Ocena książki wynika ze średniej ważonej: 8/10 za wprowadzające ok. 2/3 tekstu oraz 3/10 za późniejszą ok. 1/3 dotyczącą słowiańskich wierzeń/religii sensu stricto. Tak, przed sięganiem po tę pozycję dobrze mieć świadomość, że „konkrety” zajmują tu niespełna sto stron z ponad trzystu, a sprowadzić można je do bardzo pesymistycznej wizji: nie było niczego.
Dla znających naukowy dorobek autora nie jest to żadnym zaskoczeniem. I bez czytania książki wiadomo, że będzie to „nurt Łowmiańskiego”, jak to w treści określono. Osobiście bardzo mi po drodze z postawą sceptyczną i krytyczną, a mimo to uważam, że do czynienia mamy nie tyle z przesadą, co niestety ze swego rodzaju niepełną uczciwością badawczą i pisaniem pod tezę. Nie jestem więc, jak to przeczuwa w posłowiu autor, rozczarowana ubogą wizją wierzeń słowiańskich, a postawą badacza, którego bardzo cenię.
Z całą pewnością warto zapoznać się z dominującą partią tekstu, jeśli kogoś interesuje, w jaki sposób przede wszystkim historycy-mediewiści, ale nie tylko, dochodzą do wniosków i jakie czyhają tu liczne pułapki, zwykle zilustrowane przykładami. Kwestie to znacznie ogólniejsze niż próba odkrywania słowiańskich wierzeń: krytyka źródeł (pisanych i innych), tłumaczenia z języków oryginalnych, które zawsze są już interpretacją, wiarygodność samej informacji – zawsze przefiltrowanej przez optykę chrześcijańską, bo brak przecież innych przekazów dla epoki, a wreszcie wpływ światopoglądu naukowca i wybranej metody badawczej – wpływ często nieuświadomiony. Wynika z tego jak na dłoni, że dotarcie do tzw. prawdy to rzecz w zasadzie niemożliwa – co oznacza jedynie tyle, że rzecz jest nieuchwytna, a nie, że nie istniała.
To wywód bardzo klarowny, przystępny i rzetelny, a przy okazji ożywczy – pozwalający spojrzeć na wiele spraw z odmiennej perspektywy. Nie przemawia do mnie tak stanowcze oddzielenie magii, demonologii oraz mitologii od religii, niezwykle przez to w definicji zawężonej, ale wiele spostrzeżeń jest godnych przemyślenia. Przesadą jest za to uznanie, że praca Gieysztora nadaje się dziś do kosza.
Sprawę samych tytułowych „religii” można uznać za przekombinowaną – prawdopodobna odmienność kultu w różnych częściach Słowiańszczyzny (której się przecież nie neguje) oraz zmienność w czasie znajdują analogię z chrześcijaństwem: to ciągle jedna religia mimo wielu odłamów, a sam rzymski katolicyzm pozostaje rzymskim katolicyzmem, mimo że wygląda inaczej niż pół wieku czy wieki temu.
Niestety dalsza, kluczowa, część to przejaw – co też sam autor w posłowiu stwierdza – zbytniej kategoryczności i jednostronności. Również niewykorzystania wielu śladów źródłowych, po prostu pominiętych milczeniem. Niemożność źródłowego uchwycenia zjawiska albo uznania informacji za całkowicie wiarygodną zmienia się zbyt często w nieistnienie zjawiska lub wymysł kronikarza. Autor tłumaczy: „proszę zwrócić uwagę, że w niemal całym dotychczasowym piśmiennictwie dominuje nurt przeciwny: ekstensywnej interpretacji w duchu sakralnym wszystkich możliwych świadectw źródłowych”. Nie mam takiego odczucia, a znam znakomitą większość prac na ten temat. To zawsze są hipotezy, tropy i próby uśrednienia, a nie prawdy objawione. Podejrzewam, że chodzić może o reakcję na zjawisko turbosłowianizmu i fantastyczne wykwity o wielkiej Lechii, ale doprawdy – odpowiadanie skrajnością na skrajność to postawa zgubna, nierzetelna i badawczo chybiona.
Pokrótce metodę autorską zaprezentować można tak: każde świadectwo źródłowe traktujemy osobno, stawiamy je pod znakiem zapytania, przez co – jako niepewne – nie możemy połączyć go z innymi, podobnymi – także uznanymi za niepewne. W ten sposób zakwestionować można dokładnie wszystko, a w rezultacie uznać, że nie ma żadnego sensu badania przeszłości, bo nie stworzymy jej pełniejszego obrazu. Jest to burzenie bez możliwości nowego budowania. Ad absurdum: skoro źródła nie wspominają o ludziach poza kręgiem władzy, to tacy nie istnieli (a może i ci opisani są bardziej wytworem wyobraźni piszącego); skoro nie mamy źródeł o pewnych okresach, to nic się wtedy nie działo.
Dodatkowo nie są tu brane pod uwagę świadectwa dla Słowian południowych (według autora w ogóle takie nie istnieją), etnografia zostaje praktycznie wykluczona, a językoznawstwo występuje tylko w bardzo krytycznym wydaniu L. Moszyńskiego. Brakuje przeciwwagi. Pojawiają się również zbyt ogólne twierdzenia negujące zamiast zbicia czyjejś argumentacji na konkretnym przykładzie (to szczególnie jaskrawe w porównaniu do wcześniejszej partii tekstu). Dominuje, co nie dziwne, historia i archeologia – skoro one nie mówią nic pewnego o zjawisku, to nic innego nie powie. Dialog różnych dyscyplin nie ma prawa bytu, bo przez wzajemny wpływ na siebie tworzą zasadę błędnego koła.
Kilka wybranych kwestii.
1) Według autora nie jest udowodniony kult bogów u wszystkich Słowian – istnieją marne świadectwa dla wschodnich oraz połabskich, ale oczywiście każde można zakwestionować (o czym trochę niżej). Dowodem dającym tę pewność byłoby zapewne jedynie świadectwo spisane ręką Słowianina np. z terenów polskich, w którym nazywałby swoich bogów i określał ich funkcje (co też dałoby się zakwestionować). Stoi to stwierdzenie jednak w sprzeczności z wcześniejszym dowodzeniem, że samo słowo „bóg” istniało już przed chrystianizacją i zostało dzięki temu wykorzystane na określenie chrześcijańskiego Boga. Skoro istniało słowo o takim znaczeniu semantycznym, istniało zjawisko – zatem w wieku IX Słowianie jakiegoś boga lub bogów czcili. Możemy gimnastykować się i próbować dowodzić, że dotyczy to tylko Słowian południowych/naddunajskich, a do innych dotarło później – nie da się jednak zaprzeczyć pokrewieństwu słowa z leksyką irańską, co poświadcza dawniejszą metrykę.
2) „Brak rodzimych słów na określenie posągu bóstwa w słownictwie słowiańskim do połowy IX w. świadczy, że przynajmniej do tego czasu Słowianie nie tworzyli posągów bóstw”. Nie dość, że paskudny gwałt na logice (nie ma bytu, skoro nie znajdujemy na ten byt odpowiedniego słowa – pasującego do wizji badacza), to przede wszystkim nieuprawniony wybór wytłumaczenia dla „braku” takiego słowa, a posłużenia się – w zachowanym materiale źródłowym – zapożyczeniem bułgarskim „bałwan”. Istnieje co najmniej kilka procesów językowych, które mogą tę sytuację tłumaczyć – niekonieczne jest nim pojawienie się nieznanego dotąd zjawiska, przejętego wraz z nazwą od innego ludu. Alternatywa to choćby, doskonale obserwowane również na co dzień, wyparcie dotąd używanego słowa „rodzimego” przez słowo obce, ale uznawane np. za bardziej prestiżowe. Nie można stwierdzić kategorycznie, że Słowianie nie tworzyli posągów bóstw na takiej podstawie.
3) „Nie znamy zatem bóstw o ogólnosłowiańskim zasięgu” – konkluduje zdecydowanie autor niezwykle wątpliwą hipotezę o przedostaniu się imienia Swaroga z Połabia na Ruś dopiero w wieku XIII. Wcześniej stawia pod znakiem zapytania istniejący w źródłach ruskich zapis imienia Swaroga: miałby być znaczeniowym tłumaczeniem imienia Hefajstosa, a nie zastąpieniem bóstwa greckiego słowiańskim o podobnych kompetencjach. Problem w tym, że etymologia „Hefajstosa” jest niepewna, więc dla takiego scenariusza należałoby poczynić dodatkowe założenie, że autor tłumaczenia był osobą niezwykle kreatywną i posłużył się sobie tylko wiadomym skojarzeniem. W zasadzie zapisał cokolwiek przypadkiem zbieżnego z wersją połabską.
4) Weles/Wołos (w książce „Wolos”) nie był bogiem, a demonem. Detronizacji tej dokonuje autor na podstawie własnego przeświadczenia mimo obecności Wołosa, określanego przez źródła ruskie bogiem, w traktacie z Bizancjum – jako gwaranta przysięgi. Jednocześnie uznaje, że demon Wolos (o ile nie był po prostu adaptacją świętego Błażeja-Własa) posiadał niezwykle istotne kompetencje: odpowiadał m.in. za bogactwo. Można się zastanawiać: skoro demon miał boskie kompetencje, to czemu odmawiać mu boskości; skoro wystąpił jako gwarant stosunków międzypaństwowych, to na jakiej podstawie, wbrew literze źródła, nie uznawać go za boga?
5) Brak poruszenia kwestii bóstwa żeńskiego mimo marginalnych wzmianek: o słowiańskiej „Fortunie” u Williama z Malmesbury, starocerkiewnosłowiańskiej „Rożdanicy” czy Mokoszy – tę ostatnią autor uznaje za wymysł, chociaż w żaden sposób tego nie rozwija. Z pewnością świadomy jest też świadectwa Thietmara o bogini lucickiej, ale w książce nie ma na temat ani słowa. Samo zaś słowo „bogini” ma być późnym zapożyczeniem chrześcijańskim – czego nie daje się udowodnić.
6) Panteon Długosza to bez wątpienia uczony wymysł, gdyż Długosz „oczywiście nie miał żadnej wiedzy o pogaństwie Słowian, bo skąd miałby ją mieć pięć wieków po chrzcie Mieszka I”. Na przykład stąd, że – co sam autor wspomina w innych partiach tekstu – ludowe rytuały czy przyśpiewki charakteryzują się długim trwaniem bez względu na chrzest Mieszka I. Długosz jak najbardziej mógł znać pewne imiona, które dopiero przyporządkował – niekoniecznie trafnie – do wizji panteonu. Tym bardziej, że – co też autor przytacza – część imion z Długosza znana jest ze wcześniejszych zapisek. Co więcej, podobny wymysł, literacką kreację, przypisuje autor ruskiemu Nestorowi („Powieść minionych lat”): panteon Włodzimierza Wielkiego nie dość, że zawiera tak naprawdę imiona demonów, które pisarz błędnie uznał za bogów, to jeszcze zostało wszystko wykreowane w nawiązaniu do Pisma Świętego – analogii z burzeniem bałwanów przed przyjęciem prawdziwej wiary. Idźmy dalej: wszystkie kroniki to tylko produkt literacko-propagandowy i nie można z nich czerpać żadnej wiedzy o faktach (w zasadzie może być to podejście słuszne, najczęściej bywa jednak mocno wybiórcze).
7) Stawianie kościołów na miejscach kultu pogańskiego to mit, mimo że autor sam przytacza przykłady poświadczające taką praktykę. Obaleniu mitu służy wykazanie, że nie istniała w chrześcijaństwie sankcjonująca to norma prawna. Przecież nie musiała istnieć – wystarczył pragmatyzm, o którym też autor wcześniej pisał: miejsce związane np. z targiem czy wiecem, przy okazji wykorzystywane do kultu, zachowywało funkcję.
8) Rozwinięty i tak naprawdę jedyny w miarę poświadczony kult na terenie Połabia rozwinął się pod wpływem chrześcijaństwa (nie jest to pogląd nowy). Wpływy te widoczne mają być np. w wielogłowości (trójgłowości) posągów – jako odbicie idei Trójcy Świętej. Mimo że autor sam wspomina o tym, że znaczenie kultowe Trójcy w chrześcijaństwie to czasy znacznie późniejsze – i to słowiańskie posągi są wobec niego wcześniejsze.
Ostateczną konkluzją jest oczywiście to, że wierzenia słowiańskie były ubogie, nieatrakcyjne i nie stanowiły żadnej konkurencji dla chrześcijaństwa – dlatego przyjęło się ono łatwo. Dowodem na to ma być kwestia tzw. reakcji pogańskiej, przy okazji czego autor prezentuje zwalczany przez samego siebie dowód błędnego koła:
Reakcja „pogańska” była wystąpieniem przeciw władzy niezwiązanym z religią, więc nie istniała potrzeba walki o mało atrakcyjne wierzenia. Wierzenia były mało atrakcyjne, więc reakcja „pogańska” dotyczyła kwestii innej niż religijna.
Poza błędnym kołem jest to również stwierdzenie znacznie na wyrost i sprzeczne ze źródłami. Jako jedyny przykład konfliktu społecznego na tle religijnym wskazuje autor powstania połabskie. Polskie uznaje za imaginację i odczytywanie źródeł przez konkretne okulary (duchowni uznali wiadomości o zabijaniu duchownych za atak na wiarę, a nie aparat władzy) – przy okazji pomijając dla zagadnienia niemieckie przekazy piszące wprost o upadku wiary chrześcijańskiej po śmierci Mieszka II. Nie wspomina także o reakcjach pogańskich na Węgrzech, gdzie też mieszkali Słowianie, w latach 1046 i 1061 (!). Czy to, że nie mamy wzmianek o późniejszych konfliktach na tym tle w Polsce oznacza, że ich nie było? Przecież nie. Nie mamy do tego dostępu: nie wiemy wiele o sytuacji wewnętrznej za Odnowiciela, Szczodrego, Hermana. Zaistnienie sieci parafialnej to dopiero wiek XIII, ale nawet to niekoniecznie szło w parze z intensywnym rozprzestrzenianiem idei chrześcijańskich poza warstwą instytucjonalno-rytualną: zestawmy wysublimowaną teologię z ludowym postrzeganiem świata. Pole do konfliktu po – być może – intensywnej fazie chrystianizacji za pierwszych Piastów mogło też po prostu przestać istnieć. Brak tutaj dostatecznych podstaw do wysnuwania wniosków o niskiej atrakcyjności wierzeń słowiańskich. Można uznać tylko, że nie wiemy o nich wiele pewnego, a hiperkrytyczną metodą zastosowaną przez autora nie dowiemy się niczego – o czymkolwiek.
Jeśli brak niekwestionowalnych świadectw źródłowych o wierzeniach przedchrześcijańskich z terenów Polski miałby oznaczać, że żyjący tu Słowianie nie mieli ani życia duchowego, ani warstwy bardziej zinstytucjonalizowanej, to byliby prawdziwym ewenementem. Może nawet większym niż wielka Lechia.
Opinia
Znowu sięgnęłam po książkę, która nie pasuje do mojego gustu czytelniczego. Ale warto wykraczać czasem poza swoje upodobania i w tym przypadku również nie żałuję. Choć książki nie czytałam z wypiekami na policzkach czy szybciej bijącym sercem, to jednak dowiedziałam się naprawdę sporo na temat religijności dawnych Słowian.
Dariusz Andrzej Sikorski przekopał się przez dużą ilość materiałów źródłowych, których problemem jest ich niepewność. Zafascynowany tematem autor rozprawił się sprawnie z informacjami, a także dzięki ubogaceniu swoich hipotez ilustracjami, stworzył niebagatelną historyczną podróż.
Choć każda cześć książki jest ważna, to ja i tak wyróżnię rozdział siódmy jako najważniejszy. W nim dowiedzieliśmy się najwiecej o bogach, świątyniach, posągach czy rytuałach. Znajdziemy tu przegląd najważniejszych kronik czy innych źródeł z tamtych czasów, który daje nam intrygującą opowieść o religijności dawnych Słowian.
Znowu sięgnęłam po książkę, która nie pasuje do mojego gustu czytelniczego. Ale warto wykraczać czasem poza swoje upodobania i w tym przypadku również nie żałuję. Choć książki nie czytałam z wypiekami na policzkach czy szybciej bijącym sercem, to jednak dowiedziałam się naprawdę sporo na temat religijności dawnych Słowian.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDariusz Andrzej Sikorski przekopał się przez dużą...