uważam za dobrze spożytkowany.
Mister Oizo - awatar Mister Oizo
ocenił na 6 8 miesięcy temu
Korczak. Próba biografii Joanna Olczak-Ronikier
Korczak. Próba biografii
Joanna Olczak-Ronikier
Och. Cóż za tytaniczna praca. Ta biografia (czy jak skromnie podaje autorka: próba biografii) to pokaz wiedzy, możliwości, prezentacja czasów, ludzi, wspomnienie bliskich, a także opowieść o pojedynczym człowieku. Z pewnością jest to też próba zmierzenia się z własną matką, która pisała o Korczaku zaraz po wojnie. Tak naprawdę wszystko to co Henryk Goldszmit zrobił w swoim życiu zostało przysłonięte jego ostatnim niewyobrażalnie heroicznym czynem. Tragiczny marsz wychowanków domu dziecka na Umschlagplatz jest poruszającym i niezwykle znamiennym obrazem tamtych czasów. Siłą Olczak - Ronikierowej jest fakt, iż tłumaczy jego zachowanie, jego ostateczny wybór bez patosu i niepotrzebnej górnolotności. Odbrązawia Korczaka, ale też nadaje mu znamiona normalności, przywraca mu ludzkie oblicze, które z trudem wychyla się zza spiżowego pomnika ogólnej pamięci. Pokazuje, że za jego sukcesem, za jego nowatorskim podejściem do dzieci stało wielu innych, jak choćby Stefania Wilczyńska, bez której Dom Sierot byłby niekompletny. Autorka zwraca też uwagę na wszystkie aktywności wychowanków, którzy wcielając w życie kolejne pomysły Doktora, tak naprawdę sami je tworzyli, byli ich głównymi bohaterami, beneficjentami, sensem. Bardzo podoba mi się to, że autorka tak szeroko nakreśla tło społeczne i obyczajowe, adekwatne do każdego poszczególnego rozdziału, etapu życia Korczaka. Przybliża więc czasy zaborów, proces asymilacji rodziny Goldszmitów, młodość i pierwsze kroki zawodowe Korczaka na tle ówczesnego warszawskiego świata medycznego. Z całą potęgą rozprawia Ronikier o bezsensie wojny rosyjsko - japońskiej, której uczestnikiem był nasz bohater. Każdy kolejny krok milowy w jego biografii opatrzony jest rozbudowanym i wnikliwym opisem tamtej rzeczywistości, co niezwykle wzbogaca opowieść, ale też za każdym razem wiele wyjaśnia. To ludzkie, zwyczajne, analityczne podejście do legendy wymagało odwagi, ale przede wszystkim pewności, że to co chce się pokazać jest prawdziwe, rzetelne i wiążące. Pewien niedosyt pozostawi luka jaka obejmuje życie prywatne Korczaka. Ponadto niektórych może dręczyć rozbudowane tło obyczajowe, inni przyczepią się do wielokrotnych wtrąceń dotyczących rodziny Mortkowiczów (tak, czasem słowa autorki brzmią chełpliwie), ktoś może zarzucić, że Korczak nie jest bohaterem pierwszoplanowym opowieści. Wszystko to prawda, jednak całość przedstawia niezbywalną wartość i udaną próbę pokazania człowieka i jego czasów. Potrzeba jednak czasu i cierpliwości, by zmierzyć się z próbą biografii Korczaka autorstwa Joanne Olczak - Ronikier. buchbuchbicher.blogspot.com
BuchBuch - awatar BuchBuch
ocenił na 9 7 lat temu
Kartki z białego zeszytu Sonia Raduńska
Kartki z białego zeszytu
Sonia Raduńska
Podobnie jak "Białe zeszyty" jest to książka do której na pewno będę wracać. Ma ona cudowną moc wyciszania, "zatrzymania w byciu", daje mnóstwo siły, cała jest pozytywną energią. To afirmacja życia w czystej postaci. Jak strasznie się cieszę, że dane mi było trafić na książki p.Soni Raduńskiej! W świecie pełnym pośpiechu, gonitwy za pieniądzem, dobrami materialnymi, wiecznym porównywaniem się z innymi, w dobie facebooka, instagrama i innych profili społecznościowych umiejętność dostrzegania rzeczy najprostszych (ale wcale nie banalnych) wydaje się wręcz niedorzeczna. Czasami tak właśnie się czułam - jak relikt zeszłej epoki- kiedy największą przyjemność sprawiało mi bycie sam na sam, z dobrą książką, na tarasie wśród kwiatów. Kiedy obserwowałam chmury i zachwycona wołałam męża - popatrz jakie piękne! (reakcja męża - ale że co?) Kiedy w czasie spaceru zamiast analizować i obmyślać plany na kolejne dni ja wypatrywałam ptaków i cieszyłam się każdym napotkanym kwiatkiem... Okazuje się, że to wielka i cenna umiejętność:) Zapiski autorki są przepełnione szczerością, ale oprócz bardzo osobistych przemyśleń znajdziemy tam również mnóstwo odniesień do wartościowych pozycji literackich, filmów i artykułów. Całość jest piękna, wysmakowana, melancholijna a jednocześnie energetyzująca. Byłoby cudownie móc przyjaźnić się z p.Sonią, ale póki co muszą wystarczyć mi jej książki:)
Beatika - awatar Beatika
oceniła na 9 5 lat temu

Cytaty z książki Czytadła. Gawędy o lekturach

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Czytadła. Gawędy o lekturach