Najczęściej spotykane mity o wydawaniu książek
Magdalena Kubasiewicz, autorka m.in. powieści Spalić wiedźmę specjalnie dla czytelników lubimyczytać.pl obala popularne mity wydawnicze. Czy wydawcy chcą ukraść Twoją książkę? Czy musisz dopłacać do druku? Czy na książkach da się zarobić? I czy autora chroni jakieś prawo?

Kiedy żywo interesujesz się jakimś tematem, pewne informacje przyjmujesz jako oczywiste – zdaje ci się, że to coś, co przecież każdy-na-pewno-wie, więc i nie ma sensu na ten temat za dużo się wypowiadać. A potem dowiadujesz się na przykład, że pewien autor podpisał umowę, w której nie pada ani słowo o jego wynagrodzeniu. Albo znajomy ze studiów z radością informuje cię, że właśnie przyjęto jego książkę do druku i musi zapłacić za to tylko dziesięć tysięcy złotych! Może podpowiem, jak ja zebrałam taką sumę? Czy też widzisz na Facebooku dyskusję, w którejś jakaś pani udowadnia, że podpisując umowę wydawniczą, książkę ci ukradną i nic nie możesz z tym zrobić, a cytaty z ustaw zbija stwierdzeniem, że ona wie lepiej, bo powiedział jej przyjaciel. Ewentualnie kolega z pracy staje nad tobą z twoją książką i dopytuje, co zrobić, żeby taką wydać, bo on by też chciał napisać i opublikować – i z wielkim zdumieniem przyjmuje informację, że nie, wydawcy niekoniecznie będą się o autora bić i tak, ktoś tę książkę czytał, zanim ją wydano. Tak, w całości. Tak, na pewno. Tak, kilka osób. Tak, niektórzy nawet ją poprawiali.
Dla wszystkich zainteresowanych tym tematem, a niepewnych, jak cała sprawa wygląda od kuchni – garść informacji na temat mitów dotyczących wydawania książek.
Wydawcy tylko czekają, żeby ukraść komuś książkę
Spotkałam się z różnymi wariacjami na temat tego stwierdzenia przynajmniej kilka razy. Tu autor nadesłał do wydawnictwa jedynie pierwszy rozdział tekstu i uzasadniał, że obawia się kradzieży i ciąg dalszy dostarczy po podpisaniu umowy (!). Tutaj dostałam wiadomość prywatną od jakiegoś pana, chcącego wiedzieć, czy mój wydawca na pewno nie ma w zwyczaju kraść książek. Gdzie indziej dziewczę uzasadniało zasadność wydawania w trybie vanity twierdząc, że zwykłe wydawnictwa mają w zwyczaju wydawać powieści debiutantów pod nazwiskiem swoich najbardziej znanych autorów. Można by odnieść wrażenie, że wydawcy nic tylko czają się niecnie, czekając na okazję, by podebrać wiekopomne dzieło debiutanta, gotowi podpisać je własnym nazwiskiem i zbić majątek.
Ot przykład wiadomości, jaką dostałam: Witam Pani Magdaleno! Piszę z pewnym zapytaniem. Chodzi o opinię na temat firmy Genius Creations. Stworzyłem „swoje dzieło” i teraz borykam się z problemem: Co dalej zrobić ? Jakoż iż jestem nikim ktoś może po prostu podpisać się pod moją pracą. Boją się, że jeśli powierzę komuś ten „trud” zostanę na lodzie. Jak Pani przebiegały relację z tym wydawnictwem? Czy warto zaufać tej firmie oraz powierzyć im swoją pracę, w którą włożyło się tyle serca?
Uwaga: wydawcy nie kradną książek. Przynajmniej nie w Polsce.
Uwaga: wydawcy nie kradną książek. Przynajmniej nie w Polsce. Po pierwsze, kradzież tekstu można udowodnić w banalny sposób. Po drugie, wydawnictwa są zasypywane całymi stosami propozycji. Żadne z nich nie będzie ryzykować procesowania się, tylko po to, aby pod twoją książką mógł podpisać się ktoś inny. Nawet gdyby była naprawdę świetna. (W takim wypadku pewnie zwykle spróbują podpisać z tobą umowę. A jeśli się nie uda, na pewno znajdą bez trudu inną, dobrą powieść.)
Debiutant musi zapłacić za wydanie książki
Błąd! Wydawca powinien płacić tobie, nie ty wydawcy. Wydanie pierwszej książki to trudna sprawa, ale wcale nie trzeba za nie zapłacić. To bzdura, którą ludziom usiłują wmówić „wydawnictwa” typu vanity (oraz czasem wydający w nich autorzy). Jeśli w to uwierzyliście, daliście się wrobić. Jeżeli wydawca domaga się od was kilku tysięcy za wydanie waszej książki – to oznacza, że wcale nie uważa jej za dobrą i nie planuje dbać o sprzedaż, a jedynie chce wyciągnąć od was pieniądze.
Niekoniecznie jest tak, że każda dobra książka znajdzie wydawcę. Czasem powieści są odrzucane ze względu na niszowość albo po prostu dlatego, że wydawca ma już zapełniony plan wydawniczy. W zdecydowanej większości przypadków jednak dobry tekst prędzej czy później zostanie opublikowany. Jeżeli przez lata nikt nie chce go wydać inaczej niż za pieniądze – należy wziąć pod uwagę możliwość, że może być po prostu za słaby. Żaden spisek wydawców nie istnieje, a działa przynajmniej kilku wydawców dających szansę debiutantom.

Podpisując umowę z wydawnictwem, tracę prawa do swojej książki
Kolejny bardzo szkodliwy mit. Prawa autorskie w Polsce są niezbywalne. Żadna umowa wam ich nie odbierze, a jeśli nawet taką byście podpisali – byłaby nieważna! I nieważne, co twierdzi na ten temat wasz sąsiad, wujek czy sprzątaczka z firmy.
Podpisując umowę z wydawnictwem, przekazujecie mu jedynie prawa majątkowe.
Podpisując umowę z wydawnictwem, przekazujecie mu jedynie prawa majątkowe. Oznacza to tyle, że gdy wydawca wydaje waszą książkę, nie macie prawa (przez określony okres czasu) opublikować jej w innym miejscu. Czyli? Na mocy umowy zapewniasz wydawcy wyłączność do publikowania utworu, w zamian za wynagrodzenie. Nie możesz na przykład udostępnić tekstu w sieci. Trudno chyba oczekiwać, żeby wydawca inwestował w książkę, skoro zaraz oddacie ją komuś innemu, prawda? Ale w żaden sposób nie tracisz do niego praw, a gdy umowa się kończy, możesz zrobić z nim, co zechcesz.
Autor powinien cieszyć się, że wydano jego książkę i nie wymagać niczego więcej
Na rynku wydawniczym, tak jak na każdym innym, występują pewne patologie. Jedna z nich to zachowanie niektórych wydawców wobec autorów. Na przykład reagujących świętym oburzeniem, bo ośmielacie się spytać, kiedy nastąpi premiera albo udających, że maile, które do nich wysyłaliście z pytaniami o zapłatę, zjadł pies.
Jeśli podpisujecie umowę z wydawnictwem, macie swoje prawa i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. To wydawca powinien zadbać o porządną redakcję, korektę, ładną okładkę i odpowiednią promocję, a jeżeli tego nie robi, to znaczy, że coś z wydawnictwem jest ewidentnie nie tak. Możecie domagać się rozliczenia. Możecie wymagać wypłaty wynagrodzenia, a jeżeli go nie otrzymujecie, posłać wezwanie do zapłaty. Redaktor w większości przypadków to wasz nowy, najlepszy przyjaciel, ale widząc, że zmienia coś, co ewidentnie zmienione być nie powinno, nie musicie zgadzać się na dokonaną zmianę.
Autor nie jest niczym niewolnikiem. Ani wydawcy, ani czytelnika.

Na książkach się nie zarabia/Na książkach zarabia się krocie
Jedno twierdzenie przeczy drugiemu, a jednak oba te mity są mocno utrwalone – i oba są tak samo błędne. Jeśli ktoś napisze, że chce wydać twoją książkę, nie pędź brać kredytu na luksusowy apartament, zwiedziony superprodukcjami w stylu „Szatan kazał tańczyć”. Wizja pisarza żyjącego li uznaniem czytelników też jest jednak mocno przesadzona.
Utrzymanie wyłącznie z pisania jest w Polsce trudne. Jedynie niewielki procent autorów to osoby, które faktycznie zarabiają na tyle, że mogą sobie pozwolić na rzucenie pracy zawodowej. W filmach czy serialach scenarzyści prezentują nam czasem pisarzy, którzy zaraz po debiucie mają pieniądze na podróże, mieszkania i inne cuda… i to naprawdę mniej prawdopodobne niż doznanie amnezji podczas wypadku czy odnalezienie zaginionego bliźniaka. Nie oznacza to jednak, że nie dostaniesz niczego. Wynagrodzenie za pierwszą książkę w najgorszym wypadku wyniesie kilkaset złotych, w najlepszym – kilka tysięcy. Na pieniądze przyjdzie ci też na pewno poczekać. Tylko niektóre wydawnictwa oferują debiutantom zaliczki. Zazwyczaj pierwszą wypłatę otrzymujesz dopiero w parę miesięcy po wydaniu powieści i jest ona uzależniona od poziomu sprzedaży.
Stawki, jakie najczęściej są oferowane osobom u progu kariery pisarskiej, to 10-16% od przychodu wydawnictwa.
Stawki, jakie najczęściej są oferowane osobom u progu kariery pisarskiej, to 10-16% od przychodu wydawnictwa. Pamiętajmy, że ten nie jest równoznaczny z ceną okładkową. W jej skład wchodzą bowiem też rzeczy takie jak marża dystrybutora, podatek VAT, dochód księgarni. Przychód wydawnictwa to więc zwykle 15-20 złotych od egzemplarza. A wydawca musi jeszcze opłacić koszty druku, korekty, redakcji i grafik.
Autorzy popularniejsi, rzecz jasna, zarabiają więcej. Im większa liczba sprzedanych egzemplarzy, tym większe wynagrodzenie, i tym łatwiej wynegocjować wyższą stawkę.
Praw autora nic nie chroni
Istnieje całkiem obszerny dokument, zwany Ustawą o prawie autorskim i prawach pokrewnych. I chociaż ustawa ta nie jest idealna, to całkiem nieźle chroni prawa autorów. Na przykład w jej myśl żadna umowa podpisana ad hoc na wszystkie książki nie jest ważna. A jeśli wydawca „zapomniał” wspomnieć w umowie o twoim wynagrodzeniu i nie planuje ci za książkę zapłacić, możesz powołać się na śliczny zapis odnośnie rażącej dysproporcji zysków autora i wydawcy z wydania. Jeśli przypadek jest oczywisty, wbrew pozorom, nie trzeba nawet dochodzić swoich praw latami, jak to czasem bywa w polskich sądach.
Wciąż niepewny, jak to wszystko wygląda „od kuchni”? Nic dziwnego. W każdym wydawnictwie proces wydawniczy wygląda inaczej i nigdy nie wiesz, na co dokładnie się natkniesz. Warto przede wszystkim szukać informacji – w przepisach, forach, na których udzielają się autorzy, a jeśli jakieś wydawnictwo złoży wam ofertę, to i u autorów tegoż wydawnictwa.
Tagi i tematy
komentarze [28]
Ciekawy artykuł o tym jak wygląda rynek książki w Polsce. Przydało by się kontynuować temat. Bo ja jako czytelnik chciał bym się dowiedzieć czemu wydawnictwa się tak obijają z wydawaniem książek i robieniem wznowień, oraz czemu tyle literatury zwłaszcza B klasowej, ale nie tylko omija Polskę.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam