-
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać436 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać16 -
Artykuły
"Dom bestii" - jak ofiara zamienia się w kata. Akcja recenzencka do nowej książki Katarzyny Bondy!
LubimyCzytać13
forum Oficjalne Akcje i konkursy
[Zakończony] Złoty kruk w gnieździe ze skóry - wygraj dwie książki wydawnictwa Rebis
Oto Wasze zadanie: wyzwólcie w sobie pokłady kreatywności, uruchomcie pomysłowość, przypomnijcie sobie baśnie, mity i legendy. Niech będzie trochę tajemniczo, a trochę zabawnie. Morał nie jest obowiązkowy. Napiszcie opowiadanie, w którym znajdzie się miejsce dla złotej skóry i gniazda kruka. Czekamy na teksty o objętości do 2500 znaków ze spacjami.
Nagrody
Autorzy pięciu najciekawszych tekstów otrzymają dwie książki.
Gniazdo Kruka
Autor : Tomasz Sekielski
Regulamin
- Konkurs trwa od 28 stycznia do 3 lutego włącznie. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
- Odpowiedzi muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie części lub fragmentów tekstów, recenzji innych osób jest zabronione. Teksty nie mogą przekraczać 2500 znaków ze spacjami.
- Każdy użytkownik może zgłosić tylko jedną pracę.
- Zwycięzców wybiera administracja serwisu lubimyczytać.pl. Decyzja jest nieodwołalna.
- Dane adresowe zostaną wykorzystane przez serwis lubimyczytać.pl i Wydawnictwo Rebis.
- Adres zwycięzcy powinien zostać nadesłany do dwóch tygodniu od daty ogłoszenia wyników konkursu. Po tym terminie administracja lubimyczytać.pl dopuszcza wybór kolejnego laureata lub nieprzyznanie nagrody.
odpowiedzi [47]
ja też nie, ale spokojnie, kiedyś ok.2 miesięcy czekałam na książkę. Jestem pewna, ze przyślą :)
ja też nie, ale spokojnie, kiedyś ok.2 miesięcy czekałam na książkę. Jestem pewna, ze przyślą :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJa niestety też nie, ale wciąż czekam. :P
Ja niestety też nie, ale wciąż czekam. :P
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamJa nie... Szkoda trochę, mam nadzieję że jednak wyślą.
Ja nie... Szkoda trochę, mam nadzieję że jednak wyślą.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamCzy ktoś już dostał te książki?
Czy ktoś już dostał te książki?
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamGRATULUJĘ.
GRATULUJĘ.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamBardzo dziękuję :P
Bardzo dziękuję :P
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamDziękuję i gratuluje pozostałym :)
Dziękuję i gratuluje pozostałym :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamYay, dziękuję <3
Yay, dziękuję <3
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Nagrody otrzymują:
what_for
Pat
Alia
Levi95
Roxanne
Gratulujemy. Z laureatami skontaktujemy się osobiście.
Nagrody otrzymują:
what_for
Pat
Alia
Levi95
Roxanne
Gratulujemy. Z laureatami skontaktujemy się osobiście.
Konkurs zakończony. Laureatów ogłosimy jutro.
Konkurs zakończony. Laureatów ogłosimy jutro.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Na spacerze z mamą mały chłopiec w lesie dostrzegł coś niespotykanego, a zarazem niecodziennego. Nagle syn zwrócił się do mamy:
Chłopiec: Mamo zobacz coś tam jest - stwierdził chłopiec.
Mama: Gdzie synku i o jakim miejscu mówisz?- spytała mama.
Chłopiec: O tam -wskazał mamie drogę.
Mama To prawda, synku- potwierdziła mama.
Chłopiec: Mamo zobacz to jest gniazdo kruka i ta słynna złota skóra.
Mama: Oj synek, synek gdzie takie informacje się znajdują ,że gniazdo kruka jest słynne i złota skóra- spojrzała z lekkością w oku na syna.
Chłopiec: Mamo gdyby tego gniazda kruka nie było i złotej skóry toby kruk nie powróciłby do swojego gniazda- odpowiedział syn.
Mama: Skoro tak ma być to odwiedźmy to słynne miejsce ,ale nie mówimy nikomu,że tu byliśmy, zgoda synku? - zapytała mama.
Chłopiec: Zgoda mamo nie powiemy- potwierdził z uśmiechem chłopczyk.
Na spacerze z mamą mały chłopiec w lesie dostrzegł coś niespotykanego, a zarazem niecodziennego. Nagle syn zwrócił się do mamy:
Chłopiec: Mamo zobacz coś tam jest - stwierdził chłopiec.
Mama: Gdzie synku i o jakim miejscu mówisz?- spytała mama.
Chłopiec: O tam -wskazał mamie drogę.
Mama To prawda, synku- potwierdziła mama.
Chłopiec: Mamo zobacz to jest gniazdo...
To miało miejsce tak dawno, że nawet najstarsi górale nie pamiętają jak dawno. Wszystko zaczęło się kiedy ludzie przestali szanować ducha lasu. W ramach kary co miesiąc będzie porywał jedno dziecko z wioski. Na początku nikt nie uwierzył w groźby, aż do pierwszej pełni.
- Na pomoc!!!- krzyk, który rozległ się postawił wszystkich na nogi. A potem nastała cisza, jeszcze bardziej straszna niż wołanie o pomoc.
Maćko był pierwszym porwanym dzieckiem. Taka sytuacja powtarzała się w każdą pełnię księżyca. Ludzie nie wiedzieli co robić. Starali się ukrywać dzieci, prowadzili warty jednak nic nie skutkowało duch lasu zawsze jakieś porywał. W wiosce zapanowała rozpacz i strach. Pewnego razu do wsi zawitał wędrowiec. Postanowił on pomóc mieszkańcom. Kiedy wędrował po górach słyszał o duchu, który porywa dzieci i więzi je w Gnieździe Kruka, jaskini do której wejście grozi śmiercią.
Nie czekając wyruszył nocą w stronę szczytu, gdzie mieszkał duch.
Kiedy dotarł do wejścia do pieczary usłyszał krzyki dzieci. Zaczął grzebać w swoim worku podróżnym, wyciągnął z niego dziwne zawiniątko. Okazało się, że jest to złota skóra, od której bił taki blask, który wręcz porażał. Nagle nie wiadomo skąd pojawił się duch chcąc go zaatakować. Blask, który nastał w owej chwili zamienił zjawę w proch. Podróżny wszedł do jaskini i uwolnił dzieci. Doprowadził je do wioski, ale do niej sam nie wrócił. Od tego momentu w wiosce zapanował spokój. Wędrowca okrzyknięto opiekunem wsi, choć nikt nigdy nie poznał jego imnienia.To miało miejsce tak dawno, że nawet najstarsi górale nie pamiętają jak dawno. Wszystko zaczęło się kiedy ludzie przestali szanować ducha lasu. W ramach kary co miesiąc będzie porywał jedno dziecko z wioski. Na początku nikt nie uwierzył w groźby, aż do pierwszej pełni.
- Na pomoc!!!- krzyk, który rozległ się postawił wszystkich na nogi. A potem nastała cisza, jeszcze bardziej straszna niż wołanie o pomoc.
Maćko był pierwszym porwanym dzieckiem. Taka sytuacja powtarzała się w każdą pełnię księżyca. Ludzie nie wiedzieli co robić. Starali się ukrywać dzieci, prowadzili warty jednak nic nie skutkowało duch lasu zawsze jakieś porywał. W wiosce zapanowała rozpacz i strach. Pewnego razu do wsi zawitał wędrowiec. Postanowił on pomóc mieszkańcom. Kiedy wędrował po górach słyszał o duchu, który porywa dzieci i więzi je w Gnieździe Kruka, jaskini do której wejście grozi śmiercią.
Nie czekając wyruszył nocą w stronę szczytu, gdzie mieszkał duch.
Kiedy dotarł do wejścia do pieczary usłyszał krzyki dzieci. Zaczął grzebać w swoim worku podróżnym, wyciągnął z niego dziwne zawiniątko. Okazało się, że jest to złota skóra, od której bił taki blask, który wręcz porażał. Nagle nie wiadomo skąd pojawił się duch chcąc go zaatakować. Blask, który nastał w owej chwili zamienił zjawę w proch. Podróżny wszedł do jaskini i uwolnił dzieci. Doprowadził je do wioski, ale do niej sam nie wrócił. Od tego momentu w wiosce zapanował spokój. Wędrowca okrzyknięto opiekunem wsi, choć nikt nigdy nie poznał jego imienia.
To miało miejsce tak dawno, że nawet najstarsi górale nie pamiętają jak dawno. Wszystko zaczęło się kiedy ludzie przestali szanować ducha lasu. W ramach kary co miesiąc będzie porywał jedno dziecko z wioski. Na początku nikt nie uwierzył w groźby, aż do pierwszej pełni.
- Na pomoc!!!- krzyk, który rozległ się postawił wszystkich na nogi. A potem nastała cisza, jeszcze...
Złoty Kruk w gnieździe ze skóry
Dawno, dawno temu był sobie mały chłopiec o imieniu Kamil. Mieszkał w ubogiej wiosce, razem ze swoją kochającą matką. Codziennie rano zastanawiał się nad tym co ma robić w życiu. Dookoła nie było zupełnie nic ciekawe, tylko pole. Obejrzał się w prawo widział swój dom i niewielką jabłonkę, popatrzył w lewo na pustą drogę i stwierdził, że jeśli nic się nie zmieni, będzie musiał wyruszyć w daleki, nieznany świat, aby mieć za co żyć. Przed podjęciem tej decyzji powstrzymywała go troska o chorą mamę, której nie chciał opuścić. Podjął jednak decyzję o wyruszeniu w świat. Postanowił wrócić do domu i zobaczyć co może ze sobą zabrać. Na dnie starego, spróchniałego kufra znalazł skórzaną kamizelkę. Brakowało przy niej dwóch guzików. Przypomniał sobie, że odciął je jakiś czas temu, żeby naprawić spodnie. Ale rozpięta kamizelka też jest użyteczna. Ubrał ją, wyszedł przed dom iI ruszył przed siebie środkiem pola. Maszerował i maszerował. W pewnym momencie przed swoimi nogami ujrzał białe jajko. Wziął je w dłonie i w tym momencie jajko zaczęło pękać. Na jego rękach z jajka wykluł się mały ptak i przemówił: „Witaj, dokąd zmierzasz? Czyżby Ci było źle tam gdzie przebywasz.” Zdziwiony chłopczyk przytaknął i powiedział „jestem bardzo biedny i nie widzę już sensu siedzenia w jednym miejscu.” „Wróć do domu i poczekaj siedem dni, każdego dnia będzie Cię odwiedzał inny ptak, ugość je ziarnem kukurydzy z Twojego pola. Będą bardzo głodne.” Chłopiec postanowił posłuchać rady Białego Ptaka. Chłopiec wstał rano, pomyślał, że to sen, a raczej koszmar. Jakieś dziwne stworzenie odwiodło go od zmiany własnego życia. Rozwścieczony wybiegł przed dom i zaczął biec przed siebie co sił w nogach. W pewnym momencie potknął się, wywrócił się i rozciął rękę. W tym momencie usiadł mu na ręku Czerwony Ptak. „Jestem głodny – powiedział – daj mi coś do jedzenia.” Dostał parę ziaren kukurydzy i przekazał mu złotą myśl: „Bądź rozważny, nierozwagą okaleczasz siebie i innych. Wróć do domu i opatrz rękę.” Chłopiec uczynił to o co poprosił go Czerwony Ptak. Jednak tak go dłoń bolała, że zaraz po jej opatrzeniu, usnął. Następnego dnia chłopiec wyszedł przed dom i spojrzał w stronę niewielkiego drzewa, które rosło na jego polu. Pomyślał „przeklęte drzewo, już piąty rok nie wydaje owoców.” Złapał za siekierę i ruszył z zamiarem jego ścięcia. W momencie gdy chciał zadać pierwsze uderzenie siekierą poczuł, że coś spadło mu na głowę. Patrzy, a przed jego nogami leży pomarańcza. Podniósł, postanowił ją obrać i zaczął pałaszować ze smakiem. W tym momencie na drzewie usiadł Pomarańczowy Ptak. „Nie ścinaj drzewa, każdy bowiem zasługuje na drugą szansę.” Chłopiec bardzo zdziwiony, nakarmił ptaka i wrócił tego dnia najedzony do domu, zadowolony, że przed domem rośnie drzewo pomarańczy. Następnego dnia, Kamila obudził głos matki: „Kamilku, wstawaj, już czas. Dzisiaj zbiory. Idziemy zbierać kukurydzę. Oby starczyło nam na całą zimę. Przez cały dzień razem zbierali kukurydzę. Okazało się, że jest jej bardzo mało i nie wystarczy do przyszłych zbiorów. Gdy Kamilek układał ostatnią kolbę, wypadło z niej jedno ziarenko kukurydzy. Ku jego zdziwieniu, ziarno to zamieniło się w Żółtego Ptaka. „Jestem głodny, daj mi jeść.” Kamilek pamiętał co obiecał białemu ptakowi. „Mam dla Ciebie złotą myśl: nie samym chlebem człowiek żyje.” I zamienił się z powrotem w ziarenko kukurydzy. Następnego dnia Kamilek postanowił nie wychodzić z domu. „Mam dość tych wstrętnych ptaków. Pomyślał jestem głodny, bardzo głodny i poszedł zrobić sobie śniadanie.” Wyciągnął chleb z szafki i kawałek żółtego sera. „Matulu! Nic więcej już nie ma? Poszukaj w beczce Kamilku, powinny być jeszcze ogórki. Kamilek zakasał rękawy i włożył rękę do głębokiej teczki. „Jest!” Wykrzyknął. „Jest ostatni!” Nadgryzł, wypluł kawałek mówiąc „fuu jaki kwaśny”. W tym momencie z pozostałej części ku jego zdziwieniu ukazał się Zielony Ptak. „Kamilku mam dla Ciebie mądrą myśl patrz w przyszłość, myśl o niej, patrz w niebo, tam jest głębia i nadzieja.” Po czym wyfrunął przez okno. Dziobiąc po drodze ziarenko kukurydzy, które Kamilek trzymał na oknie. Następnego dnia, gdy chłopczyk wstał, była piękna pogoda aż chciało się żyć. Popatrzył w niebo, było piękne i bardzo błękitne. Ku jego zdziwieniu, z błękitu wyłonił się Niebieski Ptak. „Jestem głodny. nakarm mnie.” Kamilek tak też uczynił, kiedy ptak skończył jest Kamilek zauważył, że ptak nie zjadł wszystkich ziaren. Jedno zostawił. „Włóż je w ziemię” powiedział ptak. Kamilek tak tez zrobił, a ptak zniknął. Niebo pochmurniało, zrobiło się granatowe i ukazał się mu wielki, bardzo groźny Granatowy Ptak. Bardzo się rozpadało. Tak, że Kamilek postanowił wrócić do domu. Padało całą noc, ciskało piorunami. Potężna wichura obaliła jedną ze ścian domu. Nad ranem Kamil wyszedł, zobaczył na zrujnowaną ścianę domu i zapłakał. W tym momencie upadł na kolana, a przed jego nogami wyrósł mały fiołek. Przypomniał sobie, że to z ziarna, które zasiał dzięki Niebieskiemu Ptakowi. Z fiołka w tym momencie wyłonił się Fioletowy Ptak. „Jestem głodny. Daj mi jeść.” Kamilek ze łzami w oczach wyciągnął z kieszeni ostatnie ziarno kukurydzy. Ptak powiedział: „bądź wytrwały”. Rozpogodziło się, a z fiołka wyskoczyła tęcza złożona ze wszystkich ptaków, które go odwiedziły. Kamilek spojrzał na tęcze po czym odwrócił się ispojrzał na zrujnowany dom. Na kamieniu siedział Złoty Ptak, zaświergotał i powiedział „nie jestem głodny, zacznij kopać.” Kamilek kopał tak jak prosił go Złoty Ptak. Pierwszego dnia nic nie wykopał. Wstał drugiego dnia wyszedł przed dom i usłyszał „kop dalej”. Kopał bez skutku przez 6 dni. Szóstego dnia zmęczony, wybiegł z dołu krzyczą do Złotego Ptaka „tu nic nie ma. Dom w rozsypce, zbiory marne, niech Cię diabli.” Chwycił za kamień i rzucił w złotego ptaka. Ptak upadł na ziemię, zrobił się fioletowy i powiedział bądź wytrwały, następnie zrobił się granatowy, błękitny, zielony, żółty, pomarańczowy, czerwony. Kamilek przerażony pomyślał to biały ptak lecz ku jego zdumieniu ptak zamienił się w czarnego kruka. Popatrzył na niego i powiedział „to nic Kamilku, to nic.” Po czym skonał. Kamilek podniósł kamień, którym uderzył ptaka i wyszeptał „co ja zrobiłem.” Zauważył, że kamień który trzyma w ręku to węgiel. Kamilek pomyślał „jestem bogaty, matulu mamy węgiel. To wszystko dzięki ptakom.” Kamilek ściągnął skórzana Kamizelkę. Uwił z niej drobne gniazdko i pochował czarnego kruka tam gdzie go znalazł pierwszego dnia. Na środku pola z kukurydzą.
P.S. Bądź wytrwały.
Złoty Kruk w gnieździe ze skóry
Dawno, dawno temu był sobie mały chłopiec o imieniu Kamil. Mieszkał w ubogiej wiosce, razem ze swoją kochającą matką. Codziennie rano zastanawiał się nad tym co ma robić w życiu. Dookoła nie było zupełnie nic ciekawe, tylko pole. Obejrzał się w prawo widział swój dom i niewielką jabłonkę, popatrzył w lewo na pustą drogę i stwierdził, że...
Śnił mu się koszmar. Nic nowego. Już od setek lat nie dane mu było spokojnie przespać jednej nocy. Pazury wbiły się kurczowo w złotą skórę, którą wyścielone było gniazdo. To jedyne, co mu pozostało z tamtych czasów. Złota skóra już trochę przykurzona, jednak nadal wzbudzająca podziw – trofeum ubiegłego tysiąclecia. Złoty kruk był już wiekowy. Miał ponad 2000 lat i gdyby nie to, że był złoty, jego pióra już dawno pokryte byłyby siwizną. Sen, jak zwykle o tej porze, zbliżał się do kulminacyjnego momentu. Skrzydła łopotały w rytm wystraszonego na śmierć serca, ciało falowało w powietrzu coraz to szybciej i bardziej rozpaczliwie, oczy to zamykały się z wysiłku to otwierały przerażone. Musiał uciekać, chociaż i tak wiedział, że nie da rady. Nie odwracał się za siebie, ale już wiedział, że goniące go zło przybrało postać czarnej mgły. Mgły tak gęstej, że czuł jak spowalnia jego ruchy. I nagle go pochłonęła. Wszystko w ułamku sekundy przeistoczyło się w pustkę. Nicość. Nic.
Obudził się z krzykiem. Jak zwykle długo jeszcze nie mógł dojść do siebie. Wreszcie uspokoił się i zapadł ponownie w płytki sen wtulając głowę pod jeden z płatów złotej skóry.
Z każdego stworzenia, z każdego rodzaju, była jedna istota złota. Złoty Kruk był wyjątkowy i wiedział o tym. Był jedyny ze swego rodzaju. Poznał kilka innych złotych zwierząt, a w tym Złotego Węża i Złotą Kozicę Górską. Wszystkie te stworzenia były mocarne i miały pod władaniem swój rodzaj. Złoty Kruk mógł rozkazywać i kierować wszystkimi krukami świata i zawsze starał się robić to mądrze. Złota Kozica była wędrowcem i nakazała wszystkim kozicom świata wędrować w celu znajdywania pożywienia. Złoty Wąż był nieraz fałszywy i nie lubił mieszać się w rzeczy niedotyczące go. Nakazywał wszystkim wężom pełzać i kryć się, a w razie zagrożenia atakować.
I to właśnie ta trójka Złotych dokonała czynu wielkiego. Unicestwiła Złotego Człowieka. Człowieka złego i niesprawiedliwego. Ciemiężcę ludzkości. Najgorszego ze wszystkich żyjących na świecie Złotych Władców. Każdy z nich miał inne pobudki. Złota Kozica nie mogła patrzeć, jak bez przyczyny giną jej siostry i bracia z rozkazu Króla Ludzi. Złoty Wąż podziwiał i zazdrościł potęgi okrutnego władcy i nie mógł jej znieść. Złoty Kruk wiedział w całej swej mądrości, że Złoty Człowiek będzie chciał zostać Wielkim Złotym Królem wszystkich, nie tylko swojego rodzaju. To jemu przypadło trofeum w postaci złotej skóry, a wraz z nim sny. Koszmary, w których dopada go grzech.
Śnił mu się koszmar. Nic nowego. Już od setek lat nie dane mu było spokojnie przespać jednej nocy. Pazury wbiły się kurczowo w złotą skórę, którą wyścielone było gniazdo. To jedyne, co mu pozostało z tamtych czasów. Złota skóra już trochę przykurzona, jednak nadal wzbudzająca podziw – trofeum ubiegłego tysiąclecia. Złoty kruk był już wiekowy. Miał ponad 2000 lat i gdyby nie...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Krążyło wiele pogłosek o tym miejscu.
Mówiło się, że jest tajemnicze i niedostępne. Co nie oznaczało, że nie da się tam dostać. Mówiło się także, że to tak naprawdę ciebie wybierają to tego miejsca i to od nich zależy, czy w ogóle będziesz chciał tam iść. Przerażająca myśl. Co jest w środku? Nie było zgody. Każdy mówił co innego. Nie było wspólnej wersji prócz tego, że każdy, kto choć raz tam wejdzie, nie wyjdzie jako ten sam człowiek.
Wylądowaliśmy w obcym nam mieście. Trudno było porozumieć się z ludźmi. Na szczęście mieliśmy mapy. Pogoda wydawała się przytłaczająca. Gdy wyruszaliśmy, żegnało nas słońce. Teraz niebo wydawało się płakać. Całymi godzinami lała się drobna mżawka, chmury przesłaniały całe niebo, a temperatura sprawiała złudzenie, że mieniliśmy strefę klimatyczną. To, co najbardziej nas przerażało to ludzie. My - zziębnięci wędrowcy, zagubieni w obcym terenie, trzęśliśmy się i szukaliśmy otuchy. Oni zdawali się wręcz nie zauważać tego wszystkiego. Nie tylko pogody. Tych starych budynków, obdrapanych ścian, krzywych dróg oraz brudu i śmieci na ulicach. Oni do tego wszystkiego przywykli. Tak bardzo zapomnieli, że życie może być inne.
Ale wiedzieliśmy, że do odnalezienia tego miejsca musimy to wszystko przeżyć. Musimy przetrwać drogę, nie poddawać się i nie zawracać.
Według mapy powinniśmy być na miejscu. Dużo czasu zajęło nam połapanie się, że jesteśmy w oznaczonym miejscu. I tak nie widzieliśmy naszego celu.
Ale on tam był. Schowany w bramie. Trzeba było przejść całe podwórze, dojść do końca i spojrzeć w lewo. I w końcu odnaleźliśmy ten napis.
„Złota skóra”. Tak głosił.
Weszliśmy go środka.
Lokal nie wyglądał jakoś super. Z drugiej strony nie wyglądał jakoś źle. Był w miarę schludny. Nie wyróżniał się.
Za ladą stał jakiś pan.
- Co podać? - spytał po chwili.
Udaliśmy, że patrzymy na menu. Jednak od początku wiedzieliśmy.
- Dwa razy „Gniazdo kruka” poprosimy.
- To będzie 22 złote. Proszę siąść, zaraz podamy do stolika.
Siedliśmy. Szybko dostaliśmy nasze dania.
Był to pewnego rodzaju kawałek kurczaka, okrągły, nadziewany warzywami i serem, z sosem czosnkowym.
Zgodnie z zapowiedzą - był wyśmienity.
- Dobre, nie? - powiedziałem do kumpla.
- No - przytaknął. - Wiesz co mnie zastanawia... podeszliśmy do tego wypadu jak do wyprawy na koniec świata, po jakieś złote runo czy coś. A w sumie to tylko pojechaliśmy do drugiego miasta na jedzenie. I jeszcze te nazwy... „Gniazdo kruka”.
- No fakt. Trochę rozczarowujące.
- Ale kurczak dobry, nie?
Krążyło wiele pogłosek o tym miejscu.
Mówiło się, że jest tajemnicze i niedostępne. Co nie oznaczało, że nie da się tam dostać. Mówiło się także, że to tak naprawdę ciebie wybierają to tego miejsca i to od nich zależy, czy w ogóle będziesz chciał tam iść. Przerażająca myśl. Co jest w środku? Nie było zgody. Każdy mówił co innego. Nie było wspólnej wersji prócz tego, że...
Dwaj Bracia Chińczycy mieszkali wówczas w mieszkaniu naprzeciwko już od kilku lat. Jeden z nich sklejał modele samolotów, drugi kradł samochody. Ten też miał komicznie zadarty nos. W tamtym była jakaś filozoficzna zaduma nad wszystkim. Szczególnie nad modelami, które z pietyzmem składał w całość. Z mojego okna widziałem tylko ten jeden ich pokój, który zdawał się centrum ich mieszkania i całego ich życia. Tu jedli rano śniadanie, celebrując każdy kęs. Jeden z nich sprowadzał do tego pokoju pewną dziewczynę, normalną, nie Chinkę, zawsze tę samą. Kiedy to robili, otwierali okno, później ona wychodziła, a drugi Brat Chińczyk wracał. W mojej głowie był tym lepszym. Lubiłem go. Miał bardziej złotą skórę niż tamten, a jego nos był prosty. Podglądanie ich było moją ulubioną czynnością, oni zaś moimi ulubionymi ludźmi.
Każdego dnia przesiadywałem godzinami jak kruk w gnieździe, nie chcąc opuszczać mojego punktu obserwacyjnego. Nikt nigdy o nich nie mówił, a przecież wszyscy powinni.
Zapach ich pokoju był moim zapachem, a wszystko, co działo się w moim życiu było ich udziałem. Przyjaźniliśmy się chociaż oni nie wiedzieli o moim istnieniu lub obserwowali mnie w ukryciu, udając, że nie wiedzą. Może dlatego wszystko działo się w tym jednym pokoju, bo chcieli mnie wpuścić do swojego świata.
Od kilku miesięcy przeczuwałem, że coś się zmienia. Ich życie zaczęło dziać się gdzieś poza tym pokojem, odczuwałem samotność z powodu okna, za którym zniknął obraz. W końcu pozostał tam tylko mały biały model samolotu. Jedyny dowód, że obraz kiedyś był żywy.
Wstałem i wyszedłem. Kolejny półżywy obraz za oknem odszedł.
Dwaj Bracia Chińczycy mieszkali wówczas w mieszkaniu naprzeciwko już od kilku lat. Jeden z nich sklejał modele samolotów, drugi kradł samochody. Ten też miał komicznie zadarty nos. W tamtym była jakaś filozoficzna zaduma nad wszystkim. Szczególnie nad modelami, które z pietyzmem składał w całość. Z mojego okna widziałem tylko ten jeden ich pokój, który zdawał się centrum...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Przyciemniona szyba w czarnym audi opuściła się powoli. Ze środka dobiegały dźwięki piosenki o tym, że ona tańczy dla niego, a on ją uwielbia. Ze środka wychylił się osobnik dość sporych rozmiarów, bez włosów i szyi.
- Hej mała, dokąd taka lala idzie sama? - zagadał do wystrojonej w różową sukienkę i białe futerko niewiasty o nieprzeciętnej urodzie lalki Barbie - Jestem mc Kobra, don juan liryczny morderca. Może wyskoczymy na drinka?
Miejsce, gdzie inni mają szyję zdobiły grube łańcuchy z napisem BLINK!, odziany był w złotą skórę i czarne okulary, pomimo braku słońca.
- Tak się wożą gangsta laska, złota skóra, fura i komóra, na bogato. YOLO SWAG i ch**. Wskakuj nie spi***** tego.
Ponieważ propozycja taka nie mogła spotkać się z odpowiedzią odmowną, po chwili gnali już razem w stronę słońca.
- Zapraszam do mojej hawiry bejbe, to twierdza wojownika, gniazdo Kobry. Usiądź wygodnie, zrobię ci modżajto.
Na głośnikach Liber. W powietrzu miłość.
Kurtyna.
Przyciemniona szyba w czarnym audi opuściła się powoli. Ze środka dobiegały dźwięki piosenki o tym, że ona tańczy dla niego, a on ją uwielbia. Ze środka wychylił się osobnik dość sporych rozmiarów, bez włosów i szyi.
- Hej mała, dokąd taka lala idzie sama? - zagadał do wystrojonej w różową sukienkę i białe futerko niewiasty o nieprzeciętnej urodzie lalki Barbie - Jestem...
Laila powoli szła przez zaklęty las. Nie powinna tu przychodzić, ale uwielbiała to miejsce. Słońce przebijające się przez wierzchołki drzew i delikatny półmrok dopełniały mu uroku. Zapach drzew i śpiew ptaków prowadziły ją do jej zakątka. Był nim zagajnik nazywany przez nią gniazdem kruka, otoczony niewysokimi sosnami i jodłami. Dziewczyna uwielbiała siadywać na miękkim jak puch mchu i szkicować otaczające ją naturalne piękno. Według krążącej legendy w tym właśnie miejscu znajdowała się złota skóra, czyli stara oprawiona księga. Według wierzeń swój złoty kolor zawdzięczała ona księżniczce, która zapisywała w niej magiczne sekrety, tworząc w ten sposób złotą powłokę na skórze. Mówiono także, że owa księżniczka odradza się co 200 lat, znajduje księgę i dopisuje w niej kolejne sekrety. Laila nie do końca w to wierzyła, ale tego ranka siedząc w gnieździe kruka dostrzegła coś jasnego i złotawego. Rozchyliła zarośla, a jej oczom ukazała się złota skóra. Nie mogła w to uwierzyć. [Więc legendy były prawdą!]. W tym momencie wiedziała już dlaczego tak bardzo ciągnęło ją do tego miejsca i jakie jest jej przeznaczenie. Otworzyła więc księgę roztaczając wokół siebie blask i poczęła czytać zapiski swych poprzedniczek, aby niedługo umieścić w tym samym miejscu swoje...
Laila powoli szła przez zaklęty las. Nie powinna tu przychodzić, ale uwielbiała to miejsce. Słońce przebijające się przez wierzchołki drzew i delikatny półmrok dopełniały mu uroku. Zapach drzew i śpiew ptaków prowadziły ją do jej zakątka. Był nim zagajnik nazywany przez nią gniazdem kruka, otoczony niewysokimi sosnami i jodłami. Dziewczyna uwielbiała siadywać na miękkim jak...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Życie przymierającego głodem biedaka to nie bułka z masłem, ani pajda ze smalcem. Chwytałem się każdej możliwej roboty, od stajennego do świniopasa, przez pasterza. Wtedy właśnie utwierdziłem się w przekonaniu, że zwierzęta mnie nienawidzą. Kilka razy kopnął mnie koń, świnie pragnęły abym został ich obiadem, a owce miały mnie w głębokim poważaniu. Gdy straciłem kolejną pracę zostałem drobnym złodziejaszkiem, który nie raz, nie dwa tracił kolejne zęby przez własną chciwość. Pech? Fatum? Nie mam pojęcia jak nazwać tamten okres mojego życia, jednak teraz jestem pewien, że tak po prostu miało być.
Pewnego ranka udało mi się obrabować staruszkę. Zrabowana sakiewka okazała się niezwykle ciężka. Gdy najadłem się do syta, postanowiłem, że najwyższy czas zrobić coś ze swoim życiem i udałem się do niewidomego proroka (tak nazywał się wychudzony starzec snujący się po targowisku).
- Proszę mi powiedzieć, czy uda mi się zdobyć bogactwo?
Po moim pytaniu starzec wpadł w przedziwny trans, zaczął się kołysać na boki, a jego twarz wykrzywił przerażający grymas. Już chciałem zwiewać, gdzie pieprz rośnie, gdy jego popękane wargi wygłosiły wróżbę.
- Udasz się do Ponurego Lasu, a gdy dotrzesz do jego serca i ujrzysz ogromne gniazdo kruka, zrozumiesz że jesteś już niedaleko. Kobieta o złotej skórze znajdzie cię, gdy będziesz się tego najmniej spodziewać. Gdy ją zgładzisz, zyskasz największe bogactwo w całym królestwie.
Postanowiłem, że choć Ponury Las jest najbardziej przerażającym miejscem w okolicy, dotrę do jego serca, ponieważ i tak moje życie bardziej nędzne być nie może.
Podróż była wyczerpująca i trudna. Kilka razy chciałem zawrócić, jednak pewnego wieczoru udało mi się dotrzeć do ogromnego gniazda kruka. Kurczę, faktycznie było wielgachne. Dniami i nocami czekałem na kobietę o złotej skórze, jednak nie pojawiała się. Straciłem cierpliwość i zacząłem żałować, że uwierzyłem w słowa wychudzonego wariata z targowiska. Gdy zacząłem pakować się w drogę powrotną, ktoś dotknął mojego ramienia. Wystraszony zacząłem wydzierać się wniebogłosy, a odwróciwszy się, zobaczyłem JĄ. Zdecydowanie była najpiękniejszą istotą stąpającą po ziemi. Jej złota skóra mieniła się w blasku słońca i wiecie co? Uśmiechała się do mnie. Wtedy dotarło do mnie, że za żadne skarby świata nie zabiję tej istoty.
Od tamtej pory zamieszaliśmy razem w wielgachnym gnieździe, a ja uświadomiłem sobie, że bogactwo w porównaniu do czystej i bezwarunkowej miłości jest niewiele warte.
Życie przymierającego głodem biedaka to nie bułka z masłem, ani pajda ze smalcem. Chwytałem się każdej możliwej roboty, od stajennego do świniopasa, przez pasterza. Wtedy właśnie utwierdziłem się w przekonaniu, że zwierzęta mnie nienawidzą. Kilka razy kopnął mnie koń, świnie pragnęły abym został ich obiadem, a owce miały mnie w głębokim poważaniu. Gdy straciłem kolejną...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami pięknym królestwem Victoria rządził król Wincent II. Objął on tron po swoim ojcu - królu Wincencie I. Kiedyś kraina Victoria była rajem. Ludziom żyło się dobrze, niczego nikomu nie brakowało. Król Wincent I dbał o swoich poddanych. Zawsze miał na względzie ich dobro. Miejsce to było krainą szczęśliwości. Chociaż królestwo nie było bogate, każdy chciał tu mieszkać, pracować i szanować zaradnego króla.
Kiedy królestwem zaczął władać Wincent II sytuacja zmieniła się. Wincent II nie był dobrym królem dla swojego ludu. Nie chciał słyszeć o problemach, z jakimi borykają się mieszkańcy krainy. Jego celem było stworzenie potężnego królestwa. Król marzył o pełnym skarbcu. Był gotów poświęcić wszystko, aby ziściły się jego plany. Nie litował się nad poddanymi. Musieli oni ciężko pracować, aby opłacić wysoką daninę. Musieli też oddawać władcy połowę plonów, które wydała ziemia. Król wszystko sprzedawał, a zyskami z nikim się nie dzielił. Był zaślepiony pieniędzmi. Nie był władcą współczującym. Wszyscy się go bali.
Mijały lata. Królestwo opustoszało. Zostali tylko najwierniejsi swojemu panu. Mimo wszystko kochali go. Król o to nie dbał. Był w amoku. Chęć zysku stała się jego obsesją. Chociaż zamek rozbudowano, a skarbiec był pełen kosztowności król pragnął więcej złota. Pewnego dnia w krainie zjawił się wędrowiec i opowiedział władcy o legendzie, którą niedawno usłyszał. Zgodnie z nią w krainie Victoria znajduje się najwyższa góra na świecie. Ten kto wejdzie na nią otrzyma tyle złota ile tylko zapragnie jego serce. Trzeba tylko zabrać z gniazda kruka złote jajo i wypowiedzieć życzenie. Władca zafascynowany legendą natychmiast postanowił wyruszyć w podróż. W wyprawie uczestniczyło kilku poddanych oraz wędrowiec. Wszyscy pomagali jak mogli, aby królowi w czasie podróży nic się nie stało i aby ciężka wędrówka nie była dla niego dotkliwa. Po kilku tygodniach wspinaczki wszystkim udało się dostać na sam szczyt góry. Rozprawili się z krukiem. Gdy tylko zobaczyli jego gniazdo, król wyjął miecz i zabił swoich towarzyszy, nie myśląc jak powróci sam do zamku. Podbiegł do gniazda, wziął w dłonie złote jajo i stało się. Król zmienił się w potwora. Dostał jednak to czego chciał. Jego skóra pokryła się cała najszczerszym złotem. Tego złota nikt nie mógł mu odebrać. Należało tylko do niego. Wypełniła się klątwa. Stwór o złotej skórze do dziś samotnie pilnuje gniazda kruka i czeka na kolejnego śmiałka, którego serce pragnie bogactwa.
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami pięknym królestwem Victoria rządził król Wincent II. Objął on tron po swoim ojcu - królu Wincencie I. Kiedyś kraina Victoria była rajem. Ludziom żyło się dobrze, niczego nikomu nie brakowało. Król Wincent I dbał o swoich poddanych. Zawsze miał na względzie ich dobro. Miejsce to było krainą szczęśliwości. Chociaż królestwo nie było...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Dawno dawno temu kruki nie były zwykłymi czarnymi ptakami, zwiastującymi nieszczęście, ale świętymi zwierzętami, którym składano największą cześć. W jednej krainie czczono je szczególnie. Ludzie żyli tam w zgodzie i pokoju, mieszkając w wielkich kruczych gniazdach, a dzieci często nazywali Kruczek czy Kruczynka. W jednym z takich gniazd żyło sobie szczęśliwe rodzeństwo, chłopczyk Nell i dziewczynka Kruczynka, razem z babką, która jak nikt inny opowiadała stare opowieści o Złotoskórym Kruku. W krainie tej bowiem istniała pewna legenda, która mówiła, że gdzieś na skraju gór żyje kruk o skrzydłach nie czarnych, a złotych, nie o piórach, a skórze, król kruków, którego jedne dotknięcie mogło cię uzdrowić bądź uśmiercić. Szeptano o nim historie i jego błagano o pomoc.
Pewnego dnia,gdy babka opowiadała dzieciom o Złotoskórym Kruku, stała się rzecz straszna: Kruczynka ciężko zachorowała. Nikt nie umiał jej wyleczyć. Wtedy, kiedy stan siostry coraz bardziej się pogarszał,Nell wyruszył na poszukiwania Złotoskórego Kruka. Nie miał pojęcia, gdzie ani jak mógłby go znaleźć, ale wędrował po górach i lasach dzień i noc. Jednego wieczoru, kiedy chłopiec zupełnie już stracił nadzieję, a jedzenia i wody brakowało coraz bardziej, napotkał rannego ptaka. Nie był to kruk, a jeden z tych małych, szarych ptaszków, które w kruczej krainie nie były zbyt szanowane. Mimo to jednak Nell poczuł litość dla ptaszka, zabrał go więc i podzielił się tym, co mu zostało: kilkoma pokruszonymi krakersami i resztką wody. Nazajutrz, kiedy się przebudził, przetarł ze zdziwienia oczy. Znajdował się w największym, jaki kiedykolwiek widział, kruczym gnieździe – nie jednym z tych mieszkalnych, z pakietem rodzinnym i telewizją, w którym mieszkał on tak jak i jego koledzy, ale jednym z tych prawdziwych kruczych gniazd, o których sędziwi ludzi powiadali, że nawet ich przodkowie nigdy takich nie widzieli. Kiedy zszokowany chłopiec rozglądał się dookoła, podziwiając liczne złocenia i ozdoby, którymi udekorowano gniazdo, nagle napotkał bystry wzrok szczerozłotych oczu. Musiało jeszcze minąć trochę czasu, że oto patrzy na niego legenda, Złotoskóry Kruk, tysiącznie większy od zwyczajnego kruka, o złotej skórze i oczach.
–Witaj, chłopcze–odezwał się Kruk.
–Yyy… hejka –bąknął Nell i natychmiast zatkał sobie usta dłonią, słusznie myśląc, że nie jest to najlepsze powitanie.
–Wiem, czemu mnie szukałeś, chłopcze. Nie pomógłbym Ci, ale nie okazałeś wzgardy małemu ptaszkowi i pomogłeś mu. Dlatego jeszcze dziś wrócisz do domu z kawałkiem mojej złotej skóry, która uleczy twoją siostrę. Pod pewnym warunkiem.
– Jakim proszę pana panie Złoty Kruku? – jąkał się Nell.
– Od tej chwili będziesz podróżował na świecie i szerzył tam kult innych ptaków. Nazwiesz go ornitologią, i czcił będziesz każdego, nawet najsłabszego ptaka, i nigdy nie będziesz wywyższał kruków. Zrozumiałeś?
– Tak – odpowiedział Nell. – Orni..ololo…gia – ćwiczył nowe, trudne słowo do zapamiętania. Nie zdążył wypowiedzieć go do końca, kiedy nagle Złotoskóry Kruk zniknął, pozostawiając chłopca w lesie, z kawałkiem złotej skóry w dłoni.
Dawno dawno temu kruki nie były zwykłymi czarnymi ptakami, zwiastującymi nieszczęście, ale świętymi zwierzętami, którym składano największą cześć. W jednej krainie czczono je szczególnie. Ludzie żyli tam w zgodzie i pokoju, mieszkając w wielkich kruczych gniazdach, a dzieci często nazywali Kruczek czy Kruczynka. W jednym z takich gniazd żyło sobie szczęśliwe rodzeństwo,...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
-Dziadku czy dzisiaj też mi coś opowiesz na dobranoc? –zapytał wnuczek.
-Oczywiście kochany wnusiu. Idź tylko umyj ząbki i zaczynamy opowieść-odpowiedział dziadek.
Wnuczek pobiegł czym prędzej do łazienki, aby umyć ząbki, ponieważ już nie mógł się doczekać kolejnej opowieści dziadka, które tak bardzo uwielbiał. Nie minęło pięć minut, a Karolek już leżał w łóżeczku oczekując opowieści.
-A więc zaczynamy – powiedział dziadek. Dzisiaj opowiem Ci legendę o pewnym mieście, któremu nadano nazwę „Gniazdo Kruka”. Miasto to było bardzo ubogie, a mieszkańcy bardzo zżyci ze sobą. Nikt nigdy nie wywyższał się, że wiedzie mu się lepiej niż innym. Ludzie pomagali sobie wzajemnie, byli dla siebie bardzo mili. Kiedy jednego z mieszkańców dosięgła tragedia, a mianowicie spalił mu się dom, reszta nie zastanawiała się co ma robić, tylko od razu ruszyła z pomocą. Wspólnymi siłami i wspólnymi środkami odbudowali dom od nowa. Każdy przyniósł co mógł, by dom był przytulny i ciepły. Jedni przynieśli meble, drudzy ubrania, a jeszcze inni środki niezbędne do życia. Dotknięty tragedią nie posiadał się ze szczęścia, iż mieszka właśnie w tym mieście, mieście, w którym zwykli sąsiedzi okazują się najlepszymi przyjaciółmi o jakich nigdy mu się nawet nie śniło. Wiedział, że gdyby mieszkał w wielkim mieście, mało kto zechciałby mu pomóc. W takich miastach ludzie są zapatrzeni tylko na siebie, ich życie to ciągła pogoń za pieniędzmi. W „Gnieździe Kruka” mieszkali natomiast ludzie, dla których nie pieniądze , lecz dobroć i pomoc były najważniejsze w życiu. Tutaj nikt nikomu nie wypominał, że chodzi w podartych ubraniach czy też jeździ gorszym samochodem. Mawiali, że to nie szata zdobi człowieka, tylko jego wnętrze. Miasto to było malutkie, dlatego też każdy z każdym dobrze się znał.
-Dziadku, dziadku, a właściwie to skąd się wzięła nazwa tego miasta?- zapytał zaciekawiony Karolek.
-Pewnego dnia do miasta wprowadził się człowiek , który nosił na sobie same złote skóry kupione za bardzo wielkie pieniądze. Nie było ani jednej rzeczy, która łączyłaby go z resztą mieszkańców. Był ich całkowitym przeciwieństwem. Wywyższał się, jeździł drogimi samochodami, wyśmiewał się z wszystkich mieszkańców. Uważał, że są biedakami i że będzie musiał się ich wszystkich pozbyć, bo nie zamierzał żyć razem z nimi. Bogacz miał wszystko oprócz jednego- przyjaciół. Nie posiadał ani jednego przyjaciela w swoim życiu, nie miał się do kogo odezwać. Był sam jak palec. Wszyscy mieszkańcy próbowali -mimo jego zachowania- zaprzyjaźnić się z nim. On jednak ani śnił, by zostać ich przyjacielem. Ludność tego małego miasteczka jednak nie ustępowała i każdego dnia od nowa próbowali znaleźć nić porozumienia z nowym mieszkańcem.
Bogacz wyjeżdżał właśnie swoim drogim samochodem z podjazdu, kiedy to na dach samochodu coś spadło. Wysiadł z samochodu i zobaczył, że na dachu leży mały bezbronny kruk. Z początku chciał zrzucić małego pisklaka i odjechać, ale coś w nim drgnęło. Popatrzył w górę i zobaczył na gałęzi uwite gniazdko, z którego musiał wypaść kruk. Tym razem jego serce-niegdyś ze skały- dzisiaj zmiękło. Jakaś nadprzyrodzona aura bijąca od małego pisklaka przeniosła się również na bogatego zapatrzonego do tych czas tylko na siebie człowieka.
-A więc dziadku to dlatego nazwano miasto „Gniazdem Kruka”?- dociekał wnusio.
-Po części tak.
Nie uwierzysz ,ale bogacz zabrał pisklaka do domu i opiekował się nim. Od tego dnia jego stosunek do świata i ludności miasteczka odmieniła się. Stał się przyjaznym i pomocnym człowiekiem. Zaczął inaczej patrzyć na świat, cieszył się z najmniejszych drobiazgów. A co najważniejsze w końcu zaprzyjaźnił się z mieszkańcami. Nie nosił już tylko złotych skór, wręcz przeciwnie-pozbył się ich. Doszedł do wniosku, że teraz będzie taki jak reszta mieszkańców.
Ludność miasteczka ucieszyła się ogromnie z przemiany niegdyś bogacza pod wpływem kruka. Na jego cześć nadali miasteczku nazwę „Gniazdo Kruka”.
-A co się stało z krukiem? – zapytał wnuczek.
-Kiedy pisklak wyrósł już na dorosłego kruka po prostu odleciał. Krążą mity o kruku, że jest symbolem pokoju i przyjaźni. Mieszkańcy miasteczka uważają, że nie bez przyczyny jego gniazdo razem z nim znalazło się właśnie u nich u bogacza. Twierdzą, że kruk uratował ich miasteczko przed „wojną” z egoistycznymi, samolubnymi mieszkańcami. Ich miasto to doskonały przykład pokoju i przyjaźni. Legenda głosi,że od czasu wizyty kruka aż do dziś, w mieście nie pojawił się już żaden człowiek,który by się wywyższał.
I tak oto kończy się moja dzisiejsza opowieść. Teraz zamknij już oczka wnuczku i śpij. Może przyśni Ci się gniazdo kruka- powiedział dziadek całując wnuczka w czoło.
-Dziadku czy dzisiaj też mi coś opowiesz na dobranoc? –zapytał wnuczek.
-Oczywiście kochany wnusiu. Idź tylko umyj ząbki i zaczynamy opowieść-odpowiedział dziadek.
Wnuczek pobiegł czym prędzej do łazienki, aby umyć ząbki, ponieważ już nie mógł się doczekać kolejnej opowieści dziadka, które tak bardzo uwielbiał. Nie minęło pięć minut, a Karolek już leżał w łóżeczku...
Mój piękny Złotoskóry. Mój Jedyny. Ktoś mówił, że powinno być zabawnie i tak miało być.
Naprawdę się starałam! Nie moja wina, że jak zwykle się nie udało, ale od początku.
Zaprosiłam Cię do mojego gniazda.
Zawsze mieszkałam na sosnach. Mają coś takiego w sobie, że nie potrafię się im oprzeć. Zresztą nie ja jedna. Kruki w zasadzie tak mają. „W ostateczności niech będzie świerk”- mawiał mój świętej pamięci wuj.
Była noc. Tak banalnie ot i noc. Przecie nie dzień. Różnica polega na tym, że noc owa była bezgwiezdna.
Mój Piękny o Złotej Skórze siedział naprzeciwko mnie. Czy Ty widzisz coś w ciemnościach? Byłam naga jak i On (bo kto też widział ubranego Kruka?! Tak tak wiem, ubraniem mym są pióra me, ale można się czuć nagim czyż nie?).
Po omacku dotknął mojego ramienia, a ja przytrzymałam jego dłoń. Nie chciałam rezygnować z tego przeszywającego uczucia ciepła. Patrzyłam mu głęboko w oczy, które spoglądały jakby przeze mnie. Był Piękny. Tak Piękny, że zapragnęłam…
Powtarzałam sobie, że tak nie można. Zresztą mój wuj zawsze mawiał „Nigdy nie zapraszaj ich do swojego gniazda. Kto to będzie później wszystko sprzątał?!”. Wuj miał rację- gniazdo było stosunkowo małe, acz ładne. Utrzymane w renesansowym stylu. (Może nie będzie trzeba sprzątać… NIE! Wyrzuć te myśli, a kysz, a kysz!)
Próbowałam skupić się na czymś innym. Odwróciłam wzrok od jego czarnych oczu i to był błąd. Jego dłoń na moim ramieniu świeciła zielonym światłem. To było takie magnetyczne, takie nieziemskie, że aż mi się dziób otworzył. I wtedy popatrzyłam na niego, a on cały promieniował tym wspaniałym światłem. I już wiedziałam, że nie wytrzymam.
To było silniejsze ode mnie, jakby częściowo poza moją świadomością. Pragnęłam Go. Zaczęłam delikatnie tak żeby nie cierpiał. Jego światło było w mojej głowie, zmieniało barwę powodując, że chciałam jeszcze i jeszcze. Kawałek po kawałku delektowałam się aż światło zgasło.
Powróciłam do rzeczywistości a Jego nie było. Dziwny posmak w dziobie jak również zielona maź w całym moim gnieździe pozostały jedynymi dowodami wcześniejszej wizyty.
Nagle zdałam sobie sprawę co też uczyniłam. Zjadłam mojego Ukochanego, Mojego Złotoskórego! Mój Świetlik Świętojański został przeze mnie pożarty!! (Ach ta miłość międzygatunkowa, wszystko niszczy…)
Moje gniazdo, symbol odrodzenia uwalone całe było w Jego Krwi! Zerwałam się do lotu. Jest jeszcze wcześnie, a ciotka Lucy mieszka niedaleko. No przecie ktoś tu musi posprzątać!
Mój piękny Złotoskóry. Mój Jedyny. Ktoś mówił, że powinno być zabawnie i tak miało być.
Naprawdę się starałam! Nie moja wina, że jak zwykle się nie udało, ale od początku.
Zaprosiłam Cię do mojego gniazda.
Zawsze mieszkałam na sosnach. Mają coś takiego w sobie, że nie potrafię się im oprzeć. Zresztą nie ja jedna. Kruki w zasadzie tak mają. „W ostateczności niech będzie...
Przyszła do mnie wczoraj wieczorem. Zapukała trzy razy, jak zawsze, i już wiedziałem że to ona. Podszedłem do drzwi swojego mieszkania i zaprosiłem ją gestem do środka. Ada była niema. Była piękna. Nigdy nie mogłem wiedzieć co siedzi w jej pięknej główce.
Trochę się spotykamy. Bez większych zobowiązań. Lubimy swoje towarzystwo, lubimy seks. I lubimy ciszę. Za każdym razem, gdy do mnie przychodzi, ma na sobie inny kolor. Jakby chciała w ten sposób powiedzieć co czuje. Często widzę ją w czerwieni, szarości, choć najczęściej jest to czerń. Dziś jestem zaskoczony gdy widzę ją w złotym, skórzanym płaszczu do kolan. Siadamy w salonie, na kanapie. Nalewam jej kieliszek białego, wytrawnego wina. I tak siedzimy w ciszy i sączymy wino z kieliszków. Ada ściąga płaszcz, kładzie go na oparciu kanapy i zakłada nogę na nogę. Uśmiecha się do mnie lekko, przebiegle, jak to tylko ona potrafi, pokazując swój mały dołek w policzku.
Tej nocy w sypialni było wprost fantastycznie, jednak nie zapytałem o złotą skórę, która nie dawała mi spokoju. Śniłem o krukach. Ale nie miały piór, i nie były czarne. Były pokryte złotą skórą. Wyglądały strasznie. Latały mi nad głową w koło, jak w kreskówce, gdy ktoś się uderzy w głowę i słyszy ćwierkające ptaszki. Były jakby pomniejszone o kilka rozmiarów. I zdałem sobie sprawę że nigdy nie widziałem młodego kruka, ani gniazd tych tajemniczych stworzeń. Gdy ptaki, jak na znak, upadły wokół mnie, pojawiły się duże kruki, i zaczęły mnie atakować. Gdy wydziobały mi oczy, obudziłem się. I nikogo obok mnie nie było. Ada musiała wyjść w nocy. Może to dobrze. Zaczynałem czuć do niej coś więcej niż powinienem.
Przecierając oczy wstałem z łóżka, pościeliłem je i udałem się do kuchni. W lodówce znalazłem śniadanie, przygotowane przez tą cudowną kobietę – naleśniki z truskawkami i jogurtem. Gdy je jadłem, zauważyłem że Ada zostawiła swój płaszcz, wciąż znajdujący się na oparciu kanapy, i wtedy sen o krukach odżył w mojej pamięci. Brr, to nie było przyjemne. A jednak, złota skóra zaintrygowała mnie ze zdwojoną siłą. Wstałem od stołu i wziąłem płaszcz do ręki. Od wewnątrz był pokryty czarnymi, miękkimi piórami. Opuściłem go na ziemię, jak oparzony, gdy poczułem na sobie spojrzenie wielkiego, czarnego kruka, siedzącego w gnieździe za oknem, którego nigdy tam nie było. Poczułem coś znajomego w tym inteligentnym spojrzeniu. Podobieństwo z tą osobą było nieprawdopodobne. Na moich oczach z kruka opadły pióra i pojawiła się złota skóra. I znów się obudziłem.
Przyszła do mnie wczoraj wieczorem. Zapukała trzy razy, jak zawsze, i już wiedziałem że to ona. Podszedłem do drzwi swojego mieszkania i zaprosiłem ją gestem do środka. Ada była niema. Była piękna. Nigdy nie mogłem wiedzieć co siedzi w jej pięknej główce.
Trochę się spotykamy. Bez większych zobowiązań. Lubimy swoje towarzystwo, lubimy seks. I lubimy ciszę. Za każdym razem,...
Opowieść o tym jak wyrwałam mamę z objęć chińskiej mafii, urosła już do legendy. Wesela, imieniny u cioci i inne rodzinne spędy, kiedy procenty zaczynały działać, kończyły się:
-Aga opowiedz to jeszcze raz- wkurzali mnie tym, ale przyznaje dałam im ku temu powody.
Było to na długo po tym jak mama zapisała się na te azjatyckie warsztaty, no może jakieś dwa lata. Wiedzieć Wam trzeba, że mama wiodła wówczas nudne, rutynowe życie- praca na pół etatu, lepienie pierogów dla nas, wieczorny serial i rodzinne imprezy pięć razy w roku. Nic, więc dziwnego, że cotygodniowe warsztaty stały się dla niej czymś wyjątkowym. Pakowała wtedy ten swój zeszyt oprawiony w złotą skórę, który był jak relikwia i podekscytowana wychodziła. Zawsze wracała z nowym przepisem kulinarnym. „ Złota skóra” pełna była tych przepisów, ale również zawierała wiele niezrozumiałych notatek, zapisanych pismem logograficznym.
Po około dwóch latach mama zaczęła znikać na warsztaty trzy razy w tygodniu. Była wtedy kłębkiem nerwów, odbierała tajemnicze telefony i często zamykała się w pokoju. Pewnej środy wybiegła na warsztaty, zapomniawszy „ złotej skóry”, a ponieważ miałam spotkanie w pobliżu, postanowiłam podrzucić jej ten zeszyt. Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że warsztaty zakończyły się dwa miesiące temu. Mama miała tajemnicę. Przeglądnęłam zeszyt w poszukiwaniu jakiś wskazówek, trudno jednak było znaleźć coś pomiędzy sosem słodko-kwaśnym, a chińskimi bazgrołami mamy. Zauważyłam jednak, że okładka jest zalepiona. Pod okładką znajdowała się koperta, a w niej kartka z kalendarza. Przy datach widniały adnotacje: „ Gniazdo Kruka” godz. 18 lub Giang. Sprawdziłam, daty te pokrywały się z terminami warsztatów.
Obserwowałam bacznie mamę, próbując odgadnąć, o co w tym wszystkim chodzi. Po kilku dniach w naszym domu zjawiła się ta Giang, przytargała dwie „ ruskie torby”, mama schowała je pod kluczem. Sforsowałam zamek i odkryłam, że w torbach jest duża ilość damskiej bielizny. Handel ludźmi-pomyślałam. Nie mogłam jednak iść na policję- macki triady sięgają daleko. Chcą uratować mamę, postanowiłam ją śledzić w drodze do „ Gniazda Kruka”, a myśleniem zajmę się później. Było za pięć szósta jak wpadłam za mamą do szkoły jazdy „ Kruk i synowie”. Mama wzięła mnie na bok i wytłumaczyła, że zapisała się w tajemnicy na kurs prawa jazdy i opowiedziała o planach otwarcia stoiska z bielizną. Zatkało mnie. Znów poniosła mnie wyobraźnia- oj za dużo czytam!
Znów mnie wyśmiali.
Opowieść o tym jak wyrwałam mamę z objęć chińskiej mafii, urosła już do legendy. Wesela, imieniny u cioci i inne rodzinne spędy, kiedy procenty zaczynały działać, kończyły się:
-Aga opowiedz to jeszcze raz- wkurzali mnie tym, ale przyznaje dałam im ku temu powody.
Było to na długo po tym jak mama zapisała się na te azjatyckie warsztaty, no może jakieś dwa lata. Wiedzieć...
Nie dawno, dawno temu- teraz.
Nie daleko za górami- tutaj.
Obok Ciebie, w mrugnięciu oka, w biciu serca, pojawia się świat.
Istnieje, funkcjonuje i czasami ma wpływ na Ciebie.
Znasz to uczucie gdy nagle przejdą Cię ciarki? Jak to mówi Babcia, śmierć Cię powąchała... Nie!
Po prostu ocierasz się o ścianę drugiego świata. Twoje plecy przenikają do drugiej rzeczywistości, Twoja skóra drętwieje. Wiesz jak się to nazywa? Ten konkretny moment gdy czujesz igiełki w każdej warstwie skóry? To nie takie zwykłe ciarki ani gęsia skórka! To Złota Skóra, moment stykania się z innym światem, zmiany materii dookoła. Czemu Złota Skóra? Bo to moment tak wyjątkowy i cenny jak złoto, szlachetny i niedostępny dla byle kogo oraz stary jak ziemia po której stąpasz. Zastanawiasz się czy można przejść dalej? Oczywiście! Musisz tylko się mocno skoncentrować i powoli poruszać się tak, by Złota Skóra objęła Cię całego. Czujesz to? Ten chłód, który Cię ogarnia, to drętwienie i swędzenie. Twoja materia się zmienia, Twoje cząsteczki się przebudowują. Czujesz, że już jesteś jedną nogą gdzie indziej. Te szumy dookoła, wiatr na twarzy, wilgoć w powietrzu i dziwny, kurzowy zapach!
Teraz możesz powoli otworzyć oczy, ale powoli! Widzisz chmury, dużo chmur, błękitne i białe. Szare niebo, czubki drzew. Ogromny, niekończący się las. Rozglądasz się dookoła, coś twardego upija Cię w udo, po dotyku poznajesz, że to gałąź. Wstajesz i otrzepujesz się. Z przerażeniem stwierdzasz, że nie wiesz gdzie jesteś! Nie masz prawa tego wiedzieć.
Brawo!
Jesteś w Wielkim Gnieździe Kruka, tym samym, w którym narodził się świat, tutaj początek i koniec stykają się. Tutaj Wielkie Pisklę świata wykluło się i spojrzało swoim okiem w nicość. Teraz Ty jesteś krukiem, w kruczym gnieździe, Teraz Ty zobaczysz koniec. Spod Twoich stóp słuchać chrupanie, tłuczenie, chrzęszczenie, łamanie, pękanie. Coś porcelanowego wyłania się spod twoich stóp, więżąc je. Z przerażeniem stwierdzasz że to skorupa! Wiercisz się, krzyczysz, próbujesz wyjąć nogi ale nie możesz. Skorupa Cię obrasta, tworząc śmiertelną klatkę, trumnę. Teraz już wiesz że jesteś Pisklęciem. Pisklęciem końca zamkniętym w jaju, w wielkim Gnieździe Kruka.
Nie dawno, dawno temu- teraz.
Nie daleko za górami- tutaj.
Obok Ciebie, w mrugnięciu oka, w biciu serca, pojawia się świat.
Istnieje, funkcjonuje i czasami ma wpływ na Ciebie.
Znasz to uczucie gdy nagle przejdą Cię ciarki? Jak to mówi Babcia, śmierć Cię powąchała... Nie!
Po prostu ocierasz się o ścianę drugiego świata. Twoje plecy przenikają do drugiej rzeczywistości, Twoja...
Dom Starców cieszył się złą sławą. Usytuowany na wzgórzu za miastem bardziej przypominał posępny zamek z gotyckiej powieści niż ośrodek opiekuńczo-leczniczy. Zaniedbany budynek z dwoma wieżyczkami, ściany porośnięte dzikim bluszczem. Ludzie opowiadali o nim niestworzone historie.
Lily – nowoprzyjęta młoda pielęgniarka – chlubiła się tym, że nie wierzy w duchy. Mimo to gdy mijała żelazną bramę, przeszedł ją zimny dreszcz.
Wnętrze budynku było w równie opłakanym stanie co front. Tynk odpadający ze ścian, migające świetlówki, labirynt korytarzy. Główny pokój zajmowało około 15 pensjonariuszy w wieku 70+. Nie byli tacy, jakich Lily się spodziewała. Dwaj tępo wpatrywali się w przestrzeń. Pozostali natychmiast wbili w nią zimne, ostre jak sztylet, surowe spojrzenia. W ich oczach czaiła się bezwzględność. Czuła się jak intruz. W jednej chwili uleciały z niej wszystkie uczucia. Miała ochotę jak najszybciej stąd uciec. Weź się w garść, potrzebujesz tej pracy.
Maria – jej przełożona – była przygaszoną latynoską kobietą po 40-ce i, jak wszyscy w tym ośrodku, wyglądała jakby nosiła w sobie pięto mrocznej tajemnicy. Mówiła stłumionym głosem, jakby w obawie, że hałas obudzi śpiące licho. Na końcu jednego z korytarzy Lily zauważyła misternie wykonane pomalowane na czerwono drzwi. Było w nich coś niezwykłego – hipnotyzowały.
-Co tam jest?
Maria zmieszała się, wbiła wzrok w podłogę i wymamrotała coś o nieużywanym skrzydle szpitala.
Parę dni później Maria kazała Lily usunąć gniazdo kruków z pobliskiego drzewa. Mieli z nimi spory problem. Gniazdo wisiało dość nisko, a obok niego Lily zauważyła coś metalowego. Klucz. Czerwone drzwi. Ciekawość przezwyciężyła strach – zakradła się i z drżącym sercem nacisnęła klamkę.
Przytulnie umeblowany pokój zajmowali pensjonariusze między którymi kręciła się Maria. Ale nie byli to ci sami bezwzględni ludzie co przedtem. Ich twarze były pogodne, gawędzili leniwie uśmiechając się i popijając herbatę. Na widok Lily i jej zszokowanej miny wszyscy wybuchli serdecznym śmiechem.
-Nie bierz tego do siebie dziecko. Robimy ten żart każdemu. Ludzie wygadują o nas takie rzeczy, że aż ciężko się powstrzymać, żeby ich nie nabierać. Ale żebyś widziała swoją minę! Pewnie się spodziewałaś jakiegoś pokoju tortur, co? Masz tu mały prezent na przeprosiny. Będzie ci do twarzy w tym kolorze.
Upokorzona Lily miała ochotę zapaść się pod ziemię. Rozwinęła pakunek, który okazał się kiczowatą, imprezową bluzką ze sztucznej skóry w kolorze złota. Idealny kostium na Halloween.
Dom Starców cieszył się złą sławą. Usytuowany na wzgórzu za miastem bardziej przypominał posępny zamek z gotyckiej powieści niż ośrodek opiekuńczo-leczniczy. Zaniedbany budynek z dwoma wieżyczkami, ściany porośnięte dzikim bluszczem. Ludzie opowiadali o nim niestworzone historie.
Lily – nowoprzyjęta młoda pielęgniarka – chlubiła się tym, że nie wierzy w duchy. Mimo to gdy...
Corvo, pan twierdzy Krucze Gniazdo, ziewnął rozdzierająco i po raz kolejny przebiegł wzrokiem po sali pełnej biesiadników. "Że też dałem się na to namówić!" - sklął się w myślach. A bardziej jeszcze niż na siebie, sypał niewypowiedzianymi klątwami na swych doradców. Pomarszczone dziady tak długo go maglowały, by poszedł na układ ze stolicą, że w końcu się ugiął.
Cóż, wielkiego wyboru nie miał. W zamian za ochronę zachodnich rubieży, stolica miała przekazywać im tak bardzo potrzebną żywność, bowiem uprawa czegokolwiek na tym górzystym pustkowiu była skrajnie trudna, a nie samym powietrzem człowiek żyje. Powodów dla których Corvo przez długi czas nie chciał się zgodzić, było kilka. Jeden z nich siedział kilka metrów przed nim, po prawej. Syn króla, paniczyk o złotej skórze, umalowany na licu i ubrany w rajstopy tak ciasne, że przymioty jego płci chyba uległy zanikowi, działał gospodarzowi coraz bardziej na nerwy. Corvo czuł palącą niechęć do bogatych jedynaków z wielkich miast, w myśl powtarzanych mu od dziecka zasad i dzięki własnemu doświadczeniu. Sprawy nie ułatwiały pieszczochy Paulusa - przebrani za baby, lubowali się w coraz bardziej pomylonych zabawach i żartach, po części kierowanych do strażników, którzy marzyli tylko o tym, by potraktować gnojków halabardami.
"Niedaleko pada jabłko od jabłoni" - pomyślał, przypominając sobie historie o ojcu Paulusa, który był ponoć tak wykolejony, że wprawiał w przerażenie najbardziej rozpasanych hulaków.
Jednak animozje do tej rodziny można by puścić w niepamięć; co innego drugi z powodów. Mógł odrzucić propozycję króla i sprzymierzyć się z tymi, przed którymi miał go bronić - barbarzyńskim plemieniem Goronów. Jakimś cudem poukładana zbieranina bandytów, morderców i niekiedy kanibali. Łączyły go z nimi podobne motywacje i filozofia życiowa, a gdyby się z nimi dogadał... wyprawa na podbój stolicy byłaby ryzykowna i okupiona stratami, ale miała szanse powodzenia.
Wybrał roztropnie, jak mówili starcy, choć w ich oczach widział drwinę.
Z zamyślenia wyrwał go dźwięk liry i jakby skrzek wbitego na pal skazańca - to Paulus uraczył ich swoimi umiejętnościami wokalnymi. "Miarka się przebrała!" - syknął pan Kruczego Gniazda, po czym szybkim ruchem złapał kuszę po jego prawicy, wycelował i strzelił. Bełt gładko wszedł w oko paniczyka i z chrupnięciem wyszedł z tyłu czaszki. "Trzeba być wiernym swoim zasadom" - pomyślał z uśmiechem Corvo, widząc dyszących żądzą mordu halabardzistów, idących na królewskich dworaków.
Corvo, pan twierdzy Krucze Gniazdo, ziewnął rozdzierająco i po raz kolejny przebiegł wzrokiem po sali pełnej biesiadników. "Że też dałem się na to namówić!" - sklął się w myślach. A bardziej jeszcze niż na siebie, sypał niewypowiedzianymi klątwami na swych doradców. Pomarszczone dziady tak długo go maglowały, by poszedł na układ ze stolicą, że w końcu się ugiął.
Cóż,...
Przyjemne mrowienie przeszyło mi lędźwie, gdy miękka, zielona trawa układała się pod nagimi plecami. Spojrzałam na mężczyznę, który mościł się obok mnie. Ubrał już spodnie.
– Jak sądzisz? Ile dni nam pozostało?
Pokręcił głową. Uniosłam się na łokciach, eksponując odsłoniętą pierś. Johan przeniósł wzrok na niebo. Liczył przelatujące ptaki. Im dogłębniej uświadamiałam sobie ich obecność, tym silniej przytłaczało mnie złowróżbne krukanie rozlegające się w okolicy raz za razem.
– Jesteś głodna? – spytał i nie omieszkałam przytaknąć.
Chwilę później wspinał się na drzewo. Powiodłam za nim wzrokiem, ubierając się.
– Rozpal ognisko.
– Czekaj! – krzyknęłam, widząc, że dobiera się do gniazda. – To krucze jaja. Nie mogą być dobre. Upolujmy królika.
Nie chciałam mu się z tym zdradzić, jednak obawiałam się akurat dzisiaj rozgniewać kruki – omeny śmierci.
Przypomniałam sobie krucze gniazdo, gdy pod osłoną nocy zakradliśmy się do zamku. Przemierzając wilgotne, cuchnące lochy, nie mogłam myśleć o niczym innym tylko o dwóch kruczych jajach, które uratowałam rankiem. Dwa krucze jaja – powtarzałam w myślach.
Johan zatrzymał się, więc zamarłam w bezruchu. Daleko za nami, korytarzem ktoś szedł. To znaczyło, że nasz czas się kończy. Niedługo odkryje ciała. Jak na sygnał, rzuciliśmy się pędem przed siebie. Wypadliśmy na zamkowe korytarze.
Johan odchylił obraz i weszliśmy we wnękę w ścianie. Jako królewskie dziecko, doskonale znał sieć korytarzy przebiegającą w grubych, zamkowych ścianach. Kiedy się zatrzymał, wiedziałam, że jesteśmy na miejscu.
Johan drżał. Ostrze aż paliło moją dłoń, gdy myślałam o tym, co nas czeka.
Zróbmy to, pomyślałam, gdy nacisnął cegłę i podłoga przesunęła się wraz z nami. Znaleźliśmy się w komnacie obitej złotą skórą.
Dwa krucze jaja, pomyślałam, wpatrując się w małe rozbiegane oczka mężczyzny, którego Johan nazywał ojcem. Natarł na niego, jednak król zdążył już krzyknąć. Lada chwila w komnacie miały zjawić się straże. Johan dobył miecza i rzucił się na ojca. Chciałam krzyknąć, ale było już za późno. Choć klinga utkwiła w gardle króla, uniesiona ukradkiem włócznia przebiła pierś Johana. Błękitna krew ojca i syna opryskała złotą skórę wyściełającą ściany.
Strażnicy wpadli do komnaty i wiedziałam, że to koniec. Zamarli w bezruchu. Wykorzystałam moment, żeby objąć Johana. Pozwoliłam włóczni rozorać moje trzewia. Widziałam własną krew plamiącą podłogę. Zamknęłam oczy.
Dwa kruki odwdzięczą się, pomyślałam. Nie pozwolą pobratymcom pożreć naszych szczątków.
Przyjemne mrowienie przeszyło mi lędźwie, gdy miękka, zielona trawa układała się pod nagimi plecami. Spojrzałam na mężczyznę, który mościł się obok mnie. Ubrał już spodnie.
– Jak sądzisz? Ile dni nam pozostało?
Pokręcił głową. Uniosłam się na łokciach, eksponując odsłoniętą pierś. Johan przeniósł wzrok na niebo. Liczył przelatujące ptaki. Im dogłębniej uświadamiałam sobie...
Dyrektorka na złamanie karku pędziła korytarzem. Słoneczne refleksy połyskiwały w jej jasnym koku. Kobieta co i rusz potykała się o własne nogi, ale nie zwalniała. W końcu dotarła do gabinetu szkolnego psychologa.
- Panie Grzegorzu!
Psycholog stał przy oknie, podziwiając zniszczone boisko do koszykówki. Zerknął przez ramię na stojącą w drzwiach dyrektorkę. Jak zwykle weszła bez pukania...
- Co mogę dla pani zrobić?
- Katastrofa! Kilka uczennic z 3b poszło na wagary.
Grzegorz stłumił poirytowane westchnięcie. Praca w szkole zdecydowanie nie była dla niego. Niestety, rynek nie oferował zbyt wielu atrakcyjnych posad.
- Przecież to nic nowego. Dzieci ciągle uciekają.
- Niech mi pan nie przerywa! W krzakach za szkołą znalazły węża. Takiego ze złotą skórą. Co pan na to?
- Pani jeszcze nie zadzwoniła po policję?! Pogotowie?! Proszę dzwonić, ja do nich pójdę.
Psycholog wybiegł z gabinetu. Bał się, że będzie musiał szukać niesfornych nastolatek, ale gęsty, szary dym unoszący się nad najgęstszą kępą krzewów skutecznie wskazał mu drogę. Gdy dotarł na miejsce, dosłownie go zamurowało.
Cztery nastolatki ubrane w białe togi tańczyły wokół kawałka zwiniętego, żółtego sznura. Dym wydobywał się z powbijanych w ziemię kadzideł.
- Wielki Apollinie! Panie piękna i światła, życia i śmierci, patronie muzyki, sztuki i poezji, boski wróżbito, głosicielu prawdy, strażniku prawa i porządku! Ofiarujemy ci złote runo, wykradzione niegdyś przez Jazona! Ześlij nam swe łaski! Natchnij nas! Przyjmij ofiarę, którą ci składamy! My, Pytie, błagamy cię o dar dalszego widzenia. Dlaczego objawiłeś nam krucze gniazdo? Wyjaw swe zamiary, boski Apollo!
Psycholog nie wiedział czy się śmiać, czy płakać. Naćpane dziewczyny dalej prowadziły swój rytuał, a siedzące na drzewie kruki krakały kpiąco. Że niby ich gniazdo się komuś objawiło? Dobre sobie.
Grzegorz usłyszał za sobą stukot obcasów. Zdyszana dyrektorka jakoś dokuśtykała na miejsce i opadła się na ramieniu psychologa.
- Wszystko... w... porządku? – zapytała.
- Ze mną? W jak najlepszym. Za to jestem ciekaw, czego wyście się nawdychały...
Dyrektorka na złamanie karku pędziła korytarzem. Słoneczne refleksy połyskiwały w jej jasnym koku. Kobieta co i rusz potykała się o własne nogi, ale nie zwalniała. W końcu dotarła do gabinetu szkolnego psychologa.
- Panie Grzegorzu!
Psycholog stał przy oknie, podziwiając zniszczone boisko do koszykówki. Zerknął przez ramię na stojącą w drzwiach dyrektorkę. Jak zwykle...