5,7/10
Powieść noblistki (nagroda z 1991 roku) Opis brzmiał świetnie, natomiast wykonanie mnie mimo wszystko rozczarowało choć nie odmawiam tej lekturze klimatu niepokoju. Odczuwalne jest napięcie, obłapiający bohaterów brud, poczucie pewnego osaczenia. Zabrakło mi pogłębienia psychologii postaci czy po prostu pogłębienia po prostu tej historii. Zakończenie intrygujące i myślę jak je interpretować.
Daleko do zachwytu, ale chętnie sięgnę jeszcze kiedyś po inny utwór tej autorki
#afrykańskimiesiąc z Natalią z kanału kursywa
5,7/10
Powieść noblistki (nagroda z 1991 roku) Opis brzmiał świetnie, natomiast wykonanie mnie mimo wszystko rozczarowało choć nie odmawiam tej lekturze klimatu niepokoju. Odczuwalne jest napięcie, obłapiający bohaterów brud, poczucie pewnego osaczenia. Zabrakło mi pogłębienia psychologii postaci czy po prostu pogłębienia po...
Po powieść "Ludzie Julya" sięgnęłam ponieważ zaciekawiła mnie jej fabuła - RPA, czasy apartheidu, z powodu zbrojnych zamieszek, biała rodzina z trójką dzieci ucieka z Soweto wraz ze swoim wieloletnim służącym do jego rodzinnej wioski położonej w głębi afrykańskiego buszu. Spodziewałam się także odnaleźć w niej jakąś szczególną egzotykę albo wyjątkowy klimat.
Dawno nie czułam się tak rozczarowana lekturą. Dawno nie czytałam tak płaskiej książki z jednostajną akcją, liniową fabułą i manekinami w miejsce bohaterów.
Wojna? Coś tam o niej słyszymy, ale nie wiem dokładnie co, bo albo nie można złapać stacji, albo coś trzeszczy w radiu. Do wioski jeszcze nie dotarła, więc wszyscy śpią spokojnie.
Głód? Niekoniecznie, raczej zmiana diety ze "sklepowej" przetworzonej na swojską i naturalną. O dziwo, dzieci nie marudzą, nie dopada ich niestrawność ani inne sensacje, a biały człowiek bierze strzelbę i idzie (sam!) upolować guźca, a nawet dwa. Czarny człowiek jedzie jego samochodem kilkadziesiąt kilometrów po zakupy do hindusa i wraca z prawie pełnymi siatami.
Dzieci? Po dwóch tygodniach w buszu rodzice już ich nie pilnują, bo świetnie zintegrowały się z miejscowymi małolatami, które nie mówią ani słowa po angielsku, a najmłodsze już samodzielnie podciera sobie pupę kamieniem.
Małżonkowie? Nie mają niczego oprócz samochodu. Dają radę w lepiance z gliny i gówna, z przeciekającą strzechą, bez łazienki, ubrań na zmianę i podpasek. Prawie ze sobą nie rozmawiają, stają się sobie niemal obcy i obojętni - nie wierzę w to, że dorośli ludzie w podobnej sytuacji tak się zachowują! Można mieć napady lęku, agresji, histerii, 'doła' , załamanie, ale nie takie zobojętnienie! Ktoś ukradł strzelbę? O cholera, to może pójdę z dzieciakami na ryby?
Zakończenia nie zrozumiałam, więc je powtórnie przeczytałam. Wciąż chyba nie do końca rozumiem, ale go nie przyjmuję. Nie! Kobiety tak nie robią.
Pomyślałam sobie, że skoro taka ze mnie 'cienka w barach' czytelniczka, to może chociaż Wikipedia rozjaśni mi co nieco twórczość noblistki i wskaże coś, czego ja nie dostrzegam. I dowiedziałam się, że Gordimer jest twórczynią nowoczesnej powieści tendencyjnej, dla której charakterystyczne jest schematyczne przedstawianie postaci kontrastowych, dobrych i złych, przy czym narrator, zawsze pozytywny, kieruje się filantropią i etycznym nastawieniem wobec społeczeństwa. Z tego powodu w powieści tendencyjnej rezygnowano z pogłębionych portretów psychologicznych bohaterów, którzy " byli nieskomplikowani, sprowadzani do właściwie jednej cechy (tzw. „papierowi bohaterowie”). Tendencyjny charakter sprowadzający funkcję literatury do realizacji celów propagandowych obniżał jednak wartość artystyczną utworów." To by się nawet zgadzało, ale.
Jeśli "Ludzie Julya" to powieść tendencyjna z fabułą opartą na walce dobra ze złem, to tej walki tu nie ma, a przynajmniej nie na pierwszym planie. Mamy dobrych białych i dobrego czarnego bohatera. Z czasem okazuje się, że może nie do końca wszyscy są tacy wspaniali jak by się wydawało, ale to ich powolne obnażanie też napisane jest płasko i z grubsza, i zamiast pokazu fajerwerków, na który liczymy dostajemy niewypał.
Po powieść "Ludzie Julya" sięgnęłam ponieważ zaciekawiła mnie jej fabuła - RPA, czasy apartheidu, z powodu zbrojnych zamieszek, biała rodzina z trójką dzieci ucieka z Soweto wraz ze swoim wieloletnim służącym do jego rodzinnej wioski położonej w głębi afrykańskiego buszu. Spodziewałam się także odnaleźć w niej jakąś szczególną egzotykę albo wyjątkowy klimat.
Literatura piękna nie należy do moich mocnych stron. Cokolwiek przeczytam zawsze czuje jakiś niedosyt. Za każdym razem czegoś mi brakuje.
Tym razem przenosimy się do Afryki Południowej. Poznajemy rodzinę Smalesów, białych, którzy zamieszkują RPA. Podczas zamieszek w Soweto muszą stawić czoła rzeczywistości i uciekają do wioski ich wieloletniego służącego, czarnoskórego Julya.
Autorka znaną była z zaangażowania w zwalczanie segregacji rasowej. Trochę poczytałam o Soweto, żeby trochę przybliżyć sobie książkę.
Akcja toczy się w drugiej połowie XX wieku. W Soweto - dzisiaj to dzielnica Johannesburga, obowiązywał system apertheid. Jest to przekonanie o wyższości rasy białej oraz dyskryminacja rdzennej ludności czarnoskórej i kolorowej.
Faktycznie to trochę przybliżyło mi fabułę. Już od początku dziwiłam się dlaczego biali trochę "rządzą" ludnością afrykańską w Afryce.
Książka na pewno trudna, dająca do myślenia. Możemy ty zobaczyć jedną ważna rzecz. Dostrzeżemy jak zmienia się charakter relacji z "państwa" na "służącego". Biali ludzie, którzy kiedyś mieli wszystko muszą uciekać i są zdani na łaskę czarnoskórych.
Polecam, warto przeczytać, chociażby dlatego, że autorka zdobyła nagrodę Nobla z dziedziny literatury, w 1991 roku.
Literatura piękna nie należy do moich mocnych stron. Cokolwiek przeczytam zawsze czuje jakiś niedosyt. Za każdym razem czegoś mi brakuje.
Tym razem przenosimy się do Afryki Południowej. Poznajemy rodzinę Smalesów, białych, którzy zamieszkują RPA. Podczas zamieszek w Soweto muszą stawić czoła rzeczywistości i uciekają do wioski ich wieloletniego służącego, czarnoskórego...
Tak dobrze znany rytuał.Codzienny. Wyznaczający początek i rytm dnia. Niemalże odwieczny. Zwyczaj podawania herbaty "na tacy w czarnych rękach pachnących mydłem Lifebuoy", prosto w białe ręce, nagle przeniósł się z rezydencji w Johannesburgu państwa Maureen i Bama Smilesów z trojgiem dzieci, pod strzechę chaty Julya.
Ich długoletniego służącego.
Wybrańca, którego nagłe przemiany nastałe w mieście, zamieniły w zbawiciela. W czasie, który ich zaskoczył, a który tak trafnie oddało motto poprzedzające tę powieść: „To, co stare, umiera, gdy nowe jeszcze się nie narodziło; w takim interregnum pojawia się wiele patologicznych symptomów” - Antonio Gramsci.
Ten okres niepewności, destabilizacji i niepokoju małżeństwo chciało przeczekać w rodzinnej wiosce Julya. W końcu to nie pierwsze i nie ostatnie zamieszki wywołane przez czarnych – myśleli. Świadomość, że tym razem "fala strajków, która nadeszła w 1980 roku, przeciągała się", wywołując powstanie w całym kraju i niszcząc odwieczny porządek stosunków między białą a czarną ludnością na zawsze, docierała do nich bardzo, bardzo powoli. Dostrzegane symptomy, jak bardzo kruche były ich wzajemne relacje, jak sztuczną warstwą cywilizacji białych pokryte, początkowo próbowali racjonalizować. Najpierw odkrywane w wiosce, a należące wcześniej do nich, przedmioty, których zaginięcia w ich domu nigdy by nie zauważyli. Potem kluczyki do samochodu, którym uciekali z miasta. W ich życie zaczął powoli wkradać się lęk przed Julyem, który okazał się zupełnie nieznaną im osobą, jaką znali od piętnastu lat, i jedna myśl – "To, czy ktoś jest uczciwy, zależy po prostu od tego, ile o nim wiemy".
Zaczęło okazywać się, że nie wiedzieli o nim tak naprawdę nic.
Nie znali jego prawdziwego imienia. Jego układów rodzinnych i stosunków zależności w jego wioskowej społeczności. Nawet język, którym się do tej pory porozumiewali, okazał się bezużyteczny w nowych warunkach. Oparty dotychczas na rozkazach i reakcjach, nie zawierał pojęć abstrakcyjnych, uniemożliwiając wymianę idei i uczuć, które nagle się pojawiły. Utrudniał im tak potrzebny dialog, wymianę myśli i, w ostateczności, zrozumienie oraz porozumienie. Napięcie osiągnęło apogeum, kiedy ukradziono im strzelbę. Wtedy pojawił się lęk najsilniejszy.
Strach o życie i groza przekonania, że "byli stworzeniami tych ludzi tak jak bydło i świnie".
Czytałam z rosnącym zaciekawieniem i fascynacją, jak autorka przewartościowuje świat białych zbudowany na nierówności rasowej, nie dopuszczając przez większość opowieści do otwartej konfrontacji między stronami. Jak nowe stosunki między bohaterami tworzy w otoczce dyplomacji narzuconej przez Julya, szokując takim obrotem wydarzeń małżeństwo. Jak normy, zasady i wartości moralne „starego świata” zastępuje logiką rozumowania i postępowania czarnych gospodarzy. Jak na ich i moich oczach zamienia służącego w pana teraźniejszości, zmieniającego przeszłość na były czas widziany jego oczami, a którego takiej odmiennej wersji, Maureen i Bam, nawet nie podejrzewali. Jak buduje im świat od podstaw, dla nich nowy, ale który tak naprawdę istniał od zawsze, głęboko ukryty pod warstwą cywilizacji białych, przypisujących "sobie boskie prawo określania moralności po stopniu skręcenia włosów, a zdolności myślenia abstrakcyjnego po relatywnej grubości warg".
Jak nieubłaganie cofa ich do początków ludzkości nie tylko w wymiarze społeczno-politycznym, ale również czysto ludzkim.
Maureen odkrywa prawdziwą fizjologię swojego ciała. Intymny zapach i naturalny wygląd, dotychczas likwidowany, korygowany lub ukrywany przez zabiegi higieniczne, z których w wiosce musiała zrezygnować lub ograniczyć do minimum. Bam natomiast poznaje silną więź człowieka z naturą. Kruchość człowieczego losu w przyrodzie i jednocześnie zależność od niej. I wreszcie oboje uzmysławiają sobie siebie na nowo, dostrzegając pojawienie się między nimi obcości wywołanej odmiennymi warunkami bytu na poziomie fizjologicznym, psychologicznym i społecznym. A wszystko to na tle powtarzalnej codzienności w wiosce ukazanej niemal z detaliczną drobiazgowością. Jej mieszkańców, niemających problemu z akceptacją rzeczywistości, która budzi "lęk w ludziach nienawykłych do życia tak blisko cyklu natury, a przyzwyczajonych do wielkich wstrząsów i stanów przejściowych, takich jak „nowe życie”, na które każdy pracuje, czy zmiany polityczne".
Wybierając czas radykalnych przemian i umieszczając ludzi białych w środowisku czarnych, autorka doprowadza do konfrontacji dwóch, obcych sobie rzeczywistości. Poddaje ocenie sztuczność funkcjonowania apartheidu w RPA, opartym na zniewoleniu. Obnaża pozorność myślenia przeciętnego białego zadowolonego z bycia „dobrym” wobec czarnych, które nie ma nic wspólnego z obiektywnymi realiami. Burzy bariery między nimi, ukazując prawdziwy świat rdzennych mieszkańców Afryki, do którego nigdy nie zaglądali, a którego niedoceniana siła zmieniła oblicze RPA.
Świat, dla którego Nelson Mandela spędził w więzieniu 27 lat.
naostrzuksiazki.pl
Tak dobrze znany rytuał.Codzienny. Wyznaczający początek i rytm dnia. Niemalże odwieczny. Zwyczaj podawania herbaty "na tacy w czarnych rękach pachnących mydłem Lifebuoy", prosto w białe ręce, nagle przeniósł się z rezydencji w Johannesburgu państwa Maureen i Bama Smilesów z trojgiem dzieci, pod strzechę chaty Julya.
Ich długoletniego służącego.
Wybrańca, którego nagłe...
Ta powieść miała wszelkie zadatki na to, żeby mi się spodobać. Ale niestety, uczucia wywołała ledwie letnie. I nie czepiam się tu fabuły czy ogólnego zamysłu, tu bowiem nic do zarzucenia nie mam, tak jednak nie rzuciło mnie na kolana wykonanie.
Rodzinie Smalesów dosłownie runął w gruzy dotychczasowy świat i ich wygodne, bezpieczne życie. W kilka chwil stracili wszystko, zwłaszcza komfortową pozycję uprzywilejowanej, bogatej, białej – to akurat ma w tym przypadku istotne znaczenie – rodziny. W wyniku zaistniałych okoliczności muszą porzucić całe swoje dotychczasowe jestestwo i uciec a schronienie znajdują w wiosce swojego czarnoskórego służącego i jego rodziny. Sytuacja do tej pory dla nich nie do pomyślenia nagle stała się czymś oczywistym i koniecznym. Kontrast jakiego doświadczają początkowo zwala ich z nóg, bycie zależnym od dotychczasowego służącego nie ułatwia im tego. Pokornie muszą znosić niewygody z którymi z czasem apatycznie zaczynają się godzić. Apatycznie i z oporami ale powoli godzą się z warunkami jakie ich otaczają i jakim muszą sprostać wierząc w to, że może jednak będzie lepiej, może radio przyniesie jakieś lepsze wieści, może ktoś o nich sobie przypomni, przybędzie z ratunkiem. Są zdani na łaskę i niełaskę ludzi niekoniecznie im sprzyjającym i niekoniecznie chętnie widzących ich obecność. Są persona non grata, zapowiedzią pecha i nieszczęść jakie ściągną na wioskę Julya.
A mimo to nie „zaiskrzyło” bo jak dla mnie ta książka jest pozbawiona dramaturgii, napięcia. Postaci są dość płaskie, jednowymiarowe, nie do końca wiarygodne. Maureen jest zbyt enigmatyczna, Bam dość powierzchowny, July zaś przewidywalny. Miałem nadzieję, że może relacja między Maureen a Julym okaże się ciekawym, pełnym napięcia psychologicznym pojedynkiem ale tak niestety nie było. Zabrakło mi w tym wszystkim zarówno głębi jak i dynamiki. Nie pomogła też narracja – zbyt chłodna, oszczędna, chwilami monotonna.
Podsumowując – jestem rozczarowany.
Ta powieść miała wszelkie zadatki na to, żeby mi się spodobać. Ale niestety, uczucia wywołała ledwie letnie. I nie czepiam się tu fabuły czy ogólnego zamysłu, tu bowiem nic do zarzucenia nie mam, tak jednak nie rzuciło mnie na kolana wykonanie.
Rodzinie Smalesów dosłownie runął w gruzy dotychczasowy świat i ich wygodne, bezpieczne życie. W kilka chwil stracili wszystko,...
Przeglądając parę tygodni temu propozycje wydawnicze wydawnictwa M trafiłam na książkę, która mnie zafascynowała. I to z paru powodów. Po pierwsze nie jest już tajemnicą, że zwracam dużą uwagę na okładki. A z tej patrzyły na mnie dwie pary oczu – tajemnicze, groźne oczy ciemnoskórego mężczyzny oraz łagodne, wpatrzone w dal oczy białej kobiety. I od razu pojawiło się pytanie – co kryje się tak naprawdę w tych oczach? Jakie uczucia, jakie myśli, jakie wspomnienia? Drugim powodem było nazwisko autorki, a właściwie informacja na okładce, że jest laureatką Nagrody Nobla. Uważam, że wypada poznawać twórczość noblistów, nawet zdając sobie sprawę, że nie wszystkie utwory są pisane „ku pokrzepieniu serc” i że możemy trafić na naprawdę trudną lekturę. Dopełnieniem mojego wyboru był opis tej powieści na stronie wydawnictwa, a przede wszystkim zdanie, że książka ta
to znakomite, trzymające w napięciu studium psychologiczne – jak zmiana otoczenia i relacji zmienia charaktery „państwa” i „służącego” ¹.
Zatrzymajmy się chwilę przy tle historycznym powieści. Akcja rozgrywa się w czasach, gdy systemem politycznym panującym w Republice Południowej Afryki jest apartheid. Jest to system bazujący na teorii głoszącej konieczność osobnego rozwoju społeczności różnych ras, a więc oparty na segregacji rasowej. Apartheid narzucał klasyfikację wszystkich mieszkańców na „białych”, „czarnych” i „kolorowych”. Kryteria klasyfikacji uwzględniały m.in. pochodzenie, wygląd i zwyczaje. Ustawy przypisały poszczególnym rasom oddzielne strefy mieszkaniowe i komercyjne, zabroniły przebywania poszczególnym rasom w określonych strefach. Wprowadzono segregację rasową w instytucjach publicznych oraz różne standardy edukacyjne, stworzono zdefiniowane rasowo kategorie zawodowe. Oddzielono też władze polityczne, jedynie „biali” mieli prawo głosu w wyborach do białych władz krajowych. Regiony zamieszkane przez „czarnych” zostały wydzielone wyłącznie dla „czarnych” jako bantustany. Zajmowały one ok. 1/8 obszaru RPA i miały w zasadzie charakter „rezerwatów”, mimo iż formalnie miały być niepodległymi państwami.
Nic dziwnego, że Nadine Gordimer tak sugestywnie potrafiła nam przedstawić ten okres w swojej twórczości. Urodziła się bowiem 20 listopada 1923 roku w Springs, mieście znajdującym się na wschód od Johannesburga. Dużą cześć swojego dorosłego życia przeżyła w RPA czasu apartheidu. Była czynnie zaangażowana w zwalczanie apartheidu jako członkini Afrykańskiego Kongresu Narodowego. I właśnie w swojej twórczości, za którą otrzymała w 1991 roku literacką Nagrodę Nobla, poruszała sprawy konfliktów społecznych na tle rasowym i psychologicznych następstw systemu apartheidu w RPA, a także inne tematy społeczno-polityczne swojego kraju i innych państw afrykańskich.
Doskonale na pewno znała również historię krwawych zamieszek w Soweto, które stanowią tło jej powieści „Ludzie Julya”. Od tego konfliktu bowiem wszystko się zaczęło To przez walki na ulicach Soweto Bam i Maureen Smales wraz z trójką dzieci musieli opuścić swoje dobra w mieście i schronić się w kilkaset kilometrów oddalonej osadzie, skąd pochodził ich czarny służący July. Przebywanie w ogarniętym walkami mieście zagrażało ich życiu, a July, który służył u nich od piętnastu lat, zaproponował pomoc. Jak z niej nie skorzystać? Tym bardziej, że July zawsze spełniał swoje obowiązki wzorowo i wydawał się z rodziną bardzo związany emocjonalnie. Na początku pobytu Smalesów w osadzie odstąpił im dom swojej matki, dbał o nich i dzieci, usługiwał im i spełniał wszystkie możliwe zachcianki. Zmieniły się jedynie warunki ich życia i to diametralnie. Z luksusu i bogactw znaleźli się nagle w biednej, brudnej, prymitywnej murzyńskiej chacie pełnej pcheł, szczurów i innego „robactwa”. Nagle zostali przeniesieni do życia, jakiego zupełnie nie znali. Życia, gdzie podstawowe zasady higieny nie mają zupełnie racji bytu; życia, gdzie czyhają miliony różnorakich zarazków; życia, gdzie smród i brud jest standardem. Do tego wszystkiego z dnia na dzień zmienia się również stosunek i zachowanie Julya. Z opiekuńczego, usłużnego, chwilami wręcz poddańczego staje się butny, wymagający, patrzący z góry. Chwilami musimy się zastanawiać, czy jest on nadal sługą, czy może relacje się odwróciły i stał się „Panem”? „Panem sytuacji” jest na pewno, bo przecież powoli przywłaszczył sobie wszystkie „atrybuty władzy” – pieniądze, kluczyki do samochodu, broń. Uzależnił od siebie całkowicie swoich białych byłych pracodawców – bez samochodu i pieniędzy nie będą w stanie opuścić osady, a bez broni… stali się po prostu nikim. Czy w tej – jakże trudnej – sytuacji Bam i Maureen pomogą sobie wzajemnie? Jak zachowa się July? Czy małżeństwu uda się od niego uwolnić? Wiele pytań można by jeszcze postawić, ale odpowiedzi na nie poznają tylko Ci, co przeczytają tę książkę.
Kto spodziewał się po tej powieści wartkiej fabuły, nagłych zwrotów akcji, dynamizmu i sensacyjnych wydarzeń, ten na pewno odłoży książkę po paru przeczytanych stronach., bowiem tego tu nie znajdzie. Pisarka buduje napięcie bardzo powoli, krok po kroku, przez tyle dni, ile trwa przejście księżyca z pełni w fazę nowiu. Fazy księżyca bowiem wg mnie symbolizują koła na początku każdego kolejnego rozdziału książki. I tak jak w tej drodze każdej nocy „ubywało” księżyca, tak samo każdego dnia zmniejszało się zaufanie „białych” do byłego służącego, aż do finału, dziwnego, otwartego, niespodziewanego, budzącego niepokój, ale jednocześnie dającego pewną, niesprecyzowaną nadzieję.
Gordimer zdecydowanie nie jest „mistrzynią akcji”, ale i nie tego wymaga się od laureatki Nagrody Nobla. Od noblistki oczekujemy rzetelności, barwnych i plastycznych opisów, porównań poruszających wyobraźnię czytelnika, wielowymiarowości portretów psychologicznych bohaterów, czyli wszystkiego tego, co kryje się pod sformułowaniem „mistrzostwo słowa” . I właśnie taką „mistrzynią słowa” Nadine Gordimer zdecydowanie jest. Jej obraz afrykańskiego buszu jest bardzo rzetelny, opisy warunków życia w prymitywnych osadach brzmią wręcz naturalistycznie – poruszają czytelnika, powodują to, że w pewnej chwili zaczynamy sami odczuwać smród panujący w chacie Smalesów, swędzenie po ukąszeniach pcheł, słyszymy i widzimy biegające wokół murzyńskie dzieci – umorusane, krzykliwe, ciekawskie.
Książka nie należy na pewno do „lekkich” – jej styl nie jest najłatwiejszy w odbiorze. Powoduje to, że często – przy jakimkolwiek odwróceniu uwagi – musimy wrócić do poprzednich kartek, przeczytać je ponownie, bo inaczej mielibyśmy problemy ze zrozumieniem całości. Każde słowo napisane przez autorkę jest bowiem bardzo ważne. Narracja, jaką się posługuje jest bardzo oszczędna, wręcz czasami skąpa w słowa – dlatego trzeba aż tak docenić tu każde jest słowo, bo ma ono niesamowitą wagę.
Taki sposób narracji powoduje również, że my czytelnicy patrzymy na wszystkie wydarzenia, na bohaterów powieści z boku, z pozycji obserwatora. Nie jesteśmy w stanie poczuć sympatii do jakiegokolwiek bohatera, nie utożsamiamy się z nim. Nie potrafimy również ich jednoznacznie ocenić, bo też żaden z nich nie zachowuje się jednoznacznie. Każda postać z książki jest niesamowicie dynamiczna, wielobarwna, każda scena pokazuje jej inną cechę charakteru.
Dodatkowym aspektem utrudniającym odbiór powieści są dialogi, szczególnie te, których uczestnikiem jest July. Tłumacz posłużył się w tym wypadku „łamaną polszczyzną”, żeby zaakcentować fakt, że July mimo piętnastoletniej pracy w domu białych pracodawców nie nauczył się języka angielskiego w stopniu wystarczającym do wyrażenia swoich myśli czy uczuć. Jego znajomość języka koncentrowała się jedynie na poziomie potrzebnym do wykonywania poleceń. Pokazuje to też w sposób bardzo dosadny stosunek białych pracodawców do czarnej służby, ich brak jakiegokolwiek zaangażowania w rozwój emocjonalny i intelektualny murzyńskiej ludności. Byli zawsze dwoma przeciwległymi biegunami – czarnym i białym, dwiema warstwami, którym nie wolno było pomieszać się ze sobą – kolor szary w tym społeczeństwie nie miał prawa wystąpić.
Wielkie brawa należą się również wydawcy powieści. Czcionka, choć niezbyt duża, to jednak nie męcząca oczu, odpowiednia interlinia, a przede wszystkim brak błędów, nawet zwykłych literówek, to już zalety leżące po polskiej stronie. Bardzo lubię takie staranne wydania, gdzie daje się zauważyć fakt, że korekta przyłożyła się do swojej pracy, co przyniosło widoczny, jakże pozytywny efekt.
Na temat okładki pisałam już na samym wstępie. Tu chciałabym jeszcze dodać jedno – tak pięknej, hipnotyzującej okładki nie miało żadne wydanie na świecie. Zresztą oceńcie to sami.
Na koniec chciałabym stwierdzić, że wg mnie Nadine Gordimer zafundowała nam wspaniałą, niepowtarzalną, bardzo intrygującą i wyjątkową ucztę czytelniczą. We mnie potrafiła rozbudzić ciekawość i spowodować, że zapragnęłam poznać jej pozostałą twórczość. I choć zdaję sobie sprawę, że nie jest to lektura łatwa, lekka i przyjemna, to jednak polecam ją wszystkim z całego serca. Tak jak powinno się poznać filmy nagrodzone statuetką Oscara, tak samo powinno się poznać twórczość pisarzy nagrodzonych Nagrodą Nobla.
¹ Nadine Gordimer –„Ludzie Julya”, Wydawnictwo M; 2013, okładka
moja ocena: 7/10
Przeglądając parę tygodni temu propozycje wydawnicze wydawnictwa M trafiłam na książkę, która mnie zafascynowała. I to z paru powodów. Po pierwsze nie jest już tajemnicą, że zwracam dużą uwagę na okładki. A z tej patrzyły na mnie dwie pary oczu – tajemnicze, groźne oczy ciemnoskórego mężczyzny oraz łagodne, wpatrzone w dal oczy białej kobiety. I od razu pojawiło się pytanie...
Czytając książkę laureata Nagrody Nobla ma się pewność, że nie będzie to zwykła opowieść, ale opowieść, która zabierze w nas w prawdziwą ucztę czytelniczą, podczas której będziemy poznawać niezwykły świat. Tak też jest i z książką Nadine Gordimer "Ludzie Julya". Ale czy do końca jest to prawda? Hmmm...
W wyniku konfliktu między czarną a białą ludnością, rodzina Smalesów przenosi się z Soweto w RPA do wioski swojego służącego Julya. Pobyt w wiosce jest dla rodziny nowym i z początku koszmarnym doświadczeniem. Udało im się, co prawda uciec z miasta, gdzie na pewno zostali by zaatakowani, lecz w nowym miejscu czują się zagubieni. Tu w wiosce nie czują się Panami, lecz zwykłymi ludźmi, którzy muszą przeżyć. W wiosce nie dość, że nie są Panami, to stają się na równi ze swoim służącym, a z czasem są coraz bardziej uzależnieni od Julya, co powoduje, że są coraz bardziej zagubieni, coraz bardziej się wycofują, a na to wpływa dodatkowo zabranie im samochodu przez Julya oraz broni należącej do Bama Smalesa przez Daniela, będący najlepszym przyjacielem Julya w wiosce. Czy Smalesowie znajdą jeszcze siłę na to by powalczyć o swoją pozycję, czy będą potrafić przeciwstawić się sytuacji w jakiej się znaleźli?
Nadine Gordimer w swojej książce przedstawiła nie tylko jakąś cząstkę swojego kraju, gdzie biali walczą z czarnymi, ale również jak w sytuacji zagrożenia, niemocy potrafią zachowywać się ci, co myślą, że stali się już Panami swojej sytuacji, swojej ziemi oraz ludzi, których uważa się za słabych, uległych, bez inteligencji i są tylko po to, aby im służyli. Lecz w sytuacji gdy muszą się znaleźć na takiej samej pozycji, czują się bardziej bezradni niż ich słudzy. Nie potrafią się z nimi porozumieć, a nawet to oni czują się bardziej sługami niż ci, którzy byli dotychczas owymi sługami.
Zauważyć można też, że podział na Pana i Sługę kończy się tam, gdzie dzieci zarówno osadników jak i przybyłych, nie zauważają między sobą różnicy na kolor skóry, język, kulturę, itp., lecz z ciekawością przebywają między sobą, uczą się siebie, języka, swoich zabaw, czyli takich zachowań, dzięki którym każdy człowiek bez względu na kolor skóry, pochodzenie, religię może żyć zarówno razem jak i obok siebie. I to właśnie od dzieci, powinniśmy brać przykład, by z radością i ufnością przyjmować inność i to co nowe. Czy to słuszne założenie? Sami powinniście to osądzić i mam nadzieję, że ta książka Wam w tym pomoże.
A co do książki? Z jednej strony autorka prezentuje nam dość dobrą historię, godną laureatki Nagrody Nobla, która jest dobrze opisana, z mocnymi i dość interesującymi scenami i dialogami. Książka z początku zapowiada się właśnie na taką powieść, lecz z czasem czytelnik zaczyna się nudzić i zastanawia się czemu tak naprawdę czyta ową książkę i czy naprawdę ma się chęć ukończyć czytanie jej? Gdyby nie to, że w miarę szybko się ją czyta, ja dawno bym ją porzuciła i o niej zapomniała.
A sami bohaterowie? Ci dorośli sprawiają wrażenie nieobecnych, jakby w ogóle to nie o nich była to powieść. Zagubieni między byciem a nie byciem, w powieści sprawia to wrażenie, jakby w ogóle mogło ich nie być w tej książce. Największy "szum robią" dzieci i gdy pojawiają się sceny z nimi to widać wtedy ożywienie w akcji i to bohaterowie dziecięcy skupiają na sobie uwagę. Dorośli są dla nich tłem - mało wyrazistym.
Niestety coraz bardzie wątpię w Noblistów, a czytałam już paru i niestety większość z nich mnie rozczarowało i zniechęcili mnie do siebie. Do tego grona mogę dołączyć Nadine Gordimer i mam nadzieję, że kiedyś będę mieć okazję przeczytać inną jej książkę i zmienić o niej zdanie, ale chyba to będzie dalej niż później.
Czy książkę polecam? Z jednej strony chciałabym, ale trudno jest polecić książkę, która z każdą stroną coraz bardziej nudzi, mimo iż zapowiadała się na całkiem fajną. Czy przeczytacie, pozostawiam już Wam tę decyzję.
http://swiatwidzianyksiazkami.blogspot.com
Czytając książkę laureata Nagrody Nobla ma się pewność, że nie będzie to zwykła opowieść, ale opowieść, która zabierze w nas w prawdziwą ucztę czytelniczą, podczas której będziemy poznawać niezwykły świat. Tak też jest i z książką Nadine Gordimer "Ludzie Julya". Ale czy do końca jest to prawda? Hmmm...
W wyniku konfliktu między czarną a białą ludnością, rodzina Smalesów...
"Ludzie Julya" to trudna powieść psychologiczna Nadine Gordimer, południowoafrykańskiej pisarki. Jest to laureatka nagrody Nobla, członkini Afrykańskiego Kongresu Narodowego. W swoich książkach opisuje różnice kulturowe i rasowe, trudną sytuację w Afryce oraz problemy polityczne. Jej twórczość na pewno nie należy do gatunku lektur łatwych i przyjemnych. Tak też było i tym razem.
Bohaterami powieści jest bogata rodzina Smalesów. To rodzina na pozór zgrana, szczęśliwa. Posiadają piękny dom i służących, w tym jednego bardzo zaufanego, wręcz przyjaciela rodziny, Julya. Kiedy w Soweto gdzie mieszkają, dochodzi do krwawych zamieszek, rodzina korzysta z pomocy służącego i decyduje się schronić w jego wiosce. Nie są to warunki w jakich nauczeni byli żyć do tej pory, dom okazuje się chatką, a wioska daleka jest od luksusowych kurortów. Do tego podejrzliwi i obcy mieszkańcy, wszechobecny smród, brud i bieda. Smalesowie początkowo zachowują się jak zawsze, wciąż traktują Julya jak swego pracownika, jednak z czasem widzą swoje położenie, zdają sobie sprawę z tego, że role się odwróciły i to ich służący ma większą władzę w swej rodzinnej wiosce. Starają się pomagać w codziennych obowiązkach, są wdzięczni za okazaną im pomoc. Jednak poczucie władzy i satysfakcja, powodują, że Julya odkrywa w sobie uczucia, o jakich nie miał pojęcia. Stopniowo zatraca się w poczuciu władzy i kontroli, podżegany również w pewnym stopniu przez mieszkańców osady, zaczyna wychodzić z roli oddanego pracownika i staje się zuchwałym i nader pewnym siebie.Smalesowie zauważają to, jednak ich sytuacja na niewiele im pozwala, są skazani na takie położenie. Jednak również i oni zaczynają doświadczać nowych uczuć. Do tej pory zgodni, zaczynają oddalać się od siebie. Małżeństwo Bam i Maureen zaczyna się psuć, narasta poczucie żalu, gniewu i strachu.
"Ludzie Julya" to powieść bardzo złożona. To trochę sensacji, dramatu i na pewno dużo wątków psychologicznych, ale przede wszystkim jest to lektura do przemyśleń i analizowania. Główna akcja skupia się na uczuciach bohaterów, które zmieniają się i stają niebezpieczne w obliczu trudnej sytuacji. Jeśli więc nie lubicie inteligentnych książek, przy których trzeba cały czas trzeźwo i dużo myśleć, to nie jest to lektura dla Was. Polecam ją raczej tym, którzy mają ochotę na coś ambitniejszego, na coś skupionego raczej na to co pomiędzy wersami, niż na samej akcji.
Książka była momentami trudna, język autorki także nie jest lekki, ale na pewno to lektura wartościowa. Czasami nie rozumiałam przekazu i konkretnych fragmentów, ale rekompensowały to opisy krajobrazu i ludzi, bardzo ciekawe i wciągające. Na pewno zaskoczyły mnie też metamorfozy bohaterów.
Podsumowując, nie żałuję przeczytania tej pozycji, jednak jest to przykład książki, na którą trzeba poświęcić więcej czasu, mimo że nie jest bardzo objętościowa, skupić się i lubić taki gatunek. Myślę, że raz na jakiś czas warto jednak sięgnąć po coś w tym stylu.
"Ludzie Julya" to trudna powieść psychologiczna Nadine Gordimer, południowoafrykańskiej pisarki. Jest to laureatka nagrody Nobla, członkini Afrykańskiego Kongresu Narodowego. W swoich książkach opisuje różnice kulturowe i rasowe, trudną sytuację w Afryce oraz problemy polityczne. Jej twórczość na pewno nie należy do gatunku lektur łatwych i przyjemnych. Tak też było i tym...
Książka południowoafrykańskiej noblistki Nadine Gordimer to znakomite, trzymające w napięciu studium psychologiczne o tym jak zmiana otoczenia i relacji, zmienia charaktery „państwa” i „służącego”.
Podczas krwawych zamieszek w Soweto rodzina Smalesów decyduje się uciekać do wioski ich wieloletniego służącego, Julya. Biali Smalesowie stopniowo tracą na rzecz July’a atrybuty władzy: kluczyki do samochodu, pieniądze, wreszcie broń, bez której są nikim. I w końcu nie wiadomo, czy ucieczka do buszu była sposobem na ocalenie białej rodziny, czy wręcz przeciwnie…*
Nadine Gordimer (1923-) południowoafrykańska pisarka, laureatka Nagrody Nobla z
literatury w 1991 roku. W swojej twórczości porusza sprawy konfliktów społecznych i psychologicznych następstw apartheidu w RPA, a także inne tematy społeczno-polityczne swojego kraju i innych krajów afrykańskich. Zaangażowana w zwalczanie segregacji rasowej, została członkinią Afrykańskiego Kongresu Narodowego. **
O Nadine Gordimer nic nie wiedziałam, aż do tej pory. Chociaż jest laureatką Nagrody Nobla, słyszę o niej pierwszy raz. W książce pt. 'Ludzie Julya' zdecydowała się poruszy dość ciekawą kwestie. Pokazała jak żyją czarnoskórzy ludzie wśród białych, a także jak otoczenie potrafi zmieni człowieka. Rodzinie Smalesów szczęście dopisało, ponieważ gdyby nie July dawno mogliby już nie żyć. Zawdzięczają mu bardzo dużo i obie strony zdają sobie z tego sprawę. Choć July z roli służącego wywiązywał się doskonale, to jednak otoczenie zmienia wybawce rodziny Smalesów i powoli zaczyna zdawać sobie sprawę, że są na jego ziemi i on jest tu panem. Choć nie mówi tego wprost to jego zachowanie zdradza go w oczach Maureen, która zna swojego służącego jak mało kto.
Autorka świetnie wyrysowała czytelnikowi obraz osady, w której przyszło mieszka rodzinie Smalesów. Podczas czytania dowiadujemy się jak dość bogata rodzina przystosowuje się do życia w spartańskich warunkach. Początkowo mieszkańcy osady wrogo odnoszą się do przybyszów, a oni sami chcą zostać w ukryciu. Wielki plus dla autorki za utworzenie odpowiedniego klimatu. Historia napisana przez Nadine Gordimer potrafi aż tak wciągną, że czytelnik czuje się uczestnikiem danych wydarzeń. Warto wspomnie o relacjach pomiędzy ludźmi, które były genialnie wykreowane. Z pozoru kochająca się rodzina w opresji oddala się od siebie, tyczy się to głownie Bama i Maureen. Jednak relacja między nimi, a Julym w tej książce zdecydowanie dominuje. Maureen podczas pobytu w osadzie przekonuje się, że pozory mylą i zaczyna bać się człowieka, który służył im wiele lat. Książkę wyróżniają dialogi, które prowadzone są z lekkością i odpowiednio do danej sytuacji. Słowa bohaterów niosą ze sobą różne skrajne emocje.
Co do stylu pisania autorki to trzeba przyznać, że nie należy on do najłatwiejszych w odbiorze. Dla wielu z nas utrudnieniem może by łamana polszczyzna użyta na potrzebę pokazania braków w znajomości języka przez Julya. Spotkałam się ze stwierdzeniem, że tą książkę powinno się czytać z opracowaniem. Nie dziwie się takiej opinii. Książka Nadine Gordimer może okazać się dla Was wyzwaniem i każdy z Was sam musi zdecydować czy jest gotowy się go podjąć. Chciałam zaznaczyć, że pomimo tych utrudnień językowych potrafiłam oddać się tej książce bez reszty. Pragnęłam poznawać, jak dalej potoczy się walka psychologiczna pomiędzy Maureen a Julym.
Kluczowymi postaciami są Maureen i July. Maureen to kobieta silna i gotowa do wali, która potrafi upomnieć się o swoje. July to małomówny, czarnoskóry mężczyzna, który dla dobra swoich bliskich jest w w stanie zrobić na prawd wiele. Od przyjazdu Smalesów nie traktuje ich już jak 'białych panów'.
Postać Maureen bardzo polubiłam i myślę, że w sytuacji w jakiej ona się znalazła postępowałabym podobnie. Co do Julya moje odczucia w stosunku do niego były różne. Raz mu współczułam, a zaraz nienawidziłam. Bam według mnie zachował się nie fair w stosunku do swojej żony. Ich dzieci bardzo szybko się za klimatyzowały i nawiązały nowe wiadomości.
Napisanie recenzji tej książki nie należało do najłatwiejszych rzeczy. Historia opisana w książce z pewnością zostanie ze mną na bardzo długo. Nie jest to książka, gdzie akcja jest dynamiczna. 'Ludzie Julya' to obraz psychologiczny danej postaci. Polecam osobom, które są ciekawe tej historii i są gotowe spędzi kilka, czasami trudnych chwil z tą pozycją.
OCENA: 9/10
Książka południowoafrykańskiej noblistki Nadine Gordimer to znakomite, trzymające w napięciu studium psychologiczne o tym jak zmiana otoczenia i relacji, zmienia charaktery „państwa” i „służącego”.
Podczas krwawych zamieszek w Soweto rodzina Smalesów decyduje się uciekać do wioski ich wieloletniego służącego, Julya. Biali Smalesowie stopniowo tracą na rzecz July’a...
Pomyślałam, że książka z przykuwającą wzrok okładką, intrygującym opisem i trochę odmienną tematyką będzie idealna na weekend. Okazało się, że kompletnie nie trafiła w mój gust, a czas który chciałam przeznaczyć na jej przeczytanie ciągnął się w nieskończoność.
Bohaterami jest rodzina Smalesów i ich wieloletni służący July. Akcja dzieje się w Soweto, gdzie dochodzi do walk ulicznych i ataków na "białych". Bam i Maureen zmuszeni są pozostawić swój dobytek i uciekać, aby uchronić siebie i swoje dzieci od niebezpieczeństwa. Ich wybawcą jest July - służący pracujący u nich już od 15 lat. Daje swoim "Panom" schronienie i opiekuje się nimi. Rdzenni mieszkańcy wioski różnie reagują na przybyszów i nie potrafią zrozumieć dlaczego akurat u nich muszą się ukrywać i co ich do tego zmusiło. Smalesowie zmuszeni są do całkowitej zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń. Zwłaszcza dzieciom jest trudno przyzwyczaić się do nowej sytuacji.
Ogólnie fabuła jest dosyć nudna i brakuje porywających zdarzeń.. "Kulminacyjnym momentem powieści jest zniknięcie z ich chaty broni - bez niej Bam nie jest już "białym panem", jest nikim" - akurat z tym zdaniem z opisu zgodzić się nie mogę. Wspomniany przełomowy moment wydał mi się jedynie kolejnym wydarzeniem, które nie wpłynęło zbytnio na los bohaterów. Opis informuje nas, że książka jest "znakomitym, trzymającym w napięciu studium psychologicznym" i wydawałoby się, że powinna zainteresować nawet bardzo wymagającego czytelnika. Czytając, próbowałam skupić się na aspekcie psychologicznym i zrozumieć postępowanie bohaterów. Mimo moich starań, fabuła powieści wydała mi się kłębkiem myśli bohaterów, których chwilami nie potrafiłam zrozumieć. Muszę przyznać, że najbardziej zaskakujące (niekoniecznie pozytywne) okazało się zakończenie. Nagle zaczyna się coś dziać, a tu... koniec
Pomyślałam, że książka z przykuwającą wzrok okładką, intrygującym opisem i trochę odmienną tematyką będzie idealna na weekend. Okazało się, że kompletnie nie trafiła w mój gust, a czas który chciałam przeznaczyć na jej przeczytanie ciągnął się w nieskończoność.
Bohaterami jest rodzina Smalesów i ich wieloletni służący July. Akcja dzieje się w Soweto, gdzie dochodzi do walk...
Południowoafrykańska pisarka Nadine Gordimer dołączyła do grona laureatów literackiej Nagrody Nobla nieprzypadkowo: ta zaangażowana w zwalczanie apartheidu członkini Afrykańskiego Kongresu Narodowego w swojej twórczości porusza kwestie konfliktów społecznych i politycznych nękających nie tylko jej kraj, ale i cały kontynent afrykański, oraz - co ciekawsze - sprawy psychologicznych następstw systemu apartheidu.
Nie inaczej jest w przypadku "Ludzi Julya" - powieści, dla której tłem są krwawe zamieszki na tle rasowym w Soweto, a której akcja rozgrywa się na poziomie psychologicznym koncentrując się wokół skomplikowanych relacji między białymi pracodawcami a czarnoskórym służącym w warunkach, w których drastycznie zmienia się charakter tej zależności uświęconej wielowiekową, kolonialną tradycją.
W wyniku krwawych zamieszek pomiędzy czarnoskórą ludnością a białymi potomkami kolonizatorów, rodzina Smalesów: Bam, Maureen oraz trójka ich dzieci - Royce, Victor i Gina, zmuszeni są opuścić swój dom w Soweto. Z pomocą przychodzi wieloletni służący July, który oferuje im schronienie w rodzinnej wiosce oddalonej o kilkaset kilometrów. Białych przepełnia wdzięczność dla oddanego i lojalnego pracownika - w końcu uratował im życie - jednak nowe warunki we wsi na obrzeżach cywilizacji oraz panujące w niej zwyczaje i sposób życia mieszkańców są tak diametralnie różne od przyzwyczajeń "państwa", ci nie potrafią się w nich odnaleźć i przystosować. Najbardziej niepokojące, niekomfortowe i dezorientujące w ich sytuacji jest to, że nie potrafią się odnaleźć w nowej roli narzuconej im przez okoliczności: oto utracili swój status białych panów, pracodawców, od których zależało życie Julya i przetrwanie jego rodziny, panem sytuacji stał się ich służący. Relacje między Smalesami a Julym drastycznie się komplikują i początkowo żadna ze stron nie potrafi się odnaleźć w zaistniałej sytuacji.
Kolejne strony lektury rzucają więcej światła na charakter stosunków między Bamem i Maureen a ich służącym. Czarnoskóry July jako pracownik Smalesów nie miał powodów do narzekań czy powodów do zemsty. Oni traktowali go z szacunkiem, a raczej jego formą nacechowaną pobłażliwością i poczuciem wyższości białego człowieka; mieli do niego zaufanie, on zaś odpłacał im lojalnością, oddaniem, posłuszeństwem i uległą wdzięcznością, głęboko zakorzenioną w mentalności czarnego człowieka od wieków podporządkowanego dominacji kolonizatorów. July początkowo nie zdaje sobie sprawy z władzy, jaka nagle spoczęła w jego rękach, świadomość ta narasta w nim stopniowo. Nie tylko proponuje Smalesom schronienie - oddaje do ich dyspozycji chatę własnej matki, usługuje im, dba o ich wygody i troszczy się o ich bezpieczeństwo narażając się na krytykę członków własnej rodziny - jak dawniej oczekując zapłaty. Bam i Maureen natomiast doskonale zdają sobie sprawę ze swojego położenia i ze swej zależności od Julya, z lękiem wypatrują zmian w zachowaniu służącego. Choć trudno im się z tym pogodzić, próbują dostosować się do nowych, zaskakujących warunków: z wdzięcznością przyjmują troskę służącego, nieporadnie, acz gorliwie starają się pomóc jego rodzinie w codziennych zajęciach. Mimo gościnności i szorstkiej serdeczności czarnych atmosfera coraz bardziej się zagęszcza, staje się duszna i napięta, przesiąknięta poczuciem niewypowiedzianego zagrożenia. Z biegiem czasu dystans między Smalesami a Julym zmniejsza się; niegdysiejszy służący zaczyna dyktować warunki dostrzegając wreszcie i wykorzystując swoją przewagę. I podczas gdy dzieci beztrosko adaptują się do prymitywnych warunków murzyńskiej osady, Bam zajmuje myśli i ręce praktycznymi zajęciami, Maureen bezustannie analizuje ich sytuację i najwyraźniej nie potrafi przejść do porządku dziennego nad nowymi dla niej emocjami i uczuciami. Okoliczności sprawiły, że ujrzała męża w nowym, niekorzystnym świetle; wraz z utratą dotychczasowej pozycji straciła do niego szacunek, stał się dla niej kimś obcym i niechcianym. Wszechobecny brud, prymitywne warunki życia, brak prywatności i niepewność sprawiają, że małżonkowie stają się sobie obojętni, ich drogi zaczynają się rozchodzić.
Najciekawsza i najbardziej znacząca jest jednak psychologiczna gra, jaką prowadzi Maureen z Julym. Wydawało jej się, że dobrze zna swojego służącego, wie, czego można się po nim spodziewać - okazało się, że przykroiła go do własnych wyobrażeń dotyczących relacji między białym panem a czarnoskórym pracownikiem, ukształtowanych przez afrykanerskie wychowanie. Dopiero tu, w naturalnym środowisku Julyego przekonuje się, jak bardzo myliła się w ocenie jego charakteru i osobowości, dostosowanych do potrzeb i wymagań pracodawców. Maureen i July nie potrafią się porozumieć na żadnej płaszczyźnie, różnice kulturowe są kolosalne, bariera mentalna nie do przekroczenia. Nie można powiedzieć, że July nagle się zmienił - on po prostu pokazał swoje drugie oblicze, dotąd jedynie na użytek własnej rodziny, własnego plemienia. I nie zrobił tego z rozmysłem, jego zachowania i reakcje adekwatne są do okoliczności i warunków, trudno przykładać do nich jedną miarę, miarę białego człowieka. Ta zaś nie pozostawia wątpliwości: fakt, że dawny służący kontroluje teraz ich życie i dyktuje warunki, stawia ich w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji, wywołuje jednoznaczne poczucie zagrożenia. Czy rzeczywiście Smalesowie mają się czego obawiać ze strony Julya i jego rodziny?
Powieść Nadine Gordimer nieco mnie rozczarowała. Zarys fabuły i skojarzenia ze znakomitym "Władcą much" mocno mnie zaintrygowały i automatycznie podniosły moje oczekiwania. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że aluzje do prozy Williama Goldinga okazały się wyjątkowo nietrafione - nie znalazłam w książce nic, co usprawiedliwiałoby ich użycie. "Ludzie Julya" z cała pewnością posiadają zadatki na dobrą powieść psychologiczną, jednak według mnie zbyt wiele w nich mankamentów, by książkę za taką uznać. Właśnie dotarło do mnie, że krytykuję prozę noblistki, ale postaram się uzasadnić swoje stanowisko. Po pierwsze - narracja: oszczędna, chłodna, wręcz toporna, sprawiała, że z trudem wgryzałam się w treść. Skutecznie uniemożliwiała mi wczucie się w sytuację bohaterów, identyfikowanie się czy sympatyzowanie z nimi. Nikt nie wzbudził we mnie cieplejszych uczuć, podobnie jak cała historia niespecjalnie mnie poruszyła. Bohaterowie są bladzi, bezosobowi, zredukowani tylko do zestawu cech umożliwiających z ogólnych zarysach przedstawienie wiążących ich relacji i psychologicznej gry, jaka wywiązała się między Maureen a Julym. Trudno było reagować emocjonalnie na przedstawione wydarzenia czy sytuacje - nieustannie miałam wrażenie, że autorka sygnalizuje jedynie pewne rzeczy, nie zagłębia się w charakter relacji i prześlizguje się wśród psychologicznych zawiłości bohaterów. Być może było to działanie celowe, na mnie jednak wywarło wrażenie niedopracowania i niedbałości. Nie przeszkadzał mi brak dynamizmu, zwrotów akcji czy dramatycznych wydarzeń, gdyż intencją autorki było przeniesienie ciężaru fabuły w sferę psychologiczno - emocjonalną. Żałuję jedynie, że zabrakło nieodzownego w takich przypadkach stopniowania napięcia czy też akcentowania najistotniejszych bądź przełomowych momentów fabuły, a przede wszystkim wielowymiarowych portretów psychologicznych bohaterów. Pozbawienie tego powieści uczyniło lekturę irytująco nudną i mało poruszającą - i to pomimo bez wątpienia dramatycznych okoliczności towarzyszących zamieszkom rasowym w Soweto. Spodziewałam się innej lektury: ciekawszej, bardziej płynnej, spójnej, głębszej - choć autorka poruszyła bardzo ważny aspekt w relacjach białej i czarnej ludności Południowej Afryki w czasach apartheidu, nie mam poczucia, że wykorzystała w pełni potencjał drzemiący w temacie.
Południowoafrykańska pisarka Nadine Gordimer dołączyła do grona laureatów literackiej Nagrody Nobla nieprzypadkowo: ta zaangażowana w zwalczanie apartheidu członkini Afrykańskiego Kongresu Narodowego w swojej twórczości porusza kwestie konfliktów społecznych i politycznych nękających nie tylko jej kraj, ale i cały kontynent afrykański, oraz - co ciekawsze - sprawy...
Nadine Gordimer to południowoafrykańska noblistka, która stworzyła opowieść o różnicach kulturowych ludzi o różnych kolorach skóry.
Wojna zmusiła Bama i jego rodzinę do opuszczenia miasta. Zatrzymali się w wiosce u swojego ówczesnego służącego, Julya, który zapewnił im mieszkanie. Nie mogli się jednak zbytnio rozgłaszać ze swoim pobytem. Mężczyzna był dla nich bardzo miły, tylko nie robił tego bezinteresownie, o czym wówczas biali ludzie jeszcze nie wiedzieli…
Na książkę miałam ochotę już dość długo. Wszystko za sprawą Marty z Książeczek synka i córeczki, która swoją recenzją zachęciła mnie do tej pozycji. Trochę czasu jednak minęło zanim przesyłka do mnie dotarła, a ja zabrałam się za jej czytanie.
Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tematyką o ,,białych” i ,,czarnych”. Nigdy wcześniej nie czytałam powieści o ich różnicach kulturowych. Całość rozgrywała się w 1980 roku, gdy panowała wojna.
July, który początkowo wydawał się wybawcą rodziny szybko przestał nim być. Rodzina nie zorientowała się, że zależy mu tylko na własnym dobrze. W dodatku nie był zachwycony z pracy u nich, o czym nigdy wcześniej nie wspominał. Maureen, żona Bama, znalazła w domu ich służącego różne rzeczy…
Powieść podzielona została na rozdziały. Każdy oznaczony był kołem, w zależności od posuwania się naprzód było ono zapełniane czarnym tuszem. Na końcu wszystko się dopełniło.
Zakończenie dość zaskakujące, zagadkowe. Autorka pozostawiła sobie drogę do napisania kolejnych części, które mam nadzieję ukażą się w przyszłości.
Z twórczością pisarki zapoznałam się po raz pierwszy, jednak z przyjemnością sięgnęłabym po kontynuację powieści, gdyby ukazała się na polskim rynku.
,,Ludzie Julya” to zestawienie ze sobą dwóch kultur, ukazanie ich psychiki, sposobu myślenia. Nie zawsze wdzięczny służący musi okazać się dobrodusznym wybawcą… Nie jest to z pewnością pozycja łatwa, jednak moim zdaniem warto poświęcić jej swój czas.
Moja ocena: 5,5/6
Nadine Gordimer to południowoafrykańska noblistka, która stworzyła opowieść o różnicach kulturowych ludzi o różnych kolorach skóry.
Wojna zmusiła Bama i jego rodzinę do opuszczenia miasta. Zatrzymali się w wiosce u swojego ówczesnego służącego, Julya, który zapewnił im mieszkanie. Nie mogli się jednak zbytnio rozgłaszać ze swoim pobytem. Mężczyzna był dla nich bardzo miły,...
Południowa Afryka, rok 1980. Maureen i Bam Smalesowie z trojgiem małych dzieci mieszkali w Soweto. Kiedy wybuchła wojna domowa, odwlekali wyjazd z miasta, aż w końcu zaczęto bombardować lotniska i ucieczka stała się niemożliwa. I wtedy July, który od piętnastu lat pracował u nich jako służący, zaproponował, że ukryje ich w swojej rodzinnej wiosce. Małżonkowie z radością przystali na ten plan i po trudnej podróży przez busz trafili do bardzo prymitywnej osady, której jeszcze nigdy nie odwiedził biały człowiek.
Każdy ze Smalesów w inny sposób zachowuje się w nowych warunkach. Dzieci przystosowują się najłatwiej. Zaczynają biegać po murzyńskich chatkach, pić wodę z rzeki, usamodzielniają się i uodparniają na zarazki. Bam nie chce zbyt wiele rozmyślać o ich położeniu, woli zająć się czymś praktycznym, np. budowaniem zbiornika na wodę. Natomiast Maureen nie umie się uspokoić. Wciąż rozważa, czy na pewno ich rodzina jest bezpieczna wśród "ludzi Julya". Zastanawia się, dlaczego właściwie July uciekł z Soweto, dlaczego nie zainteresował się losami swojej wieloletniej partnerki Ellen i nie dołączył do swoich braci walczących o zlikwidowanie apatrheidu.
July to najbardziej niejednoznaczna i intrygująca postać książki. Na mnie sprawił on wrażenie człowieka, który nawet w tak osobliwych warunkach, w jakich się znalazł, pragnie usługiwać swoim dawnym pracodawcom, a za usługi żąda zapłaty. Kiedy Maureen chce sama zająć się szykowaniem strawy, on reaguje irytacją. Zdobyciem samochodu i pieniędzy interesuje się bardziej niż walką o równość. Może to dlatego, że w pracy u białych nie było mu źle. Smalesowie dobrze go traktowali, dawali prezenty, wolne dni i pozwalali, by do swego pokoju przyprowadzał kolegów oraz kobiety. A może to po prostu typ człowieka, który myśli tylko o sobie i wojnę postrzega jako okazję do wzbogacenia się.
Nie tylko Bam i Maureen mają okazję poznać Julya od innej strony. Również Martha, jego żona, po raz pierwszy przebywa z nim tak długo. Dotychczas mąż przyjeżdżał co dwa lata, przywoził pieniądze i rzeczy, po czym szybko wracał do miasta. Martha nie ma chęci przyjaźnić się z białymi, uważa, że ukrywając uciekinierów July naraża się na niebezpieczeństwo.
Ze zdziwieniem zauważyłam, że powieść Nadine Gordimer jest źle oceniana na blogach książkowych, że uchodzi za chaotycznie napisaną i niezrozumiałą. Szczerze mówiąc, nie rozumiem, co w niej trudnego i chaotycznego. Według mnie to wartościowa, przemyślana powieść. Autorka nakreściła bohaterów niejednoznacznych, mocno rozwinęła warstwę psychologiczną książki. "Ludzi Julya" polecić mogę szczególnie tym osobom, które lubią chłodny typ narracji, otwarte zakończenia, afrykańskie klimaty i interesują się historią RPA.
Południowa Afryka, rok 1980. Maureen i Bam Smalesowie z trojgiem małych dzieci mieszkali w Soweto. Kiedy wybuchła wojna domowa, odwlekali wyjazd z miasta, aż w końcu zaczęto bombardować lotniska i ucieczka stała się niemożliwa. I wtedy July, który od piętnastu lat pracował u nich jako służący, zaproponował, że ukryje ich w swojej rodzinnej wiosce. Małżonkowie z radością...
Dzisiaj zaprezentuje Wam książkę, której nieco się obawiałam. Jest to książka o Afryce, a dokładniej o Afrykańskiej wiosce, o zamieszkach w mieście, o ucieczce, ukrywaniu się, o radykalnej zmianie życia, o służącym i jego pracodawcach... Zazwyczaj nie sięgam po takie książki... Dlaczego? Chyba dlatego, że są one dla mnie za smutne, że podczas czytania płacze jak bóbr... Przy tej powieści tak nie było. Nie jest ona aż tak straszna jak się spodziewałam. Sięgnęłam po nią bo zainteresował mnie opis. Spodziewałam się jednak czegoś nieco innego...
Rodzina Smalsów - biali ludzie, czteroosobowa rodzina mieszkająca w Afryce w mieście Soweto. To tutaj było ich życie, tutaj był ich cały świat. Więc kiedy na ulicach zaczęły wybuchać zamieszki postanowili zostać w swoim domu, w dorobku swojego życia. Nie mieli zamiaru uciekać i zostawić wszystkiego co mają. Jednak zamieszki przybrały na sile, płonące i okradzione domu, zniszczone sklepy, wybuchy kopalni, samonaprowadzające rakiety. Tego było już za wiele, nie mieli wyjścia, musieli uciekać. Wybawcą okazał się July, ich czarnoskóry służący, który pracował dla nich od piętnastu lat. Zabrał ich do swojej rodzinnej wioski, dał dach nad głową, pomógł kiedy nie mieli już kompletnie nic. Jednak teraz role się odwróciły. To on był ich wybawicielem, a oni nie byli mu już potrzebni. Teraz on zaczyna się rządzić, a oni mają niewiele do powiedzenia...
Główną narratorką jest tutaj Maureen - biała Pani, żona Bama, matka Victora i Giny, pracodawczyni Julya. Wszystko co dzieje się w wiosce jest opisywane przez nią. Zobaczymy jak ona postrzega swoje "nowe" życie, jak bardzo przeżywa to jak teraz muszą żyć, jak okropnie tęskni za tym co było jeszcze tak niedawno... Na dodatek okazuje się, że ich służący July, dotąd bardzo oddany i uczciwy, wcale nie jest taki krystaliczny jak mogłoby się wydawać. Maureen odnajduje w jego rodzinnym domu przedmioty, które w dziwnych okolicznościach znikały z ich domu w mieście. Na dodatek to teraz July jest tutaj szefem.
Książka ta nie jest żadną porywająco powieścią... Akcja cały czas toczy się w środku buszu, w malutkiej, zacofanej, afrykańskiej wiosce, gdzie domy są lepiankami, a mycie i pranie odbywa się w tej samej brudnej rzece. Powiem szczerze, że książka ta nie trzyma w napięciu, jednak na swój sposób wzbudza zainteresowanie. Byłam ciekawa jak dalej potoczą się losy tej białej rodziny, chciałam dowiedzieć się jak to się zakończy, czy zamieszki w miastach się uspokoją, czy będą mogli wrócić do swojego rodzinnego domu, do dawnego życia, czy już na zawsze zostaną w tym nieznanym, dziwnym świecie, gdzie traktowani są jak obcy, jak przybysze z innej planety... Nie za wiele się jednak dowiedziałam. Brakowało mi tutaj jakiegoś lepszego zakończenia, nie koniecznie happy endu ale jednak czegoś co zakańcza tę powieść. Tutaj skończyło się tak jakby miał być ciąg dalszy. Chociaż z drugiej strony powiem Wam, że działa to na wyobraźnię. Po zakończeniu książki sama wyobrażałam sobie ciąg dalszy ;)
Powieść ta nie porywa, ale na pewno ukazuje emocje bohaterów, a odczuwają oni naprawdę bardzo wiele. Strach, niepewność, tęsknota, smutek, złość, niemoc... To tylko niektóre z nich... Znajdziemy tutaj dużo opisów różnych sytuacji, ludzi, rzeczy, odczuć. Jest za to niewiele dialogów, czego na pewno mi tutaj nieco brakowało. Podsumowując jest to książka ukazująca jak w ciągu chwili może zmienić się sytuacja, może zmienić się całe życie. Jak "służący" może stać się "panem", jak mogą odwrócić się role... Powiem Wam szczerze, że czytałam ją zainteresowaniem, chociaż czegoś tutaj brakowało... Sama nie wiem czego, może chodzi tu o dialogi, a może o bardziej wartką akcje... Zresztą przekonajcie się sami czy Wam się spodoba :)
Dzisiaj zaprezentuje Wam książkę, której nieco się obawiałam. Jest to książka o Afryce, a dokładniej o Afrykańskiej wiosce, o zamieszkach w mieście, o ucieczce, ukrywaniu się, o radykalnej zmianie życia, o służącym i jego pracodawcach... Zazwyczaj nie sięgam po takie książki... Dlaczego? Chyba dlatego, że są one dla mnie za smutne, że podczas czytania płacze jak bóbr......
Trudno wyobrazić sobie historię rodziny Smalesów. Byli mieszkańcami jednego z afrykańskich miast. Podczas krwawych zamieszek przeciwko ludności białej zostali zmuszeni do opuszczenia, znanego im środowiska. Właśnie w ten sposób trafili do ubogiej wioski swojego służącego – Julya. Z dnia na dzień ich sytuacja pogarszała się.
Nadine Gordimer to południowoafrykańska noblistka. Można powiedzieć, iż stworzyła afrykańskiego „Władcę much”. Jej powieść o rodzinie Smalesów przedstawia, jak szybko może zmienić się rozkład sił – jak pozycja nie jest trwała. Bam, Maureen oraz troje ich dzieci trafiają do dziczy, gdzie tracą swój status „panów” na rzecz swojego służącego – Julya.
Nie będę ukrywać, iż książka najzwyczajniej w świecie nie podobała mi się. Czytając opis historii, czekałam na głęboką, poruszającą mnie powieść. Wydawało mi się, że słowa będą mnie osaczać, że poczuję prawdziwe zagrożenie, a także rozpacz tych ludzi. Tymczasem… książka nie wywoływała we mnie żadnych emocji – oprócz irytacji.
Moim głównym i chyba największym zastrzeżeniem do powieści będzie jej narracja. Dawno nie czytałam historii, w której trudno byłoby mi się zorientować właśnie przez sposób przedstawiania sytuacji. Pani Nadine jednak bardzo chaotycznie opisywała wydarzenia – niektóre fragmenty musiałam powtarzać kilka razy! Czytając, nie byłam pewna, czy jest to retrospekcja, czy też bieżące wydarzenia. Wielokrotnie mieszała, co jedynie utrudniało mi odbiór historii.
Przez tę trudną narrację dobra historia – bo naprawdę miała potencjał – straciła cały swój urok. Czytając, nie przeżywałam wydarzeń wraz z bohaterami. Jedynie opisy tła akcji przemawiały do mojego zmysłu estetycznego, gdyż z bohaterami nie potrafiłam się zżyć. Właśnie to barwne przedstawienie buszu, trzymało mnie przy tej książce do końca.
To z punktu widzenia Maureen głównie obserwujemy całą akcję. Bohaterka ta jest postacią, w moim odczuciu, kompletnie bezosobową. Ciężko mi cokolwiek o niej powiedzieć, oprócz tego, iż jej relacja ze służącym była naprawdę skomplikowana. Właśnie ten wątek w powieści został pokazany najskromniej, a szkoda, gdyż ciekawił mnie najbardziej. Zarówno ona, jak i July zachowywali się, jakby chowali dawne urazy, ale czytelnik nie może zgłębiać dalej tego wątku. Żałuję, iż Gordimer nie skupiła się na nim bardziej, by okazać różnice między ich statusami, być może wyjaśniłoby to ich postępowanie, gdy znaleźli się już w afrykańskim buszu.
Książka zapowiadała się naprawdę rewelacyjnie. Myślałam, iż mocno będzie oddziaływać na czytelnika, jednak z każdą kolejną stroną… nudziłam się coraz bardziej. Nim się obejrzałam, zerkałam jedynie na ilość stron, czekając, aż skończę lekturę.
W powieści zabrakło mi jakiegoś zdecydowania autorki odnośnie akcji. Wiele rzeczy nie było podkreślonych, chociażby finał historii, którego finałem bym nie nazwała właśnie przez brak akcentowania go. Chociaż sytuacja Smalesów była ciężka, Gordimer nie uwydatniła tego, nie czuć było ich dramatu. Niekiedy wydawało mi się, iż to ja nadinterpretuje ich sytuację, mimo iż w książce wiodło im się lepiej, niż mogłabym przewidywać.
Zdecydowanie spodziewałam się innej lektury – bardziej płynnej oraz ciekawej, gdyż bez wątpienia zamieszki w Soweto, a także sytuacja tamtej ludności, niezależnie od koloru skóry, są tematem, który da się wykorzystać bardziej. Z drugiej strony historia ta przedstawia w jakiś sposób przeszłość, a także potencjalną przeszłość białych ludzi na Czarnym Kontynencie. Dzięki tej powieści sięgnęłam po materiały historyczne, zgłębiając temat buntu Afrykańczyków przeciwko kolonizatorom i jest to chyba jedna z zalet – rozbudzenie ciekawości czytelnika. Szkoda jedynie, iż sama autorka nie przybliżyła sytuacji. Czytelnik został wrzucony „na głęboką wodę”, a przecież nie tak powinno to wyglądać.
Z kolei po przeczytaniu całej mojej opinii naszła mnie refleksja - ta książka jest tak chaotyczna, iż jedyne co można zrobić, to napisać równie chaotyczną recenzję.
Pozdrawiam
Trudno wyobrazić sobie historię rodziny Smalesów. Byli mieszkańcami jednego z afrykańskich miast. Podczas krwawych zamieszek przeciwko ludności białej zostali zmuszeni do opuszczenia, znanego im środowiska. Właśnie w ten sposób trafili do ubogiej wioski swojego służącego – Julya. Z dnia na dzień ich sytuacja pogarszała się.
Czasami zdarza się, że książka tak mocno oddziaływuje na moje zmysły, że nie sposób oprzeć się pokusie, odpędzić zachłanne myśli...
Tak zdarzyło się w przypadku powieści Nadine Gordimer. Sama do końca nie wiem co tak mocno przykuło moją uwagę: hipnotyzująca okładka? Intrygujący opis? Adnotacja o prestiżowej nagrodzie?
Kim jest Nadine Gordimer? Prawdę powiedziawszy nie wiem. Nie czuję się ignorantką ale po prawdzie nie śledzę laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Dlatego byłam ogromnie ciekawa kim jest i co ma do powiedzenia zdobywczyni tego światowego wyróżnienia.
Nadine Gordimer to południowoafrykańska pisarka, pisząca w języku angielskim, laureatka Nagrody Nobla z literatury w roku 1991. Była córką żydowskiego imigranta z Litwy i Angielki (Isidore i Nan Gordimer). Choć oboje rodzice mieli pochodzenie żydowskie, Nadine Gordimer została wychowana jako chrześcijanka. W swojej twórczości poruszała sprawy konfliktów społecznych i psychologicznych następstw systemu apartheidu w RPA, a także inne tematy społeczno-polityczne swojego kraju i innych krajów afrykańskich. Osobiście zaangażowana w zwalczanie segregacji rasowej, została członkinią Afrykańskiego Kongresu Narodowego.
"Podczas krwawych zamieszek w Soweto rodzina Smalesów- Bam, Maureen i trójka ich dzieci- decyduje się uciekać do wioski ich wieloletniego służącego Julya".
Z początku trudno im było zaadaptować się do nowej sytuacji ale z pomocą serdecznego Julya zaczynają akceptować swoje położenie. Przestają zauważać niewygody, zbliżają się do siebie i mają okazję dokładniej poznać swojego wybawiciela. Z czasem relacje między gospodarzami a uciekinierami psują się. Maureen dostrzega w domu Julya swoje dawno zaginione rzeczy, a on sam robi się coraz bardziej natarczywy i bezwzględny.
Książka zapowiadała się rewelacyjnie. Niestety w trakcie lektury moja ekscytacja systematycznie malała by w końcu przemienić się w znużenie. Zabrakło mi w niej budowania napięcia, dramaturgi, jakiegoś mocnego akcentu i zdecydowanego finału. Do tego fabuła jest jakąś potworną plątaniną myśli, które jako tako mogłam zrozumieć po wielokrotnym czytaniu. Szalenie mnie to irytowało. Nawet teraz do końca nie wiem czy trafnie pojęłam sens przekazu...
Na plus mogę zaliczyć autorce rzetelny obraz afrykańskiego buszu, zwyczaje ludzi pokroju Julya. Opisy, porównania wypadają niezwykle barwnie i plastycznie. I chyba tylko dzięki nim ukończyłam lekturę książki.
Kolejną zaletą powieści są bohaterowie. Metamorfoza małżeństwa Smalesów jest przedstawiona kapitalnie. Na początku wyczuwa się w nich odrazę do nowych warunków, brak chęci do współpracy. Z czasem przywykli, okrzepli i przyjęli swoją rolę z dobrodziejstwem inwentarza :) Zaskoczył mnie stosunek Bama i Maureen do swojego wieloletniego służącego i odwrotnie. Początkowo przyjaźń i serdeczność zmienia się diametralnie.
Plusy i minusy książki zrównoważyły się. Waszemu sumieniu i zdrowemu rozsądkowi pozostawiam decyzję odnośnie lektury "Ludzi Julya"
http://aleksandrowemysli.blogspot.com/
Czasami zdarza się, że książka tak mocno oddziaływuje na moje zmysły, że nie sposób oprzeć się pokusie, odpędzić zachłanne myśli...
Tak zdarzyło się w przypadku powieści Nadine Gordimer. Sama do końca nie wiem co tak mocno przykuło moją uwagę: hipnotyzująca okładka? Intrygujący opis? Adnotacja o prestiżowej nagrodzie?
Kim jest Nadine Gordimer? Prawdę powiedziawszy nie...
Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Odpowiedź prosta: hipnotyzująca okładka i ciekawie zapowiadająca się treść.
Wieloletni służący Jyly postanawia pomóc swoim pracodawcom- Bam, Maureen i ich dzieciom- gdy w Soweto dochodzi do zamieszek. Postanawia ukryć ich w swoim rodzinnym domu. Stara się ułatwić im życie i oddaje swoje pomieszczenia w domu aby jak najbardziej poczuli się tam swobodnie. Maureen która najwięcej czasu spędzała w Soweto z July`ym (jak to imię odmieniać?!) najlepiej się z nim dogaduje, gdyż jako jedyna rozumie co on mówi. Początkowo wszystko ładnie się układa, jednak z czasem Maureen zauważa sporo przedmiotów z jej domu, które wcześniej zniknęły z niewyjaśnionych okolicznościach, jednak wtedy nie przykładała ona do tego większe uwagi. July robi się coraz bardziej tajemniczy i niedostępny. Czy rodzinie uda się uwolnić od Julya?
Nie oceniaj książki po okładce- ileż razy ja to sobie powtarzałam. Nie jest tak, że książka mnie zawiodła, gdyż jej zawartość posiada pewną „magię” która powodowała, że pomimo pogrubionej czcionki (która strasznie męczyła oczy i książkę dało się czytać tylko fragmentami) ciągnęła mnie do siebie. Bardzo chciałam poznać dogłębniej samego służącego i jego zapatrywania co do swoich państwa.
Jednak pomimo wspomnianej magii nie mam pojęcia co autorka miała na myśli, kim tak naprawdę był July a przede wszystkim czemu to zakończenie jest takie jakie jest?
„Znakomite, trzymające w napięciu studium psychologiczne” (opis z okładki)- chyba jednak trzeba być psychologiem aby zrozumieć postępowanie służącego. Mam wrażenie, że musiałabym chyba przeczytać najpierw opracowanie tej książki a później ją samą aby zrozumieć jej sens.
Jednym słowem mam trochę mieszane uczucia co do niej: niby przeczytałam, niby mi się podobała, a jednak…..
Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Odpowiedź prosta: hipnotyzująca okładka i ciekawie zapowiadająca się treść.
Wieloletni służący Jyly postanawia pomóc swoim pracodawcom- Bam, Maureen i ich dzieciom- gdy w Soweto dochodzi do zamieszek. Postanawia ukryć ich w swoim rodzinnym domu. Stara się ułatwić im życie i oddaje swoje pomieszczenia w domu aby jak najbardziej poczuli się...
„To czy ktoś jest uczciwy, zależy po prostu od tego, ile o nim wiemy.”
„Ludzie Lulya” Nadine Gordimer
To co popchnęło mnie do przeczytania tej książki to okładka. Oczy mężczyzny, które hipnotyzują i sprawiają, że człowieka przenikają dreszcze, strach dręczący szczególnie nocą. Które patrzą podejrzanie i zapraszają do przeczytania skrywanej za nimi treści. Do tego, jakże często motywująca informacja o otrzymaniu Nagrody Nobla, przez autorkę opisywanej pozycji.
I jak tu się nie skusić?
Nie wiem. Ja czułam, że muszę ją mieć, skoro zadziałało, aż tyle wabików.
Czy słusznie?
Czy lektura „Ludzi Julya” zniewala i sprawia, iż człowiek jest zadowolony ze spędzonego wraz z nią czasu? Może pozostawia po sobie coś więcej?
Nadine Gordimer to południowoafrykańska pisarka, która w swojej twórczości porusza tematy konfliktów społecznych oraz politycznych targających terenami Afryki. Jest laureatką wielu prestiżowych nagród w tym Literackiej Nagrody Nobla, którą otrzymała w 1991 roku.
Jak wiadomo do noblistów podchodzę trochę inaczej niż do pozostałych pisarzy. Kryterium ich oceny jest nieco ostrzejsze – w końcu za coś szczególnego musieli to wyróżnienie otrzymać.
Czy Nadine Gordimer słusznie znalazła się wśród osób wyróżnionych Noblem?
Mogłam przekonać się zgłębiając opisywaną pozycję.
Na ile jesteś wstanie komuś zaufać?
Nie przypadkowej osobie. Służącemu, który jest przy tobie przez piętnaście lat. Nigdy cię nie zawiódł. Zawsze stał przy twym boku wykazując się lojalnością i oddaniem. Teraz, gdy nadszedł czas wojny, kryzysu i pełnej mobilizacji przeciwko ludziom twojego pokroju, czy zaufasz tejże osobie? Czy wraz z nią wyjedziesz na nieznane tereny? Nie boisz się, że w innych warunkach, na swoim terenie, wierny służący może okazać się zupełnie innym człowiekiem?
Szczerze mówiąc początkowy zachwyt oprawą graficzną, oklapł jak dętka po przeczytaniu pierwszych stron tejże książki. Z miejsca nie spodobał mi się toporny język oraz zabieg całkowicie nie potrzebny – pogrubiona czcionka. Przez pierwszych pięćdziesiąt stron zdarzało mi się gubić watek, przez co byłam zmuszona powracać do wcześniejszej treści. Zaczynałam już tracić nadzieję na dobrze spędzony czas z lekturą, która rozproszy senność ponurych dni tej wiosny.
Jednakże zanurzając się w treść przedstawianej pozycji dojrzałam jej potencjał. Gdy pani Gordimer prowadzi nas poprzez grząski teren buszu czuć, że doskonale odnajduje się w tych klimatach. Barwne opisy oraz liczne porównania dosadnie poruszają wyobraźnię czytelnika, sprawiając iż na własnej skórze może odczuć ugryzienie komara, czy swędzenie wywołane pchłami.
Autorka na pierwszą scenę wysuwa białe małżeństwo Maureen i Bama – w pełni ukazuje nam targające nimi emocje, poczucie zagubienia oraz sposób próby odnajdywania się w nowym, kompletnie nie znanym im Świecie, jakim jest busz.
Tytułowego Julya poznajemy poprzez ich myśli i odczucia. Widzimy, jaki jest jego stosunek do państwa, jak dba o ich wygodę i bezpieczeństwo narażając się na brak przychylności ze strony pozostałych członków swej rodziny. Dostrzegalna jest też zmiana w jego postępowaniu, ukryte motywy dobroci w stosunku do „pana”.
Również psychologiczna walka pomiędzy Maureen i Julyem składa się na punkt budzący pełne zainteresowanie dalsza treścią.
Wszystko to stanowi wspaniałą ucztę dla naszego rozumowania, którą urozmaicają liczne porównania i zakończenie pełne domysłów.
Niestety oprócz kulawego początku dopatrzyłam się tez paru innych przewinień popełnionych przez autorkę. Mianowicie pani Gordimer zaplątała się lekko w opisywaniu postaci. Mianowicie pewni bohaterowie, nie posiadając początkowo pewnych umiejętności, wykazują się nimi dwa zdania dalej – uważam, iż jest to niedopatrzenie, które nie powinno mieć miejsca.
Tym co zawiodło mnie najbardziej jest brak akcji, pewnego dynamizmu, którego oczekiwałam po zapoznaniu się z opisem książki, mówiącemu iż to pozycja „trzymająca w napięciu”.
Otóż jest wręcz przeciwnie. Bynajmniej mnie w żadnym nie trzymała, jednakże wyczuwałam w niej nikłą nić erotyzmu oraz nerwowego spięcia pomiędzy sługą, a jego panią.
Lekturę mogę polecić osobom, które chcą zagłębić się w małe studium psychologii opartym na relacjach pomiędzy rządzącym a rządzonym, nie urozmaiconym żadną wydumaną akcją. To również powieść dla czytelników zainteresowanych systemem plemiennym oraz rozumowaniem ludzi z afrykańskiego buszu, które jest tu ukazane w pewnym stopniu.
Osobiście nie uważam „Ludzi Julya” za pozycję, którą można by przypisać noblowskiej autorce. Nie zachwyciła mnie w żaden zasadniczy sposób, nie zachęciła do refleksji, nie wzbudziła też żadnych skrajnych emocji, pozostawiając po sobie delikatne echo lektury, którą szybko się trawi.
„To czy ktoś jest uczciwy, zależy po prostu od tego, ile o nim wiemy.”
„Ludzie Lulya” Nadine Gordimer
To co popchnęło mnie do przeczytania tej książki to okładka. Oczy mężczyzny, które hipnotyzują i sprawiają, że człowieka przenikają dreszcze, strach dręczący szczególnie nocą. Które patrzą podejrzanie i zapraszają do przeczytania skrywanej za nimi treści. Do tego, jakże...
#afrykańskimiesiąc z Natalią z kanału kursywa
5,7/10
Powieść noblistki (nagroda z 1991 roku) Opis brzmiał świetnie, natomiast wykonanie mnie mimo wszystko rozczarowało choć nie odmawiam tej lekturze klimatu niepokoju. Odczuwalne jest napięcie, obłapiający bohaterów brud, poczucie pewnego osaczenia. Zabrakło mi pogłębienia psychologii postaci czy po prostu pogłębienia po prostu tej historii. Zakończenie intrygujące i myślę jak je interpretować.
Daleko do zachwytu, ale chętnie sięgnę jeszcze kiedyś po inny utwór tej autorki
#afrykańskimiesiąc z Natalią z kanału kursywa
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to5,7/10
Powieść noblistki (nagroda z 1991 roku) Opis brzmiał świetnie, natomiast wykonanie mnie mimo wszystko rozczarowało choć nie odmawiam tej lekturze klimatu niepokoju. Odczuwalne jest napięcie, obłapiający bohaterów brud, poczucie pewnego osaczenia. Zabrakło mi pogłębienia psychologii postaci czy po prostu pogłębienia po...
Po powieść "Ludzie Julya" sięgnęłam ponieważ zaciekawiła mnie jej fabuła - RPA, czasy apartheidu, z powodu zbrojnych zamieszek, biała rodzina z trójką dzieci ucieka z Soweto wraz ze swoim wieloletnim służącym do jego rodzinnej wioski położonej w głębi afrykańskiego buszu. Spodziewałam się także odnaleźć w niej jakąś szczególną egzotykę albo wyjątkowy klimat.
Dawno nie czułam się tak rozczarowana lekturą. Dawno nie czytałam tak płaskiej książki z jednostajną akcją, liniową fabułą i manekinami w miejsce bohaterów.
Wojna? Coś tam o niej słyszymy, ale nie wiem dokładnie co, bo albo nie można złapać stacji, albo coś trzeszczy w radiu. Do wioski jeszcze nie dotarła, więc wszyscy śpią spokojnie.
Głód? Niekoniecznie, raczej zmiana diety ze "sklepowej" przetworzonej na swojską i naturalną. O dziwo, dzieci nie marudzą, nie dopada ich niestrawność ani inne sensacje, a biały człowiek bierze strzelbę i idzie (sam!) upolować guźca, a nawet dwa. Czarny człowiek jedzie jego samochodem kilkadziesiąt kilometrów po zakupy do hindusa i wraca z prawie pełnymi siatami.
Dzieci? Po dwóch tygodniach w buszu rodzice już ich nie pilnują, bo świetnie zintegrowały się z miejscowymi małolatami, które nie mówią ani słowa po angielsku, a najmłodsze już samodzielnie podciera sobie pupę kamieniem.
Małżonkowie? Nie mają niczego oprócz samochodu. Dają radę w lepiance z gliny i gówna, z przeciekającą strzechą, bez łazienki, ubrań na zmianę i podpasek. Prawie ze sobą nie rozmawiają, stają się sobie niemal obcy i obojętni - nie wierzę w to, że dorośli ludzie w podobnej sytuacji tak się zachowują! Można mieć napady lęku, agresji, histerii, 'doła' , załamanie, ale nie takie zobojętnienie! Ktoś ukradł strzelbę? O cholera, to może pójdę z dzieciakami na ryby?
Zakończenia nie zrozumiałam, więc je powtórnie przeczytałam. Wciąż chyba nie do końca rozumiem, ale go nie przyjmuję. Nie! Kobiety tak nie robią.
Pomyślałam sobie, że skoro taka ze mnie 'cienka w barach' czytelniczka, to może chociaż Wikipedia rozjaśni mi co nieco twórczość noblistki i wskaże coś, czego ja nie dostrzegam. I dowiedziałam się, że Gordimer jest twórczynią nowoczesnej powieści tendencyjnej, dla której charakterystyczne jest schematyczne przedstawianie postaci kontrastowych, dobrych i złych, przy czym narrator, zawsze pozytywny, kieruje się filantropią i etycznym nastawieniem wobec społeczeństwa. Z tego powodu w powieści tendencyjnej rezygnowano z pogłębionych portretów psychologicznych bohaterów, którzy " byli nieskomplikowani, sprowadzani do właściwie jednej cechy (tzw. „papierowi bohaterowie”). Tendencyjny charakter sprowadzający funkcję literatury do realizacji celów propagandowych obniżał jednak wartość artystyczną utworów." To by się nawet zgadzało, ale.
Jeśli "Ludzie Julya" to powieść tendencyjna z fabułą opartą na walce dobra ze złem, to tej walki tu nie ma, a przynajmniej nie na pierwszym planie. Mamy dobrych białych i dobrego czarnego bohatera. Z czasem okazuje się, że może nie do końca wszyscy są tacy wspaniali jak by się wydawało, ale to ich powolne obnażanie też napisane jest płasko i z grubsza, i zamiast pokazu fajerwerków, na który liczymy dostajemy niewypał.
Po powieść "Ludzie Julya" sięgnęłam ponieważ zaciekawiła mnie jej fabuła - RPA, czasy apartheidu, z powodu zbrojnych zamieszek, biała rodzina z trójką dzieci ucieka z Soweto wraz ze swoim wieloletnim służącym do jego rodzinnej wioski położonej w głębi afrykańskiego buszu. Spodziewałam się także odnaleźć w niej jakąś szczególną egzotykę albo wyjątkowy klimat.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDawno...
Literatura piękna nie należy do moich mocnych stron. Cokolwiek przeczytam zawsze czuje jakiś niedosyt. Za każdym razem czegoś mi brakuje.
Tym razem przenosimy się do Afryki Południowej. Poznajemy rodzinę Smalesów, białych, którzy zamieszkują RPA. Podczas zamieszek w Soweto muszą stawić czoła rzeczywistości i uciekają do wioski ich wieloletniego służącego, czarnoskórego Julya.
Autorka znaną była z zaangażowania w zwalczanie segregacji rasowej. Trochę poczytałam o Soweto, żeby trochę przybliżyć sobie książkę.
Akcja toczy się w drugiej połowie XX wieku. W Soweto - dzisiaj to dzielnica Johannesburga, obowiązywał system apertheid. Jest to przekonanie o wyższości rasy białej oraz dyskryminacja rdzennej ludności czarnoskórej i kolorowej.
Faktycznie to trochę przybliżyło mi fabułę. Już od początku dziwiłam się dlaczego biali trochę "rządzą" ludnością afrykańską w Afryce.
Książka na pewno trudna, dająca do myślenia. Możemy ty zobaczyć jedną ważna rzecz. Dostrzeżemy jak zmienia się charakter relacji z "państwa" na "służącego". Biali ludzie, którzy kiedyś mieli wszystko muszą uciekać i są zdani na łaskę czarnoskórych.
Polecam, warto przeczytać, chociażby dlatego, że autorka zdobyła nagrodę Nobla z dziedziny literatury, w 1991 roku.
Literatura piękna nie należy do moich mocnych stron. Cokolwiek przeczytam zawsze czuje jakiś niedosyt. Za każdym razem czegoś mi brakuje.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTym razem przenosimy się do Afryki Południowej. Poznajemy rodzinę Smalesów, białych, którzy zamieszkują RPA. Podczas zamieszek w Soweto muszą stawić czoła rzeczywistości i uciekają do wioski ich wieloletniego służącego, czarnoskórego...
Tak dobrze znany rytuał.Codzienny. Wyznaczający początek i rytm dnia. Niemalże odwieczny. Zwyczaj podawania herbaty "na tacy w czarnych rękach pachnących mydłem Lifebuoy", prosto w białe ręce, nagle przeniósł się z rezydencji w Johannesburgu państwa Maureen i Bama Smilesów z trojgiem dzieci, pod strzechę chaty Julya.
Ich długoletniego służącego.
Wybrańca, którego nagłe przemiany nastałe w mieście, zamieniły w zbawiciela. W czasie, który ich zaskoczył, a który tak trafnie oddało motto poprzedzające tę powieść: „To, co stare, umiera, gdy nowe jeszcze się nie narodziło; w takim interregnum pojawia się wiele patologicznych symptomów” - Antonio Gramsci.
Ten okres niepewności, destabilizacji i niepokoju małżeństwo chciało przeczekać w rodzinnej wiosce Julya. W końcu to nie pierwsze i nie ostatnie zamieszki wywołane przez czarnych – myśleli. Świadomość, że tym razem "fala strajków, która nadeszła w 1980 roku, przeciągała się", wywołując powstanie w całym kraju i niszcząc odwieczny porządek stosunków między białą a czarną ludnością na zawsze, docierała do nich bardzo, bardzo powoli. Dostrzegane symptomy, jak bardzo kruche były ich wzajemne relacje, jak sztuczną warstwą cywilizacji białych pokryte, początkowo próbowali racjonalizować. Najpierw odkrywane w wiosce, a należące wcześniej do nich, przedmioty, których zaginięcia w ich domu nigdy by nie zauważyli. Potem kluczyki do samochodu, którym uciekali z miasta. W ich życie zaczął powoli wkradać się lęk przed Julyem, który okazał się zupełnie nieznaną im osobą, jaką znali od piętnastu lat, i jedna myśl – "To, czy ktoś jest uczciwy, zależy po prostu od tego, ile o nim wiemy".
Zaczęło okazywać się, że nie wiedzieli o nim tak naprawdę nic.
Nie znali jego prawdziwego imienia. Jego układów rodzinnych i stosunków zależności w jego wioskowej społeczności. Nawet język, którym się do tej pory porozumiewali, okazał się bezużyteczny w nowych warunkach. Oparty dotychczas na rozkazach i reakcjach, nie zawierał pojęć abstrakcyjnych, uniemożliwiając wymianę idei i uczuć, które nagle się pojawiły. Utrudniał im tak potrzebny dialog, wymianę myśli i, w ostateczności, zrozumienie oraz porozumienie. Napięcie osiągnęło apogeum, kiedy ukradziono im strzelbę. Wtedy pojawił się lęk najsilniejszy.
Strach o życie i groza przekonania, że "byli stworzeniami tych ludzi tak jak bydło i świnie".
Czytałam z rosnącym zaciekawieniem i fascynacją, jak autorka przewartościowuje świat białych zbudowany na nierówności rasowej, nie dopuszczając przez większość opowieści do otwartej konfrontacji między stronami. Jak nowe stosunki między bohaterami tworzy w otoczce dyplomacji narzuconej przez Julya, szokując takim obrotem wydarzeń małżeństwo. Jak normy, zasady i wartości moralne „starego świata” zastępuje logiką rozumowania i postępowania czarnych gospodarzy. Jak na ich i moich oczach zamienia służącego w pana teraźniejszości, zmieniającego przeszłość na były czas widziany jego oczami, a którego takiej odmiennej wersji, Maureen i Bam, nawet nie podejrzewali. Jak buduje im świat od podstaw, dla nich nowy, ale który tak naprawdę istniał od zawsze, głęboko ukryty pod warstwą cywilizacji białych, przypisujących "sobie boskie prawo określania moralności po stopniu skręcenia włosów, a zdolności myślenia abstrakcyjnego po relatywnej grubości warg".
Jak nieubłaganie cofa ich do początków ludzkości nie tylko w wymiarze społeczno-politycznym, ale również czysto ludzkim.
Maureen odkrywa prawdziwą fizjologię swojego ciała. Intymny zapach i naturalny wygląd, dotychczas likwidowany, korygowany lub ukrywany przez zabiegi higieniczne, z których w wiosce musiała zrezygnować lub ograniczyć do minimum. Bam natomiast poznaje silną więź człowieka z naturą. Kruchość człowieczego losu w przyrodzie i jednocześnie zależność od niej. I wreszcie oboje uzmysławiają sobie siebie na nowo, dostrzegając pojawienie się między nimi obcości wywołanej odmiennymi warunkami bytu na poziomie fizjologicznym, psychologicznym i społecznym. A wszystko to na tle powtarzalnej codzienności w wiosce ukazanej niemal z detaliczną drobiazgowością. Jej mieszkańców, niemających problemu z akceptacją rzeczywistości, która budzi "lęk w ludziach nienawykłych do życia tak blisko cyklu natury, a przyzwyczajonych do wielkich wstrząsów i stanów przejściowych, takich jak „nowe życie”, na które każdy pracuje, czy zmiany polityczne".
Wybierając czas radykalnych przemian i umieszczając ludzi białych w środowisku czarnych, autorka doprowadza do konfrontacji dwóch, obcych sobie rzeczywistości. Poddaje ocenie sztuczność funkcjonowania apartheidu w RPA, opartym na zniewoleniu. Obnaża pozorność myślenia przeciętnego białego zadowolonego z bycia „dobrym” wobec czarnych, które nie ma nic wspólnego z obiektywnymi realiami. Burzy bariery między nimi, ukazując prawdziwy świat rdzennych mieszkańców Afryki, do którego nigdy nie zaglądali, a którego niedoceniana siła zmieniła oblicze RPA.
Świat, dla którego Nelson Mandela spędził w więzieniu 27 lat.
naostrzuksiazki.pl
Tak dobrze znany rytuał.Codzienny. Wyznaczający początek i rytm dnia. Niemalże odwieczny. Zwyczaj podawania herbaty "na tacy w czarnych rękach pachnących mydłem Lifebuoy", prosto w białe ręce, nagle przeniósł się z rezydencji w Johannesburgu państwa Maureen i Bama Smilesów z trojgiem dzieci, pod strzechę chaty Julya.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toIch długoletniego służącego.
Wybrańca, którego nagłe...
Ta powieść miała wszelkie zadatki na to, żeby mi się spodobać. Ale niestety, uczucia wywołała ledwie letnie. I nie czepiam się tu fabuły czy ogólnego zamysłu, tu bowiem nic do zarzucenia nie mam, tak jednak nie rzuciło mnie na kolana wykonanie.
Rodzinie Smalesów dosłownie runął w gruzy dotychczasowy świat i ich wygodne, bezpieczne życie. W kilka chwil stracili wszystko, zwłaszcza komfortową pozycję uprzywilejowanej, bogatej, białej – to akurat ma w tym przypadku istotne znaczenie – rodziny. W wyniku zaistniałych okoliczności muszą porzucić całe swoje dotychczasowe jestestwo i uciec a schronienie znajdują w wiosce swojego czarnoskórego służącego i jego rodziny. Sytuacja do tej pory dla nich nie do pomyślenia nagle stała się czymś oczywistym i koniecznym. Kontrast jakiego doświadczają początkowo zwala ich z nóg, bycie zależnym od dotychczasowego służącego nie ułatwia im tego. Pokornie muszą znosić niewygody z którymi z czasem apatycznie zaczynają się godzić. Apatycznie i z oporami ale powoli godzą się z warunkami jakie ich otaczają i jakim muszą sprostać wierząc w to, że może jednak będzie lepiej, może radio przyniesie jakieś lepsze wieści, może ktoś o nich sobie przypomni, przybędzie z ratunkiem. Są zdani na łaskę i niełaskę ludzi niekoniecznie im sprzyjającym i niekoniecznie chętnie widzących ich obecność. Są persona non grata, zapowiedzią pecha i nieszczęść jakie ściągną na wioskę Julya.
A mimo to nie „zaiskrzyło” bo jak dla mnie ta książka jest pozbawiona dramaturgii, napięcia. Postaci są dość płaskie, jednowymiarowe, nie do końca wiarygodne. Maureen jest zbyt enigmatyczna, Bam dość powierzchowny, July zaś przewidywalny. Miałem nadzieję, że może relacja między Maureen a Julym okaże się ciekawym, pełnym napięcia psychologicznym pojedynkiem ale tak niestety nie było. Zabrakło mi w tym wszystkim zarówno głębi jak i dynamiki. Nie pomogła też narracja – zbyt chłodna, oszczędna, chwilami monotonna.
Podsumowując – jestem rozczarowany.
Ta powieść miała wszelkie zadatki na to, żeby mi się spodobać. Ale niestety, uczucia wywołała ledwie letnie. I nie czepiam się tu fabuły czy ogólnego zamysłu, tu bowiem nic do zarzucenia nie mam, tak jednak nie rzuciło mnie na kolana wykonanie.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRodzinie Smalesów dosłownie runął w gruzy dotychczasowy świat i ich wygodne, bezpieczne życie. W kilka chwil stracili wszystko,...
Przeglądając parę tygodni temu propozycje wydawnicze wydawnictwa M trafiłam na książkę, która mnie zafascynowała. I to z paru powodów. Po pierwsze nie jest już tajemnicą, że zwracam dużą uwagę na okładki. A z tej patrzyły na mnie dwie pary oczu – tajemnicze, groźne oczy ciemnoskórego mężczyzny oraz łagodne, wpatrzone w dal oczy białej kobiety. I od razu pojawiło się pytanie – co kryje się tak naprawdę w tych oczach? Jakie uczucia, jakie myśli, jakie wspomnienia? Drugim powodem było nazwisko autorki, a właściwie informacja na okładce, że jest laureatką Nagrody Nobla. Uważam, że wypada poznawać twórczość noblistów, nawet zdając sobie sprawę, że nie wszystkie utwory są pisane „ku pokrzepieniu serc” i że możemy trafić na naprawdę trudną lekturę. Dopełnieniem mojego wyboru był opis tej powieści na stronie wydawnictwa, a przede wszystkim zdanie, że książka ta
to znakomite, trzymające w napięciu studium psychologiczne – jak zmiana otoczenia i relacji zmienia charaktery „państwa” i „służącego” ¹.
Zatrzymajmy się chwilę przy tle historycznym powieści. Akcja rozgrywa się w czasach, gdy systemem politycznym panującym w Republice Południowej Afryki jest apartheid. Jest to system bazujący na teorii głoszącej konieczność osobnego rozwoju społeczności różnych ras, a więc oparty na segregacji rasowej. Apartheid narzucał klasyfikację wszystkich mieszkańców na „białych”, „czarnych” i „kolorowych”. Kryteria klasyfikacji uwzględniały m.in. pochodzenie, wygląd i zwyczaje. Ustawy przypisały poszczególnym rasom oddzielne strefy mieszkaniowe i komercyjne, zabroniły przebywania poszczególnym rasom w określonych strefach. Wprowadzono segregację rasową w instytucjach publicznych oraz różne standardy edukacyjne, stworzono zdefiniowane rasowo kategorie zawodowe. Oddzielono też władze polityczne, jedynie „biali” mieli prawo głosu w wyborach do białych władz krajowych. Regiony zamieszkane przez „czarnych” zostały wydzielone wyłącznie dla „czarnych” jako bantustany. Zajmowały one ok. 1/8 obszaru RPA i miały w zasadzie charakter „rezerwatów”, mimo iż formalnie miały być niepodległymi państwami.
Nic dziwnego, że Nadine Gordimer tak sugestywnie potrafiła nam przedstawić ten okres w swojej twórczości. Urodziła się bowiem 20 listopada 1923 roku w Springs, mieście znajdującym się na wschód od Johannesburga. Dużą cześć swojego dorosłego życia przeżyła w RPA czasu apartheidu. Była czynnie zaangażowana w zwalczanie apartheidu jako członkini Afrykańskiego Kongresu Narodowego. I właśnie w swojej twórczości, za którą otrzymała w 1991 roku literacką Nagrodę Nobla, poruszała sprawy konfliktów społecznych na tle rasowym i psychologicznych następstw systemu apartheidu w RPA, a także inne tematy społeczno-polityczne swojego kraju i innych państw afrykańskich.
Doskonale na pewno znała również historię krwawych zamieszek w Soweto, które stanowią tło jej powieści „Ludzie Julya”. Od tego konfliktu bowiem wszystko się zaczęło To przez walki na ulicach Soweto Bam i Maureen Smales wraz z trójką dzieci musieli opuścić swoje dobra w mieście i schronić się w kilkaset kilometrów oddalonej osadzie, skąd pochodził ich czarny służący July. Przebywanie w ogarniętym walkami mieście zagrażało ich życiu, a July, który służył u nich od piętnastu lat, zaproponował pomoc. Jak z niej nie skorzystać? Tym bardziej, że July zawsze spełniał swoje obowiązki wzorowo i wydawał się z rodziną bardzo związany emocjonalnie. Na początku pobytu Smalesów w osadzie odstąpił im dom swojej matki, dbał o nich i dzieci, usługiwał im i spełniał wszystkie możliwe zachcianki. Zmieniły się jedynie warunki ich życia i to diametralnie. Z luksusu i bogactw znaleźli się nagle w biednej, brudnej, prymitywnej murzyńskiej chacie pełnej pcheł, szczurów i innego „robactwa”. Nagle zostali przeniesieni do życia, jakiego zupełnie nie znali. Życia, gdzie podstawowe zasady higieny nie mają zupełnie racji bytu; życia, gdzie czyhają miliony różnorakich zarazków; życia, gdzie smród i brud jest standardem. Do tego wszystkiego z dnia na dzień zmienia się również stosunek i zachowanie Julya. Z opiekuńczego, usłużnego, chwilami wręcz poddańczego staje się butny, wymagający, patrzący z góry. Chwilami musimy się zastanawiać, czy jest on nadal sługą, czy może relacje się odwróciły i stał się „Panem”? „Panem sytuacji” jest na pewno, bo przecież powoli przywłaszczył sobie wszystkie „atrybuty władzy” – pieniądze, kluczyki do samochodu, broń. Uzależnił od siebie całkowicie swoich białych byłych pracodawców – bez samochodu i pieniędzy nie będą w stanie opuścić osady, a bez broni… stali się po prostu nikim. Czy w tej – jakże trudnej – sytuacji Bam i Maureen pomogą sobie wzajemnie? Jak zachowa się July? Czy małżeństwu uda się od niego uwolnić? Wiele pytań można by jeszcze postawić, ale odpowiedzi na nie poznają tylko Ci, co przeczytają tę książkę.
Kto spodziewał się po tej powieści wartkiej fabuły, nagłych zwrotów akcji, dynamizmu i sensacyjnych wydarzeń, ten na pewno odłoży książkę po paru przeczytanych stronach., bowiem tego tu nie znajdzie. Pisarka buduje napięcie bardzo powoli, krok po kroku, przez tyle dni, ile trwa przejście księżyca z pełni w fazę nowiu. Fazy księżyca bowiem wg mnie symbolizują koła na początku każdego kolejnego rozdziału książki. I tak jak w tej drodze każdej nocy „ubywało” księżyca, tak samo każdego dnia zmniejszało się zaufanie „białych” do byłego służącego, aż do finału, dziwnego, otwartego, niespodziewanego, budzącego niepokój, ale jednocześnie dającego pewną, niesprecyzowaną nadzieję.
Gordimer zdecydowanie nie jest „mistrzynią akcji”, ale i nie tego wymaga się od laureatki Nagrody Nobla. Od noblistki oczekujemy rzetelności, barwnych i plastycznych opisów, porównań poruszających wyobraźnię czytelnika, wielowymiarowości portretów psychologicznych bohaterów, czyli wszystkiego tego, co kryje się pod sformułowaniem „mistrzostwo słowa” . I właśnie taką „mistrzynią słowa” Nadine Gordimer zdecydowanie jest. Jej obraz afrykańskiego buszu jest bardzo rzetelny, opisy warunków życia w prymitywnych osadach brzmią wręcz naturalistycznie – poruszają czytelnika, powodują to, że w pewnej chwili zaczynamy sami odczuwać smród panujący w chacie Smalesów, swędzenie po ukąszeniach pcheł, słyszymy i widzimy biegające wokół murzyńskie dzieci – umorusane, krzykliwe, ciekawskie.
Książka nie należy na pewno do „lekkich” – jej styl nie jest najłatwiejszy w odbiorze. Powoduje to, że często – przy jakimkolwiek odwróceniu uwagi – musimy wrócić do poprzednich kartek, przeczytać je ponownie, bo inaczej mielibyśmy problemy ze zrozumieniem całości. Każde słowo napisane przez autorkę jest bowiem bardzo ważne. Narracja, jaką się posługuje jest bardzo oszczędna, wręcz czasami skąpa w słowa – dlatego trzeba aż tak docenić tu każde jest słowo, bo ma ono niesamowitą wagę.
Taki sposób narracji powoduje również, że my czytelnicy patrzymy na wszystkie wydarzenia, na bohaterów powieści z boku, z pozycji obserwatora. Nie jesteśmy w stanie poczuć sympatii do jakiegokolwiek bohatera, nie utożsamiamy się z nim. Nie potrafimy również ich jednoznacznie ocenić, bo też żaden z nich nie zachowuje się jednoznacznie. Każda postać z książki jest niesamowicie dynamiczna, wielobarwna, każda scena pokazuje jej inną cechę charakteru.
Dodatkowym aspektem utrudniającym odbiór powieści są dialogi, szczególnie te, których uczestnikiem jest July. Tłumacz posłużył się w tym wypadku „łamaną polszczyzną”, żeby zaakcentować fakt, że July mimo piętnastoletniej pracy w domu białych pracodawców nie nauczył się języka angielskiego w stopniu wystarczającym do wyrażenia swoich myśli czy uczuć. Jego znajomość języka koncentrowała się jedynie na poziomie potrzebnym do wykonywania poleceń. Pokazuje to też w sposób bardzo dosadny stosunek białych pracodawców do czarnej służby, ich brak jakiegokolwiek zaangażowania w rozwój emocjonalny i intelektualny murzyńskiej ludności. Byli zawsze dwoma przeciwległymi biegunami – czarnym i białym, dwiema warstwami, którym nie wolno było pomieszać się ze sobą – kolor szary w tym społeczeństwie nie miał prawa wystąpić.
Wielkie brawa należą się również wydawcy powieści. Czcionka, choć niezbyt duża, to jednak nie męcząca oczu, odpowiednia interlinia, a przede wszystkim brak błędów, nawet zwykłych literówek, to już zalety leżące po polskiej stronie. Bardzo lubię takie staranne wydania, gdzie daje się zauważyć fakt, że korekta przyłożyła się do swojej pracy, co przyniosło widoczny, jakże pozytywny efekt.
Na temat okładki pisałam już na samym wstępie. Tu chciałabym jeszcze dodać jedno – tak pięknej, hipnotyzującej okładki nie miało żadne wydanie na świecie. Zresztą oceńcie to sami.
Na koniec chciałabym stwierdzić, że wg mnie Nadine Gordimer zafundowała nam wspaniałą, niepowtarzalną, bardzo intrygującą i wyjątkową ucztę czytelniczą. We mnie potrafiła rozbudzić ciekawość i spowodować, że zapragnęłam poznać jej pozostałą twórczość. I choć zdaję sobie sprawę, że nie jest to lektura łatwa, lekka i przyjemna, to jednak polecam ją wszystkim z całego serca. Tak jak powinno się poznać filmy nagrodzone statuetką Oscara, tak samo powinno się poznać twórczość pisarzy nagrodzonych Nagrodą Nobla.
¹ Nadine Gordimer –„Ludzie Julya”, Wydawnictwo M; 2013, okładka
moja ocena: 7/10
Przeglądając parę tygodni temu propozycje wydawnicze wydawnictwa M trafiłam na książkę, która mnie zafascynowała. I to z paru powodów. Po pierwsze nie jest już tajemnicą, że zwracam dużą uwagę na okładki. A z tej patrzyły na mnie dwie pary oczu – tajemnicze, groźne oczy ciemnoskórego mężczyzny oraz łagodne, wpatrzone w dal oczy białej kobiety. I od razu pojawiło się pytanie...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzytając książkę laureata Nagrody Nobla ma się pewność, że nie będzie to zwykła opowieść, ale opowieść, która zabierze w nas w prawdziwą ucztę czytelniczą, podczas której będziemy poznawać niezwykły świat. Tak też jest i z książką Nadine Gordimer "Ludzie Julya". Ale czy do końca jest to prawda? Hmmm...
W wyniku konfliktu między czarną a białą ludnością, rodzina Smalesów przenosi się z Soweto w RPA do wioski swojego służącego Julya. Pobyt w wiosce jest dla rodziny nowym i z początku koszmarnym doświadczeniem. Udało im się, co prawda uciec z miasta, gdzie na pewno zostali by zaatakowani, lecz w nowym miejscu czują się zagubieni. Tu w wiosce nie czują się Panami, lecz zwykłymi ludźmi, którzy muszą przeżyć. W wiosce nie dość, że nie są Panami, to stają się na równi ze swoim służącym, a z czasem są coraz bardziej uzależnieni od Julya, co powoduje, że są coraz bardziej zagubieni, coraz bardziej się wycofują, a na to wpływa dodatkowo zabranie im samochodu przez Julya oraz broni należącej do Bama Smalesa przez Daniela, będący najlepszym przyjacielem Julya w wiosce. Czy Smalesowie znajdą jeszcze siłę na to by powalczyć o swoją pozycję, czy będą potrafić przeciwstawić się sytuacji w jakiej się znaleźli?
Nadine Gordimer w swojej książce przedstawiła nie tylko jakąś cząstkę swojego kraju, gdzie biali walczą z czarnymi, ale również jak w sytuacji zagrożenia, niemocy potrafią zachowywać się ci, co myślą, że stali się już Panami swojej sytuacji, swojej ziemi oraz ludzi, których uważa się za słabych, uległych, bez inteligencji i są tylko po to, aby im służyli. Lecz w sytuacji gdy muszą się znaleźć na takiej samej pozycji, czują się bardziej bezradni niż ich słudzy. Nie potrafią się z nimi porozumieć, a nawet to oni czują się bardziej sługami niż ci, którzy byli dotychczas owymi sługami.
Zauważyć można też, że podział na Pana i Sługę kończy się tam, gdzie dzieci zarówno osadników jak i przybyłych, nie zauważają między sobą różnicy na kolor skóry, język, kulturę, itp., lecz z ciekawością przebywają między sobą, uczą się siebie, języka, swoich zabaw, czyli takich zachowań, dzięki którym każdy człowiek bez względu na kolor skóry, pochodzenie, religię może żyć zarówno razem jak i obok siebie. I to właśnie od dzieci, powinniśmy brać przykład, by z radością i ufnością przyjmować inność i to co nowe. Czy to słuszne założenie? Sami powinniście to osądzić i mam nadzieję, że ta książka Wam w tym pomoże.
A co do książki? Z jednej strony autorka prezentuje nam dość dobrą historię, godną laureatki Nagrody Nobla, która jest dobrze opisana, z mocnymi i dość interesującymi scenami i dialogami. Książka z początku zapowiada się właśnie na taką powieść, lecz z czasem czytelnik zaczyna się nudzić i zastanawia się czemu tak naprawdę czyta ową książkę i czy naprawdę ma się chęć ukończyć czytanie jej? Gdyby nie to, że w miarę szybko się ją czyta, ja dawno bym ją porzuciła i o niej zapomniała.
A sami bohaterowie? Ci dorośli sprawiają wrażenie nieobecnych, jakby w ogóle to nie o nich była to powieść. Zagubieni między byciem a nie byciem, w powieści sprawia to wrażenie, jakby w ogóle mogło ich nie być w tej książce. Największy "szum robią" dzieci i gdy pojawiają się sceny z nimi to widać wtedy ożywienie w akcji i to bohaterowie dziecięcy skupiają na sobie uwagę. Dorośli są dla nich tłem - mało wyrazistym.
Niestety coraz bardzie wątpię w Noblistów, a czytałam już paru i niestety większość z nich mnie rozczarowało i zniechęcili mnie do siebie. Do tego grona mogę dołączyć Nadine Gordimer i mam nadzieję, że kiedyś będę mieć okazję przeczytać inną jej książkę i zmienić o niej zdanie, ale chyba to będzie dalej niż później.
Czy książkę polecam? Z jednej strony chciałabym, ale trudno jest polecić książkę, która z każdą stroną coraz bardziej nudzi, mimo iż zapowiadała się na całkiem fajną. Czy przeczytacie, pozostawiam już Wam tę decyzję.
http://swiatwidzianyksiazkami.blogspot.com
Czytając książkę laureata Nagrody Nobla ma się pewność, że nie będzie to zwykła opowieść, ale opowieść, która zabierze w nas w prawdziwą ucztę czytelniczą, podczas której będziemy poznawać niezwykły świat. Tak też jest i z książką Nadine Gordimer "Ludzie Julya". Ale czy do końca jest to prawda? Hmmm...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW wyniku konfliktu między czarną a białą ludnością, rodzina Smalesów...
"Ludzie Julya" to trudna powieść psychologiczna Nadine Gordimer, południowoafrykańskiej pisarki. Jest to laureatka nagrody Nobla, członkini Afrykańskiego Kongresu Narodowego. W swoich książkach opisuje różnice kulturowe i rasowe, trudną sytuację w Afryce oraz problemy polityczne. Jej twórczość na pewno nie należy do gatunku lektur łatwych i przyjemnych. Tak też było i tym razem.
Bohaterami powieści jest bogata rodzina Smalesów. To rodzina na pozór zgrana, szczęśliwa. Posiadają piękny dom i służących, w tym jednego bardzo zaufanego, wręcz przyjaciela rodziny, Julya. Kiedy w Soweto gdzie mieszkają, dochodzi do krwawych zamieszek, rodzina korzysta z pomocy służącego i decyduje się schronić w jego wiosce. Nie są to warunki w jakich nauczeni byli żyć do tej pory, dom okazuje się chatką, a wioska daleka jest od luksusowych kurortów. Do tego podejrzliwi i obcy mieszkańcy, wszechobecny smród, brud i bieda. Smalesowie początkowo zachowują się jak zawsze, wciąż traktują Julya jak swego pracownika, jednak z czasem widzą swoje położenie, zdają sobie sprawę z tego, że role się odwróciły i to ich służący ma większą władzę w swej rodzinnej wiosce. Starają się pomagać w codziennych obowiązkach, są wdzięczni za okazaną im pomoc. Jednak poczucie władzy i satysfakcja, powodują, że Julya odkrywa w sobie uczucia, o jakich nie miał pojęcia. Stopniowo zatraca się w poczuciu władzy i kontroli, podżegany również w pewnym stopniu przez mieszkańców osady, zaczyna wychodzić z roli oddanego pracownika i staje się zuchwałym i nader pewnym siebie.Smalesowie zauważają to, jednak ich sytuacja na niewiele im pozwala, są skazani na takie położenie. Jednak również i oni zaczynają doświadczać nowych uczuć. Do tej pory zgodni, zaczynają oddalać się od siebie. Małżeństwo Bam i Maureen zaczyna się psuć, narasta poczucie żalu, gniewu i strachu.
"Ludzie Julya" to powieść bardzo złożona. To trochę sensacji, dramatu i na pewno dużo wątków psychologicznych, ale przede wszystkim jest to lektura do przemyśleń i analizowania. Główna akcja skupia się na uczuciach bohaterów, które zmieniają się i stają niebezpieczne w obliczu trudnej sytuacji. Jeśli więc nie lubicie inteligentnych książek, przy których trzeba cały czas trzeźwo i dużo myśleć, to nie jest to lektura dla Was. Polecam ją raczej tym, którzy mają ochotę na coś ambitniejszego, na coś skupionego raczej na to co pomiędzy wersami, niż na samej akcji.
Książka była momentami trudna, język autorki także nie jest lekki, ale na pewno to lektura wartościowa. Czasami nie rozumiałam przekazu i konkretnych fragmentów, ale rekompensowały to opisy krajobrazu i ludzi, bardzo ciekawe i wciągające. Na pewno zaskoczyły mnie też metamorfozy bohaterów.
Podsumowując, nie żałuję przeczytania tej pozycji, jednak jest to przykład książki, na którą trzeba poświęcić więcej czasu, mimo że nie jest bardzo objętościowa, skupić się i lubić taki gatunek. Myślę, że raz na jakiś czas warto jednak sięgnąć po coś w tym stylu.
"Ludzie Julya" to trudna powieść psychologiczna Nadine Gordimer, południowoafrykańskiej pisarki. Jest to laureatka nagrody Nobla, członkini Afrykańskiego Kongresu Narodowego. W swoich książkach opisuje różnice kulturowe i rasowe, trudną sytuację w Afryce oraz problemy polityczne. Jej twórczość na pewno nie należy do gatunku lektur łatwych i przyjemnych. Tak też było i tym...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka południowoafrykańskiej noblistki Nadine Gordimer to znakomite, trzymające w napięciu studium psychologiczne o tym jak zmiana otoczenia i relacji, zmienia charaktery „państwa” i „służącego”.
Podczas krwawych zamieszek w Soweto rodzina Smalesów decyduje się uciekać do wioski ich wieloletniego służącego, Julya. Biali Smalesowie stopniowo tracą na rzecz July’a atrybuty władzy: kluczyki do samochodu, pieniądze, wreszcie broń, bez której są nikim. I w końcu nie wiadomo, czy ucieczka do buszu była sposobem na ocalenie białej rodziny, czy wręcz przeciwnie…*
Nadine Gordimer (1923-) południowoafrykańska pisarka, laureatka Nagrody Nobla z
literatury w 1991 roku. W swojej twórczości porusza sprawy konfliktów społecznych i psychologicznych następstw apartheidu w RPA, a także inne tematy społeczno-polityczne swojego kraju i innych krajów afrykańskich. Zaangażowana w zwalczanie segregacji rasowej, została członkinią Afrykańskiego Kongresu Narodowego. **
O Nadine Gordimer nic nie wiedziałam, aż do tej pory. Chociaż jest laureatką Nagrody Nobla, słyszę o niej pierwszy raz. W książce pt. 'Ludzie Julya' zdecydowała się poruszy dość ciekawą kwestie. Pokazała jak żyją czarnoskórzy ludzie wśród białych, a także jak otoczenie potrafi zmieni człowieka. Rodzinie Smalesów szczęście dopisało, ponieważ gdyby nie July dawno mogliby już nie żyć. Zawdzięczają mu bardzo dużo i obie strony zdają sobie z tego sprawę. Choć July z roli służącego wywiązywał się doskonale, to jednak otoczenie zmienia wybawce rodziny Smalesów i powoli zaczyna zdawać sobie sprawę, że są na jego ziemi i on jest tu panem. Choć nie mówi tego wprost to jego zachowanie zdradza go w oczach Maureen, która zna swojego służącego jak mało kto.
Autorka świetnie wyrysowała czytelnikowi obraz osady, w której przyszło mieszka rodzinie Smalesów. Podczas czytania dowiadujemy się jak dość bogata rodzina przystosowuje się do życia w spartańskich warunkach. Początkowo mieszkańcy osady wrogo odnoszą się do przybyszów, a oni sami chcą zostać w ukryciu. Wielki plus dla autorki za utworzenie odpowiedniego klimatu. Historia napisana przez Nadine Gordimer potrafi aż tak wciągną, że czytelnik czuje się uczestnikiem danych wydarzeń. Warto wspomnie o relacjach pomiędzy ludźmi, które były genialnie wykreowane. Z pozoru kochająca się rodzina w opresji oddala się od siebie, tyczy się to głownie Bama i Maureen. Jednak relacja między nimi, a Julym w tej książce zdecydowanie dominuje. Maureen podczas pobytu w osadzie przekonuje się, że pozory mylą i zaczyna bać się człowieka, który służył im wiele lat. Książkę wyróżniają dialogi, które prowadzone są z lekkością i odpowiednio do danej sytuacji. Słowa bohaterów niosą ze sobą różne skrajne emocje.
Co do stylu pisania autorki to trzeba przyznać, że nie należy on do najłatwiejszych w odbiorze. Dla wielu z nas utrudnieniem może by łamana polszczyzna użyta na potrzebę pokazania braków w znajomości języka przez Julya. Spotkałam się ze stwierdzeniem, że tą książkę powinno się czytać z opracowaniem. Nie dziwie się takiej opinii. Książka Nadine Gordimer może okazać się dla Was wyzwaniem i każdy z Was sam musi zdecydować czy jest gotowy się go podjąć. Chciałam zaznaczyć, że pomimo tych utrudnień językowych potrafiłam oddać się tej książce bez reszty. Pragnęłam poznawać, jak dalej potoczy się walka psychologiczna pomiędzy Maureen a Julym.
Kluczowymi postaciami są Maureen i July. Maureen to kobieta silna i gotowa do wali, która potrafi upomnieć się o swoje. July to małomówny, czarnoskóry mężczyzna, który dla dobra swoich bliskich jest w w stanie zrobić na prawd wiele. Od przyjazdu Smalesów nie traktuje ich już jak 'białych panów'.
Postać Maureen bardzo polubiłam i myślę, że w sytuacji w jakiej ona się znalazła postępowałabym podobnie. Co do Julya moje odczucia w stosunku do niego były różne. Raz mu współczułam, a zaraz nienawidziłam. Bam według mnie zachował się nie fair w stosunku do swojej żony. Ich dzieci bardzo szybko się za klimatyzowały i nawiązały nowe wiadomości.
Napisanie recenzji tej książki nie należało do najłatwiejszych rzeczy. Historia opisana w książce z pewnością zostanie ze mną na bardzo długo. Nie jest to książka, gdzie akcja jest dynamiczna. 'Ludzie Julya' to obraz psychologiczny danej postaci. Polecam osobom, które są ciekawe tej historii i są gotowe spędzi kilka, czasami trudnych chwil z tą pozycją.
OCENA: 9/10
Książka południowoafrykańskiej noblistki Nadine Gordimer to znakomite, trzymające w napięciu studium psychologiczne o tym jak zmiana otoczenia i relacji, zmienia charaktery „państwa” i „służącego”.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPodczas krwawych zamieszek w Soweto rodzina Smalesów decyduje się uciekać do wioski ich wieloletniego służącego, Julya. Biali Smalesowie stopniowo tracą na rzecz July’a...
Pomyślałam, że książka z przykuwającą wzrok okładką, intrygującym opisem i trochę odmienną tematyką będzie idealna na weekend. Okazało się, że kompletnie nie trafiła w mój gust, a czas który chciałam przeznaczyć na jej przeczytanie ciągnął się w nieskończoność.
Bohaterami jest rodzina Smalesów i ich wieloletni służący July. Akcja dzieje się w Soweto, gdzie dochodzi do walk ulicznych i ataków na "białych". Bam i Maureen zmuszeni są pozostawić swój dobytek i uciekać, aby uchronić siebie i swoje dzieci od niebezpieczeństwa. Ich wybawcą jest July - służący pracujący u nich już od 15 lat. Daje swoim "Panom" schronienie i opiekuje się nimi. Rdzenni mieszkańcy wioski różnie reagują na przybyszów i nie potrafią zrozumieć dlaczego akurat u nich muszą się ukrywać i co ich do tego zmusiło. Smalesowie zmuszeni są do całkowitej zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń. Zwłaszcza dzieciom jest trudno przyzwyczaić się do nowej sytuacji.
Ogólnie fabuła jest dosyć nudna i brakuje porywających zdarzeń.. "Kulminacyjnym momentem powieści jest zniknięcie z ich chaty broni - bez niej Bam nie jest już "białym panem", jest nikim" - akurat z tym zdaniem z opisu zgodzić się nie mogę. Wspomniany przełomowy moment wydał mi się jedynie kolejnym wydarzeniem, które nie wpłynęło zbytnio na los bohaterów. Opis informuje nas, że książka jest "znakomitym, trzymającym w napięciu studium psychologicznym" i wydawałoby się, że powinna zainteresować nawet bardzo wymagającego czytelnika. Czytając, próbowałam skupić się na aspekcie psychologicznym i zrozumieć postępowanie bohaterów. Mimo moich starań, fabuła powieści wydała mi się kłębkiem myśli bohaterów, których chwilami nie potrafiłam zrozumieć. Muszę przyznać, że najbardziej zaskakujące (niekoniecznie pozytywne) okazało się zakończenie. Nagle zaczyna się coś dziać, a tu... koniec
Pomyślałam, że książka z przykuwającą wzrok okładką, intrygującym opisem i trochę odmienną tematyką będzie idealna na weekend. Okazało się, że kompletnie nie trafiła w mój gust, a czas który chciałam przeznaczyć na jej przeczytanie ciągnął się w nieskończoność.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBohaterami jest rodzina Smalesów i ich wieloletni służący July. Akcja dzieje się w Soweto, gdzie dochodzi do walk...
Jezu, tego się nie da czytać!
Jezu, tego się nie da czytać!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPołudniowoafrykańska pisarka Nadine Gordimer dołączyła do grona laureatów literackiej Nagrody Nobla nieprzypadkowo: ta zaangażowana w zwalczanie apartheidu członkini Afrykańskiego Kongresu Narodowego w swojej twórczości porusza kwestie konfliktów społecznych i politycznych nękających nie tylko jej kraj, ale i cały kontynent afrykański, oraz - co ciekawsze - sprawy psychologicznych następstw systemu apartheidu.
Nie inaczej jest w przypadku "Ludzi Julya" - powieści, dla której tłem są krwawe zamieszki na tle rasowym w Soweto, a której akcja rozgrywa się na poziomie psychologicznym koncentrując się wokół skomplikowanych relacji między białymi pracodawcami a czarnoskórym służącym w warunkach, w których drastycznie zmienia się charakter tej zależności uświęconej wielowiekową, kolonialną tradycją.
W wyniku krwawych zamieszek pomiędzy czarnoskórą ludnością a białymi potomkami kolonizatorów, rodzina Smalesów: Bam, Maureen oraz trójka ich dzieci - Royce, Victor i Gina, zmuszeni są opuścić swój dom w Soweto. Z pomocą przychodzi wieloletni służący July, który oferuje im schronienie w rodzinnej wiosce oddalonej o kilkaset kilometrów. Białych przepełnia wdzięczność dla oddanego i lojalnego pracownika - w końcu uratował im życie - jednak nowe warunki we wsi na obrzeżach cywilizacji oraz panujące w niej zwyczaje i sposób życia mieszkańców są tak diametralnie różne od przyzwyczajeń "państwa", ci nie potrafią się w nich odnaleźć i przystosować. Najbardziej niepokojące, niekomfortowe i dezorientujące w ich sytuacji jest to, że nie potrafią się odnaleźć w nowej roli narzuconej im przez okoliczności: oto utracili swój status białych panów, pracodawców, od których zależało życie Julya i przetrwanie jego rodziny, panem sytuacji stał się ich służący. Relacje między Smalesami a Julym drastycznie się komplikują i początkowo żadna ze stron nie potrafi się odnaleźć w zaistniałej sytuacji.
Kolejne strony lektury rzucają więcej światła na charakter stosunków między Bamem i Maureen a ich służącym. Czarnoskóry July jako pracownik Smalesów nie miał powodów do narzekań czy powodów do zemsty. Oni traktowali go z szacunkiem, a raczej jego formą nacechowaną pobłażliwością i poczuciem wyższości białego człowieka; mieli do niego zaufanie, on zaś odpłacał im lojalnością, oddaniem, posłuszeństwem i uległą wdzięcznością, głęboko zakorzenioną w mentalności czarnego człowieka od wieków podporządkowanego dominacji kolonizatorów. July początkowo nie zdaje sobie sprawy z władzy, jaka nagle spoczęła w jego rękach, świadomość ta narasta w nim stopniowo. Nie tylko proponuje Smalesom schronienie - oddaje do ich dyspozycji chatę własnej matki, usługuje im, dba o ich wygody i troszczy się o ich bezpieczeństwo narażając się na krytykę członków własnej rodziny - jak dawniej oczekując zapłaty. Bam i Maureen natomiast doskonale zdają sobie sprawę ze swojego położenia i ze swej zależności od Julya, z lękiem wypatrują zmian w zachowaniu służącego. Choć trudno im się z tym pogodzić, próbują dostosować się do nowych, zaskakujących warunków: z wdzięcznością przyjmują troskę służącego, nieporadnie, acz gorliwie starają się pomóc jego rodzinie w codziennych zajęciach. Mimo gościnności i szorstkiej serdeczności czarnych atmosfera coraz bardziej się zagęszcza, staje się duszna i napięta, przesiąknięta poczuciem niewypowiedzianego zagrożenia. Z biegiem czasu dystans między Smalesami a Julym zmniejsza się; niegdysiejszy służący zaczyna dyktować warunki dostrzegając wreszcie i wykorzystując swoją przewagę. I podczas gdy dzieci beztrosko adaptują się do prymitywnych warunków murzyńskiej osady, Bam zajmuje myśli i ręce praktycznymi zajęciami, Maureen bezustannie analizuje ich sytuację i najwyraźniej nie potrafi przejść do porządku dziennego nad nowymi dla niej emocjami i uczuciami. Okoliczności sprawiły, że ujrzała męża w nowym, niekorzystnym świetle; wraz z utratą dotychczasowej pozycji straciła do niego szacunek, stał się dla niej kimś obcym i niechcianym. Wszechobecny brud, prymitywne warunki życia, brak prywatności i niepewność sprawiają, że małżonkowie stają się sobie obojętni, ich drogi zaczynają się rozchodzić.
Najciekawsza i najbardziej znacząca jest jednak psychologiczna gra, jaką prowadzi Maureen z Julym. Wydawało jej się, że dobrze zna swojego służącego, wie, czego można się po nim spodziewać - okazało się, że przykroiła go do własnych wyobrażeń dotyczących relacji między białym panem a czarnoskórym pracownikiem, ukształtowanych przez afrykanerskie wychowanie. Dopiero tu, w naturalnym środowisku Julyego przekonuje się, jak bardzo myliła się w ocenie jego charakteru i osobowości, dostosowanych do potrzeb i wymagań pracodawców. Maureen i July nie potrafią się porozumieć na żadnej płaszczyźnie, różnice kulturowe są kolosalne, bariera mentalna nie do przekroczenia. Nie można powiedzieć, że July nagle się zmienił - on po prostu pokazał swoje drugie oblicze, dotąd jedynie na użytek własnej rodziny, własnego plemienia. I nie zrobił tego z rozmysłem, jego zachowania i reakcje adekwatne są do okoliczności i warunków, trudno przykładać do nich jedną miarę, miarę białego człowieka. Ta zaś nie pozostawia wątpliwości: fakt, że dawny służący kontroluje teraz ich życie i dyktuje warunki, stawia ich w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji, wywołuje jednoznaczne poczucie zagrożenia. Czy rzeczywiście Smalesowie mają się czego obawiać ze strony Julya i jego rodziny?
Powieść Nadine Gordimer nieco mnie rozczarowała. Zarys fabuły i skojarzenia ze znakomitym "Władcą much" mocno mnie zaintrygowały i automatycznie podniosły moje oczekiwania. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że aluzje do prozy Williama Goldinga okazały się wyjątkowo nietrafione - nie znalazłam w książce nic, co usprawiedliwiałoby ich użycie. "Ludzie Julya" z cała pewnością posiadają zadatki na dobrą powieść psychologiczną, jednak według mnie zbyt wiele w nich mankamentów, by książkę za taką uznać. Właśnie dotarło do mnie, że krytykuję prozę noblistki, ale postaram się uzasadnić swoje stanowisko. Po pierwsze - narracja: oszczędna, chłodna, wręcz toporna, sprawiała, że z trudem wgryzałam się w treść. Skutecznie uniemożliwiała mi wczucie się w sytuację bohaterów, identyfikowanie się czy sympatyzowanie z nimi. Nikt nie wzbudził we mnie cieplejszych uczuć, podobnie jak cała historia niespecjalnie mnie poruszyła. Bohaterowie są bladzi, bezosobowi, zredukowani tylko do zestawu cech umożliwiających z ogólnych zarysach przedstawienie wiążących ich relacji i psychologicznej gry, jaka wywiązała się między Maureen a Julym. Trudno było reagować emocjonalnie na przedstawione wydarzenia czy sytuacje - nieustannie miałam wrażenie, że autorka sygnalizuje jedynie pewne rzeczy, nie zagłębia się w charakter relacji i prześlizguje się wśród psychologicznych zawiłości bohaterów. Być może było to działanie celowe, na mnie jednak wywarło wrażenie niedopracowania i niedbałości. Nie przeszkadzał mi brak dynamizmu, zwrotów akcji czy dramatycznych wydarzeń, gdyż intencją autorki było przeniesienie ciężaru fabuły w sferę psychologiczno - emocjonalną. Żałuję jedynie, że zabrakło nieodzownego w takich przypadkach stopniowania napięcia czy też akcentowania najistotniejszych bądź przełomowych momentów fabuły, a przede wszystkim wielowymiarowych portretów psychologicznych bohaterów. Pozbawienie tego powieści uczyniło lekturę irytująco nudną i mało poruszającą - i to pomimo bez wątpienia dramatycznych okoliczności towarzyszących zamieszkom rasowym w Soweto. Spodziewałam się innej lektury: ciekawszej, bardziej płynnej, spójnej, głębszej - choć autorka poruszyła bardzo ważny aspekt w relacjach białej i czarnej ludności Południowej Afryki w czasach apartheidu, nie mam poczucia, że wykorzystała w pełni potencjał drzemiący w temacie.
Południowoafrykańska pisarka Nadine Gordimer dołączyła do grona laureatów literackiej Nagrody Nobla nieprzypadkowo: ta zaangażowana w zwalczanie apartheidu członkini Afrykańskiego Kongresu Narodowego w swojej twórczości porusza kwestie konfliktów społecznych i politycznych nękających nie tylko jej kraj, ale i cały kontynent afrykański, oraz - co ciekawsze - sprawy...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNadine Gordimer to południowoafrykańska noblistka, która stworzyła opowieść o różnicach kulturowych ludzi o różnych kolorach skóry.
Wojna zmusiła Bama i jego rodzinę do opuszczenia miasta. Zatrzymali się w wiosce u swojego ówczesnego służącego, Julya, który zapewnił im mieszkanie. Nie mogli się jednak zbytnio rozgłaszać ze swoim pobytem. Mężczyzna był dla nich bardzo miły, tylko nie robił tego bezinteresownie, o czym wówczas biali ludzie jeszcze nie wiedzieli…
Na książkę miałam ochotę już dość długo. Wszystko za sprawą Marty z Książeczek synka i córeczki, która swoją recenzją zachęciła mnie do tej pozycji. Trochę czasu jednak minęło zanim przesyłka do mnie dotarła, a ja zabrałam się za jej czytanie.
Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tematyką o ,,białych” i ,,czarnych”. Nigdy wcześniej nie czytałam powieści o ich różnicach kulturowych. Całość rozgrywała się w 1980 roku, gdy panowała wojna.
July, który początkowo wydawał się wybawcą rodziny szybko przestał nim być. Rodzina nie zorientowała się, że zależy mu tylko na własnym dobrze. W dodatku nie był zachwycony z pracy u nich, o czym nigdy wcześniej nie wspominał. Maureen, żona Bama, znalazła w domu ich służącego różne rzeczy…
Powieść podzielona została na rozdziały. Każdy oznaczony był kołem, w zależności od posuwania się naprzód było ono zapełniane czarnym tuszem. Na końcu wszystko się dopełniło.
Zakończenie dość zaskakujące, zagadkowe. Autorka pozostawiła sobie drogę do napisania kolejnych części, które mam nadzieję ukażą się w przyszłości.
Z twórczością pisarki zapoznałam się po raz pierwszy, jednak z przyjemnością sięgnęłabym po kontynuację powieści, gdyby ukazała się na polskim rynku.
,,Ludzie Julya” to zestawienie ze sobą dwóch kultur, ukazanie ich psychiki, sposobu myślenia. Nie zawsze wdzięczny służący musi okazać się dobrodusznym wybawcą… Nie jest to z pewnością pozycja łatwa, jednak moim zdaniem warto poświęcić jej swój czas.
Moja ocena: 5,5/6
Nadine Gordimer to południowoafrykańska noblistka, która stworzyła opowieść o różnicach kulturowych ludzi o różnych kolorach skóry.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWojna zmusiła Bama i jego rodzinę do opuszczenia miasta. Zatrzymali się w wiosce u swojego ówczesnego służącego, Julya, który zapewnił im mieszkanie. Nie mogli się jednak zbytnio rozgłaszać ze swoim pobytem. Mężczyzna był dla nich bardzo miły,...
Południowa Afryka, rok 1980. Maureen i Bam Smalesowie z trojgiem małych dzieci mieszkali w Soweto. Kiedy wybuchła wojna domowa, odwlekali wyjazd z miasta, aż w końcu zaczęto bombardować lotniska i ucieczka stała się niemożliwa. I wtedy July, który od piętnastu lat pracował u nich jako służący, zaproponował, że ukryje ich w swojej rodzinnej wiosce. Małżonkowie z radością przystali na ten plan i po trudnej podróży przez busz trafili do bardzo prymitywnej osady, której jeszcze nigdy nie odwiedził biały człowiek.
Każdy ze Smalesów w inny sposób zachowuje się w nowych warunkach. Dzieci przystosowują się najłatwiej. Zaczynają biegać po murzyńskich chatkach, pić wodę z rzeki, usamodzielniają się i uodparniają na zarazki. Bam nie chce zbyt wiele rozmyślać o ich położeniu, woli zająć się czymś praktycznym, np. budowaniem zbiornika na wodę. Natomiast Maureen nie umie się uspokoić. Wciąż rozważa, czy na pewno ich rodzina jest bezpieczna wśród "ludzi Julya". Zastanawia się, dlaczego właściwie July uciekł z Soweto, dlaczego nie zainteresował się losami swojej wieloletniej partnerki Ellen i nie dołączył do swoich braci walczących o zlikwidowanie apatrheidu.
July to najbardziej niejednoznaczna i intrygująca postać książki. Na mnie sprawił on wrażenie człowieka, który nawet w tak osobliwych warunkach, w jakich się znalazł, pragnie usługiwać swoim dawnym pracodawcom, a za usługi żąda zapłaty. Kiedy Maureen chce sama zająć się szykowaniem strawy, on reaguje irytacją. Zdobyciem samochodu i pieniędzy interesuje się bardziej niż walką o równość. Może to dlatego, że w pracy u białych nie było mu źle. Smalesowie dobrze go traktowali, dawali prezenty, wolne dni i pozwalali, by do swego pokoju przyprowadzał kolegów oraz kobiety. A może to po prostu typ człowieka, który myśli tylko o sobie i wojnę postrzega jako okazję do wzbogacenia się.
Nie tylko Bam i Maureen mają okazję poznać Julya od innej strony. Również Martha, jego żona, po raz pierwszy przebywa z nim tak długo. Dotychczas mąż przyjeżdżał co dwa lata, przywoził pieniądze i rzeczy, po czym szybko wracał do miasta. Martha nie ma chęci przyjaźnić się z białymi, uważa, że ukrywając uciekinierów July naraża się na niebezpieczeństwo.
Ze zdziwieniem zauważyłam, że powieść Nadine Gordimer jest źle oceniana na blogach książkowych, że uchodzi za chaotycznie napisaną i niezrozumiałą. Szczerze mówiąc, nie rozumiem, co w niej trudnego i chaotycznego. Według mnie to wartościowa, przemyślana powieść. Autorka nakreściła bohaterów niejednoznacznych, mocno rozwinęła warstwę psychologiczną książki. "Ludzi Julya" polecić mogę szczególnie tym osobom, które lubią chłodny typ narracji, otwarte zakończenia, afrykańskie klimaty i interesują się historią RPA.
Południowa Afryka, rok 1980. Maureen i Bam Smalesowie z trojgiem małych dzieci mieszkali w Soweto. Kiedy wybuchła wojna domowa, odwlekali wyjazd z miasta, aż w końcu zaczęto bombardować lotniska i ucieczka stała się niemożliwa. I wtedy July, który od piętnastu lat pracował u nich jako służący, zaproponował, że ukryje ich w swojej rodzinnej wiosce. Małżonkowie z radością...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDzisiaj zaprezentuje Wam książkę, której nieco się obawiałam. Jest to książka o Afryce, a dokładniej o Afrykańskiej wiosce, o zamieszkach w mieście, o ucieczce, ukrywaniu się, o radykalnej zmianie życia, o służącym i jego pracodawcach... Zazwyczaj nie sięgam po takie książki... Dlaczego? Chyba dlatego, że są one dla mnie za smutne, że podczas czytania płacze jak bóbr... Przy tej powieści tak nie było. Nie jest ona aż tak straszna jak się spodziewałam. Sięgnęłam po nią bo zainteresował mnie opis. Spodziewałam się jednak czegoś nieco innego...
Rodzina Smalsów - biali ludzie, czteroosobowa rodzina mieszkająca w Afryce w mieście Soweto. To tutaj było ich życie, tutaj był ich cały świat. Więc kiedy na ulicach zaczęły wybuchać zamieszki postanowili zostać w swoim domu, w dorobku swojego życia. Nie mieli zamiaru uciekać i zostawić wszystkiego co mają. Jednak zamieszki przybrały na sile, płonące i okradzione domu, zniszczone sklepy, wybuchy kopalni, samonaprowadzające rakiety. Tego było już za wiele, nie mieli wyjścia, musieli uciekać. Wybawcą okazał się July, ich czarnoskóry służący, który pracował dla nich od piętnastu lat. Zabrał ich do swojej rodzinnej wioski, dał dach nad głową, pomógł kiedy nie mieli już kompletnie nic. Jednak teraz role się odwróciły. To on był ich wybawicielem, a oni nie byli mu już potrzebni. Teraz on zaczyna się rządzić, a oni mają niewiele do powiedzenia...
Główną narratorką jest tutaj Maureen - biała Pani, żona Bama, matka Victora i Giny, pracodawczyni Julya. Wszystko co dzieje się w wiosce jest opisywane przez nią. Zobaczymy jak ona postrzega swoje "nowe" życie, jak bardzo przeżywa to jak teraz muszą żyć, jak okropnie tęskni za tym co było jeszcze tak niedawno... Na dodatek okazuje się, że ich służący July, dotąd bardzo oddany i uczciwy, wcale nie jest taki krystaliczny jak mogłoby się wydawać. Maureen odnajduje w jego rodzinnym domu przedmioty, które w dziwnych okolicznościach znikały z ich domu w mieście. Na dodatek to teraz July jest tutaj szefem.
Książka ta nie jest żadną porywająco powieścią... Akcja cały czas toczy się w środku buszu, w malutkiej, zacofanej, afrykańskiej wiosce, gdzie domy są lepiankami, a mycie i pranie odbywa się w tej samej brudnej rzece. Powiem szczerze, że książka ta nie trzyma w napięciu, jednak na swój sposób wzbudza zainteresowanie. Byłam ciekawa jak dalej potoczą się losy tej białej rodziny, chciałam dowiedzieć się jak to się zakończy, czy zamieszki w miastach się uspokoją, czy będą mogli wrócić do swojego rodzinnego domu, do dawnego życia, czy już na zawsze zostaną w tym nieznanym, dziwnym świecie, gdzie traktowani są jak obcy, jak przybysze z innej planety... Nie za wiele się jednak dowiedziałam. Brakowało mi tutaj jakiegoś lepszego zakończenia, nie koniecznie happy endu ale jednak czegoś co zakańcza tę powieść. Tutaj skończyło się tak jakby miał być ciąg dalszy. Chociaż z drugiej strony powiem Wam, że działa to na wyobraźnię. Po zakończeniu książki sama wyobrażałam sobie ciąg dalszy ;)
Powieść ta nie porywa, ale na pewno ukazuje emocje bohaterów, a odczuwają oni naprawdę bardzo wiele. Strach, niepewność, tęsknota, smutek, złość, niemoc... To tylko niektóre z nich... Znajdziemy tutaj dużo opisów różnych sytuacji, ludzi, rzeczy, odczuć. Jest za to niewiele dialogów, czego na pewno mi tutaj nieco brakowało. Podsumowując jest to książka ukazująca jak w ciągu chwili może zmienić się sytuacja, może zmienić się całe życie. Jak "służący" może stać się "panem", jak mogą odwrócić się role... Powiem Wam szczerze, że czytałam ją zainteresowaniem, chociaż czegoś tutaj brakowało... Sama nie wiem czego, może chodzi tu o dialogi, a może o bardziej wartką akcje... Zresztą przekonajcie się sami czy Wam się spodoba :)
Dzisiaj zaprezentuje Wam książkę, której nieco się obawiałam. Jest to książka o Afryce, a dokładniej o Afrykańskiej wiosce, o zamieszkach w mieście, o ucieczce, ukrywaniu się, o radykalnej zmianie życia, o służącym i jego pracodawcach... Zazwyczaj nie sięgam po takie książki... Dlaczego? Chyba dlatego, że są one dla mnie za smutne, że podczas czytania płacze jak bóbr......
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTrudno wyobrazić sobie historię rodziny Smalesów. Byli mieszkańcami jednego z afrykańskich miast. Podczas krwawych zamieszek przeciwko ludności białej zostali zmuszeni do opuszczenia, znanego im środowiska. Właśnie w ten sposób trafili do ubogiej wioski swojego służącego – Julya. Z dnia na dzień ich sytuacja pogarszała się.
Nadine Gordimer to południowoafrykańska noblistka. Można powiedzieć, iż stworzyła afrykańskiego „Władcę much”. Jej powieść o rodzinie Smalesów przedstawia, jak szybko może zmienić się rozkład sił – jak pozycja nie jest trwała. Bam, Maureen oraz troje ich dzieci trafiają do dziczy, gdzie tracą swój status „panów” na rzecz swojego służącego – Julya.
Nie będę ukrywać, iż książka najzwyczajniej w świecie nie podobała mi się. Czytając opis historii, czekałam na głęboką, poruszającą mnie powieść. Wydawało mi się, że słowa będą mnie osaczać, że poczuję prawdziwe zagrożenie, a także rozpacz tych ludzi. Tymczasem… książka nie wywoływała we mnie żadnych emocji – oprócz irytacji.
Moim głównym i chyba największym zastrzeżeniem do powieści będzie jej narracja. Dawno nie czytałam historii, w której trudno byłoby mi się zorientować właśnie przez sposób przedstawiania sytuacji. Pani Nadine jednak bardzo chaotycznie opisywała wydarzenia – niektóre fragmenty musiałam powtarzać kilka razy! Czytając, nie byłam pewna, czy jest to retrospekcja, czy też bieżące wydarzenia. Wielokrotnie mieszała, co jedynie utrudniało mi odbiór historii.
Przez tę trudną narrację dobra historia – bo naprawdę miała potencjał – straciła cały swój urok. Czytając, nie przeżywałam wydarzeń wraz z bohaterami. Jedynie opisy tła akcji przemawiały do mojego zmysłu estetycznego, gdyż z bohaterami nie potrafiłam się zżyć. Właśnie to barwne przedstawienie buszu, trzymało mnie przy tej książce do końca.
To z punktu widzenia Maureen głównie obserwujemy całą akcję. Bohaterka ta jest postacią, w moim odczuciu, kompletnie bezosobową. Ciężko mi cokolwiek o niej powiedzieć, oprócz tego, iż jej relacja ze służącym była naprawdę skomplikowana. Właśnie ten wątek w powieści został pokazany najskromniej, a szkoda, gdyż ciekawił mnie najbardziej. Zarówno ona, jak i July zachowywali się, jakby chowali dawne urazy, ale czytelnik nie może zgłębiać dalej tego wątku. Żałuję, iż Gordimer nie skupiła się na nim bardziej, by okazać różnice między ich statusami, być może wyjaśniłoby to ich postępowanie, gdy znaleźli się już w afrykańskim buszu.
Książka zapowiadała się naprawdę rewelacyjnie. Myślałam, iż mocno będzie oddziaływać na czytelnika, jednak z każdą kolejną stroną… nudziłam się coraz bardziej. Nim się obejrzałam, zerkałam jedynie na ilość stron, czekając, aż skończę lekturę.
W powieści zabrakło mi jakiegoś zdecydowania autorki odnośnie akcji. Wiele rzeczy nie było podkreślonych, chociażby finał historii, którego finałem bym nie nazwała właśnie przez brak akcentowania go. Chociaż sytuacja Smalesów była ciężka, Gordimer nie uwydatniła tego, nie czuć było ich dramatu. Niekiedy wydawało mi się, iż to ja nadinterpretuje ich sytuację, mimo iż w książce wiodło im się lepiej, niż mogłabym przewidywać.
Zdecydowanie spodziewałam się innej lektury – bardziej płynnej oraz ciekawej, gdyż bez wątpienia zamieszki w Soweto, a także sytuacja tamtej ludności, niezależnie od koloru skóry, są tematem, który da się wykorzystać bardziej. Z drugiej strony historia ta przedstawia w jakiś sposób przeszłość, a także potencjalną przeszłość białych ludzi na Czarnym Kontynencie. Dzięki tej powieści sięgnęłam po materiały historyczne, zgłębiając temat buntu Afrykańczyków przeciwko kolonizatorom i jest to chyba jedna z zalet – rozbudzenie ciekawości czytelnika. Szkoda jedynie, iż sama autorka nie przybliżyła sytuacji. Czytelnik został wrzucony „na głęboką wodę”, a przecież nie tak powinno to wyglądać.
Z kolei po przeczytaniu całej mojej opinii naszła mnie refleksja - ta książka jest tak chaotyczna, iż jedyne co można zrobić, to napisać równie chaotyczną recenzję.
Pozdrawiam
Trudno wyobrazić sobie historię rodziny Smalesów. Byli mieszkańcami jednego z afrykańskich miast. Podczas krwawych zamieszek przeciwko ludności białej zostali zmuszeni do opuszczenia, znanego im środowiska. Właśnie w ten sposób trafili do ubogiej wioski swojego służącego – Julya. Z dnia na dzień ich sytuacja pogarszała się.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNadine Gordimer to południowoafrykańska...
Czasami zdarza się, że książka tak mocno oddziaływuje na moje zmysły, że nie sposób oprzeć się pokusie, odpędzić zachłanne myśli...
Tak zdarzyło się w przypadku powieści Nadine Gordimer. Sama do końca nie wiem co tak mocno przykuło moją uwagę: hipnotyzująca okładka? Intrygujący opis? Adnotacja o prestiżowej nagrodzie?
Kim jest Nadine Gordimer? Prawdę powiedziawszy nie wiem. Nie czuję się ignorantką ale po prawdzie nie śledzę laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Dlatego byłam ogromnie ciekawa kim jest i co ma do powiedzenia zdobywczyni tego światowego wyróżnienia.
Nadine Gordimer to południowoafrykańska pisarka, pisząca w języku angielskim, laureatka Nagrody Nobla z literatury w roku 1991. Była córką żydowskiego imigranta z Litwy i Angielki (Isidore i Nan Gordimer). Choć oboje rodzice mieli pochodzenie żydowskie, Nadine Gordimer została wychowana jako chrześcijanka. W swojej twórczości poruszała sprawy konfliktów społecznych i psychologicznych następstw systemu apartheidu w RPA, a także inne tematy społeczno-polityczne swojego kraju i innych krajów afrykańskich. Osobiście zaangażowana w zwalczanie segregacji rasowej, została członkinią Afrykańskiego Kongresu Narodowego.
"Podczas krwawych zamieszek w Soweto rodzina Smalesów- Bam, Maureen i trójka ich dzieci- decyduje się uciekać do wioski ich wieloletniego służącego Julya".
Z początku trudno im było zaadaptować się do nowej sytuacji ale z pomocą serdecznego Julya zaczynają akceptować swoje położenie. Przestają zauważać niewygody, zbliżają się do siebie i mają okazję dokładniej poznać swojego wybawiciela. Z czasem relacje między gospodarzami a uciekinierami psują się. Maureen dostrzega w domu Julya swoje dawno zaginione rzeczy, a on sam robi się coraz bardziej natarczywy i bezwzględny.
Książka zapowiadała się rewelacyjnie. Niestety w trakcie lektury moja ekscytacja systematycznie malała by w końcu przemienić się w znużenie. Zabrakło mi w niej budowania napięcia, dramaturgi, jakiegoś mocnego akcentu i zdecydowanego finału. Do tego fabuła jest jakąś potworną plątaniną myśli, które jako tako mogłam zrozumieć po wielokrotnym czytaniu. Szalenie mnie to irytowało. Nawet teraz do końca nie wiem czy trafnie pojęłam sens przekazu...
Na plus mogę zaliczyć autorce rzetelny obraz afrykańskiego buszu, zwyczaje ludzi pokroju Julya. Opisy, porównania wypadają niezwykle barwnie i plastycznie. I chyba tylko dzięki nim ukończyłam lekturę książki.
Kolejną zaletą powieści są bohaterowie. Metamorfoza małżeństwa Smalesów jest przedstawiona kapitalnie. Na początku wyczuwa się w nich odrazę do nowych warunków, brak chęci do współpracy. Z czasem przywykli, okrzepli i przyjęli swoją rolę z dobrodziejstwem inwentarza :) Zaskoczył mnie stosunek Bama i Maureen do swojego wieloletniego służącego i odwrotnie. Początkowo przyjaźń i serdeczność zmienia się diametralnie.
Plusy i minusy książki zrównoważyły się. Waszemu sumieniu i zdrowemu rozsądkowi pozostawiam decyzję odnośnie lektury "Ludzi Julya"
http://aleksandrowemysli.blogspot.com/
Czasami zdarza się, że książka tak mocno oddziaływuje na moje zmysły, że nie sposób oprzeć się pokusie, odpędzić zachłanne myśli...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTak zdarzyło się w przypadku powieści Nadine Gordimer. Sama do końca nie wiem co tak mocno przykuło moją uwagę: hipnotyzująca okładka? Intrygujący opis? Adnotacja o prestiżowej nagrodzie?
Kim jest Nadine Gordimer? Prawdę powiedziawszy nie...
Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Odpowiedź prosta: hipnotyzująca okładka i ciekawie zapowiadająca się treść.
Wieloletni służący Jyly postanawia pomóc swoim pracodawcom- Bam, Maureen i ich dzieciom- gdy w Soweto dochodzi do zamieszek. Postanawia ukryć ich w swoim rodzinnym domu. Stara się ułatwić im życie i oddaje swoje pomieszczenia w domu aby jak najbardziej poczuli się tam swobodnie. Maureen która najwięcej czasu spędzała w Soweto z July`ym (jak to imię odmieniać?!) najlepiej się z nim dogaduje, gdyż jako jedyna rozumie co on mówi. Początkowo wszystko ładnie się układa, jednak z czasem Maureen zauważa sporo przedmiotów z jej domu, które wcześniej zniknęły z niewyjaśnionych okolicznościach, jednak wtedy nie przykładała ona do tego większe uwagi. July robi się coraz bardziej tajemniczy i niedostępny. Czy rodzinie uda się uwolnić od Julya?
Nie oceniaj książki po okładce- ileż razy ja to sobie powtarzałam. Nie jest tak, że książka mnie zawiodła, gdyż jej zawartość posiada pewną „magię” która powodowała, że pomimo pogrubionej czcionki (która strasznie męczyła oczy i książkę dało się czytać tylko fragmentami) ciągnęła mnie do siebie. Bardzo chciałam poznać dogłębniej samego służącego i jego zapatrywania co do swoich państwa.
Jednak pomimo wspomnianej magii nie mam pojęcia co autorka miała na myśli, kim tak naprawdę był July a przede wszystkim czemu to zakończenie jest takie jakie jest?
„Znakomite, trzymające w napięciu studium psychologiczne” (opis z okładki)- chyba jednak trzeba być psychologiem aby zrozumieć postępowanie służącego. Mam wrażenie, że musiałabym chyba przeczytać najpierw opracowanie tej książki a później ją samą aby zrozumieć jej sens.
Jednym słowem mam trochę mieszane uczucia co do niej: niby przeczytałam, niby mi się podobała, a jednak…..
Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Odpowiedź prosta: hipnotyzująca okładka i ciekawie zapowiadająca się treść.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWieloletni służący Jyly postanawia pomóc swoim pracodawcom- Bam, Maureen i ich dzieciom- gdy w Soweto dochodzi do zamieszek. Postanawia ukryć ich w swoim rodzinnym domu. Stara się ułatwić im życie i oddaje swoje pomieszczenia w domu aby jak najbardziej poczuli się...
Takie książki chyba powinnam czytać z opracowaniem...
Takie książki chyba powinnam czytać z opracowaniem...
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„To czy ktoś jest uczciwy, zależy po prostu od tego, ile o nim wiemy.”
„Ludzie Lulya” Nadine Gordimer
To co popchnęło mnie do przeczytania tej książki to okładka. Oczy mężczyzny, które hipnotyzują i sprawiają, że człowieka przenikają dreszcze, strach dręczący szczególnie nocą. Które patrzą podejrzanie i zapraszają do przeczytania skrywanej za nimi treści. Do tego, jakże często motywująca informacja o otrzymaniu Nagrody Nobla, przez autorkę opisywanej pozycji.
I jak tu się nie skusić?
Nie wiem. Ja czułam, że muszę ją mieć, skoro zadziałało, aż tyle wabików.
Czy słusznie?
Czy lektura „Ludzi Julya” zniewala i sprawia, iż człowiek jest zadowolony ze spędzonego wraz z nią czasu? Może pozostawia po sobie coś więcej?
Nadine Gordimer to południowoafrykańska pisarka, która w swojej twórczości porusza tematy konfliktów społecznych oraz politycznych targających terenami Afryki. Jest laureatką wielu prestiżowych nagród w tym Literackiej Nagrody Nobla, którą otrzymała w 1991 roku.
Jak wiadomo do noblistów podchodzę trochę inaczej niż do pozostałych pisarzy. Kryterium ich oceny jest nieco ostrzejsze – w końcu za coś szczególnego musieli to wyróżnienie otrzymać.
Czy Nadine Gordimer słusznie znalazła się wśród osób wyróżnionych Noblem?
Mogłam przekonać się zgłębiając opisywaną pozycję.
Na ile jesteś wstanie komuś zaufać?
Nie przypadkowej osobie. Służącemu, który jest przy tobie przez piętnaście lat. Nigdy cię nie zawiódł. Zawsze stał przy twym boku wykazując się lojalnością i oddaniem. Teraz, gdy nadszedł czas wojny, kryzysu i pełnej mobilizacji przeciwko ludziom twojego pokroju, czy zaufasz tejże osobie? Czy wraz z nią wyjedziesz na nieznane tereny? Nie boisz się, że w innych warunkach, na swoim terenie, wierny służący może okazać się zupełnie innym człowiekiem?
Szczerze mówiąc początkowy zachwyt oprawą graficzną, oklapł jak dętka po przeczytaniu pierwszych stron tejże książki. Z miejsca nie spodobał mi się toporny język oraz zabieg całkowicie nie potrzebny – pogrubiona czcionka. Przez pierwszych pięćdziesiąt stron zdarzało mi się gubić watek, przez co byłam zmuszona powracać do wcześniejszej treści. Zaczynałam już tracić nadzieję na dobrze spędzony czas z lekturą, która rozproszy senność ponurych dni tej wiosny.
Jednakże zanurzając się w treść przedstawianej pozycji dojrzałam jej potencjał. Gdy pani Gordimer prowadzi nas poprzez grząski teren buszu czuć, że doskonale odnajduje się w tych klimatach. Barwne opisy oraz liczne porównania dosadnie poruszają wyobraźnię czytelnika, sprawiając iż na własnej skórze może odczuć ugryzienie komara, czy swędzenie wywołane pchłami.
Autorka na pierwszą scenę wysuwa białe małżeństwo Maureen i Bama – w pełni ukazuje nam targające nimi emocje, poczucie zagubienia oraz sposób próby odnajdywania się w nowym, kompletnie nie znanym im Świecie, jakim jest busz.
Tytułowego Julya poznajemy poprzez ich myśli i odczucia. Widzimy, jaki jest jego stosunek do państwa, jak dba o ich wygodę i bezpieczeństwo narażając się na brak przychylności ze strony pozostałych członków swej rodziny. Dostrzegalna jest też zmiana w jego postępowaniu, ukryte motywy dobroci w stosunku do „pana”.
Również psychologiczna walka pomiędzy Maureen i Julyem składa się na punkt budzący pełne zainteresowanie dalsza treścią.
Wszystko to stanowi wspaniałą ucztę dla naszego rozumowania, którą urozmaicają liczne porównania i zakończenie pełne domysłów.
Niestety oprócz kulawego początku dopatrzyłam się tez paru innych przewinień popełnionych przez autorkę. Mianowicie pani Gordimer zaplątała się lekko w opisywaniu postaci. Mianowicie pewni bohaterowie, nie posiadając początkowo pewnych umiejętności, wykazują się nimi dwa zdania dalej – uważam, iż jest to niedopatrzenie, które nie powinno mieć miejsca.
Tym co zawiodło mnie najbardziej jest brak akcji, pewnego dynamizmu, którego oczekiwałam po zapoznaniu się z opisem książki, mówiącemu iż to pozycja „trzymająca w napięciu”.
Otóż jest wręcz przeciwnie. Bynajmniej mnie w żadnym nie trzymała, jednakże wyczuwałam w niej nikłą nić erotyzmu oraz nerwowego spięcia pomiędzy sługą, a jego panią.
Lekturę mogę polecić osobom, które chcą zagłębić się w małe studium psychologii opartym na relacjach pomiędzy rządzącym a rządzonym, nie urozmaiconym żadną wydumaną akcją. To również powieść dla czytelników zainteresowanych systemem plemiennym oraz rozumowaniem ludzi z afrykańskiego buszu, które jest tu ukazane w pewnym stopniu.
Osobiście nie uważam „Ludzi Julya” za pozycję, którą można by przypisać noblowskiej autorce. Nie zachwyciła mnie w żaden zasadniczy sposób, nie zachęciła do refleksji, nie wzbudziła też żadnych skrajnych emocji, pozostawiając po sobie delikatne echo lektury, którą szybko się trawi.
„To czy ktoś jest uczciwy, zależy po prostu od tego, ile o nim wiemy.”
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Ludzie Lulya” Nadine Gordimer
To co popchnęło mnie do przeczytania tej książki to okładka. Oczy mężczyzny, które hipnotyzują i sprawiają, że człowieka przenikają dreszcze, strach dręczący szczególnie nocą. Które patrzą podejrzanie i zapraszają do przeczytania skrywanej za nimi treści. Do tego, jakże...