Intrygujące i niebanalne hard SF. Jednak żeby w pełni je zrozumieć, należałoby zapewne powtórnie przeczytać. Tylko że po pierwszej lekturze nie ma się na to raczej ochoty...
Vizvary nie ułatwia bowiem zadania. Wchodzimy w jego świat z marszu i bez podstawowych definicji, których znaczenia trzeba się domyślać z kontekstu. Do tego z niepewnym związkiem przyczynowo - skutkowym oraz zachwianą, oniryczną chronologią. Pozwala to uruchomić wyobraźnię. Jej użycie jest w zasadzie obligatoryjne, aby spróbować przebrnąć przez zastawione tutaj pułapki. Klimat niejasnego zagrożenia i kosmicznej izolacji przypomina jako żywo starego Lema. Piana Wolframa stanowić może zresztą jawne nawiązanie do Oceanu z Solaris.
Vizvary w oryginalny sposób wykorzystuje religię i sztuczną inteligencję. Z łatwością tworzy skomplikowane koncepcje, doprawiając całość technicznym socjolektem oraz szczyptą psychologii. Ze względu na mnogość interpretacji ta historia mocno wczepia się w głowę i nie pozwala o sobie zapomnieć.
Na koniec pozostaje tylko jedno nurtujące pytanie. Czy to jest rzeczywiście aż tak dobre, czy jednak fałszywie przeintelektualizowane?
Nadal nie jestem pewien. Może jednak trzeba będzie powrócić w rejon Enceladusa, by zweryfikować wstępną ocenę?
Intrygujące i niebanalne hard SF. Jednak żeby w pełni je zrozumieć, należałoby zapewne powtórnie przeczytać. Tylko że po pierwszej lekturze nie ma się na to raczej ochoty...
Vizvary nie ułatwia bowiem zadania. Wchodzimy w jego świat z marszu i bez podstawowych definicji, których znaczenia trzeba się domyślać z kontekstu. Do tego z niepewnym związkiem przyczynowo - skutkowym...
W zapale czytelniczym tak się zacietrzewiłem, że na śmierć zapomniałem, że zacząłem już kiedyś tą książkę i się od niej dość szybko odbiłem, skutkiem czego dokonałem nieświadomie powtórnego zakupu. Nie muszę chyba dodawać, że to spowodowało tylko wzrost moich oczekiwań względem tej pozycji, które to oczekiwania nie zostały dowiezione niestety.
Mamy tu sporo pomieszania z poplątaniem, wątki niezbyt spójnie się zazębiają, wiele pozostaje niewyjaśnione, albo potraktowane pobieżnie, a narracja bywa trudna do przyswojenia, co tylko pogłębia uczucie konfuzji. Potencjał na pewno był, pomysły też, choć nie zawsze cudownie oryginalne, bo trudno nie wychwycić nawiązań do choćby 'Odysei kosmicznej', ale rozbiły się, mam wrażenie, o warsztat pisarski. Podsumowując - rozczarowanie, szczególnie biorąc pod uwagę entuzjastyczne opinie, które gdzieniegdzie krążyły.
W zapale czytelniczym tak się zacietrzewiłem, że na śmierć zapomniałem, że zacząłem już kiedyś tą książkę i się od niej dość szybko odbiłem, skutkiem czego dokonałem nieświadomie powtórnego zakupu. Nie muszę chyba dodawać, że to spowodowało tylko wzrost moich oczekiwań względem tej pozycji, które to oczekiwania nie zostały dowiezione niestety.
„Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvary'ego to ambitne hard science fiction, które wysłuchałam jako audiobook w interpretacji Wojciecha Żołądkowicza z muzyką Marcina Wasilewskiego - rewelacyjna produkcja, wzbogacająca psychodeliczną narrację. Powieść łączy postapokaliptyczną wizję Ziemi z kosmiczną eksploracją, kwestionując granice ludzkiego poznania i percepcji.
Akcja rozgrywa się w 2069 roku, po katastrofie ekologicznej, która zniszczyła ekosystem Ziemi -pandemia unicestwiła rośliny okrytonasienne, prowadząc do powrotu do epoki kamiennej i przeludnienia stacji kosmicznych. Trzyosobowa załoga statku ESS „Steropes” - w tym emocjonalny Dawid czekający na rekonstrukcję twarzy - wyrusza w próbny rejs do punktu Lagrange'a między Saturnem a Enceladusem, by zbadać oceany księżyców za pomocą myślorostu Plejone i opuszczoną rosyjską stację Rasswiet. Misja szybko przeradza się w koszmar: załoga słyszy „purpurowy szept”, doświadcza synestezji, wstecznej kauzacji i przeskoków między rzeczywistościami - bohaterowie giną i ożywają, narracja urywa się, a granica między przyczynami a skutkami zaciera.
Powieść wyróżnia się oryginalnymi konceptami jak egzokorteks regulujący percepcję, neologizmy myślorostu opisujące obce zjawiska oraz dychotomią „wiedzieć czy wierzyć” - Rosjanie mieszają naukę z religią, podkreślając ograniczenia ludzkiego rozumu. Audiobook potęguje immersję: Żołądkowicz mistrzowsko oddaje postacie, w tym AI z przetworzonym głosem, a muzyka Wasilewskiego buduje napięcie i psychodelię. Tematy jak kruchość człowieka w kosmosie czy rola sztuki w pojmowaniu nieznanego prowokują do refleksji. Podobnie jest z koncepcją wspomnianej wstecznej kauzacji.
Forma jest mocno wymagająca - nielinearna narracja z chaosem czasowym i onirycznymi przeskokami frustruje, zwłaszcza w audiobooku bez możliwości zaznaczania. Narracja psuje się po dotarciu do punktu Lagrange’a: rozdziały kończą się urwanymi zdaniami, perspektywy mieszają się, a egzokorteks (regulujący percepcję Dawida) przestaje filtrować rzeczywistość, powodując iluzje śmierci. Purpurowy szept - obca komunikacja z oceanu Enceladusa -wywołuje halucynacje, gdzie załoga doświadcza wielokrotnych „śmierci” i wskrzeszeń w alternatywnych liniach czasowych. Brak słowniczka terminów (myślorost, piana Wolframa) i słabe kreacje niektórych postaci pogłębiają wrażenie przeładowania pomysłami. Bliżej tu Dukaja niż rozrywkowej SF.
To uczta dla miłośników ambitnego SF, nagradzana Zajdlem powieść, która zostaje w głowie - polecam, ale z ostrzeżeniem o skupieniu.
„Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvary'ego to ambitne hard science fiction, które wysłuchałam jako audiobook w interpretacji Wojciecha Żołądkowicza z muzyką Marcina Wasilewskiego - rewelacyjna produkcja, wzbogacająca psychodeliczną narrację. Powieść łączy postapokaliptyczną wizję Ziemi z kosmiczną eksploracją, kwestionując granice ludzkiego poznania i percepcji.
Akcja...
Książka dziwna w ten sposób, który bardzo lubię. Nawiązuje do klasycznego SF, w którym autorzy dokonywali rozkmin na różne tematy i takie rozkminy są tu obecne.
Książka dziwna w ten sposób, który bardzo lubię. Nawiązuje do klasycznego SF, w którym autorzy dokonywali rozkmin na różne tematy i takie rozkminy są tu obecne.
Książka przeczytana w ramach poszukiwania osobistego i osobliwego świętego Graala - dobrze napisanej współczesnej polskiej POWIEŚCI fantastycznej, czy horroru w celu przeciwdowodu na własną tezę.
Moja teza jest taka, że współcześni polscy pisarze nie potrafią pisać powieści jako takiej, przeważnie ruszają z jednym konceptem, starczającym co najwyżej na rozbudowane opowiadanie i sztucznie nadmuchują to do rozmiarów powieści wątkami zbyteczno-pobocznymi (vide "Płomień" Salik, czy ostatnio "Chodź ze mną" Możdżenia) albo też piszą o wszystkim i o niczym naraz, zarzucając czytelnika mnogością chaotycznych pomysłów i wątków, które nijak nie dają się skleić w spójną całość. "Lagrange" to właśnie ten drugi przypadek.
Zmarnowałem kilkanaście cennych godzin życia na ten postapokaliptyczny, pseudonaukowy bełkot o wyprawie do księżyców Saturna w poszukiwaniu nie wiadomo czego. Autor totalnie nie panuje nad formą i treścią tego, co chce przekazać czytelnikowi, nie mam zielonego pojęcia, czy osnową fabuły jest eksploracja kosmosu, czy metafizyka otoczenia Saturna, czy bliskie spotkanie trzeciego stopnia, czy może też tęsknota za Ziemią. Tu jest wszystko i nie ma nic.
Denności dopełniają bohaterowie, o których można powiedzieć co najwyżej tyle, że są. Jest ich zaledwie troje, w porywach czworo, ale to i tak przerosło autora, jeśli chodzi o ich JĄKOKOLWIEK charakterystykę. Serio, przez 350 stron nie dowiadujemy się o trojgu postaci absolutnie nic, są bezcechowi, bezosobowi, w zasadzie nie istnieją.
Akcja polega na tym, że te kartonowe figurki siedzą sobie w otoczeniu Saturna i z użyciem narzędzi o pseudotechnicznych nazwach, których autor oczywiście nie raczy wyjaśnić (czym jest piana Wolframa, czy Narrator?), ale służących de facto do wprowadzania co rusz deus ex machina ("co tam się wydarzyło? hmm, zapytam Narratora, on nie tylko wyjaśni, ale jeszcze zrobi predykcję").
Dosyć. Powieść to czystej wody bełkot, mózg zlasowany.
Książka przeczytana w ramach poszukiwania osobistego i osobliwego świętego Graala - dobrze napisanej współczesnej polskiej POWIEŚCI fantastycznej, czy horroru w celu przeciwdowodu na własną tezę.
Moja teza jest taka, że współcześni polscy pisarze nie potrafią pisać powieści jako takiej, przeważnie ruszają z jednym konceptem, starczającym co najwyżej na rozbudowane...
Ciekawie napisana, podobała mi się narracja. Czasem można się pogubić i książka lubi skakać między wątkami ale można to ogarnąć. Jak to w przypadku dobrego sf pochylamy się nad kondycją ludzkości, książka mocno zmusza do refleksji na temat kierunku rozwoju naszej cywilizacji. Tempo raczej wolniejsze ale za to jest mocno klimatycznie
Ciekawie napisana, podobała mi się narracja. Czasem można się pogubić i książka lubi skakać między wątkami ale można to ogarnąć. Jak to w przypadku dobrego sf pochylamy się nad kondycją ludzkości, książka mocno zmusza do refleksji na temat kierunku rozwoju naszej cywilizacji. Tempo raczej wolniejsze ale za to jest mocno klimatycznie
No i co ja mam napisać? Fascynująca, ale wymagająca hard SF – czy może – bełkotliwa i bezsensowna piła, która jedynie udaje, że jest głęboka i naukowa? A co jeśli i to i to?
No dobra, po kolei. A więc najpierw zalety. Solidne naukowe podstawy. Znakomita ekstrapolacja obecnych trendów – rozwój sztucznej inteligencji, nierealność podróży międzygwiezdnych, pandemia powodująca zagładę cywilizacji. Ciekawe przemyślenia dotyczące problemów i wyzwań związanych z cyborgizacją i używaniem interfejsu rozszerzonej rzeczywistości. Świetny klimat postapo w listach z Ziemi oraz atmosfera tajemniczości na orbicie Saturna. Wiara w inteligencję czytelnika, któremu Autor pozwala zanurzyć się w obcym świecie przedstawionym i samemu odszyfrowywać czym są egzokorteksy, myślorosty i piany Wolframa – bez nierealistycznych i burzących immersję wykładów i tłumaczeń. Fascynująca nielinearna narracja, kojarząca się z ponarkotycznymi odjazdami P.K. Dicka.
No to teraz wady. Brak jakiegokolwiek wytłumaczenia zasad i artefaktów świata przedstawionego – czytamy o egzokorteksach, myślorostach i pianie Wolframa, nie mając najmniejszego pojęcia, czym one do cholery są. Możemy się tylko domyślać. No i chaotyczna nielinearna narracja kojarząca się z ponarkotycznymi odjazdami P.K. Dicka.
Tak, dobrze widzicie – te same kwestie umieściłem w zaletach i wadach. No taka właśnie jest ta książka. Tu nawet nie chodzi o to, że różne typy czytelników mogą te cechy uznać za wady lub zalety. To JA uznaję je JEDNOCZEŚNIE za wady i zalety. Świat z powieści tak bardzo różni się od naszego, że troszeczkę wyjaśnień naprawdę by nie zaszkodziło. Chociażby myślorost – mniej więcej (po dwukrotnym przesłuchaniu audiobooka) domyślam się, co to takiego, ale ten koncept jest tak niesamowity i odległy od tego, co znamy, że chciałbym się dowiedzieć więcej o jego genezie, zastosowaniach, budowie, zasadach działania. A co do nielinearnej narracji – jeśli myślicie, że chodzi po prostu o przeskoki czasowe, że Autor najpierw opisuje, co było w niedzielę, potem co zdarzyło się w zeszły piątek, a następnie za dwa tygodnie, to możliwe, że zupełnie nie jesteście gotowi na „Lagrange”. Tutaj mamy przeskoki do alternatywnych wersji rzeczywistości (przynajmniej tak to zdaje się wyglądać). Bohaterowie pojawiają się, znikają, są martwi, w następnym rozdziale żyją – i wszystko to bez żadnego wyjaśnienia. Autor w wywiadzie twierdzi, że to wszystko ma jakiś sens i chwali się, że napisali do niego czytelnicy, którzy prawidłowo odgadli osootuchooodzi. Ale czy naprawdę? Bo we mnie walczą, odkąd przesłuchałem tę powieść, dwa wilki – jeden mówi mi, że nic nie zrozumiałem, bo jestem za głupi, a drugi wilk – że tu wcale nie ma żadnego sensu, a Autor po prostu robi sobie z czytelników i krytyków jaja. W trakcie pisania puścił hamulce i pojechał po bandzie, wcale nie próbując stworzyć spójnej historii i teraz śmieje się z nas w kułak.
No cóż, naiwnie wierzę w ludzi, więc wybieram pierwszego wilka i pomimo tych wad absolutnie nie żałuję, że przeczytałem „Lagrange”, i polecam ją każdemu miłośnikowi SF, pod warunkiem że nie boi się wyzwań intelektualnych. Jeśli lubisz Dukaja, „Ubika” i najtrudniejsze powieści Lema, śmiało sięgaj po Vizvary’ego. Natomiast jeśli lubisz tylko fantastykę rozrywkową, a od powyższych nazwisk się odbijasz, lepiej sobie daruj, bo tylko się rozczarujesz.
Powieści słuchałem w audiobooku (ISBN 9788367677585), którego jednocześnie polecam i nie polecam (no tak już mam z tą powieścią, jak widać). Polecam, bo to jedno z najlepszych nagrań książki, jakich kiedykolwiek słuchałem. Cytując opis: „Audiobook, który właśnie trzymasz w rękach, to prawdziwa uczta dla zmysłów. Produkcja została wzbogacona o muzykę skomponowaną przez Marcina Wasilewskiego. Lektor, Wojciech Żołądkowicz, w mistrzowski sposób wcielił się w każdą z postaci, a jego głos został miejscami specjalnie przetworzony, by brzmiał jak sztuczna inteligencja”. W tych buńczucznych deklaracjach nie ma ani słowa przesady. To naprawdę jest rewelacyjne słuchowisko.
Czemu więc jednocześnie nie polecam? Bo ta powieść jest tak zakręcona, że aż się prosi o wracanie do wcześniejszych fragmentów, zaznaczanie ich, robienie zakładek czy notatek, jakby to był podręcznik do cholernej fizyki. W audiobooku tego nie zrobisz (poza zakładkami, ale to nie to, co w fizycznej książce) i bardzo tego brakuje, bo tej historii nie da się rozkminić podczas jednego odsłuchu od A do Z. No chyba, że jesteś Dukajem, to może tak.
No i co ja mam napisać? Fascynująca, ale wymagająca hard SF – czy może – bełkotliwa i bezsensowna piła, która jedynie udaje, że jest głęboka i naukowa? A co jeśli i to i to?
No dobra, po kolei. A więc najpierw zalety. Solidne naukowe podstawy. Znakomita ekstrapolacja obecnych trendów – rozwój sztucznej inteligencji, nierealność podróży międzygwiezdnych, pandemia powodująca...
Tęsknota za misją Cassini usilnie mobilizuje mnie do szukania ambitnych książek z eksploracją lodowego świata, gdzieś w naszym układzie albo i dalej. Quasi-polarna wyprawa na lodowy księżyc, na niebie wschodzący Saturn. Czy to nie piękne? Niedoczekanie moje. Tak trafiłem na absolutnie cringowego ,,Enceladusa”. Teraz trafił mi się przebodźcowany misz masz, czyli ,,Lagrange. Listy z ziemi”, gdzie było absolutnie wszystko, łącznie z Jezusem Saturna.
Generalnie, gdy biorę do ręki najnowszą prozę, nieznanego mi pisarza, to, co do zasady, macha mi korowód czerwonych flag. Warto jednak poszerzać swoją strefę komfortu. Zaciekawiły mnie pozytywne opinie, okładka i to, czy książka jest warta nagrody Zajdla.
Przeczytałem, z dużym trudem, męcząc się od 1/3 i stwierdzam, że (nie licząc ,,Endeladusa”) dawno nie przeczytałem tak złej, chaotycznej książki, takiego przerostu formy nad treścią.
Odnoszę wrażenie, że dodano tu mnóstwo technicznego, trudnego słownictwa, wymieszano poziomy czasowe, aby wszyscy uznali, że jest to dobre i odkrywcze. Ja jednak tego nie kupuję. Jeśli już, na siłę, porównywać do Lema, to jest to raczej produkt lemopodobny.
Tyle tytułem ogółu. Jeśli kogoś interesuje szersze uzasadnienie mojego ,,werdyktu”, to zapraszam poniżej.
Co do wad:
1) Brak spójnej koncepcji czym i o czym ma być ta książka. Czy to jest ziemskie postapo? Powieść o kosmicznej korporacji z Ilonem na czele? Eksploracja ciała niebieskiego? Zapis podróży kosmicznej? O zagubieniu człowieka pośrodku AI? A może to o rosyjskiej eksploracji wszechświata, podszytej filozofią i religią? Żaden wątek nie wydaje się wiodący. Trudno nie mieć wrażenia absolutnego przesycenia i pomieszania. Każdy z motywów mógłby posłużyć za osobny pomysł na książkę, a tak skompilowano wszystko w jednej.
2) Wprowadzenie zbyt dużo tworów AI o wymyślnych nazwach: Plejone, egzo, narrator, medycyna i jakieś inne. Ich funkcje albo się dublują albo nie są w ogóle wyjaśnione. Bohaterowie ciągle z nimi rozmawiają, a one rozwiązują wszystkie problemy. W zasadzie, po co ta tajemnica, jeśli AI może pokazać jakieś miejsce, a potem, na żądanie, to samo miejsce 4 lata wcześniej.
3) Zbyt dużo przeskoków czasowych i onirycznych, potęgujących wrażenie chaosu. Postać umiera, w następnym rozdziale żyje i inne takie ,,kwiatki”.
4) Niejasny przeskok z prowadzenia narracji trzecio-osobowej do pierwszoosobowej.
5) Na ścianach statku kosmicznego pojawiają się wizualizacje różnych miejsc na ziemi i w kosmosie. Opisy tego na początku mogą być i ciekawe. Po entym razie jest to już odtwórcze i rozbijające akcję.
6)Słaba kreacja postaci. Coś niecoś dowiadujemy się o Dawidzie, nieco o Styksie. Anna to jakaś papierowa przezroczysta kobieta. Wprowadzenie Aniki (i dlaczego nagiej?) oraz Gertrudy wydaje się kompletnie nikomu niepotrzebne. Kim one właściwie były? Jaka była logika ich wprowadzenia do fabuły?
7) Sam Enceladus to już wystarczająco ciekawy i pojemny temat. Po co te wzmianki o Tytanie? Przejawiający się wątek podróży dalszej to kwiatek do kożucha. To w końcu ma być misja na Endeladusa, czy Alfę?
Co do plusów, bo przecież nie wszystko jest tu złe:
1) Jest tu trochę (garść) eksploracji Enceladusa.
2) Podobał mi się wątek postapokaliptycznej Polski z lotu ptaka. Przypomina mi taki dokumentalny serial ,,World after people”. Przyroda zarosłaby pozostałości dużych miast szybciej niż nam się zdaje.
3) Jest tu mimo wszystko jakaś atmosfera mistycznej tajemnicy. Badamy jakieś pozostałości poprzednich misji.
Reasumując. Za dużo, za mocno. Przeciwstawny biegun niż ,,siła tkwi w prostocie”. Jeśli lektor już się myli i zamiast przeczytać Jezus Saturna, czyta Saturn Jezusa, to chyba coś jest na rzeczy.
,,U have been warned.”
Przeczytane w ramach wyzwania lc na listopad: książka polskiego autora wydana po 2000.
Audiobook.
Tęsknota za misją Cassini usilnie mobilizuje mnie do szukania ambitnych książek z eksploracją lodowego świata, gdzieś w naszym układzie albo i dalej. Quasi-polarna wyprawa na lodowy księżyc, na niebie wschodzący Saturn. Czy to nie piękne? Niedoczekanie moje. Tak trafiłem na absolutnie cringowego ,,Enceladusa”. Teraz trafił mi się przebodźcowany misz masz, czyli...
Niesamowicie aktualna książka. Tak się akurat złożyło, że czytałam niedawno biografię Elona Muska, śledzę też konflikty, które się dzieją na świecie – niby nie ma to związku z Lagrange, ale może jednak trochę ma…
Jestem Anną B. 🙃, więc mogłabym odebrać zakończenie dość osobiście. W sumie odebrałam. Jako młodsza wersja przyszłej siebie też myślę: „Boję się (…) Może tylko nas straszą, może nie będzie tak źle, ale i tak się boję”. Mój dziadek nie miał sadu, ale miał szklarnię. Nigdy później pomidory nie pachniały już tak, jak kiedy byłam dzieckiem. Mam szansę dożyć do 2069, ale jaki wtedy będzie świat? To tyle z osobistych dygresji.
Jeżeli nie czytaliście jeszcze #lagrangelistyzziemi to oczywiście ten wstęp jest niewielemówiący – jakby powiedzieli krytycy tej lektury – zupełnie jak książka. Zbiera ona bowiem mieszane opinie (niżej wyjaśnię dlaczego), lecz mnie się podobała.
Myślę, że przynajmniej część osób będzie miała odczucie, podobnie jak ja, że Lagrange ma lekki vibe Solaris Lema. Coś z tej melancholii.
„Ziemia odbija się w człowieku - jest jego właściwym kosmosem. Ten tutaj - to pustka.
Wszystko, co możemy w nim dojrzeć, zabraliśmy ze sobą z Ziemi.
Zapachy są ziemskie, kolory tak samo. Jak gdyby człowiek utkany był z tęsknoty za tym, co zna. Lecz mało, co ma tutaj kolor czy zapach. Tak, ten kosmos to pustka. A ja jestem tęsknotą.”
Tu jest niestety za mało miejsca, żeby wszystko omówić, ale w skrócie - niektórzy zarzucają tej publikacji, cytuję: „dziwaczny żargon, zbytnie zagęszczenie pomysłów, eksperymenty narracyjne/chaos konstrukcyjny, pseudointelektualne pustosłowie”, itp. No, trochę tych krytycznych opinii widziałam. Ale równie dużo osób książkę tę bardzo docenia. Zdobyła ona m.in. nagrodę Zajdla.
Rozumiem z jakich powodów wynika to, że niektórzy się od niej odbijają (Sądzę, że nie każda książka musi dawać odpowiedzi, czasem jest ważne, jakie stawia pytania. A tu jeszcze sposób prezentacji jest „nieliniowy”), ale jeżeli macie możliwość, to proponuję dać szansę, bo jednego jej zarzucić nie można. Na pewno nie jest nijaka.
Polecam!
Niesamowicie aktualna książka. Tak się akurat złożyło, że czytałam niedawno biografię Elona Muska, śledzę też konflikty, które się dzieją na świecie – niby nie ma to związku z Lagrange, ale może jednak trochę ma…
Jestem Anną B. 🙃, więc mogłabym odebrać zakończenie dość osobiście. W sumie odebrałam. Jako młodsza wersja przyszłej siebie też myślę: „Boję się (…) Może tylko...
Wciągnęła mnie ta proza,dobre dialogi,pomysły a nawet filozoficzna rozkmina. Rzadko sięgam po polską fantastykę,teraz zdecydowanie było warto. Okładka cudo.
Wciągnęła mnie ta proza,dobre dialogi,pomysły a nawet filozoficzna rozkmina. Rzadko sięgam po polską fantastykę,teraz zdecydowanie było warto. Okładka cudo.
Z jednej strony mam wrażenie że ta książka ma coś w sobie, coś, czego nie do końca jestem w stanie dostrzec. Z drugiej jednak strony, że tego "coś" tam nie ma a ja usilnie próbuje to tam dostrzec.
Czym jest NIEZNANE i czy to co stało się z Ziemią jest pokłosiem spełnienia życzeń, trochę przewrotne, na zasadzie "uważaj o co prosisz, bo może się spełnić"?
Reasumując dochodzę do wniosku, że jednak za cienki jestem do tej książki.
Ale jeszcze do niej wrócę.
Z jednej strony mam wrażenie że ta książka ma coś w sobie, coś, czego nie do końca jestem w stanie dostrzec. Z drugiej jednak strony, że tego "coś" tam nie ma a ja usilnie próbuje to tam dostrzec.
Czym jest NIEZNANE i czy to co stało się z Ziemią jest pokłosiem spełnienia życzeń, trochę przewrotne, na zasadzie "uważaj o co prosisz, bo może się spełnić"?
Z jednej strony bardzo ciekawe pomysły np. egzokorteks, wizje apokalipsy, czy wplecenie postaci Elona. Trafne przemyślenia. Z drugiej strony forma trochę zbyt udziwniona i przekombinowana. Jeżeli ktoś lubi hard s-f, to polecam przeczytać właśnie dla tych wizji i pomysłów.
Na plus piękna, oldschoolowa okładka.
Z jednej strony bardzo ciekawe pomysły np. egzokorteks, wizje apokalipsy, czy wplecenie postaci Elona. Trafne przemyślenia. Z drugiej strony forma trochę zbyt udziwniona i przekombinowana. Jeżeli ktoś lubi hard s-f, to polecam przeczytać właśnie dla tych wizji i pomysłów.
Na plus piękna, oldschoolowa okładka.
Dosc ciekawa pozycja. W pierwszej chwili odnosze wrazenie pomieszania Solaris, Odysei i filozoficznych wycieczek z innych powiesci.
Trudno mi powiedziec, czy bede wracac, ale na pewno autor mnie zaciekawil.
Konstrukcja ksiazki plynnie przechodzi od opisow, przez filozficzne dylematy egzystencjonalne do akcji i na powrot rozwazan. Jednak jest napiecie i nie odlozylem, wiec polecam.
Dosc ciekawa pozycja. W pierwszej chwili odnosze wrazenie pomieszania Solaris, Odysei i filozoficznych wycieczek z innych powiesci.
Trudno mi powiedziec, czy bede wracac, ale na pewno autor mnie zaciekawil.
Konstrukcja ksiazki plynnie przechodzi od opisow, przez filozficzne dylematy egzystencjonalne do akcji i na powrot rozwazan. Jednak jest napiecie i nie odlozylem, wiec...
„Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvaryego to ambitne wejście w świat twardej science fiction. Autor zabiera nas w rok 2069, gdy ludzkość jest na krawędzi upadku. Po katastrofie biologicznej, która zniszczyła większość roślin, ziemskie ekosystemy się załamały, wybuchły wojny i głód, a nadzieja na przetrwanie przeniosła się w kosmos.
Głównym bohaterem jest David, który po dramatycznym pożarze na stacji kosmicznej nie tylko walczy z poważnymi poparzeniami, ale też z utratą swojej egzo-kory – technologii, która dotąd regulowała jego emocje i „upiększała” rzeczywistość. Podczas rekonwalescencji tworzy własną sztuczną inteligencję, Narratora, i wkrótce trafia na misję w okolice Saturna, gdzie ma odzyskać genetyczny „skarbiec” Ziemi. Tam spotyka się z niezwykłymi technologiami, jak poetycko opisująca świat Pleone, i natyka na ślady szalonego rosyjskiego eksperymentu, który zakłóca sam porządek przyczyn i skutków.
Powieść jest pełna pomysłów – od wizji upadku biosfery, przez spekulatywne technologie, aż po kosmiczne intrygi. Momentami mnogość wątków może przytłoczyć, ale właśnie w tym kryje się jej oryginalność. To książka, która pokazuje, że polska twarda SF potrafi być pomysłowa, wymagająca i nieoczywista.
Dla mnie to jedna z tych historii, które zostają w głowie jeszcze długo po przeczytaniu – nawet jeśli czasem trzeba się w nich pogubić.
„Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvaryego to ambitne wejście w świat twardej science fiction. Autor zabiera nas w rok 2069, gdy ludzkość jest na krawędzi upadku. Po katastrofie biologicznej, która zniszczyła większość roślin, ziemskie ekosystemy się załamały, wybuchły wojny i głód, a nadzieja na przetrwanie przeniosła się w kosmos.
"Nihil novi sub sole", a więc przepis na napisanie nagradzanej powieści SF w Polsce. I właściwie niewiele więcej da się o tym tekście powiedzieć. Bo to sprawnie napisana, dobrze przemyślana, ale wtórna opowieść, która próbuje zebrać wszystkie elementy poprzedników w jednej historii.
Jeśli nie czytaliście Dukaja ani Lema — polecam. Jeśli czytaliście i tęsknicie za tym klimatem — też polecam. Ale jeśli spodziewacie się czegoś nowego, czegoś, co dorówna szumowi, jaki zrobił się wokół tej powieści... to niestety — nie tym razem.
Na plus można zaliczyć formalne zabiegi, fragmentaryczną narrację i ciekawie przedstawioną postapokaliptyczną Ziemię. No i humor — bo nie zabrakło tu AI służącej wielkiemu Elonowi, co wypada całkiem zabawnie.
Ale to też świetny pretekst, by porozmawiać o nagrodach w polskim fandomie. Bo liczba statuetek, jakie zebrała ta całkiem niezła (ale nie wybitna) powieść, pokazuje, jak bardzo scena fantastyki u nas się zabetonowała. Aż trudno uwierzyć, że wśród jurorów nie dominują ludzie w wieku zaawansowanego kryzysu wieku średniego, wracający pamięcią do czasów, gdy w przerwach w liceum zaczytywali się w Lemie.
Co gorsza, przestajemy się różnić od mainstreamu: nagradzamy właściwie fanfiki, które operują tymi samymi motywami, co zawsze.
Tak, to dobra powieść — formalnie i fabularnie — ale w żadnym razie wybitna. Nawet nie próbuje być. Więcej emocji budzi we mnie Pawlak czy Szmajdziński (który, swoją drogą, wydał nową książkę) — bo obaj celują wyżej, czuć u nich głód opowiedzenia czegoś własnego. A u Visvarego... no cóż, jest stan zawieszenia. Jakby cała lekkość i lotność ugrzęzła gdzieś w punkcie Lagrange’a.
Trochę tu Lema, trochę Dukaja — i tyle.
https://www.instagram.com/p/DI_IXiCohpT/
"Nihil novi sub sole", a więc przepis na napisanie nagradzanej powieści SF w Polsce. I właściwie niewiele więcej da się o tym tekście powiedzieć. Bo to sprawnie napisana, dobrze przemyślana, ale wtórna opowieść, która próbuje zebrać wszystkie elementy poprzedników w jednej historii.
Jeśli nie czytaliście Dukaja ani Lema — polecam. Jeśli czytaliście i tęsknicie za tym...
Ciekawa, choć wymagająca lektura. W utworze zauważyłem odniesienia do "Solaris". Ciekawe było umieszczenie w książce Narratora, który opowiada o alternatywnej wizji przyszłości. Książka ma także charakter psychologiczny, co skłania czytelnika do refleksji.
Ciekawa, choć wymagająca lektura. W utworze zauważyłem odniesienia do "Solaris". Ciekawe było umieszczenie w książce Narratora, który opowiada o alternatywnej wizji przyszłości. Książka ma także charakter psychologiczny, co skłania czytelnika do refleksji.
Konstrukcyjnie rzecz przypomina lemowski Solaris, uwspółcześniony, ostrzejszy, bardziej mroczny - kontakt z czymś tak obcym, że niemal niemożliwym do zarejestrowania. Jest tu też Odyseja Kubricka (można znaleźć sprytne cytaty). I to jest trop którym, moim zdaniem, należy podążać w tej powieści. Człowiek jest bardzo ułomny, w zderzeniu z górą lodową wszechświata rozbija się jego pojmowanie rzeczywistości. Lagrange... to powieść o nieciągłości - brak linearnej narracji, skoki w czasie i przestrzeni, co chwila zmienia się rzeczywistość, przed chwilą martwi, żyją sobie jak gdyby nigdy nic, na granicy niepojętego pojawia się niedookreślony mistycyzm, rzeczywistość to wszechświat schrödingera. Z pewnością nie jest to powieść dla każdego, rzekłbym nawet, że dla nielicznych.
Koniec końców to rzecz która pyta o sens, czyli odwieczne pytania bez odpowiedzi, ale z jakiegoś powodu, nieustannie zadawane.
Najlepsze polskie SF od wielu lat.
10/10
Konstrukcyjnie rzecz przypomina lemowski Solaris, uwspółcześniony, ostrzejszy, bardziej mroczny - kontakt z czymś tak obcym, że niemal niemożliwym do zarejestrowania. Jest tu też Odyseja Kubricka (można znaleźć sprytne cytaty). I to jest trop którym, moim zdaniem, należy podążać w tej powieści. Człowiek jest bardzo ułomny, w zderzeniu z górą lodową wszechświata rozbija się...
Pierwsze, co się nasuwa próbując odgadnąć zamierzenia i ambicje autora: to miał być manifest pesymizmu poznawczego i ułomności ludzkiego umysłu w próbach zrozumienia świata. Jakby chciał podążać po śladach lemowskiego Solaris czy Fiasko? Jeśli tak, to nie umie czytać tych śladów i kompletnie się w nich pogubił. Zostały z tego „naukowe” dekoracje kryjące quasi-mistyczne brednie. I brednie bezprzymiotnikowe.
Gorączkowa gonitwa najróżniejszych pomysłów pojawiających i szybko wypalających się by zrobić miejsce kolejnym i następnym. Krótko mówiąc: autor nie potrafił zdecydować, o czym właściwie ma być ta książka. Chciał o wszystkim, wyszło o niczym.
Wyraźnie próbował malować ponure „storyboardy” dla jakiegoś filmowego Dark SF – w stylu np. Event Horizon, Pandorum czy Ad Astra. Jeśli tak, to łączyłaby je „mroczność” i... treściowy bezsens. Scenariusze „kosmicznych” hollywoodzkich produkcyjniaków przyzwyczaiły do tak dotkliwego braku sensu i logiki, że... już mało kto się ich spodziewa i oczekuje. I z takim właśnie produktem wychodzi Vizvary. Weźcie mi to sfilmujcie - stwórzmy jeszcze jeden taki gniot...
Jedna z poprzedniczek stwierdziła, że „próbuje skleić styl Lema i Dukaja, niestety z miernym skutkiem”. Bardzo trafne porównanie i ocena. Nie sposób skleić Lema z Dukajem (zero kompatybilności) i z takich prób nie wyjdzie wiele sensownego. Tu nie wyszło na pewno.
Jeszcze przed lekturą książki przeczytałem sporo tutejszych recenzji. Po lekturze najbardziej zaskakuje powtarzający się w nich motyw w stylu: „Uuuch, jakież to twarrrde SF!” Że co? Jeden z członów tego określenia brzmi „SCIENCE”. A tu są tylko puste dekoracje (i pustosłowie) mające jedynie udawać „twarde” SF. Natomiast fabuła to już – przepraszam – brednie. Kompletne. Może zaliczyć je do Weird Fiction? Do horrorów w kosmicznych dekoracjach? Ale NAUKOWA ta Fantastyka nie jest.
Czytelniku, nie daj się omamić sztuczką: „Skoro tyle tu »mądrych« słów, to MUSI być bardzo »mądre«? Pewnie tylko ja jestem na to za głupi...”. Traktuj to raczej jako znak ostrzegawczy: Próba utopienia w »mądrych« słowach często ma przesłonić miałkość czy wręcz... głupotę treści. Przykładem kariera najbardziej znanej (medialnie) swego czasu w Polsce Pani Socjolog (R.I.P.), której publikacje roiły się – groteskowo i absurdalnie – od przedziwnie egzotycznych zamienników... zwykłych polskich słów.
Z jednej strony część polskich autorów zdradzających fascynację Lemem potrafi oddać mu „trybut” (?) jedynie w postaci bezsensownej, anty-logicznej, metafizycznej, pożal się Boże „uduchowionej” papki. Absolutnego przeciwieństwa jego pisarstwa (→Ku gwiazdom. Antologia Polskiej Fantastyki Naukowej 2021).
Z drugiej strony część czytelników chyba nie do końca rozumie co to fantastyka naukowa i daje się nabrać na atrapy.
Dobra wiadomość jest taka, że jedni i drudzy są jakby dla siebie stworzeni.
Zła wiadomość to, że... „Mylą niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu”.
Bardzo nużąca i rozczarowująca lektura.
Pierwsze, co się nasuwa próbując odgadnąć zamierzenia i ambicje autora: to miał być manifest pesymizmu poznawczego i ułomności ludzkiego umysłu w próbach zrozumienia świata. Jakby chciał podążać po śladach lemowskiego Solaris czy Fiasko? Jeśli tak, to nie umie czytać tych śladów i kompletnie się w nich pogubił. Zostały z tego...
Po raz kolejny się przekonałem, że książki nagradzane nie zawsze będą akurat tymi co tygrysy lubią najbardziej. Początek zapowiadał się całkiem całkiem, jednak im dalej tym coraz więcej komplikacji, zagmatwania i trudności ze zrozumieniem co autor chciał przekazać czytelnikowi. Finał już trochę bardziej przyjazny. Przeczytałem a może raczej przebrnąłem i zostałem z poczuciem, że nie wiem do końca o co w powieści chodziło.
Po raz kolejny się przekonałem, że książki nagradzane nie zawsze będą akurat tymi co tygrysy lubią najbardziej. Początek zapowiadał się całkiem całkiem, jednak im dalej tym coraz więcej komplikacji, zagmatwania i trudności ze zrozumieniem co autor chciał przekazać czytelnikowi. Finał już trochę bardziej przyjazny. Przeczytałem a może raczej przebrnąłem i zostałem z...
Zapowiadało się na niesamowitą lekturę, jednak końcówka trudna do opanowania, łatwo się zgubić i słuchanie audiobooka tym bardziej nie pomaga. Ale koncepcja Jezusa Saturna interesującą!
Zapowiadało się na niesamowitą lekturę, jednak końcówka trudna do opanowania, łatwo się zgubić i słuchanie audiobooka tym bardziej nie pomaga. Ale koncepcja Jezusa Saturna interesującą!
Bo elementy bardzo dobre (jak "przeskakiwanie" pomiędzy rzeczywistościami), przeplata średnimi (brak pomysłu na wykorzystanie tych "rzeczywistości") i słabymi: jak teologia skierowana chyba do dzieci TikToka, kompletnie niewykorzystane postapo (na Ziemi zbyt szybkie, powrót do plemion zbierackich bez innych etapów, jak lokalni watażkowie np., za to w kosmosie - na co oni czekają? na cud? czemu nie lecą na Alfa Centauri od razu?) czy bezgraniczna wiara w rzeczy "mechaniczne" (czemu bohaterowie wierzą myślorostowi czy egzo jak wyroczniom, nie mam pojęcia).
Jest kilka dobrych momentów w tej książce, ale jako całość niestety jest rozczarowująca (tym bardziej, że na jej temat tyle pochwał usłyszałem).
Docenić należy odwagę Autora, że porwał się na tak jednak skomplikowaną powieść!
Ta książka mogła być świetna.
A jest tylko dobra.
Bo elementy bardzo dobre (jak "przeskakiwanie" pomiędzy rzeczywistościami), przeplata średnimi (brak pomysłu na wykorzystanie tych "rzeczywistości") i słabymi: jak teologia skierowana chyba do dzieci TikToka, kompletnie niewykorzystane postapo (na Ziemi zbyt szybkie, powrót do plemion zbierackich bez innych etapów, jak...
Intrygujące i niebanalne hard SF. Jednak żeby w pełni je zrozumieć, należałoby zapewne powtórnie przeczytać. Tylko że po pierwszej lekturze nie ma się na to raczej ochoty...
Vizvary nie ułatwia bowiem zadania. Wchodzimy w jego świat z marszu i bez podstawowych definicji, których znaczenia trzeba się domyślać z kontekstu. Do tego z niepewnym związkiem przyczynowo - skutkowym oraz zachwianą, oniryczną chronologią. Pozwala to uruchomić wyobraźnię. Jej użycie jest w zasadzie obligatoryjne, aby spróbować przebrnąć przez zastawione tutaj pułapki. Klimat niejasnego zagrożenia i kosmicznej izolacji przypomina jako żywo starego Lema. Piana Wolframa stanowić może zresztą jawne nawiązanie do Oceanu z Solaris.
Vizvary w oryginalny sposób wykorzystuje religię i sztuczną inteligencję. Z łatwością tworzy skomplikowane koncepcje, doprawiając całość technicznym socjolektem oraz szczyptą psychologii. Ze względu na mnogość interpretacji ta historia mocno wczepia się w głowę i nie pozwala o sobie zapomnieć.
Na koniec pozostaje tylko jedno nurtujące pytanie. Czy to jest rzeczywiście aż tak dobre, czy jednak fałszywie przeintelektualizowane?
Nadal nie jestem pewien. Może jednak trzeba będzie powrócić w rejon Enceladusa, by zweryfikować wstępną ocenę?
Intrygujące i niebanalne hard SF. Jednak żeby w pełni je zrozumieć, należałoby zapewne powtórnie przeczytać. Tylko że po pierwszej lekturze nie ma się na to raczej ochoty...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toVizvary nie ułatwia bowiem zadania. Wchodzimy w jego świat z marszu i bez podstawowych definicji, których znaczenia trzeba się domyślać z kontekstu. Do tego z niepewnym związkiem przyczynowo - skutkowym...
W zapale czytelniczym tak się zacietrzewiłem, że na śmierć zapomniałem, że zacząłem już kiedyś tą książkę i się od niej dość szybko odbiłem, skutkiem czego dokonałem nieświadomie powtórnego zakupu. Nie muszę chyba dodawać, że to spowodowało tylko wzrost moich oczekiwań względem tej pozycji, które to oczekiwania nie zostały dowiezione niestety.
Mamy tu sporo pomieszania z poplątaniem, wątki niezbyt spójnie się zazębiają, wiele pozostaje niewyjaśnione, albo potraktowane pobieżnie, a narracja bywa trudna do przyswojenia, co tylko pogłębia uczucie konfuzji. Potencjał na pewno był, pomysły też, choć nie zawsze cudownie oryginalne, bo trudno nie wychwycić nawiązań do choćby 'Odysei kosmicznej', ale rozbiły się, mam wrażenie, o warsztat pisarski. Podsumowując - rozczarowanie, szczególnie biorąc pod uwagę entuzjastyczne opinie, które gdzieniegdzie krążyły.
W zapale czytelniczym tak się zacietrzewiłem, że na śmierć zapomniałem, że zacząłem już kiedyś tą książkę i się od niej dość szybko odbiłem, skutkiem czego dokonałem nieświadomie powtórnego zakupu. Nie muszę chyba dodawać, że to spowodowało tylko wzrost moich oczekiwań względem tej pozycji, które to oczekiwania nie zostały dowiezione niestety.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMamy tu sporo pomieszania z...
„Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvary'ego to ambitne hard science fiction, które wysłuchałam jako audiobook w interpretacji Wojciecha Żołądkowicza z muzyką Marcina Wasilewskiego - rewelacyjna produkcja, wzbogacająca psychodeliczną narrację. Powieść łączy postapokaliptyczną wizję Ziemi z kosmiczną eksploracją, kwestionując granice ludzkiego poznania i percepcji.
Akcja rozgrywa się w 2069 roku, po katastrofie ekologicznej, która zniszczyła ekosystem Ziemi -pandemia unicestwiła rośliny okrytonasienne, prowadząc do powrotu do epoki kamiennej i przeludnienia stacji kosmicznych. Trzyosobowa załoga statku ESS „Steropes” - w tym emocjonalny Dawid czekający na rekonstrukcję twarzy - wyrusza w próbny rejs do punktu Lagrange'a między Saturnem a Enceladusem, by zbadać oceany księżyców za pomocą myślorostu Plejone i opuszczoną rosyjską stację Rasswiet. Misja szybko przeradza się w koszmar: załoga słyszy „purpurowy szept”, doświadcza synestezji, wstecznej kauzacji i przeskoków między rzeczywistościami - bohaterowie giną i ożywają, narracja urywa się, a granica między przyczynami a skutkami zaciera.
Powieść wyróżnia się oryginalnymi konceptami jak egzokorteks regulujący percepcję, neologizmy myślorostu opisujące obce zjawiska oraz dychotomią „wiedzieć czy wierzyć” - Rosjanie mieszają naukę z religią, podkreślając ograniczenia ludzkiego rozumu. Audiobook potęguje immersję: Żołądkowicz mistrzowsko oddaje postacie, w tym AI z przetworzonym głosem, a muzyka Wasilewskiego buduje napięcie i psychodelię. Tematy jak kruchość człowieka w kosmosie czy rola sztuki w pojmowaniu nieznanego prowokują do refleksji. Podobnie jest z koncepcją wspomnianej wstecznej kauzacji.
Forma jest mocno wymagająca - nielinearna narracja z chaosem czasowym i onirycznymi przeskokami frustruje, zwłaszcza w audiobooku bez możliwości zaznaczania. Narracja psuje się po dotarciu do punktu Lagrange’a: rozdziały kończą się urwanymi zdaniami, perspektywy mieszają się, a egzokorteks (regulujący percepcję Dawida) przestaje filtrować rzeczywistość, powodując iluzje śmierci. Purpurowy szept - obca komunikacja z oceanu Enceladusa -wywołuje halucynacje, gdzie załoga doświadcza wielokrotnych „śmierci” i wskrzeszeń w alternatywnych liniach czasowych. Brak słowniczka terminów (myślorost, piana Wolframa) i słabe kreacje niektórych postaci pogłębiają wrażenie przeładowania pomysłami. Bliżej tu Dukaja niż rozrywkowej SF.
To uczta dla miłośników ambitnego SF, nagradzana Zajdlem powieść, która zostaje w głowie - polecam, ale z ostrzeżeniem o skupieniu.
„Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvary'ego to ambitne hard science fiction, które wysłuchałam jako audiobook w interpretacji Wojciecha Żołądkowicza z muzyką Marcina Wasilewskiego - rewelacyjna produkcja, wzbogacająca psychodeliczną narrację. Powieść łączy postapokaliptyczną wizję Ziemi z kosmiczną eksploracją, kwestionując granice ludzkiego poznania i percepcji.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAkcja...
Książka dziwna w ten sposób, który bardzo lubię. Nawiązuje do klasycznego SF, w którym autorzy dokonywali rozkmin na różne tematy i takie rozkminy są tu obecne.
Książka dziwna w ten sposób, który bardzo lubię. Nawiązuje do klasycznego SF, w którym autorzy dokonywali rozkmin na różne tematy i takie rozkminy są tu obecne.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka przeczytana w ramach poszukiwania osobistego i osobliwego świętego Graala - dobrze napisanej współczesnej polskiej POWIEŚCI fantastycznej, czy horroru w celu przeciwdowodu na własną tezę.
Moja teza jest taka, że współcześni polscy pisarze nie potrafią pisać powieści jako takiej, przeważnie ruszają z jednym konceptem, starczającym co najwyżej na rozbudowane opowiadanie i sztucznie nadmuchują to do rozmiarów powieści wątkami zbyteczno-pobocznymi (vide "Płomień" Salik, czy ostatnio "Chodź ze mną" Możdżenia) albo też piszą o wszystkim i o niczym naraz, zarzucając czytelnika mnogością chaotycznych pomysłów i wątków, które nijak nie dają się skleić w spójną całość. "Lagrange" to właśnie ten drugi przypadek.
Zmarnowałem kilkanaście cennych godzin życia na ten postapokaliptyczny, pseudonaukowy bełkot o wyprawie do księżyców Saturna w poszukiwaniu nie wiadomo czego. Autor totalnie nie panuje nad formą i treścią tego, co chce przekazać czytelnikowi, nie mam zielonego pojęcia, czy osnową fabuły jest eksploracja kosmosu, czy metafizyka otoczenia Saturna, czy bliskie spotkanie trzeciego stopnia, czy może też tęsknota za Ziemią. Tu jest wszystko i nie ma nic.
Denności dopełniają bohaterowie, o których można powiedzieć co najwyżej tyle, że są. Jest ich zaledwie troje, w porywach czworo, ale to i tak przerosło autora, jeśli chodzi o ich JĄKOKOLWIEK charakterystykę. Serio, przez 350 stron nie dowiadujemy się o trojgu postaci absolutnie nic, są bezcechowi, bezosobowi, w zasadzie nie istnieją.
Akcja polega na tym, że te kartonowe figurki siedzą sobie w otoczeniu Saturna i z użyciem narzędzi o pseudotechnicznych nazwach, których autor oczywiście nie raczy wyjaśnić (czym jest piana Wolframa, czy Narrator?), ale służących de facto do wprowadzania co rusz deus ex machina ("co tam się wydarzyło? hmm, zapytam Narratora, on nie tylko wyjaśni, ale jeszcze zrobi predykcję").
Dosyć. Powieść to czystej wody bełkot, mózg zlasowany.
Książka przeczytana w ramach poszukiwania osobistego i osobliwego świętego Graala - dobrze napisanej współczesnej polskiej POWIEŚCI fantastycznej, czy horroru w celu przeciwdowodu na własną tezę.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMoja teza jest taka, że współcześni polscy pisarze nie potrafią pisać powieści jako takiej, przeważnie ruszają z jednym konceptem, starczającym co najwyżej na rozbudowane...
Super książka.
Super książka.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo dobra książka. Pomysł z Plejone piękny.
Bardzo dobra książka. Pomysł z Plejone piękny.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCiekawie napisana, podobała mi się narracja. Czasem można się pogubić i książka lubi skakać między wątkami ale można to ogarnąć. Jak to w przypadku dobrego sf pochylamy się nad kondycją ludzkości, książka mocno zmusza do refleksji na temat kierunku rozwoju naszej cywilizacji. Tempo raczej wolniejsze ale za to jest mocno klimatycznie
Ciekawie napisana, podobała mi się narracja. Czasem można się pogubić i książka lubi skakać między wątkami ale można to ogarnąć. Jak to w przypadku dobrego sf pochylamy się nad kondycją ludzkości, książka mocno zmusza do refleksji na temat kierunku rozwoju naszej cywilizacji. Tempo raczej wolniejsze ale za to jest mocno klimatycznie
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toChciałabym, aby ktoś mi wytłumaczył o co w tym wszystkim chodziło.
Chciałabym, aby ktoś mi wytłumaczył o co w tym wszystkim chodziło.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNo i co ja mam napisać? Fascynująca, ale wymagająca hard SF – czy może – bełkotliwa i bezsensowna piła, która jedynie udaje, że jest głęboka i naukowa? A co jeśli i to i to?
No dobra, po kolei. A więc najpierw zalety. Solidne naukowe podstawy. Znakomita ekstrapolacja obecnych trendów – rozwój sztucznej inteligencji, nierealność podróży międzygwiezdnych, pandemia powodująca zagładę cywilizacji. Ciekawe przemyślenia dotyczące problemów i wyzwań związanych z cyborgizacją i używaniem interfejsu rozszerzonej rzeczywistości. Świetny klimat postapo w listach z Ziemi oraz atmosfera tajemniczości na orbicie Saturna. Wiara w inteligencję czytelnika, któremu Autor pozwala zanurzyć się w obcym świecie przedstawionym i samemu odszyfrowywać czym są egzokorteksy, myślorosty i piany Wolframa – bez nierealistycznych i burzących immersję wykładów i tłumaczeń. Fascynująca nielinearna narracja, kojarząca się z ponarkotycznymi odjazdami P.K. Dicka.
No to teraz wady. Brak jakiegokolwiek wytłumaczenia zasad i artefaktów świata przedstawionego – czytamy o egzokorteksach, myślorostach i pianie Wolframa, nie mając najmniejszego pojęcia, czym one do cholery są. Możemy się tylko domyślać. No i chaotyczna nielinearna narracja kojarząca się z ponarkotycznymi odjazdami P.K. Dicka.
Tak, dobrze widzicie – te same kwestie umieściłem w zaletach i wadach. No taka właśnie jest ta książka. Tu nawet nie chodzi o to, że różne typy czytelników mogą te cechy uznać za wady lub zalety. To JA uznaję je JEDNOCZEŚNIE za wady i zalety. Świat z powieści tak bardzo różni się od naszego, że troszeczkę wyjaśnień naprawdę by nie zaszkodziło. Chociażby myślorost – mniej więcej (po dwukrotnym przesłuchaniu audiobooka) domyślam się, co to takiego, ale ten koncept jest tak niesamowity i odległy od tego, co znamy, że chciałbym się dowiedzieć więcej o jego genezie, zastosowaniach, budowie, zasadach działania. A co do nielinearnej narracji – jeśli myślicie, że chodzi po prostu o przeskoki czasowe, że Autor najpierw opisuje, co było w niedzielę, potem co zdarzyło się w zeszły piątek, a następnie za dwa tygodnie, to możliwe, że zupełnie nie jesteście gotowi na „Lagrange”. Tutaj mamy przeskoki do alternatywnych wersji rzeczywistości (przynajmniej tak to zdaje się wyglądać). Bohaterowie pojawiają się, znikają, są martwi, w następnym rozdziale żyją – i wszystko to bez żadnego wyjaśnienia. Autor w wywiadzie twierdzi, że to wszystko ma jakiś sens i chwali się, że napisali do niego czytelnicy, którzy prawidłowo odgadli osootuchooodzi. Ale czy naprawdę? Bo we mnie walczą, odkąd przesłuchałem tę powieść, dwa wilki – jeden mówi mi, że nic nie zrozumiałem, bo jestem za głupi, a drugi wilk – że tu wcale nie ma żadnego sensu, a Autor po prostu robi sobie z czytelników i krytyków jaja. W trakcie pisania puścił hamulce i pojechał po bandzie, wcale nie próbując stworzyć spójnej historii i teraz śmieje się z nas w kułak.
No cóż, naiwnie wierzę w ludzi, więc wybieram pierwszego wilka i pomimo tych wad absolutnie nie żałuję, że przeczytałem „Lagrange”, i polecam ją każdemu miłośnikowi SF, pod warunkiem że nie boi się wyzwań intelektualnych. Jeśli lubisz Dukaja, „Ubika” i najtrudniejsze powieści Lema, śmiało sięgaj po Vizvary’ego. Natomiast jeśli lubisz tylko fantastykę rozrywkową, a od powyższych nazwisk się odbijasz, lepiej sobie daruj, bo tylko się rozczarujesz.
Powieści słuchałem w audiobooku (ISBN 9788367677585), którego jednocześnie polecam i nie polecam (no tak już mam z tą powieścią, jak widać). Polecam, bo to jedno z najlepszych nagrań książki, jakich kiedykolwiek słuchałem. Cytując opis: „Audiobook, który właśnie trzymasz w rękach, to prawdziwa uczta dla zmysłów. Produkcja została wzbogacona o muzykę skomponowaną przez Marcina Wasilewskiego. Lektor, Wojciech Żołądkowicz, w mistrzowski sposób wcielił się w każdą z postaci, a jego głos został miejscami specjalnie przetworzony, by brzmiał jak sztuczna inteligencja”. W tych buńczucznych deklaracjach nie ma ani słowa przesady. To naprawdę jest rewelacyjne słuchowisko.
Czemu więc jednocześnie nie polecam? Bo ta powieść jest tak zakręcona, że aż się prosi o wracanie do wcześniejszych fragmentów, zaznaczanie ich, robienie zakładek czy notatek, jakby to był podręcznik do cholernej fizyki. W audiobooku tego nie zrobisz (poza zakładkami, ale to nie to, co w fizycznej książce) i bardzo tego brakuje, bo tej historii nie da się rozkminić podczas jednego odsłuchu od A do Z. No chyba, że jesteś Dukajem, to może tak.
No i co ja mam napisać? Fascynująca, ale wymagająca hard SF – czy może – bełkotliwa i bezsensowna piła, która jedynie udaje, że jest głęboka i naukowa? A co jeśli i to i to?
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNo dobra, po kolei. A więc najpierw zalety. Solidne naukowe podstawy. Znakomita ekstrapolacja obecnych trendów – rozwój sztucznej inteligencji, nierealność podróży międzygwiezdnych, pandemia powodująca...
Audiobook.
Tęsknota za misją Cassini usilnie mobilizuje mnie do szukania ambitnych książek z eksploracją lodowego świata, gdzieś w naszym układzie albo i dalej. Quasi-polarna wyprawa na lodowy księżyc, na niebie wschodzący Saturn. Czy to nie piękne? Niedoczekanie moje. Tak trafiłem na absolutnie cringowego ,,Enceladusa”. Teraz trafił mi się przebodźcowany misz masz, czyli ,,Lagrange. Listy z ziemi”, gdzie było absolutnie wszystko, łącznie z Jezusem Saturna.
Generalnie, gdy biorę do ręki najnowszą prozę, nieznanego mi pisarza, to, co do zasady, macha mi korowód czerwonych flag. Warto jednak poszerzać swoją strefę komfortu. Zaciekawiły mnie pozytywne opinie, okładka i to, czy książka jest warta nagrody Zajdla.
Przeczytałem, z dużym trudem, męcząc się od 1/3 i stwierdzam, że (nie licząc ,,Endeladusa”) dawno nie przeczytałem tak złej, chaotycznej książki, takiego przerostu formy nad treścią.
Odnoszę wrażenie, że dodano tu mnóstwo technicznego, trudnego słownictwa, wymieszano poziomy czasowe, aby wszyscy uznali, że jest to dobre i odkrywcze. Ja jednak tego nie kupuję. Jeśli już, na siłę, porównywać do Lema, to jest to raczej produkt lemopodobny.
Tyle tytułem ogółu. Jeśli kogoś interesuje szersze uzasadnienie mojego ,,werdyktu”, to zapraszam poniżej.
Co do wad:
1) Brak spójnej koncepcji czym i o czym ma być ta książka. Czy to jest ziemskie postapo? Powieść o kosmicznej korporacji z Ilonem na czele? Eksploracja ciała niebieskiego? Zapis podróży kosmicznej? O zagubieniu człowieka pośrodku AI? A może to o rosyjskiej eksploracji wszechświata, podszytej filozofią i religią? Żaden wątek nie wydaje się wiodący. Trudno nie mieć wrażenia absolutnego przesycenia i pomieszania. Każdy z motywów mógłby posłużyć za osobny pomysł na książkę, a tak skompilowano wszystko w jednej.
2) Wprowadzenie zbyt dużo tworów AI o wymyślnych nazwach: Plejone, egzo, narrator, medycyna i jakieś inne. Ich funkcje albo się dublują albo nie są w ogóle wyjaśnione. Bohaterowie ciągle z nimi rozmawiają, a one rozwiązują wszystkie problemy. W zasadzie, po co ta tajemnica, jeśli AI może pokazać jakieś miejsce, a potem, na żądanie, to samo miejsce 4 lata wcześniej.
3) Zbyt dużo przeskoków czasowych i onirycznych, potęgujących wrażenie chaosu. Postać umiera, w następnym rozdziale żyje i inne takie ,,kwiatki”.
4) Niejasny przeskok z prowadzenia narracji trzecio-osobowej do pierwszoosobowej.
5) Na ścianach statku kosmicznego pojawiają się wizualizacje różnych miejsc na ziemi i w kosmosie. Opisy tego na początku mogą być i ciekawe. Po entym razie jest to już odtwórcze i rozbijające akcję.
6)Słaba kreacja postaci. Coś niecoś dowiadujemy się o Dawidzie, nieco o Styksie. Anna to jakaś papierowa przezroczysta kobieta. Wprowadzenie Aniki (i dlaczego nagiej?) oraz Gertrudy wydaje się kompletnie nikomu niepotrzebne. Kim one właściwie były? Jaka była logika ich wprowadzenia do fabuły?
7) Sam Enceladus to już wystarczająco ciekawy i pojemny temat. Po co te wzmianki o Tytanie? Przejawiający się wątek podróży dalszej to kwiatek do kożucha. To w końcu ma być misja na Endeladusa, czy Alfę?
Co do plusów, bo przecież nie wszystko jest tu złe:
1) Jest tu trochę (garść) eksploracji Enceladusa.
2) Podobał mi się wątek postapokaliptycznej Polski z lotu ptaka. Przypomina mi taki dokumentalny serial ,,World after people”. Przyroda zarosłaby pozostałości dużych miast szybciej niż nam się zdaje.
3) Jest tu mimo wszystko jakaś atmosfera mistycznej tajemnicy. Badamy jakieś pozostałości poprzednich misji.
Reasumując. Za dużo, za mocno. Przeciwstawny biegun niż ,,siła tkwi w prostocie”. Jeśli lektor już się myli i zamiast przeczytać Jezus Saturna, czyta Saturn Jezusa, to chyba coś jest na rzeczy.
,,U have been warned.”
Przeczytane w ramach wyzwania lc na listopad: książka polskiego autora wydana po 2000.
Audiobook.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTęsknota za misją Cassini usilnie mobilizuje mnie do szukania ambitnych książek z eksploracją lodowego świata, gdzieś w naszym układzie albo i dalej. Quasi-polarna wyprawa na lodowy księżyc, na niebie wschodzący Saturn. Czy to nie piękne? Niedoczekanie moje. Tak trafiłem na absolutnie cringowego ,,Enceladusa”. Teraz trafił mi się przebodźcowany misz masz, czyli...
Niesamowicie aktualna książka. Tak się akurat złożyło, że czytałam niedawno biografię Elona Muska, śledzę też konflikty, które się dzieją na świecie – niby nie ma to związku z Lagrange, ale może jednak trochę ma…
Jestem Anną B. 🙃, więc mogłabym odebrać zakończenie dość osobiście. W sumie odebrałam. Jako młodsza wersja przyszłej siebie też myślę: „Boję się (…) Może tylko nas straszą, może nie będzie tak źle, ale i tak się boję”. Mój dziadek nie miał sadu, ale miał szklarnię. Nigdy później pomidory nie pachniały już tak, jak kiedy byłam dzieckiem. Mam szansę dożyć do 2069, ale jaki wtedy będzie świat? To tyle z osobistych dygresji.
Jeżeli nie czytaliście jeszcze #lagrangelistyzziemi to oczywiście ten wstęp jest niewielemówiący – jakby powiedzieli krytycy tej lektury – zupełnie jak książka. Zbiera ona bowiem mieszane opinie (niżej wyjaśnię dlaczego), lecz mnie się podobała.
Myślę, że przynajmniej część osób będzie miała odczucie, podobnie jak ja, że Lagrange ma lekki vibe Solaris Lema. Coś z tej melancholii.
„Ziemia odbija się w człowieku - jest jego właściwym kosmosem. Ten tutaj - to pustka.
Wszystko, co możemy w nim dojrzeć, zabraliśmy ze sobą z Ziemi.
Zapachy są ziemskie, kolory tak samo. Jak gdyby człowiek utkany był z tęsknoty za tym, co zna. Lecz mało, co ma tutaj kolor czy zapach. Tak, ten kosmos to pustka. A ja jestem tęsknotą.”
Tu jest niestety za mało miejsca, żeby wszystko omówić, ale w skrócie - niektórzy zarzucają tej publikacji, cytuję: „dziwaczny żargon, zbytnie zagęszczenie pomysłów, eksperymenty narracyjne/chaos konstrukcyjny, pseudointelektualne pustosłowie”, itp. No, trochę tych krytycznych opinii widziałam. Ale równie dużo osób książkę tę bardzo docenia. Zdobyła ona m.in. nagrodę Zajdla.
Rozumiem z jakich powodów wynika to, że niektórzy się od niej odbijają (Sądzę, że nie każda książka musi dawać odpowiedzi, czasem jest ważne, jakie stawia pytania. A tu jeszcze sposób prezentacji jest „nieliniowy”), ale jeżeli macie możliwość, to proponuję dać szansę, bo jednego jej zarzucić nie można. Na pewno nie jest nijaka.
Polecam!
Niesamowicie aktualna książka. Tak się akurat złożyło, że czytałam niedawno biografię Elona Muska, śledzę też konflikty, które się dzieją na świecie – niby nie ma to związku z Lagrange, ale może jednak trochę ma…
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJestem Anną B. 🙃, więc mogłabym odebrać zakończenie dość osobiście. W sumie odebrałam. Jako młodsza wersja przyszłej siebie też myślę: „Boję się (…) Może tylko...
Sci-fi postapo. Pełne psychologizowania. Urywana narracja trochę utrudnia czytanie.
Ale polecam.
Sci-fi postapo. Pełne psychologizowania. Urywana narracja trochę utrudnia czytanie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAle polecam.
Przesłuchałem w formacie audiobook na Empik Go. Przyjmuję do wiadomości, że jestem za głupi, żeby zrozumieć tą książkę, dlatego daję 7. Pozdrawiam
Przesłuchałem w formacie audiobook na Empik Go. Przyjmuję do wiadomości, że jestem za głupi, żeby zrozumieć tą książkę, dlatego daję 7. Pozdrawiam
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWciągnęła mnie ta proza,dobre dialogi,pomysły a nawet filozoficzna rozkmina. Rzadko sięgam po polską fantastykę,teraz zdecydowanie było warto. Okładka cudo.
Wciągnęła mnie ta proza,dobre dialogi,pomysły a nawet filozoficzna rozkmina. Rzadko sięgam po polską fantastykę,teraz zdecydowanie było warto. Okładka cudo.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZ jednej strony mam wrażenie że ta książka ma coś w sobie, coś, czego nie do końca jestem w stanie dostrzec. Z drugiej jednak strony, że tego "coś" tam nie ma a ja usilnie próbuje to tam dostrzec.
Czym jest NIEZNANE i czy to co stało się z Ziemią jest pokłosiem spełnienia życzeń, trochę przewrotne, na zasadzie "uważaj o co prosisz, bo może się spełnić"?
Reasumując dochodzę do wniosku, że jednak za cienki jestem do tej książki.
Ale jeszcze do niej wrócę.
Z jednej strony mam wrażenie że ta książka ma coś w sobie, coś, czego nie do końca jestem w stanie dostrzec. Z drugiej jednak strony, że tego "coś" tam nie ma a ja usilnie próbuje to tam dostrzec.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzym jest NIEZNANE i czy to co stało się z Ziemią jest pokłosiem spełnienia życzeń, trochę przewrotne, na zasadzie "uważaj o co prosisz, bo może się spełnić"?
Reasumując...
Z jednej strony bardzo ciekawe pomysły np. egzokorteks, wizje apokalipsy, czy wplecenie postaci Elona. Trafne przemyślenia. Z drugiej strony forma trochę zbyt udziwniona i przekombinowana. Jeżeli ktoś lubi hard s-f, to polecam przeczytać właśnie dla tych wizji i pomysłów.
Na plus piękna, oldschoolowa okładka.
Z jednej strony bardzo ciekawe pomysły np. egzokorteks, wizje apokalipsy, czy wplecenie postaci Elona. Trafne przemyślenia. Z drugiej strony forma trochę zbyt udziwniona i przekombinowana. Jeżeli ktoś lubi hard s-f, to polecam przeczytać właśnie dla tych wizji i pomysłów.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNa plus piękna, oldschoolowa okładka.
Dosc ciekawa pozycja. W pierwszej chwili odnosze wrazenie pomieszania Solaris, Odysei i filozoficznych wycieczek z innych powiesci.
Trudno mi powiedziec, czy bede wracac, ale na pewno autor mnie zaciekawil.
Konstrukcja ksiazki plynnie przechodzi od opisow, przez filozficzne dylematy egzystencjonalne do akcji i na powrot rozwazan. Jednak jest napiecie i nie odlozylem, wiec polecam.
Dosc ciekawa pozycja. W pierwszej chwili odnosze wrazenie pomieszania Solaris, Odysei i filozoficznych wycieczek z innych powiesci.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTrudno mi powiedziec, czy bede wracac, ale na pewno autor mnie zaciekawil.
Konstrukcja ksiazki plynnie przechodzi od opisow, przez filozficzne dylematy egzystencjonalne do akcji i na powrot rozwazan. Jednak jest napiecie i nie odlozylem, wiec...
Polecam!
Wizja naszej przyszłości przerażająca, wersja autora innowacyjna niezwykle.
Polecam!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWizja naszej przyszłości przerażająca, wersja autora innowacyjna niezwykle.
Niezły pomysł, ciekawa nielinearność lub nawet paralelność, smutne wnioski. Całość bardzo zajmująca. I dobrze zrobione słuchowisko!
Niezły pomysł, ciekawa nielinearność lub nawet paralelność, smutne wnioski. Całość bardzo zajmująca. I dobrze zrobione słuchowisko!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvaryego to ambitne wejście w świat twardej science fiction. Autor zabiera nas w rok 2069, gdy ludzkość jest na krawędzi upadku. Po katastrofie biologicznej, która zniszczyła większość roślin, ziemskie ekosystemy się załamały, wybuchły wojny i głód, a nadzieja na przetrwanie przeniosła się w kosmos.
Głównym bohaterem jest David, który po dramatycznym pożarze na stacji kosmicznej nie tylko walczy z poważnymi poparzeniami, ale też z utratą swojej egzo-kory – technologii, która dotąd regulowała jego emocje i „upiększała” rzeczywistość. Podczas rekonwalescencji tworzy własną sztuczną inteligencję, Narratora, i wkrótce trafia na misję w okolice Saturna, gdzie ma odzyskać genetyczny „skarbiec” Ziemi. Tam spotyka się z niezwykłymi technologiami, jak poetycko opisująca świat Pleone, i natyka na ślady szalonego rosyjskiego eksperymentu, który zakłóca sam porządek przyczyn i skutków.
Powieść jest pełna pomysłów – od wizji upadku biosfery, przez spekulatywne technologie, aż po kosmiczne intrygi. Momentami mnogość wątków może przytłoczyć, ale właśnie w tym kryje się jej oryginalność. To książka, która pokazuje, że polska twarda SF potrafi być pomysłowa, wymagająca i nieoczywista.
Dla mnie to jedna z tych historii, które zostają w głowie jeszcze długo po przeczytaniu – nawet jeśli czasem trzeba się w nich pogubić.
„Lagrange. Listy z Ziemi” Istvana Vizvaryego to ambitne wejście w świat twardej science fiction. Autor zabiera nas w rok 2069, gdy ludzkość jest na krawędzi upadku. Po katastrofie biologicznej, która zniszczyła większość roślin, ziemskie ekosystemy się załamały, wybuchły wojny i głód, a nadzieja na przetrwanie przeniosła się w kosmos.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toGłównym bohaterem jest David, który...
"Nihil novi sub sole", a więc przepis na napisanie nagradzanej powieści SF w Polsce. I właściwie niewiele więcej da się o tym tekście powiedzieć. Bo to sprawnie napisana, dobrze przemyślana, ale wtórna opowieść, która próbuje zebrać wszystkie elementy poprzedników w jednej historii.
Jeśli nie czytaliście Dukaja ani Lema — polecam. Jeśli czytaliście i tęsknicie za tym klimatem — też polecam. Ale jeśli spodziewacie się czegoś nowego, czegoś, co dorówna szumowi, jaki zrobił się wokół tej powieści... to niestety — nie tym razem.
Na plus można zaliczyć formalne zabiegi, fragmentaryczną narrację i ciekawie przedstawioną postapokaliptyczną Ziemię. No i humor — bo nie zabrakło tu AI służącej wielkiemu Elonowi, co wypada całkiem zabawnie.
Ale to też świetny pretekst, by porozmawiać o nagrodach w polskim fandomie. Bo liczba statuetek, jakie zebrała ta całkiem niezła (ale nie wybitna) powieść, pokazuje, jak bardzo scena fantastyki u nas się zabetonowała. Aż trudno uwierzyć, że wśród jurorów nie dominują ludzie w wieku zaawansowanego kryzysu wieku średniego, wracający pamięcią do czasów, gdy w przerwach w liceum zaczytywali się w Lemie.
Co gorsza, przestajemy się różnić od mainstreamu: nagradzamy właściwie fanfiki, które operują tymi samymi motywami, co zawsze.
Tak, to dobra powieść — formalnie i fabularnie — ale w żadnym razie wybitna. Nawet nie próbuje być. Więcej emocji budzi we mnie Pawlak czy Szmajdziński (który, swoją drogą, wydał nową książkę) — bo obaj celują wyżej, czuć u nich głód opowiedzenia czegoś własnego. A u Visvarego... no cóż, jest stan zawieszenia. Jakby cała lekkość i lotność ugrzęzła gdzieś w punkcie Lagrange’a.
Trochę tu Lema, trochę Dukaja — i tyle.
https://www.instagram.com/p/DI_IXiCohpT/
"Nihil novi sub sole", a więc przepis na napisanie nagradzanej powieści SF w Polsce. I właściwie niewiele więcej da się o tym tekście powiedzieć. Bo to sprawnie napisana, dobrze przemyślana, ale wtórna opowieść, która próbuje zebrać wszystkie elementy poprzedników w jednej historii.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJeśli nie czytaliście Dukaja ani Lema — polecam. Jeśli czytaliście i tęsknicie za tym...
Pomysł ciekawy, natomiast jego realizacja już niekoniecznie. Nie podobało mi się rozdzielenie czasu, różne ścieżki wydarzeń. I totalne zagmatwanie.
Pomysł ciekawy, natomiast jego realizacja już niekoniecznie. Nie podobało mi się rozdzielenie czasu, różne ścieżki wydarzeń. I totalne zagmatwanie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCiekawa, choć wymagająca lektura. W utworze zauważyłem odniesienia do "Solaris". Ciekawe było umieszczenie w książce Narratora, który opowiada o alternatywnej wizji przyszłości. Książka ma także charakter psychologiczny, co skłania czytelnika do refleksji.
Ciekawa, choć wymagająca lektura. W utworze zauważyłem odniesienia do "Solaris". Ciekawe było umieszczenie w książce Narratora, który opowiada o alternatywnej wizji przyszłości. Książka ma także charakter psychologiczny, co skłania czytelnika do refleksji.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKonstrukcyjnie rzecz przypomina lemowski Solaris, uwspółcześniony, ostrzejszy, bardziej mroczny - kontakt z czymś tak obcym, że niemal niemożliwym do zarejestrowania. Jest tu też Odyseja Kubricka (można znaleźć sprytne cytaty). I to jest trop którym, moim zdaniem, należy podążać w tej powieści. Człowiek jest bardzo ułomny, w zderzeniu z górą lodową wszechświata rozbija się jego pojmowanie rzeczywistości. Lagrange... to powieść o nieciągłości - brak linearnej narracji, skoki w czasie i przestrzeni, co chwila zmienia się rzeczywistość, przed chwilą martwi, żyją sobie jak gdyby nigdy nic, na granicy niepojętego pojawia się niedookreślony mistycyzm, rzeczywistość to wszechświat schrödingera. Z pewnością nie jest to powieść dla każdego, rzekłbym nawet, że dla nielicznych.
Koniec końców to rzecz która pyta o sens, czyli odwieczne pytania bez odpowiedzi, ale z jakiegoś powodu, nieustannie zadawane.
Najlepsze polskie SF od wielu lat.
10/10
Konstrukcyjnie rzecz przypomina lemowski Solaris, uwspółcześniony, ostrzejszy, bardziej mroczny - kontakt z czymś tak obcym, że niemal niemożliwym do zarejestrowania. Jest tu też Odyseja Kubricka (można znaleźć sprytne cytaty). I to jest trop którym, moim zdaniem, należy podążać w tej powieści. Człowiek jest bardzo ułomny, w zderzeniu z górą lodową wszechświata rozbija się...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo nużąca i rozczarowująca lektura.
Pierwsze, co się nasuwa próbując odgadnąć zamierzenia i ambicje autora: to miał być manifest pesymizmu poznawczego i ułomności ludzkiego umysłu w próbach zrozumienia świata. Jakby chciał podążać po śladach lemowskiego Solaris czy Fiasko? Jeśli tak, to nie umie czytać tych śladów i kompletnie się w nich pogubił. Zostały z tego „naukowe” dekoracje kryjące quasi-mistyczne brednie. I brednie bezprzymiotnikowe.
Gorączkowa gonitwa najróżniejszych pomysłów pojawiających i szybko wypalających się by zrobić miejsce kolejnym i następnym. Krótko mówiąc: autor nie potrafił zdecydować, o czym właściwie ma być ta książka. Chciał o wszystkim, wyszło o niczym.
Wyraźnie próbował malować ponure „storyboardy” dla jakiegoś filmowego Dark SF – w stylu np. Event Horizon, Pandorum czy Ad Astra. Jeśli tak, to łączyłaby je „mroczność” i... treściowy bezsens. Scenariusze „kosmicznych” hollywoodzkich produkcyjniaków przyzwyczaiły do tak dotkliwego braku sensu i logiki, że... już mało kto się ich spodziewa i oczekuje. I z takim właśnie produktem wychodzi Vizvary. Weźcie mi to sfilmujcie - stwórzmy jeszcze jeden taki gniot...
Jedna z poprzedniczek stwierdziła, że „próbuje skleić styl Lema i Dukaja, niestety z miernym skutkiem”. Bardzo trafne porównanie i ocena. Nie sposób skleić Lema z Dukajem (zero kompatybilności) i z takich prób nie wyjdzie wiele sensownego. Tu nie wyszło na pewno.
Jeszcze przed lekturą książki przeczytałem sporo tutejszych recenzji. Po lekturze najbardziej zaskakuje powtarzający się w nich motyw w stylu: „Uuuch, jakież to twarrrde SF!” Że co? Jeden z członów tego określenia brzmi „SCIENCE”. A tu są tylko puste dekoracje (i pustosłowie) mające jedynie udawać „twarde” SF. Natomiast fabuła to już – przepraszam – brednie. Kompletne. Może zaliczyć je do Weird Fiction? Do horrorów w kosmicznych dekoracjach? Ale NAUKOWA ta Fantastyka nie jest.
Czytelniku, nie daj się omamić sztuczką: „Skoro tyle tu »mądrych« słów, to MUSI być bardzo »mądre«? Pewnie tylko ja jestem na to za głupi...”. Traktuj to raczej jako znak ostrzegawczy: Próba utopienia w »mądrych« słowach często ma przesłonić miałkość czy wręcz... głupotę treści. Przykładem kariera najbardziej znanej (medialnie) swego czasu w Polsce Pani Socjolog (R.I.P.), której publikacje roiły się – groteskowo i absurdalnie – od przedziwnie egzotycznych zamienników... zwykłych polskich słów.
Z jednej strony część polskich autorów zdradzających fascynację Lemem potrafi oddać mu „trybut” (?) jedynie w postaci bezsensownej, anty-logicznej, metafizycznej, pożal się Boże „uduchowionej” papki. Absolutnego przeciwieństwa jego pisarstwa (→Ku gwiazdom. Antologia Polskiej Fantastyki Naukowej 2021).
Z drugiej strony część czytelników chyba nie do końca rozumie co to fantastyka naukowa i daje się nabrać na atrapy.
Dobra wiadomość jest taka, że jedni i drudzy są jakby dla siebie stworzeni.
Zła wiadomość to, że... „Mylą niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu”.
Bardzo nużąca i rozczarowująca lektura.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPierwsze, co się nasuwa próbując odgadnąć zamierzenia i ambicje autora: to miał być manifest pesymizmu poznawczego i ułomności ludzkiego umysłu w próbach zrozumienia świata. Jakby chciał podążać po śladach lemowskiego Solaris czy Fiasko? Jeśli tak, to nie umie czytać tych śladów i kompletnie się w nich pogubił. Zostały z tego...
Po raz kolejny się przekonałem, że książki nagradzane nie zawsze będą akurat tymi co tygrysy lubią najbardziej. Początek zapowiadał się całkiem całkiem, jednak im dalej tym coraz więcej komplikacji, zagmatwania i trudności ze zrozumieniem co autor chciał przekazać czytelnikowi. Finał już trochę bardziej przyjazny. Przeczytałem a może raczej przebrnąłem i zostałem z poczuciem, że nie wiem do końca o co w powieści chodziło.
Po raz kolejny się przekonałem, że książki nagradzane nie zawsze będą akurat tymi co tygrysy lubią najbardziej. Początek zapowiadał się całkiem całkiem, jednak im dalej tym coraz więcej komplikacji, zagmatwania i trudności ze zrozumieniem co autor chciał przekazać czytelnikowi. Finał już trochę bardziej przyjazny. Przeczytałem a może raczej przebrnąłem i zostałem z...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZapowiadało się na niesamowitą lekturę, jednak końcówka trudna do opanowania, łatwo się zgubić i słuchanie audiobooka tym bardziej nie pomaga. Ale koncepcja Jezusa Saturna interesującą!
Zapowiadało się na niesamowitą lekturę, jednak końcówka trudna do opanowania, łatwo się zgubić i słuchanie audiobooka tym bardziej nie pomaga. Ale koncepcja Jezusa Saturna interesującą!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTa książka mogła być świetna.
A jest tylko dobra.
Bo elementy bardzo dobre (jak "przeskakiwanie" pomiędzy rzeczywistościami), przeplata średnimi (brak pomysłu na wykorzystanie tych "rzeczywistości") i słabymi: jak teologia skierowana chyba do dzieci TikToka, kompletnie niewykorzystane postapo (na Ziemi zbyt szybkie, powrót do plemion zbierackich bez innych etapów, jak lokalni watażkowie np., za to w kosmosie - na co oni czekają? na cud? czemu nie lecą na Alfa Centauri od razu?) czy bezgraniczna wiara w rzeczy "mechaniczne" (czemu bohaterowie wierzą myślorostowi czy egzo jak wyroczniom, nie mam pojęcia).
Jest kilka dobrych momentów w tej książce, ale jako całość niestety jest rozczarowująca (tym bardziej, że na jej temat tyle pochwał usłyszałem).
Docenić należy odwagę Autora, że porwał się na tak jednak skomplikowaną powieść!
Ta książka mogła być świetna.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toA jest tylko dobra.
Bo elementy bardzo dobre (jak "przeskakiwanie" pomiędzy rzeczywistościami), przeplata średnimi (brak pomysłu na wykorzystanie tych "rzeczywistości") i słabymi: jak teologia skierowana chyba do dzieci TikToka, kompletnie niewykorzystane postapo (na Ziemi zbyt szybkie, powrót do plemion zbierackich bez innych etapów, jak...
Tak jak można przesolić zupę, tak Lagrange jest potrwaą potwornie przesoloną. Zmęczyła mnie ta książka, ale też mam poczucie, że jej nie zrozumiałem.
Tak jak można przesolić zupę, tak Lagrange jest potrwaą potwornie przesoloną. Zmęczyła mnie ta książka, ale też mam poczucie, że jej nie zrozumiałem.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to