Porachunki osobiste

Okładka książki Porachunki osobiste
Leopold Tyrmand Wydawnictwo: Wydawnictwo MG publicystyka literacka, eseje
256 str. 4 godz. 16 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Data wydania:
2020-07-29
Data 1. wyd. pol.:
2002-01-21
Liczba stron:
256
Czas czytania
4 godz. 16 min.
Język:
polski
ISBN:
9788377796320
Średnia ocen

                6,7 6,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Porachunki osobiste w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Porachunki osobiste

Średnia ocen
6,7 / 10
31 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
155
27

Na półkach: , , ,

Zbiór esejów i artykułów LT na przestrzeni kilkunastu lat, treść wyjątkowo interesujące i ciekawe jednak wymagające od czytelnika sporej wiedzy gdyż autor często rzuca zagadnieniami zrozumiałymi dla ludzie jego epoki a przynajmniej dla niego samego bez jakiegokolwiek backgroundu. Książka warta przeczytania przynajmniej z powodu wyjątkowo ciekawych tez przedstawionych przez autora, oraz faktu, że samemu można sprawdzić czy się ziściły.

Zbiór esejów i artykułów LT na przestrzeni kilkunastu lat, treść wyjątkowo interesujące i ciekawe jednak wymagające od czytelnika sporej wiedzy gdyż autor często rzuca zagadnieniami zrozumiałymi dla ludzie jego epoki a przynajmniej dla niego samego bez jakiegokolwiek backgroundu. Książka warta przeczytania przynajmniej z powodu wyjątkowo ciekawych tez przedstawionych przez...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

130 użytkowników ma tytuł Porachunki osobiste na półkach głównych
  • 85
  • 44
  • 1
22 użytkowników ma tytuł Porachunki osobiste na półkach dodatkowych
  • 15
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Porachunki osobiste

Inne książki autora

Leopold Tyrmand
Leopold Tyrmand
Leopold Tyrmand, pseud. Jan Andrzej Stanisław Kowalski (ur. 16 maja 1920 w Warszawie, zm. 19 marca 1985 w Fort Myers na Florydzie) – polski pisarz i publicysta, popularyzator jazzu w Polsce. Leopold Tyrmand urodził się w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Dziadek ze strony ojca, Zelman Tyrmand był członkiem zarządu warszawskiej synagogi Nożyków. Ojciec, Mieczysław Tyrmand posiadał hurtownię skór. Matką Tyrmanda była Maryla Oliwenstein. Jego rodziców podczas wojny wywieziono do Majdanka, tam zginął jego ojciec. Matka przeżyła wojnę, wyjechała do Izraela. Tyrmand nie ukrywał, że pochodzi z rodziny mieszczańskiej, ale nigdy nie wspominał o swoim żydowskim pochodzeniu, np. na kartach Dziennika 1954 rozważał skandynawską etymologię swojego nazwiska. W 1938 Tyrmand ukończył warszawskie gimnazjum im. A. Kreczmara. Wyjechał wtedy do Paryża, gdzie przez rok studiował na wydziale architektury Académie des Beaux-Arts, czyli Akademii Sztuk Pięknych. Tam zetknął się po raz pierwszy z zachodnioeuropejską kulturą oraz amerykańską muzyką jazzową. Obie te fascynacje pozostawiły trwały ślad w jego twórczości. W 1961 ukazuje się Filip. Jest to powrót do autobiografii wojennej, do kelnerskiego epizodu we Frankfurcie, gdzie polski cwaniak opływa we wszystko i oszukuje Niemców na wszystkie możliwe sposoby. Wreszcie jeszcze jeden powrót autobiograficzny nastąpił w wydanej już na emigracji także wielkiej powieści Życie towarzyskie i uczuciowe (1967). Jest to panorama środowisk artystycznych i dziennikarskich w Warszawie w latach powojennych, zarazem studium deprawacji moralnej.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Alfabet Tyrmanda Leopold Tyrmand
Alfabet Tyrmanda
Leopold Tyrmand
Podstawową zaletą „Alfabetu Tyrmanda” jest to, że pozwala w pełni docenić wnikliwość obserwacji pisarza. Oprócz tego kompilacja jego tekstów z różnych lat i źródeł umożliwia przyjrzenie się charakterystycznemu gawędziarskiemu stylowi autora „Dziennika 1954”. Dariusz Pachocki nie tylko sumiennie przejrzał wszystkie książki i artykuły prasowe Tyrmanda czy udzielone przez niego wywiady, ale dotarł też do jego rękopisów i maszynopisów, prywatnej korespondencji ze Sławomirem Mrożkiem, a nawet do materiałów zgromadzonych w Instytucie Pamięci Narodowej jak np. transkrypcje jego rozmów z podsłuchu telefonicznego prowadzonego przez służby bezpieczeństwa. Dzięki "Alfabetowi Tyrmanda" możemy na nowo odczytywać istotne fragmenty "Dziennika 1954", gdyż pan Pachocki zamieszcza w swojej kompilacji oryginalne zapiski z rękopisu dzieła Tyrmanda, są to pierwotne wersje jego notatek, nieskażone cenzurą polityczną czy obyczajową. W kolejnych wydaniach "Dziennika 1954" oprócz cenzury politycznej , wydawcy utajniali pod inicjałami lub zmienionymi nazwiskami osoby, o których Tyrmand pisał, gdyż nie zawsze pisał na ich temat pozytywnie. Zazwyczaj w przypadku tego typu pozycji najwięcej emocji wzbudzają hasła poświęcone właśnie znanym osobom. W „Alfabecie Tyrmanda” takich też nie brakuje, możemy tutaj przeczytać, co pisarz sądził o wielu współczesnych mu dziennikarzach (m.in. Zygmuncie Kałużyńskim, Mieczysławie Rakowskim), twórcach (np. Janie Kottcie, Zbigniewie Herbercie, Wandzie Jakubowskiej, Jerzym Putramencie) czy politykach (m.in. Władysławie Gomułce, Franklinie Roosevelcie). Większość tych notek stanowią fragmenty „Dziennika 1954”, ale znajdziemy tu również teksty powstałe później, które były drukowane w „Kulturze” i „Wiadomościach”, fragmenty "Cywilizacji komunizmu". Stosunek Tyrmanda do wielu kolegów po piórze jest zazwyczaj dobrze znany jego wiernym czytelnikom, więc nie czeka na nich tutaj jakieś specjalne zaskoczenie. Bez wątpienia interesująca jest natomiast możliwość prześledzenia opinii twórcy „Filipa” opublikowanych na ten sam temat na przestrzeni wielu lat (tak jest choćby w notkach o Aleksandrze Fordzie i Stefanie Kisielewskim oraz „Złym”). Nie ukrywam, że dla mnie na przykład obydwie opinie Tyrmanda o znanym reżyserze Aleksandrze Fordzie były szokujące, ostre, bezkompromisowe aż do bólu, wyrażone bez ogródek, pełne emocji i zawierające fakty, o których nie miałam pojęcia. Czytałam je kilka razy i za każdym razem dosłownie wyskakiwałam z butów. To chyba najbardziej niepochlebna, wręcz miażdżąca opinia o znanej osobie napisana przez tego pisarza. Z dużym zainteresowaniem przeczytałam również uwagi na temat Pawła Jasienicy. W tym przypadku autor "Dziennika 1954" był dużo bardziej wyważony w ocenie kolegi po fachu. Interesujące są także informacje o okolicznościach śmierci Ksawerego Pruszyńskiego. Zachęcam do zapoznania się z nimi, gdyż ówczesne władze z całą pewnością skwapliwie zatuszowały prawdę i przez wiele lat nie była ona ujawniana. Doskonałym pomysłem było pogrupowanie zapisków Tyrmanda tematycznie i umieszczenie ich w porządku alfabetycznym. Dzięki temu czytelnik łatwo może odnaleźć interesujące go tematy. Dzięki temu, że w książce tej sąsiadują przemyślenia Tyrmanda z różnych okresów jego życia, możemy poznać jak zupełnie inne były jego doświadczenia w latach spędzonych w Polsce i na emigracji. Uważam, że „Alfabet Tyrmanda” jest pozycją, która pozwala na nowo przyjrzeć się dorobkowi tego twórcy. I właśnie z tego powodu może okazać się ona dla wielu osób zachętą do powtórnego sięgnięcia po „Dziennik 1954” czy powieści tego kontrowersyjnego pisarza i publicysty. Na koniec bardzo trafna i ważna refleksja, którą w przedmowie do "Alfabetu Tyrmanda" Dariusz Pachocki dzieli się z odbiorcami jego zawartości: 🔰"Każda publiczna wypowiedź świadomego pisarza zapewne przepuszczana jest przez wewnętrzny filtr kreacji. [...] Dlatego trzeba mieć świadomość, że hasła zawarte w tej publikacji zapewne nie relacjonują tego, co pisarz rzeczywiście myślał, a raczej to, co chciał byśmy sądzili na temat jego myśli". I ja się z tymi słowami zgadzam, gdyż uważam , że Tyrmand był mistrzem autokreacji. Przeczytane w ramach marcowego wyzwania LC: książka zawierająca teksty patrona roku 2020.
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na 10 2 lata temu
Kundlizm Melchior Wańkowicz
Kundlizm
Melchior Wańkowicz
Melchiora Wańkowicza czyta się przyjemnie. Są momenty, w których aż chciałoby się zakrzyknąć: co za lekkość! jaka wirtuozeria! - i nie mam tu na myśli treści, lecz język. Jak pisze Urszula Sokólska "mistrzostwo w odmalowywaniu odcieni i nastroju chwili pisarz osiągał - między innymi - dzięki niecodziennej, czasami wręcz "nieokiełzanej" leksyce, słownictwu o charakterze archaicznym, gwarowym, słownictwu potocznemu, żargonowemu, a także licznym neologizmom, które tworzył z ogromnym zapałem i zadziwiającą świadomością reguł funkcjonujących w języku." Jednym z nich jest słowo 'kundlizm' (pogardliwe określenie kłócenia się, użerania się jak kundle, agresywnego sposóbu bycia), którym Wańkowicz zatytułował zbiór czterech felietonów wydany w 1947r. Dlaczego wybrał akurat takie pejoratywne określenie? Otóż, przedmiotem analizy Wańkowicza jesteśmy my - Polacy i jak można się domyślić, autor ma o Polakach niezbyt pochlebne zdanie. Niestety, trzeba to przyznać, krytyka ta nie jest pozbawiona racji. Przyczyny naszych negatywnych cech narodowych upatruje w dwoistości, bo jak twierdzi: "nasz naród jest tak dwoisty, jak żaden inny." Z jednej strony poszlachecki - przyzwyczajony do zbytku i przywilejów, z drugiej chłopski - przaśny i niewykształcony. Kundlizm jest zjawiskiem obecnym pośrodku, ciałem martwym i izolującym, które rozrasta się w narodzie w czasach kryzysu. Na co dzień objawia się on na wiele sposobów: - w codziennym psioczeniu na Polaków bliżej i dalej znanych, - w wyjątkowo bogatym słownictwie pogardliwych określeń, tj. garkotłuk, pigularz, gryzipiórek, urzędas, klecha, - w bezinteresownej zawiści, która jest naszym chlebem powszednim, i przyczyniła się do ucieczki Modrzejewskiej czy Pendereckiego po występach w Polsce, - w głupocie i braku wyobraźni, - w korupcji i niekompetencji. Wańkowicz uważa, że "dwoistość Polski to jej wielka tragedia". Stoi za nią brak mieszczaństwa jako rzeczywistej siły napędowej walczącej o swoje prawa (również na drodze odświeżającej rewolucji) i będącej przeciwwagą dla szlachty opierającej swą egzystencję na przywilejach. Widzi Polskę chłopską i szlachecką przedzieloną ścianą żydowską pośrodku. Twierdzi, że lata zaborów odwróciły naszą uwagę od nas samych. Brakowało w naszym kraju naturalnych szczebli awansu społecznego, a co za tym idzie ewolucji kultury, która została zepchnięta na margines. Kryzys i ciągłe ubożenie szlachty zmuszonej do osiedlania się w miastach nie zmniejszyły tego podziału. Poszlachcice zajmowali urzędy, bo tylko to mogli robić nie kalając się pracą, ale nie rezygnowali z wyimaginowanej godności, władczości i wyższości - jedynych form wyżycia się człowieka uprzywilejowanego. Chłop naśladował ten sposób bycia i tak pojawił się znany do dziś biurokratyzm, styl płaszczenia się, zrzucania pracy i winy na innych, czapkowania stojącym wyżej w hierarchii i lekceważenia zdegradowanych. Kundlizm zdaniem Wańkowicza to polski styl życia objawiający się brakiem życzliwości i szacunku człowieka do człowieka. Dość smutne to spostrzeżenia. Ale czy nie prawdziwe? Czy wciąż nie aktualne? Felietonów wysłuchałam w formie audiobooka czytanego przez Michała Breitenwalda.
AgnieszkA - awatar AgnieszkA
oceniła na 7 2 lata temu
Bruno. Epoka genialna Anna Kaszuba-Dębska
Bruno. Epoka genialna
Anna Kaszuba-Dębska
Muszę, ze wstydem przyznać, że poza lekturą Sklepów cynamonowych i małej notki na lekcjach polskiego, niewiele wiedziałem o Brunonie Schulzu. Aż do teraz. Bruno. Epoka genialna to biografia aspirująca do bycia totalną i są ku temu powody. Fajnie, że zaczyna się nielinearnie, bo artystę poznajemy jako dorosłego mężczyznę,  podczas pobytu w Paryżu, następnie poznajemy historię jego rodziny by zagłębić się w fakty, które go ukształtowały jako twórcę, pisarza, malarza, rysownika. Jak się okazuje z tego portretu był jedną z barwniejszych postaci artystycznego świata dwudziestolecia międzywojennego. To obraz barwny, niepokorny ale i niepokojący, o czym przekonujemy się, kiedy autorka, napracowawszy się, analizuje poszczególne dzieła artysty i poddaje je swoistej analizie i tłumaczy nam co i kto wpłynął na jego twórczość. Jest to bardzo ciekawe, bo sam Schulz zafascynowany był psychoanalizą między innymi i gdy przyjrzymy się jego tekstom i rysunkom widać tą fascynację. Książka dostarcza też historycznych faktów i dat, bo był to burzliwy czas i również kształtował go jako prozaika. Ostatnia część książki jest najsmutniejsza. Przedstawia sceny śmierci autora Sanatorium pod klepsydrą, a właściwie ich kilkanaście wersji, bo tego jak było nie możemy być pewni, tak niewiele z dorobku i życia Schulza zostało, że trochę dalej pozostaje on dla nas zagadką, także to jak umarł i tym większe należą się Annie Kaszubie-Dębskiej wielkie brawa i podziękowania, że uraczyła nas tą książką i teraz tacy ignoranci jak ja, mogą powiedzieć, że znają choć trochę życiorys Bruna Schulza. Serdecznie polecam!!! Za egzemplarz dziękuję @takczytam.poznan
jackspear217 - awatar jackspear217
ocenił na 7 11 miesięcy temu
Kisielewscy. Jan August, Zygmunt, Stefan, Wacek Mariusz Urbanek
Kisielewscy. Jan August, Zygmunt, Stefan, Wacek
Mariusz Urbanek
Mariuszowi Urbankowi w mojej ocenie najlepiej wychodzą biografie zbiorowe. ‎‎„Genialni” o polskich ‎‎matematykach są tu najlepszym przykładem. Saga ‎Kisielewskich również trzyma solidny poziom. ‎‎Potrafi Urbanek sprawnie poruszać się po zaklętych rewirach II RP i PRL, skrzętnie korzystając z dostępnych ‎‎źródeł i zdobytych kontaktów. ‎Sami bohaterowie książki jednak już tak dobrego wrażenia nie ‎‎robią.‎ Jan August i Zygmunt to zasadniczo osobowości dość odpychające, nawykłe do ‎tego, że wszystko ‎‎im się należy. Pierwszy, przepełniony megalomanią zblazowany ‎dramaturg. Drugi, roszczeniowy ‎‎artysta z bożej łaski i sztubacki rewolucjonista.‎ Syn Zygmunta, Stefan odmalowany jest tu do pewnego momentu jako pożyteczny ‎idiota dla ‎‎peerelowskiej władzy, a później drzazga pod tejże władzy paznokciem. ‎Niespełniony(?) muzyk i ‎‎spełniony felietonista, który pośmiertnym ‎‎„‎Dziennikiem” narobił, kolokwialnie mówiąc, do ‎własnego ‎gniazda. Swoją drogą ciekawe jak komentowałby ‎obecnie panoszący się dualizm ‎medialny.‎ Ten ‎wyrazisty, przewrotny, sarkastyczny pazur karciłby zapewne politycznych ‎‎‎„omnibusów”, nie bacząc na koterie i świętości. I wreszcie syn Stefana, Wacek, połowa eksportowego duetu pianistycznego. Odziedziczył ‎‎artystyczne cechy i dekadenckie ‎skłonności po przodkach, był jednak postacią nader tragiczną i to z ‎‎nim najprędzej można tu sympatyzować. Podpisuję się obiema rękoma pod ‎opiniami polecającymi ‎twórczość tego wybitnego muzyka.‎ Urbanek starannie odrobił zadanie domowe, znajdując wiele wspólnych nici w życiorysach panów ‎‎K. Nie jest to lukrowana biografia, nie jest ‎to pean na cześć legendarnego Kisiela. I tylko niektóre ‎wątki można ‎było jeszcze dokładniej zlustrować.‎
Michał - awatar Michał
ocenił na 7 1 rok temu
Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim Anna Arno
Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim
Anna Arno
…a wszystko zaczęło się od biografii Józefa Czapskiego. Ilość fascynujących osób przedstawionych w lekturze spowodowała, że zapragnęłam poznać ich bliżej. Towarzystwo tych nietuzinkowych postaci, oryginalnych i wolnych umysłem, spowodowało, że sięgnęłam po kolejne biografie- Leonor Fini i Kota Jeleńskiego, za chwilkę zaczynam też biografię Iwaszkiewicza. Konstanty Jeleński, kiedy o nim czytałam, dał mi obraz siebie jako człowieka cichego, lecz bardzo aktywnego w działaniach. Przyjacielskiego i pomocnego aczkolwiek nie narzucającego się. Witold Gombrowicz, który mu bardzo wiele zawdzięczał, tak o nim napisał: „Wszystkie wydania moich dzieł w obcych językach powinny być opatrzone pieczątką 'dzięki Jeleńskiemu’. „By opisać Kota, trzeba by odwołać się do oksymoronów- wspomina Renata Gorczyńska- bo był on uważny i roztrzepany, troskliwy i arogancki, bezbożny i nabożny. Był liberałem i reakcjonistą, kombatantem i pacyfistą, szydercą i kolanopokłonnym. I to nie raz jednym, a raz drugim, lecz tym wszystkim jednocześnie. Można było odnieść wrażenie, że Kotów było wielu. Moim zdaniem, na koniec Kot był jeden”. Po przeczytaniu Gattory- biografii Leonor Fini, miałam w głowie obraz jej i Kota na skalistym wybrzeżu Sardynii nad Morzem Śródziemnym. Czytając tę książkę na kamienistej plaży Wielkiego Morza miałam magiczne wrażenie, że część ich energii wibruje wokół mnie. Ta książka jest o niesamowitym człowieku. Wykształcony w Oksfordzie, mówiący wieloma językami, erudyta, żołnierz Polskich Sił Zbrojnych. Po wojnie mieszkający na zachodzie Europy, piszący dla Kultury, genialny eseista i krytyk. Ale ja wciąż sądzę, że z tych wszystkich tytułów najważniejszym była zdolność bycia przyjacielem. Przyjaciele w moim życiu zawsze odgrywali największą rolę, chciałabym mieć takiego lojalnego powiernika. Najbardziej jednak czytając tę opowieść, czułam zazdrość. Chciałabym ich wszystkich poznać razem. Chciałabym usiąść przy jednym stole z Jeleńskim, Miłoszem, Czapskim, Gombrowiczem, Iwaszkiewiczem, Fini. To był inny świat, to byli inni ludzie, to były rozmowy i życie o czymś. Byli piękni.
czyleciznamipilotka - awatar czyleciznamipilotka
oceniła na 7 4 lata temu
Dziennik 1933-1945 Victor Klemperer
Dziennik 1933-1945
Victor Klemperer
12 lat "1000-letniej III Rzeszy" zaobserwowane, doświadczone i zanotowane, oczami, umysłem i niezmiennie ryzykowną pracą kronikarską ocalonego - narastająco ponura proza każdego dnia nazistowskiego szaleństwa, nienawiści i wreszcie upadku... zapiski z okresu od 10 marca 1933 w piątek wieczorem do 10 maja 1945 w czwartek przed południem... *** 10 marca 1933 30 stycznia Hitler został kanclerzem. To, co przed sobotą wyborczą (5 III) nazywałem terrorem, było łagodnym preludium . Mamy obecnie dokładną powtórkę - tylko znak jest inny: swastyka - sytuacji z 1918. Znowu zadziwia zupełny brak oporu, łatwość, z jaką wszystko się załamuje. Co się stało z Bawarią, gdzie jest Reichsbanner (związek socjaldemokratów na rzecz obrony Republiki, po 1933 r. zakazany), itd., itd? W dodatku na osiem dni przed wyborami coś tak grubymi nićmi szyte jak pożar Reichstagu. Nie potrafię sobie wyobrazić, że ktokolwiek naprawdę wierzy w komunistycznych sprawców, a nie, że była to opłacona robota narodowych socjalistów. Później - dzikie zakazy i gwałty. No i do tego na ulicach, w radiu etc. niczym nieograniczona propaganda. W sobotę, 4., słyszałem fragment przemówienia, które Hitler wygłaszał w Królewcu. Byłem akurat koło dworca. Oświetlony fronton hotelu, przed budynkiem szpaler z pochodniami. Także na balkonach, na słupach z głośnikami ludzie z pochodniami i flagami ze swastyką. Rozumiałem tylko pojedyncze słowa. Ale ten ton! Pełen namaszczenia ryk, naprawdę ryk, niczym jakiegoś klechy. - W niedzielę ja głosowałem na demokratów, Eva (żona) na Centrum. 17 marca 1933 Wybrane informacje: „Na mocy zarządzenia Kanclerza Rzeszy zwolniono pięciu więźniów skazanych latem przez sąd specjalny w Beuthen za zabicie komunistycznego polskiego powstańca”. (Skazano ich na karę śmierci!) - Saksoński komisarz nadzorujący wymiar sprawiedliwości (Manfred von Killinger, osobiście brał udział w wielu przestępstwach) zarządza, że należy usunąć z bibliotek więziennych destrukcyjną truciznę: pisma marksistowskie i pacyfistyczne; że odbywanie kary musi znowu służyć karaniu, wychowywaniu, zadośćuczynieniu; że długoterminowe umowy na druk formularzy, zawarte z firmą Kaden, która drukowała również „Volkszeitung”, tracą swoją moc. Itd., itd. - W afrykańskiej kolonii francuskiej bodaj więcej jest państwa prawa niż pod takimi jak tutaj rządami. - Przypomina mi się nowela Ricardy Huch: Pewien pobożny człowiek chodzi wszędzie za grzesznikiem i czeka, że Bóg go ukarze. Czeka na próżno. Czasem obawiam się, że ze mną będzie jak z tym pobożnym człowiekiem. To naprawdę nie jest frazes: nie potrafię się pozbyć uczucia obrzydzenia i wstydu. I nikt nie protestuje. Wszyscy się trzęsą ze strachu, chowają po kątach. 3 kwietnie 1933 Nie wierzę już w psychikę narodów. Wszystko, co uważałem za nieniemieckie: brutalność, niesprawiedliwość, obłudę, zbiorową histerię - wszystko to kwitnie tutaj. 14 listopada 1933 Głosowałem w niedzielę. Na pytanie plebiscytowe odpowiedziałem „nie”, i na karcie wyborczej do Reichstagu* też napisałem „nie”. Eva oddała obie karty czyste. *12 listopada miało miejsce referendum w sprawie wystąpienia z Niemiec Ligi Narodów oraz wybory do Reichstagu. Udział w wyborach wynosił 95,3%, NSDAP otrzymała 95% głosów. 7 lutego 1934 [...] już 24 II kończy się semestr. A kończy się, bo studenci muszą odbyć „Arbeitsdienst” (Służbę Pracy), albowiem reżim za swoich prawdziwych wrogów - wrogów, których zwalcza - uważa edukację, naukę, oświatę. 13 marca 1936 Hitler powiedział niedawno: „Nie jestem dyktatorem, ja tylko uprościłem demokrację”. 13 sierpnia 1936 Olimpiada, która właśnie dobiega końca, przejmuje mnie wstrętem z dwu powodów. Po pierwsze dlatego, że obecnie w sposób irracjonalny przecenia się sport. Honor jakiegoś narodu zależy od tego, czy jego reprezentant skoczy dziesięć centymetrów wyżej niż reprezentanci innych narodów. Nawiasem mówiąc, najwyżej skoczył Murzyn z USA, a srebrny medal dla Niemiec zdobyła w szermierce Żydówka, Helen Meyer (nie wiem, co jest większym bezwstydem: to, że wystąpiła jako Niemka reprezentująca Trzecią Rzeszę czy to, że jej osiągnięcie przypisano Trzeciej Rzeszy). W „Berliner Illustrierte” z 6 VIII ukazał się artykuł jakiegoś dra Kurta Zentnera, zupełnie poważny i, że tak powiem, pedagogiczny: „Kto się przygląda, nie ma szans. (Tylko twardy trening prowadzi do celu)”. itd, itp, etc... Die Sprache lügt nicht - Die Tagebücher von Victor Klemperer (2004), reż. Stan Neumann
MrOrinow - awatar MrOrinow
ocenił na 10 15 dni temu
Na ramionach olbrzymów Umberto Eco
Na ramionach olbrzymów
Umberto Eco
Zazdrość to uczucie niegodne podobno. Ale co mam zrobić, skoro zazdrość mnie zżera za każdym razem, gdy sięgam po książkę Umberto Eco? A czegóż zazdroszczę (celowo nie piszę nowomodnie „zazdraszczam”, mrugając okiem, że tak naprawdę to nie ma czego) temu zażywnemu włoskiemu brodaczowi? On co prawda opuścił już ten ponury padół pełen paradoksów, ale pozostawił po sobie na tyle bogaty i znaczący dorobek, że wystarczy go jeszcze na wiele, wiele czytelniczych lat, być może aż do nadejścia kolejnych od kilkunastu setek lat wieków średnich, bo jak ewidentnie widać – historia wcale się nie skończyła, ale skutecznie zawraca, co dobrego świadectwa ludzkości jednakowoż nie wystawia. Gdyby można było bez obciachu posłużyć się językiem patetycznym, rzekłbym, że czytanie Eco ubogaca. A na pewno inspiruje. Człowiek staje się w trakcie lektury mądrzejszy, lepszy, wartościowszy. Oczywiście, jest to jedynie efekt wspinania się po ramionach olbrzyma, ale lepsze to, niż pełzanie w błocie. Odpowiadam zatem – zazdroszczę mu mądrości. Tyle i tylko tyle. Zebrane w jednym tomie wykłady, które powstawały w ciągu pierwszych piętnastu lat XXI wieku, poświęcone przeróżnym, ale zawsze ważkim tematom, bardzo często stanowią odzwierciedlenie aktualnych zainteresowań autora. Bo jest i taki poświęcony pięknu, i taki poświęcony brzydocie, żeby wspomnieć o dwóch tylko najbardziej ewidentnych przykładach. W każdym jednak momencie ma się poczucie obcowania z Humanistyką - użyłem wielkiej litery wcale nie dlatego, że mi się caps lock zaciął. Umberto Eco wielkim humanistą był i jest to prawda niepodważalna, aksjomat w zasadzie. W dodatku nienadętym, niesztywnym. Typ rzadki – akademik z poczuciem humoru. Ale to chyba przejaw pychy, recenzować Olbrzyma. Dla mnie w każdym razie to wielka radość, móc czytać książki Eco znów i znów (bo nowe wszak już nie powstaną, niestety). I jest to radość otwarta, niezachłanna i nieegoistyczna, bo niezwykle chętnie dzielę się nią z innymi. Czyli lekturze towarzyszą uczucia ambiwalentne, ale szczere. Czytajmy zatem Eco na wiosnę, czytajmy na okrągło, bo razem z nim wzniesiemy się wyżej i znacznie więcej ujrzymy. I może jednak jakimś cudem uda się odwrócić bieg historii nie powrócić do wieków ciemnych.
PiotrEŚ - awatar PiotrEŚ
ocenił na 8 1 rok temu

Cytaty z książki Porachunki osobiste

Więcej
Leopold Tyrmand Porachunki osobiste Zobacz więcej
Więcej