-
Artykuły
Wielkanocna chwila odpoczynku z literaturą – okazje na ebooki do -95% i ranking top tytułów
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Nie żyje Wiesław Myśliwski. Autor „Kamienia na kamieniu” i „Traktatu o łuskaniu fasoli” miał 94 lata
LubimyCzytać43 -
Artykuły
Zaczęłam od tajemnicy. Reszta przyszła sama - rozmowa z Małgorzatą Rogalą
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 27 marca 2026
LubimyCzytać444
Biblioteczka
Wspaniała. Fantastyczna. Genialna.
Morgan Rhodes zaprosiła mnie w podróż do krainy pełnej intryg, wyrazistych bohaterów i trudnych decyzji. Trzy królestwa, które będą sceną tego przedstawienia, nie są, jak to w fantasy bywa, zrobione na siłę, żeby było więcej dziwnych nazw. Tak w zimnym Limerosie rządzi Krwawy Król, którym zaś rządzi pragnienie zdobycia magii i władzy. Paelsia to kraj biedaków, a jej otoczony czczą wódz zbiera od poddanych podatki, nie jest jednak wytrawnym politykiem. W szczęśliwym Auranosie na pozór wszystko jest tak jak powinno być - jednak kraj ten bezlitośnie wykorzystuję przewagę ekonomiczną nad ubogim sąsiadem.
W ten świat pięknie wpisuje się magia i religia. Tajemniczy Obserwatorzy stoją ponad resztą świata, szukając magicznych atrybutów. Ostatnim razem były one w posiadaniu dwóch walczących ze sobą bogiń - jednej oddaje cześć Auranos, a wyklina Limeros; drugą wielbi Limeros, nienawidzi Auronos. Paleasia jest neutralna. A tymczasem narodziło się dziecko, które ujarzmi moc żywiołów… Co oczywiście warto wykorzystać na wojnie.
Akcja jest nieprzewidywalna, trzyma w napięciu, od strony 300 nie mogłam odłożyć książki.
Fabuła ma bardzo dużo wątków. Zapewne dlatego, że przyglądamy się historii z czterech różnych punktów widzenia. I chociaż doskonałe tło stanowią losy królestw, to młodzi bohaterowie i to co się im przytrafia zawładną uwagą czytelnika.
W Auranosie młodszą księżniczką krwi jest Cleo. Dziewczyna by pomóc bliskiej osobie nie wacha się wbrew swemu ojcu wyruszyć na niebezpieczne poszukiwania. Odwagi nie można Cleo odmówić, ale wielu innych cech już niestety tak. Zdaję mi się, że autorka chciała wykreować ją na zadziorną i nieposłuszną księżniczkę, która nie zważa na konwenanse. Szkoda, ze jej się to nie udało. Cleo, z całej czwórki, najmniej do mnie trafiła. Dziewczynę spotkają rozliczne nieszczęścia, a wychodzi z nich głównie dzięki swoim bliskim. Nie potrafi się postawić, jest słaba, nie ma własnych planów, talentów. Słabość pokazała szczególnie w sytuacjach z Aronem
Jonas pochodzi z Paleasii, a po zabójstwie brata obsesyjnie nienawidzi sprawcę - szlachcica z Auranosu, oraz towarzyszącą mu księżniczkę - i przysięga zemstę. Szlachta z Auranosu nie może już dłużej wyzyskiwać jego kraju. Naturalnym sojusznikiem Paelsii jest Limeros…
Szkoda, że Jonasa jest w tej historii tak mało. Oraz ze zakończenie przedstawia tak wyraźną sugestię co do jego planów matrymonialnych.
Teraz na północ, do krainy Krwawego Króla. Tu robi się jeszcze ciekawiej.
Lucia jest limeroską księzniczką. I czarodziejką.
Oraz postacią, która ma niewykorzystany potencjał. Można ją było rozwinąć, jej wątek jest bardzo obiecujący, a tak Lucia jakoś znikła. Nie jestem w stanie podać ani jednej cechy jej charakteru, a to bardzo źle.
Ale bohaterem, który opętał mnie całkowicie, najlepszym w całej książce, był Magnus. Jak ja uwielbiam takich złych bohaterów! To po prostu choroba, a ja się uzależniłam .
Syn Krwawego Króla jest starannie przemyślaną, kapitalnie wykreowaną, w idealnym odcieniu szarości, postacią. Poznajemy chłopca, który wyrósł na dworze bezwzględnego polityka i tyrana. Który sam nienawidzi ojca, ale jego wzorem popełnia wiele złych uczynków. Który nie ma nikogo bliskiego, poza siostrą. I którego nieszczęśliwa miłość pchnie do niejednego głupiego postępku. Władczego i okrutnego na zewnątrz, słabego, zdolnego do miłości w środku. Magnus jest z jednej strony znudzony polityką, z drugiej potrafi wypowiadać się jak dyplomata. I jest cynikiem.
Świetnie też pokazuje jego charakter wątek z Amie. Służącą, którą wykorzystywał, ale wobec której w końcu postąpi, jak należy.
To jest chyba najlepsze w tym bohaterze. Musi udawać gorszego niż jest, gra, ma talent polityka, walczy po stronie ojca, miewa wyrzuty sumienia, jest arogancki i bynajmniej nei jest altruistą…
Jaki jest naprawdę?
Bardzo jestem ciekawa, jak potoczy się jego wątek w drugim tomie. Fragment drugiego tomu sugeruje coś ciekawego;)
I na deser cytat, którym Magnus podbił moje serce:
- Zobaczę twoją śmierć.
- A ja, księżniczko, zobaczę cię na obiedzie.
Uwielbiam konfrontację silnych bohaterów. Stąd podobały mi się wszystkie interakcje tego kwarteciku. Bohaterowie dodają historii życia, naprawdę wspaniale się o nich czyta.
Ulubione sceny… cóż dużo ich będzie. Ale najbardziej cisną mi się na usta(klawiaturę) ,,spotkania” Jonasa i Cleo, oraz Magnusa i Cleo. Oczywiście przeczytałam je po dwa razy dla chłopaków, którzy pokazali pazurki, nie dla słabej Cleo. Sceny z Amie i Magnusem też są bardzo dobrze napisane.
Doskonałe jest to, co myślą o sobie bohaterowie. To pokazuje, ż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Jonas nienawidzi Cleo za udział w zabójstwie brata. Cleo nienawidzi Magnusa za wyrządzone jej krzywdy, i bo chłopak wygląda na naprawdę złego. Kto ma rację? Kto jest dobry, kto jest zły? Bohaterowie muszą wybierać, czytelnik na szczęście nie. Bo jednoczonej odpowiedzi nie ma.
I to kolejna najlepsza rzecz w tej opowieści. Co tu jest dobe, a co złe?
Uwielbiam, kiedy autor tego nie przedstawi. Czytając większość książki, pochłaniałam wydarzenia, nie będąc pewna, komu kibicować. Szkoda, ze pod koniec jednak już wiadomo, przynajmniej częściowo, co jest słuszne, które królestwo jest tu złe, a które dobre. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo to była olbrzymia zaleta książki. Gdyby wszystko zostało tak jak w zakończeniu, historia straciłaby na wartości.
Bardzo otarte zakończenie. Mam nadzieję, że wkrótce po raz kolejny zatopię się w niezwykłym świecie Magnusa, Jonasa, Lucii i Cleo. Oby świecie w odcieniach szarości.
Wspaniała. Fantastyczna. Genialna.
Morgan Rhodes zaprosiła mnie w podróż do krainy pełnej intryg, wyrazistych bohaterów i trudnych decyzji. Trzy królestwa, które będą sceną tego przedstawienia, nie są, jak to w fantasy bywa, zrobione na siłę, żeby było więcej dziwnych nazw. Tak w zimnym Limerosie rządzi Krwawy Król, którym zaś rządzi pragnienie zdobycia magii i władzy....
Świat, w którym po wojnie między obrońcami życia a zwolennikami wolnego wyboru doszło do kompromisu - można ,,podzielić” nastolatki, wszczepić ich od organy różnym biorcom, pod warunkiem, że wszystkie fragmenty zostaną wszczepione komuś innemu, a więc formalnie będą żyli.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to absurdalność tego pomysłu, ale o tym później. Bo na razie jako czytelnik myślę sobie ,,wow, to jest mocny pomysł, z tym można wiele zrobić”. Ale, że zacytuję Feliksa Kresa, swojego idola, pomysł to jeszcze nic, żeby zaistnieć potrzebuje wykonania. Bądź co bądź, wiele dobrych pomysłów jest marnowanych. Można też polemizować, czy pomysł przewodni z ,,Podzielonych” jest oryginalny i z potencjałem, czy też nie.
Ale pomysł staje się nieważny, gdy na scenę wkracza jego realizacja. Ona od samego porządku zwróciła moją uwagę jako bardzo rzetelna. No dobrze, zapierająca dech w piersiach. Książka niezmiernie mnie wciągnęła już od pierwszych stron. Za jej wielki plus uważam akcję. I to wcale nie dlatego, że dużo się działo. Niektórzy autorzy wychodzą z założenia ,,niech dużo się dzieje, niech biegają w kółko i strzelają, a młodzieży się spodoba”. Neal Shustern tej drogi nie wybrał. Zamiast tego oferuję akcję naprawdę wysokiej jakości.
A co rozumiem przez akcję wysokiej jakości? Ciekawe wydarzenia, trudne wybory, konflikty, zestawienie różnych bohaterów, najlepiej takich, których interesy są ze sobą sprzeczne, ciekawe, zróżnicowane punkty widzenia, stawianie postaci w trudnych sytuacjach…
I już. To recepta na dobrą książkę. Kiedy powyższe warunki są spełnione, nawet taka wiecznie marudząca osoba jak ja, nie zrazi się przez inne wady. Żeby nie było tak różowo, muszę teraz wspomnieć o największym mankamencie ,,Podzielonych”: realizmie. Oczywiście, realizmu w powieści z gatunku science-fiction nie można normalnie ocenić. Jednak nawet fantastykę obowiązuje logika, która wcale nie ogranicza kreatywności, wręcz przeciwnie. Dla mnie zwyczajnie bez sensu jest pomysł, by podzielenie zostało powszechnie zaakceptowane. To nie byłby dobry kompromis dla stronnictwa obrońców życia. Z resztą, i dla zwolenników aborcji - co innego to uważać, że życie zaczyna się dopiero po narodzinach, co innego popierać mordowanie niegrzecznych nastolatków. Nie twierdzę, że ten pomysł jest z definicji alogiczny - po prostu autor powinien naprawdę porządnie się postarać, żeby go uzasadnić.
Wróćmy do pozytywów. Bohaterowie to kawał dobrze odwalonej roboty. Może nie rozmyślałam o nich zasypiając, może i nie błąkali mi się cały czas po głowie, może i nie dostałam na ich punkcie obsesji. Ale widziałam ich. Mogłam sobie ich wyobrazić. Kibicowałam im, bo byli autentyczni. Żywi. Niespecjalnie mnie obchodzą wybory i losy stereotypowego rycerza w białej zbroi, jakiegoś Harry`ego Pottera, który zawsze zrobi to co słuszne. Nie znoszę bohaterstwa, ale kibicuję Connorowi, gdy ten postąpi altruistycznie i odważnie, bo widzę, że jest żywym człowiekiem, świadomym konsekwencji swojego czynu, ma swoją psychikę i bodźce, które go pchnęły do podjęcia takiej a nie innej decyzji, podejmował ryzyko, a innym razem go nie podejmie, i stchórzy, bo to leży w ludzkiej naturze.
Główni bohaterowie są dobrze wykreowani, można ich rozróżnić nie tylko dzięki imionom, przy tym nie są zrobieni prosto na zasadzie kontrastu, ich charaktery są pogłębione i nie przerysowane. Connor to twardy chłopak, trzyma się ziemi, stara się przeżyć i wpada w kłopoty, ma problem z panowaniem nad sobą, ale potrafi też zachować się subtelnie - scena z Ronaldem i Risą. Tu kolejny plus dla autora, bo udało mu się nie wtłoczyć ich w schemat on-implulsywny, ona-mądra. Ich zachowania zależą od sytuacji. Raz wykazują się siłą, innym razem są słabi, bo to są ludzie, a nie manifesty jakichś cech. Risa to artystka, ale wychowała się w domu dziecka, jest więc twarda i umie się bronić, co nie zawsze jej się nie udaje. Dostrzega plan Rolanda, zaatakowana przez niego traci głowę, jest zła na Connora, kiedy ten zachował się optymalnie, a nie emocjonalnie, jest na tyle cyniczna, by przyjmować prezenty od Rolanda, uważa opiekę nad dzieckiem za bezsensowne bohaterstwo, ale się jej podejmuje. Najprościej mówiąc - Risa żyje.
Najwięcej wątpliwości budzi we mnie kreacja Leva. Kiedy dowiedziałam się, że chłopak autentycznie chce złożyć się w ofierze, pomyślałam sobie, że będzie to mój ulubiony wątek. Całą książkę czytałam z przyjemnością, ale chyba najbardziej podobały mi się fragmenty, w których cała trójka bohaterów występowała razem, na początku, te sprzeczności w ich interesach, ta ostrożność, kalkulacja i gra. W związku z wątkiem Leva spotkał mnie największy zawód. Jego przemiana była dla mnie niewiarygodna, zbyt szybka. I tak jednak, w porównaniu do Connora i Risy, Lev był tym grzecznym, i to autorowi udało się bardzo dobrze pokazać. Jak tu nie chwalić autora, którego bohater nawet kraść potrafi uprzejmie? Jednak i tak uważam, że z Levem można było zrobić dużo, dużo więcej.
Zastosowana w książce narracja personalna skupiająca się na przemian na różnych bohaterach świetnie pogłębia charaktery głównych bohaterów, daje też okazje do zaistnienia na jej kartach innych postaci. Takie jak ,,nauczycielka” czy ,,gliniarz” są wprawdzie bezimienni i dostają tylko kilka stron własnej narracji personalnej, jednak są stworzeni lepiej, niż wiele nazwanych postaci w słabszych pozycjach. Pod względem kreowania postaci ,,Podzieleni” przypominają mi Atramentowy Świat; autor wychodzi z założenia, że każda, nawet trzecioplanowa, zasługuje na swój charakter, przeszłość, wszystko niezbyt szczegółowe, ale mocno nakreślone. I bohaterowie oddychają.
Styl autora jest dobry. Na początku razi zestawienie czasu teraźniejszego i narracji trzecioosobowej, potem czytelnik się przyzwyczaja. Zdania są ładne, wyraziste. Czytając czułam, że słowa są posłuszne autorowi. No, z jednym drobnym wyjątkiem:
,,Wychodząc z sali, korytarze wypełnione są już rzeszą uczniów”(s.116).
Na szczęście to jedyny wypadek, więc wychodzące z sali korytarze budzą raczej śmiech, niż złość.
To dla równowagi zacytuję mój ukochany fragment. Za co go kocham? Za złożoność, pogłębienie relacji, tą międzyludzką grę która zza kartek dociera i do czytelnika.
,,Gdyby ich kłótnia była całkowicie prawdziwa, to zachowałaby wtedy wobec niego ostrożność. Gdyby była całkowicie na pokaz, to również wzmogłoby jej czujność, ponieważ jeżeli Connor potrafiłby tak przekonująco kłamać, to nigdy nie mogłaby mu zaufać. Jednak tu chodziło o mieszankę jednego i drugiego. Kłótnia była zarówno prawdziwa i udawana, i ta kombinacja sprawiała, że wszystko było w porządku - że było bezpiecznie, zupełnie jak w przypadku wykonania grożących śmiercią akrobatycznych trików ponad siatką bezpieczeństwa.”
Nie wspomniałam chyba jeszcze o postaciach drugoplanowych. A i oni spisują się bardzo dobrze. CyFi, Roland, Admirał, Sonia, Ariana - każdy ma swój charakter, nikt nie jest jednoznaczny w ocenie. Mogłoby się wydawać, że w ,,Podzielonych” podział na dobro i zło będzie bardzo wyraźny. Nic bardziej mylnego. Bohaterowie wybierają to, co jest słuszne, ale czasem są dwie słuszności, które są ze sobą sprzeczne. Historia Gila jest najlepszym przykładem, jak można pogłębić zdawałoby się oczywisty moralitet pod hasłem ,,nie zabijaj, szanuj życie innych”.
Wiecie, dlaczego mogę jeść mięso i nie odczuwa dyskomfortu moralnego? Ponieważ zwierzęta hodowlane zyskują i śmierć i życie w nierozrywalnym pakiecie, przez to, że ludzie je jedzą. Czym różni się to od tworzenia ludzi tylko na narządy? Mój wewnętrzny moralny kompas krzyczy, że to złe, ale dlaczego? Czy powiemy to patrząc w oczy zapłakanej matki chorego dziecka, które czeka na te narządy?
Co woleliby dziesięciorodni? Przeżyć trzynaście lat i umrzeć, czy nigdy nie żyć?
Z drugiej strony, wyobraźmy sobie popularny eksperyment. Pociąg jedzie po torze, jeśli nic się nie zmieni, przejedzie pięć osób. Możesz pociągnąć za dźwignię i skierować pociąg na inny tor, na którym przejedzie tylko jedną osobę. Zrobisz to?
Większość ludzi odpowiada ,,tak”, wybiera mniejsze zło. Mi też wydaje się to najlepszą opcją.
Ale przecież, będąc idealną analogią do sytuacji z pociągiem, tylko trochę bardziej nacechowaną emocjami, zabijanie kogoś ,,na narządy”, by uratować życie wielu jest złe. Wie to nasza intuicja, serce, ale rozum ma wątpliwości. Może właściwe rozwiązanie proponuje Connor (nawiasem mówiąc Connor, ten, który filozofować nie lubi i w każdej innej książce dostałby etykietkę ,,nie-od-myślenia”) - gdyby nie podziały, więcej lekarzy pracowałoby nad innymi sposobami ratowania życia, niż zabijanie niewinnych.
W ,,Podzielonych” na pozór przedstawiono prosty problem, ale komplikuje się on po wnikliwszym przyjrzeniu. Autor nie narzuca tematu do rozmyślań, raczej prowokuje nasze rozważania. Ludzie zawsze próbowali zdefiniować duszę, a pytanie ,,Kiedy zaczyna się życie?” ostatnio na arenie społeczno-politycznej zyskało sobie sporo miejsca, wywołując jeszcze więcej kontrowersji. Nie traktuję ,,Podzielonych” jak jakiś manifest w tej sprawie, książka zresztą nie aspiruję do tej roli, jest zbyt oderwana od rzeczywistości. Przede wszystkim oferuje czytelnikowi wspaniałą, wciągającą i pełną wzruszeń rozrywkę.
Świat, w którym po wojnie między obrońcami życia a zwolennikami wolnego wyboru doszło do kompromisu - można ,,podzielić” nastolatki, wszczepić ich od organy różnym biorcom, pod warunkiem, że wszystkie fragmenty zostaną wszczepione komuś innemu, a więc formalnie będą żyli.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to absurdalność tego pomysłu, ale o tym później. Bo na razie jako...
„Ogień” - drugi tom trylogii „Krąg” - moim zdaniem jest bardzo podobny do poprzednika. Jak w mało której serii, omawiając drugi tom jednocześnie powiem wszystko, co powiedziałabym o pierwszym.
W „Ogniu” poznamy dalszy ciąg historii młodych czarownic, Wybrańców, które jako jedyne mogą uchronić świat przed wywołaną przez bezduszne demony apokalipsą. Historia, której mało co może dorównać banalnością, jednak, o dziwo, duet szwedzkich autorów sprawnie radzi sobie z pomysłem, który tak mizernie wygląda. Może to dlatego, że tak naprawdę nie na wątek magiczny jest tu położony nacisk. Cała awantura z przepowiednią i Wybrańcami jest raczej pretekstem dla mocnej fabuły niż cudownym pomysłem, który tak zachwycił autora, że skupił się on tylko na jego opisywaniu. Owszem, wprowadzona przez autorów magia to źródło ciekawych wątków, takich jak proces i Pozytywne Engelsfors - ale, z drugiej strony, czy magia jest do nich potrzebna? Siła tych motywów nie bierze się z ich magiczności. Stąd skrajnie nieoryginalny pomysł w ogóle nie rzuca się w oczy pod porządnym - i tak, oryginalnym - wykonaniem.
„Krąg” i „Ogień” to historia przede wszystkim bohaterów. Może to brzmieć osobliwie, ale ta cecha stanowi olbrzymi, wyróżniający ją spośród innych, atut szwedzkiej sagi. To nie wydarzenia są najważniejsze, ale główne bohaterki, które z kolei poruszają się w wiarygodnym środowisku, uplecionym z może niezbyt oryginalnych czy pogłębionych, ale wiarygodnych, zróżnicowanych pobocznych postaci. Z nich na wyróżnienie zasługuje Viktor. I znowu, co zabawne, autorom udało się przywołać najbardziej oklepany z możliwych schematów - Viktor, taj
emniczy chłopak, nowy w klasie i w miejscowości siada na pierwszej lekcji akurat obok Minoo. Wszyscy wiemy, jak dalej być powinno. Nie muszę chyba wspominać, że nienawidzę tego typu motywów. W ogóle jestem krytycznie nastawiona do wszystkich wątków romantycznych, a jeśli zaczynają się od siadania razem w ławce to sięgam po środki na uspokojenie i rozpaczam na kondycją wszechświata. Ale tutaj, sama siebie zaskakując, liczyłam na jakąś romantyczną relację - na coś, co pozwoliłoby Victorowi zaistnieć bliżej głównych bohaterek. Niestety, tak to już jest, że autorzy, o których wiem, że nie zepsują romansu, romansów nie piszą. Może jedno wynika z drugiego?
Odbiegłam od tematu. Ale prawda jest taka, że o samym Viktorze nie ma za wiele do powiedzenia. Lubię gościa, po prostu. Mam słabość do istot, które zachowują się uprzejmie, podając katu topór do ścięcia ci głowy.
Ale, jak już trąbiłam i trąbię dalej, najważniejsze są tu główne bohaterki. Widać, że w „Ogniu” zmieniło się podejście autorów do nich. Na początku nie mogliśmy być pewni, która z postaci dotrwa kolejnego rozdziału, jednak podczas lektury drugiego tomu nabrałam przekonania, że autorzy przywiązali się już do nich i zwyczajnie byłoby im szkoda uśmiercić jedną z nich. Oczywiście nie powiem, czy rzeczywistość zweryfikowała moje optymistyczne przypuszczenia.
Optymistyczne? Cóż, sama się wygadałam. Jestem zadeklarowaną zwolenniczką tego, by nie oszczędzać bohaterów, uważam, że realne zagrożenie czyhające na bohaterów (czyli nie takie „ach, to straszne, ale wiem, że autor im tego nie zrobi”) jest konieczne, żeby interesować się ich losami, bać się o nich, popieram podejście Martina. Mimo to… nie chciałabym, żeby cokolwiek złego przytrafiło się dziewczynom. Minoo, która jest trochę wycofana, dobrze zorganizowana, ma dobre relację z rodzicami (ale czy na pewno?) i dużo się uczy. Ale nie tak jak Hermiona, tylko tak naturalnie (jak ja, ale cii…). Annie-Karin, prześladowanej w szkole, kochającej naturę, kochającej chorego dziadka, obarczonej nieporadną, depresyjną mamą i kontrowersyjnym darem. Linnei, tej zbuntowanej, która już nie ćpa, ale tylko pali, mieszka sama, ma ojca alkoholika i potrafi czytać w myślach. Idzie, tej złej, ale przecież takiej - ludzkiej? Zrozumiałej, głównie z powodu sceptycznego, pełnego niechęci stosunku do pełnienia roli Wybranki, budzącej współczucie - z powodu swojej rodziny. Vanessie, która jest sumie najbardziej nijaka, aż korci, by określić ją jako typową amerykańską(!) nastolatkę - ale przecież czujemy, że jest żywa, prawdziwa jest jej relacja z matką, bratem, Willem, cieszymy się wraz z nią, kiedy rozwiązuję się jej domowa sytuacja. Szkoda, że w normalnym życiu nie zawsze jest to takie proste.
Sukces autorów. Wielki sukces, bo ja nie przywiązuję się tak łatwo. Może nie jest tak, że polubiłam jedną z bohaterek, bo jest barwna i wyjątkowa. Ale każda z nich jest prawdopodobna. Niby reprezentują pewne typy - kujonka, ofiara, outsiderka z problemami, szkolny prześladowca, american girl - ale są czymś o wiele więcej.
W tym miejscu wypada chyba wspomnieć o Eliasie. Do niego przywiązałam się od pierwszej strony - jak to się skończyło, wszyscy wiemy. Wtedy pokochałam i znienawidziłam autorów „Kręgu” - i już wiedziałam, że muszę go mieć.
Do sukcesu książki przyczyniła się i narracja. Personalna, przeskakująca z bohatera na bohatera - uważam ją za kapitalny wybór. Nieco ryzykowny czas teraźniejszy tylko indywidualizuje styl, i jakoś tu pasuje, do tego powściągliwego a zarazem emocjonalnego sposobu wypowiadania się narratora. Szybkie zmiany miejsca akcji wspaniale wpływają na dynamikę.
Przerzucanie akcji z bohatera na bohatera przyspiesza lekturę wtedy, gdy staję się ona nieco nużąca - tutaj ten zabieg nie był konieczny, ale po prostu poprawiał dobre. Na lepsze.
Zauważyłam tylko jedną drobną usterkę - to nieszczęsne słowo „mobbować”. Jego użycie za każdym razem kłuło mnie w oczy. Nawet „mobbing” brzmi nieco sztucznie i kojarzymy go głównie z prześladowaniem pracowników przez szefa, co dopiero na siłę utworzony czasownik, którego nasz język nie potrzebuje i odrzuca jak może. Tyle mamy polskich odpowiedników: prześladować, dręczyć, znęcać się, dokuczać. Niosą za sobą o wiele większe znaczenie niż kalka z angielskiego, która brzmi śmiesznie i odwraca uwagę czytelnika od sedna sprawy.
Z wydarzeń chyba najciekawszy był magiczny rytuał, który na poziomie fabularnym służył do ocalenia się przed Radą, a na poziomie konstrukcyjnym jeszcze większemu namieszaniu w relacjach międzyludzkich. Moim zdaniem to genialny manewr. Trochę trudno było się w nim połapać, ale za to jakie otworzył perspektywy, ile ciekawych scen - a przecież autorzy nie wykorzystali nawet całego ich potencjału.
Żeby nie było tak kolorowo, wspomnę jeszcze o Pozytywnym Engelsfors. Wprowadzenie sekty uważam za trafny pomysł, jednak sposób prowadzenia tego wątku wzbudził we mnie pewien niesmak. Autorzy dość beztrosko i radykalnie skrytykowali optymizm, którego ja jestem wyznawcą. Nie wiem, może po prostu jestem opętana przez demony.
Dobrze, to teraz ze śmiertelna powagą, bo chciałabym coś zamanifestować: pozytywne myśli są ważne. Liczą się nie tylko czyny, ale i myśli. Odpowiednie nastawienie do życia potrafi zdziałać cuda: sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi, a to z kolei ułatwia relacje międzyludzkie, pomaga znosić przeciwności losu, wpływa nawet na zdrowie. Optymiści z prawdziwego zdarzenia nie lekceważą innych, nie dyskryminują tych, którym nie udaje się zachować pogody ducha, raczej starają się dzielić z innymi swoim entuzjazmem. Optymiści nie wierzą, że wystarczy myśleć „będzie dobrze” by zaliczyć test, wierzą raczej, że może się udać go zaliczyć, a jeśli się nie uda, to nie będzie katastrofy.
Podpisano: Ja, Optymistka.
Owszem, optymizm ma swoje wady, podobnie jak demokracja, ale nie pozwalają one potępić całego zjawiska. Tak samo jak ta jedna wada „Ognia” nie wpłynie na moją jego ocenę.
Ta książka to kawał solidnej roboty. Wszystko u jest zrobione bardzo porządnie: bohaterowie, fabuła, styl, tempo akcji. Dzięki temu efekt jest więcej niż bardzo porządny.
„Ogień” - drugi tom trylogii „Krąg” - moim zdaniem jest bardzo podobny do poprzednika. Jak w mało której serii, omawiając drugi tom jednocześnie powiem wszystko, co powiedziałabym o pierwszym.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW „Ogniu” poznamy dalszy ciąg historii młodych czarownic, Wybrańców, które jako jedyne mogą uchronić świat przed wywołaną przez bezduszne demony apokalipsą. Historia, której mało co...