Kiedyś bardzo polecałem wszystkim Delillo. Obecnie, nie polecam Delillo nikomu. Nie dlatego że coś tam mi się w kolejnych lekturach popsuło (nie mówmy o "ciszy") ale dlatego, ze bardzo namacalnie przekonałem się jak bardzo specyficzne to jest pisanie. A przeczytałem tego Delillo niemal całego, z małym wyjątkiem "Graczy", czytałem jego "gwiazdę ratnera", czytałem "nazwy", żeby wspomnieć o tych najbardziej szalonych, czytałem "Podziemia" i "Biały Szum", żeby przytoczyć również te najbardziej przypominające książki z początkiem i końcem, to ostatnie nawet nietłumaczone. Zaczęło się, jak przypomniała mi Agnieś, na sali kinowej na której Cronneberg siłował się z tekstem "Cosmopolis", a ja siedziałem, w te walentynki, z otwartymi ustami, przepuszczając kolejne pary, pospiesznie uciekające z tego seansu, ratujące z tego wieczoru co się jeszcze dało uratować. A ja byłem oniemiały, co to jest za pisarz, co to jest za język. Wymyśliłem kiedyś, że to jest podobne do Hala Hartleya, ale podobne w sensie odmienności, nie w sensie stylu. Teraz, co jakiś czas, biorę sobie kolejną jego książkę i czytam powoli, niespiesznie. Pierwsza rzecz - to jest proza, ale tak naprawdę liryka, nie w sensie konstrukcji, ale w sencie celu, takiej pokrętnie nazwanej motywacji. Tak jak rozumiem sens liryki - oddanie nastroju, smaku i faktury jakiejś sytuacji, jakiegoś momentu, używając środków inaczej nieosiągalnych - tak rozumiem sens tej prozy. Szczepan Twardoch kiedyś powiedział, że on wymyśla swoje książki zaczynając od nastroju, tak mówił o "Morfinie" gdzie ten osiercony o kampani wrześniowej żołnierz snuje się po tej wojennej Warszawie, ja to kupuję tak jak nie kupiłem tej książki - po to czytam książki, żeby w nie uwierzyć. Dlatego też trwale szkaluję tutaj książki, w które uwierzyć nie mogłem. Dlatego zawsze zostanie ze mną taki Bolano z tą upiorną partią gry planszowej w hotelu na brzegu morza, zostaną ze mną wszystkie Piloty i Rylskie, a ci wszyscy nobliści przepadną i zginą. No dobrze, z powrotem do "Spadając".
Miałem tak jak z "Zero K" - początkowo czytałem z umiarkowaną uwagą, im bardziej zbliżałem się do końca, tym bardziej się prostowałem, tym mniej zaczynałem słyszeć dookoła, a bardziej zaczynałęm słyszeć tą książkę. Szkoda osób które przyszły do tej książki z jakimiś fabularnymi oczekiwaniami, strzał poza tarczę. Dostajemy dwie, trzy osoby, osadzone w wydarzeniach, "tych" wydarzeniach, ale obserwujemy je bardzo niebezpośrednio. Delillo tak obsesyjnie dąży do pełnego obrazu każdego momentu, uwielbia się zastanawiać co ten moment oznacza, co on robi z człowiekiem, opisuje te sytuacje bez początku i końca, te zachowania, spontaniczne, bez sensu, ale przecież takie właśnie są. Zamiast pisać o traumie, pokazuje ją w sposób dla mnie doskonały, pokazuje jak rozmawiają ludzie którzy byli w tych wieżach, kiedy za oknami spadali ich koledzy. Pokazuje ulicznego performera, czule go pokazuje. Co dla mnie najważniejsze, pozostawia w tej prozie taką ogromną przestrzeń dla czytelnika, nie wypełnia swoją prozą tej przestrzeni pomiędzy mną a książką. Czytam ta historię i myślę, czy to obecne hitlerkowanie ameryki(żart z dzisiaj: ASP z wiednia przyznała honorowe miejsce na perwszym roku prezydentowi USA, wspominając, że w przeszłości popełniła już błąd kierując obiecującego malarza na tory polityki) to nie jest dalszy ciąg przepracowywania tej traumy. Dla mnie to bardzo osobiste wspomnienie, bo stałem z nieskończoną kanapką w ręce w sklepie spożywczym na przedmieściach Chicago, patrząc jak walą się wieże, cały sklep zamarł, ludzie z kubkami kawy w ręku, jakieś banknoty na ladzie, życie wróciło do ustawień fabrycznych. Myślę o tych ludziach, myślę o ich związkach, ta książka jest przeze mnie tak samo czytana jak przeżywana. Finał jest piękny, bardzo ścisły, jak właśnie w "zero K" albo "białym szumie", rzadko u Delillo są takie pętle dosłowne. Każdą recenzję Delillo wypadałoby skończyć cytatem, może nawet wypadałoby zastąpić ją cytatem, na to już za późno, no ale słuchajcie: "Spasował w kolejnych sześciu rozdaniach, potem wszedł za wszystko. Niech się wykrwawią. Niech się poleje drogocenna krew przegranych. To były dni po, teraz już lata po, tysiąc falujących snów, człowiek w potrzasku, unieruchomione kończyny, sen o paraliżu, dyszący człowiek, sen o śmierci wskutek uduszenia, sen o bezradności. Nowa talia wjechała na stół." Więc: nie czytajcie Delillo.
Kiedyś bardzo polecałem wszystkim Delillo. Obecnie, nie polecam Delillo nikomu. Nie dlatego że coś tam mi się w kolejnych lekturach popsuło (nie mówmy o "ciszy") ale dlatego, ze bardzo namacalnie przekonałem się jak bardzo specyficzne to jest pisanie. A przeczytałem tego Delillo ...
Rozwiń
Zwiń