Ognisty anioł. Historia Niny Pietrowskiej – muzy rosyjskich symbolistów

Okładka książki Ognisty anioł. Historia Niny Pietrowskiej – muzy rosyjskich symbolistów
Liliana Kern Wydawnictwo: Muza biografia, autobiografia, pamiętnik
198 str. 3 godz. 18 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Der feurige Engel
Data wydania:
2007-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2007-01-01
Liczba stron:
198
Czas czytania
3 godz. 18 min.
Język:
polski
ISBN:
9788374952156
Tłumacz:
Janina Szymańska-Kumaniecka
Średnia ocen

                6,6 6,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Ognisty anioł. Historia Niny Pietrowskiej – muzy rosyjskich symbolistów w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Ognisty anioł. Historia Niny Pietrowskiej – muzy rosyjskich symbolistów

Średnia ocen
6,6 / 10
23 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
272
192

Na półkach:

Biografię Niny Pietrowskiej, która bez wykształcenia sama się wszystkiego uczyła szczególności jeśli chodzi o literaturę. Miała bardzo duże wsparcie co dla takiej osoby musiało być bardzo ważne, po drodze zaliczyła parę romansów. Pomimo wzlotów i upadków jakie Nina miała w swoim życiu w końcu popełnia samobójstwo.

Kiedy kupiłam tą książkę nic o niej za bardzo nie wiedziałam tylko tyle, że jest to historia która dzieje się w przełomie 1890r. - 1928r. i opowiada historię jakieś kobiety "grzesznej muzy pokolenia poetów" jak jest opisane w książce. Bardzo ciekawa książka są nawet mogę powiedzieć powiązania z dzisiejszymi czasami jeśli chodzi o temat alkoholu i narkotyków.

Biografię Niny Pietrowskiej, która bez wykształcenia sama się wszystkiego uczyła szczególności jeśli chodzi o literaturę. Miała bardzo duże wsparcie co dla takiej osoby musiało być bardzo ważne, po drodze zaliczyła parę romansów. Pomimo wzlotów i upadków jakie Nina miała w swoim życiu w końcu popełnia samobójstwo.

Kiedy kupiłam tą książkę nic o niej za bardzo nie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

53 użytkowników ma tytuł Ognisty anioł. Historia Niny Pietrowskiej – muzy rosyjskich symbolistów na półkach głównych
  • 28
  • 24
  • 1
24 użytkowników ma tytuł Ognisty anioł. Historia Niny Pietrowskiej – muzy rosyjskich symbolistów na półkach dodatkowych
  • 16
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Odosobnienie Georges-Arthur Goldschmidt
Odosobnienie
Georges-Arthur Goldschmidt
Traumatyczna opowieść o żydowskim chłopcu z Niemiec, który w czasie wojny trafia do katolickiego domu dziecka we francuskich górach. Doświadcza on podwójnej, a nawet potrójnej, opresji. Ze strony hitlerowców grozi mu „deportacja na Wschód” - co już wtedy brzmi złowrogo, acz nie ma jeszcze tej dzisiejszej, jednoznacznej konotacji. Dyrektorka domu z dużym upodobaniem i jeszcze większą częstotliwością stosuje wobec niego przemoc fizyczną – formalnie za moczenia nocne. A ponadto znęcają się nad nim francuscy „koledzy”, nie szczędząc mu tego, co najgorsze dla młodego chłopca… Dziesięcioletni bohater ma to szczęście (wahałem się, czy nie napisać tego słowa w cudzysłowie, ale nie), że na jakiś czas przed wojną jest wysłany – bez rodziców - do Włoch. „Nieustannie coś do siebie szeptali (...) Raz po raz pojawiało się słowo +Żyd+. Nie rozumiał, dlaczego są tacy niespokojni, skoro przecież rozmawiają o Piśmie Świętym. Nagle jednak przyszło mu na myśl, że kiedy w szkółce niedzielnej padało słowo +Żyd+, pastor zawsze spoglądał na niego, i to słowo wzbudziło w nim lęk”. „Do Florencji przybył jeszcze z całkiem zwyczajnym paszportem Rzeszy Niemieckiej, bez stempla z literą „J”. Słyszał, jak mówiono, że taki stempel znajduje się w paszportach określonych osób; mieli go starsi ludzie, chociaż przecież „J” oznaczało kogoś młodego”. „Ale naraz, całkiem niespodziewanie, przyszło mu na myśl, że owo "J" może przecież oznaczać nie tylko Junge, ale także Jude, i strach ścisnął mu żołądek”. „Nie znał ani jednego Żyda, ale to słowo kojarzyło się ze śmiertelnym ciosem, zamach czyjejś ręki i groźba uderzenia; wiązało się z tym coś niesamowitego, piętno jakiejś winy, która przejmowała go lękiem”. Potem trafia do Francji, w Alpy Sabaudzkie. W tamtejszym katolickim domu dziecka ma przecież większe szanse na ocalenie niż gdziekolwiek, bo jeszcze nie ma wojny, tylko….. Tylko za jaka cenę – można i należy spytać po lekturze tej mocno szarpiącej duszę książki. Nie jest to może „irlandzki sierociniec” – sens tego zwrotu jest już i pozostanie jasny po wieki wieków, amen - ale to, co przechodzi tam bohater nie jest wiele łagodniejsze. Znajduje się wszak na samym dnie wewnętrznej chłopackiej hierarchii, jednej z okrutniejszej wobec tego, kogo weźmie ona na cel. „Dlaczego zawsze ja? – wrzeszczał na innych, płacząc, ale oni nie znali na to odpowiedzi, on to był po prostu on”. Ponadto cierpi on tam chroniczny głód, bo jako „Niemiec” dostaje mniej do jedzenia, ot taki patriotyczny odruch francuskich serc. A jeszcze nadchodzi wiadomo o śmierci jego matki (ojciec potem „przepadł bez wieści pod bezkresnym niebem w niezmierzonej dali, na jakiejś równinie pozbawionej wszelkich drzew”) Wszystkie te przeżycia powodują u niego nocne moczenia, co doprowadza do szału dyrektorkę placówki. „A potem, zza zamkniętych drzwi, słychać było odpinanie paska, błagalny głos chłopca, miękkie osuwanie się materiału, ciszę i świst rózgi, klaśnięcia a chwilę później skowyt”. „Gdyby dyrektorka tej placówki wiedziała, jak to boli, natychmiast by przestała. A następnie rózga, którą podsunie mu w poziomie, aby mógł ją lepiej pocałować… (…) Przede wszystkim jednak nie zapomnieć o formułce podziękowania: +Dziękuję za tę chłostę, wyznaczoną mi, żebym się poprawił, i dla dobra mojego wychowania+”. „Ponieważ w ogóle przestał nadążać za innymi i utracił zdolność uczenia się czegokolwiek, polecono mu, aby własnoręcznie zrobił sobie oślą czapkę”. „Wykrzykiwali, że jeszcze co noc moczy się w łóżko (…) A ponieważ było lato, wystawiano go za karę na drewniany balkon, aby się tam osuszył, sadzano go na stołku, z prześcieradłem nad sobą”. „Koledzy przychodzili od czasu do czasu sprawdzić, czy schnie i czy mniej żrąco cuchnie; na balkonie sadzano go w odległości zaledwie dwu metrów od górskiej drogi. Zatrzymywali więc spacerujących letników, aby ich poinformować, że na balkonie wystawiono kogoś do wyschnięcia”. „Tego samego wieczoru koledzy zniewolili go (…) Wpychano do ust śluzowaty, lepki i ciepły smak morza”. Potem we wsi pojawiają się jeszcze inne żydowskie uchodźcze dzieci. „Należał do tych Żydów, których w lipcu 1943 r. przymusowo zakwaterowano w hotelach we wsi. Codziennie musieli meldować się w komendanturze, a gdyby któregoś zabrakło natychmiast deportowano by dziesięcioro z nich na Wschód”. „Sprawiali wrażenie, że domyślają się, co się z nimi stanie. Mówili mało, a nieruchomy wzrok mieli zawsze utkwiony wprost przed siebie. Nigdy nie patrzyli w oczy nadchodzącemu z przeciwka człowiekowi, żeby później nie musieć do tego tęsknić. Wydawało się, że w ogóle starają się patrzeć na jak najmniej rzeczy. Nigdy przed niczym nie przystawali”. Nasz bohater jest tylko w nieco lepszym położeniu niż ci nowo przybyli, bo nie jest zarejestrowany jako Żyd. „Przejmowała go zapierająca dech w piersiach zgroza, która najpierw lekko przygniatała mu kręgosłup, aż wreszcie, olbrzymia, stawała za jego plecami tak, że odwracał się naraz w szalonym strachu. Nikogo jednak nie było, nie stał za nim nikt, kto chciałby go zabrać, choć przecież wiedział, że gestapo go szuka”. W chwili najważniejszej próby jego prześladowczyni objawia jednak człowieczeństwo. „+Idą+ - powiedziała dyrektorka mocnym, ale czule delikatnym głosem, jakby tym jednym słowem, które zdążyła jeszcze wypowiedzieć, chciała mu pokazać, że mimo wszystko, mimo kar, bardzo go jednak lubi”. „Zajęli ścieżkę na całą szerokość: niemiecki oficer ze srebrnymi naszywkami na kołnierzu, dwaj żołnierze w hełmach – dokładnie tacy sami jak jeszcze wówczas jego ołowiane żołnierzyki - z wysuniętymi przed siebie pistoletami maszynowymi.W środku małe, czarne otwory luf, obie skierowane na niego”. „Ciągle jeszcze z wycelowanymi w niego pistoletami maszynowymi cofnęli się trochę jeden za drugiego, jak w sytuacji, gdy robi się miejsce komuś, kto nadchodzi z przeciwka (...) Strach pojawił się dopiero w chwili, gdy znalazł się poza ich polem widzenia”. A jednak nie tym razem… „Nie spędził już ani jednej nocy w domu dziecka, gdyż Niemcy z powodzeniem mogli tu wrócić”. „Kiedy usłyszał nad sobą osobliwie ludzkie sapanie krów, ich spokojne przeżuwanie, szczęk łańcucha na drewnianej ścianie, plask krowich placków o ziemię albo lekkie machnięcia ogonem, poczuł się bezpieczny, pozwolił więc, aby kreśliły się wokół niego obrazy. W ciepłym, przytulnym mroku stajni doświadczał nigdy dotąd niezaznanego poczucia bezpieczeństwa, pełna zwierząt ciemność otaczała go miękko, niczym ciepło ciała, wewnątrz którego stal się niewidzialny i nie musiał się już bać”. Zwraca uwagę gęsty, wyrafinowany, miejscami paradoksalnie poetyczny, język, choć to nie bohater jest narratorem, a może właśnie dlatego…. Na koniec takie normalne realia tamtego normalnego czasu i tamtejszych normalnych ludzi: „W 1942 r. przyjechało we francuskie Alpy jeszcze wielu letników, którzy zachowywali się tak, jakby nadal panował pokój, jakby nic się nie zdarzyło”….
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 7 1 rok temu
Autobiografia. Baśń mojego życia Hans Christian Andersen
Autobiografia. Baśń mojego życia
Hans Christian Andersen
„[…] the louder I cried as a child, all the more beautifully should I sing when I grew older”. Inspirująca autobiografia, w której autor mimo trudnych początków i wrogo nastawionego społeczeństwa wspiął się na wyżyny. Andersen musiał wiele przecierpieć i podróżować, by zyskać godne go poważanie. Pokazał, że wystarczy poczekać, by trafić tam, gdzie to, kim naprawdę jesteśmy, będzie wreszcie przyjęte z otwartym sercem. To także dobra pozycja na utarcie nosa 𝕫𝕒𝕘𝕠𝕣𝕫𝕒ł𝕪𝕞 𝕕𝕠𝕣𝕠𝕤ł𝕪𝕞, uważającym, że bajki są tylko dla dzieci. W te bajki Andersen często przelewał swój ból i przedstawiał to, co w człowieku najgorsze. Gdy czytałam tę autobiografię, od razu dostrzegałam powiązania z jego utworami. Doceniały to nie tylko dzieci, ale także wiele osobistości, takich jak rodzina królewska Fryderyka Augusta II. Lecz nie zapominajmy, że Andersen 𝗻𝗶𝗲 𝗽𝗶𝘀𝗮ł 𝘁𝘆𝗹𝗸𝗼 𝗯𝗮𝗷𝗲𝗸. W Polsce nie doceniamy utworów Andersena, które nie są bajkami, dowodem tego jest brak polskiego wydania 𝘖. 𝘛. Początek autobiografii był przykry, ale najciekawiej się to czytało. Najwięcej autor w niej pisał o swoich emocjach, bowiem były to opisy z jego dzieciństwa. Życie w biedzie, ojciec z niespełnionymi ambicjami, który wcześnie umiera, matka, która potem popada w alkoholizm i inni dokuczający mu ludzie. Było kilka intymnych opisów, jak wylewy łez, bycie ofiarą napaści seksualnej i próba samobójcza. „Codziennie miałem uczucie, że wcisnąłem się gdzieś, gdzie – w opinii ludzi – nie pasuję”. I tak było przez pierwsze 1/4 może 1/5 książki, potem gdy już wyjechał gonić za sukcesem i coraz więcej ich zdobywał, tekst stał się zbyt gęsty. Andersen nie pisał już tak o swoich emocjach, a jak już, to o tym, jaki był wdzięczny innym ludziom, którzy mu pomogli. Osiągnięcie za osiągnięciem, wystawienie jego sztuki teatralnej (tak, pisał także dramaty), nowe wydanie baśni, nowe sławne osobistości poznawane, tego było 𝗢𝗗 𝗚𝗥𝗢𝗠𝗔. Ciężko mi się to czytało, bo miejscami przypominało to po prostu zlepek informacji rodem z Wikipedii. Nie pomagał fakt, że to wydanie ma tak mało przypisów. 𝒩𝑜 𝓌ł𝒶ś𝓃𝒾𝑒, 𝓉𝑜 𝓌𝓎𝒹𝒶𝓃𝒾𝑒. Mam wiele do napisania o nim. Zacznę od faktu, że test nie został przetłumaczony na polski z oryginalnego języka, tylko posilili się angielskim tłumaczeniem Mary Howitt. Nie podoba mi się coś takiego, bo co jeśli Mary Howitt zrobiła jakiś błąd? Albo coś zatuszowała? Jej tłumaczenie jest stare, zrobiono je w czasach, gdy było więcej tabu i coś mogło zostać ocenzurowane. Moim zdaniem zwykłe lenistwo i tyle. Kolejną problematyczną kwestią tego wydania są przypisy, czyli coś, o czym wspomniałam akapit wyżej. Jest ich za mało i gdy np. Andersen wspomina jakieś nazwisko, to ja sama muszę odpalić Internet i poszukać tego nazwiska. Celowo podkreślam, 𝓃𝒶𝓏𝓌𝒾𝓈𝓀𝑜, bo Andersen nie zawsze wspominał o osobach ich pełnym imieniem i nazwiskiem. Jest też wiele innych rzeczy w tej książce, które błagały o przypis. Moim zdaniem, jeśli bierzemy się za jakiś test dopiero po 𝟭𝟱𝟲 𝗹𝗮𝘁𝗮𝗰𝗵 (!), to chociaż postarajmy się te 156 lat nadrobić! Uaktualniajmy informacje podawane przed autora, dopowiadajmy to, co było niedopowiedziane, lub z czego wyniknęły nowsze fakty. Przez gęstość tekstu i ubogą pracę redaktorską, kilka stron i akapitów pominęłam. „Na postawie doświadczenia dokonałem szczęśliwego odkrycia, że im wyraźniej rozumiem sztukę i życie, tym więcej słońca z zewnątrz napływa do mej duszy”. 5.5/10
MagicznyKokietek - awatar MagicznyKokietek
ocenił na 6 9 miesięcy temu
Na imię mi kobieta Maria Arbatowa
Na imię mi kobieta
Maria Arbatowa
Doczytując ostatnie zdanie tej powieści autobiograficznej, pomyślałam – niezwykła, piekielnie inteligentna, wybitna, wyjątkowa kobieta, która urodziła się za wcześnie, bo w 1957 roku, na dodatek w radzieckim państwie z systemem totalitarnym, a wszystko, co jej się przydarzyło do dnia wydania jej „dekameronu” czy „striptizu na tle socjalizmu”, jak sama żartobliwie nazwała swoje wspomnienia, zawdzięcza swojej płci. W większości złego, niestety. Niepokorną była od dziecka. Hart ducha i wyczulenie na krzywdę drugiego człowieka zawdzięczała chorobie Heinego – Medina i wieloletnim pobytom w szpitalach, które okazały się trudną, bolesną i bezlitosną szkołą życia. Ona sama radziecką opiekę zdrowotną określała jako "straszne dziecięce doświadczenie. Jako szesnastolatka – należąca do komsomołu, utykająca, ale ładna , kiepsko ubrana, ale dobrze umalowana, pozująca na dysydentkę, ale wybierająca się na filozofię, wyluzowana w towarzystwie, ale pod presją w domu, przeciwstawiająca się nauczycielom, ale uwielbiana w środowisku hipisowsko-studenckim", była z siebie zadowolona. W miarę upływu lat w jej życiu było jeszcze ciekawiej, bardziej różnorodnie i niebezpieczniej, ale zawsze z niezmienną stałą socjalizmu – chwilowymi trudnościami i osobistym, niezmiennym poziomem samozadowolenia. Nie był z niej jednak zadowolony komunizm, dla którego w realizacji priorytetu urawniłowki była "za mądra i za bardzo niezależna", na siłę wpychając ją do szeregu i nie pozwalając "na nic oprócz wychowywania dzieci, zajmowania się domem i podrywania facetów". Nie był z niej zadowolony również system wychowania radzieckiego oferujący dziewczynie "całkowity brak szacunku do siebie samej w kontaktach z mężczyzną w zamian za całkowity brak szacunku do niego". Nie byli z niej zadowoleni pojawiający się w jej życiu mężczyźni, traktujący ją jak bezmózgie ciało do wzięcia, z przyzwoleniem, albo i nie (była kilkakrotnie zgwałcona, w tym również zbiorowo) lub jako kartę przetargową, haracz, łapówkę na drodze do awansu zawodowego, a jej feminizm traktujący jak egzotykę. Jak sama wspomina – "Niepokoiło ich, że nazywam rzeczy po imieniu, sama decyduję i natychmiast wprowadzam swoje decyzje w czyn. Przyznawali, że z taką kobieta żyć wygodniej, ale traktowali mnie jak żyrafę w zoo i przedstawiali mnie innym jako „autentyczna feministkę”." Nie podobała się środowisku artystycznemu, które popierało poglądy zgodne z polityką partii i kierunkiem socrealizmu wyznaczonym przez Stalina, posiadającemu monopol na niepodważalną prawdę, której nie zawierała jej twórczość. I wreszcie nie podobała się własnej matce, która nie potrafiła takiej córki kochać miłością bezinteresowną, bezkrytyczną czy choćby wspomagającą. Ojca, jedynej osoby wspierającej rozwój jej niezwykłej osobowości, zabrakło już w dzieciństwie. Masza została sama. Miała przeciwko sobie cały świat w jego najgorszym wydaniu (komunizm, ZSRR, patriarchat, szowinizm, seksizm) i talent do wyrażania niepokornych myśli w słowach oraz swoją silną osobowość z niebezpiecznymi poglądami do walki z nim. Ostateczny sukces jaki osiągnęła w Rosji już po pierestrojce, ilość dramatów (czternaście wystawionych w Rosji i w świecie) i powieści (dwadzieścia jeden), artykułów publicystycznych (około siedemdziesięciu), pozycja pierwszej feministki w kraju, wielokrotnie nagradzana za swoją twórczość i wartości w niej głoszone, wprawiła mnie w oszołomienie, spotęgowane moją nieumiejętnością umiejscowienia jej w literaturze rosyjskiej. Dzieliłam ją zawsze na tę klasyczną, zakazaną, potem długo nic czyli socrealizmu i na tę „młodych zbuntowanych” pokolenia trzydziestolatków przełomu wieków. A tu nagle ktoś taki, podsunięty mi przez koleżankę rusycystkę, o którym nie miałam zupełnie pojęcia, niepasujący mi zupełnie do tego podziału, jedyny w swoim rodzaju, idący pod prąd i niepiszący o martyrologii narodu rosyjskiego jak Aleksander Sołżenicyn i jemu podobni, ale o absurdach życia codziennego wykraczającego poza ramy walki z systemem jako takim, uwypuklający przede wszystkim rolę i pozycję kobiety w społeczeństwie. Dużo niższą niż mężczyzny. Jednym zdaniem – ekscytujące dla mnie odkrycie! Rzuciłam się więc do zasobów informacyjnych, tych tradycyjnych i tych elektronicznych, w poszukiwaniu jej twórczości, do której furtkę otworzyła mi ta powieść autobiograficzna i… Nic! Zupełnie nic nie znalazłam. Ta książka to jedyna przetłumaczona pozycja dostępna na rynku polskim. Zajrzałam więc do mojej ulubionej Biblioteki Maksyma Moszkowa, żeby znaleźć cokolwiek w oryginale, ale otrzymałam tylko recenzję tej powieści. Nie do uwierzenia! Zastanawiam się dlaczego? Czyżby Maria Arbatowa w swoich poglądach była nadal urodzona za wcześnie? Czyżby taki obraz kobiety przedstawionej przez pisarkę nadal funkcjonował również w społeczeństwie polskim – "…dręczą się jednocześnie tym, jak się odchudzić i jak nakryć pięknie do stołu. Zaniedbywane przez mężów, nie szukają emocjonalnych podniet na boku, trzęsą się nad dziećmi, chociaż ich zupełnie nie rozumieją. Całe życie kierują się wskazówkami matki, mimo że stale przekonują się o ich nieprzydatności." A jej nawoływanie i krzyk – "Zatrzymajcie się! Spróbujcie być szczęśliwe choć raz w tygodniu! Obojętne jak! Uratujecie w ten sposób siebie, swoje dzieci i rodziny, a w końcu cały świat, bo przecież jest was tak wiele." – nadal napotykał głuchy mur. Kogo? Komu zależy, żebyśmy my, kobiety nie słyszały tego głosu? Bo nie wierzę, żebyśmy z własnej, nieprzymuszonej woli wolały wcześniej się zestarzeć, zezłośliwieć i umrzeć. Ja mogę się mylić, doszukując się spisku dziejowego tam, gdzie go nie ma, ale Maria Arbatowa? Po tej szczerej do bólu, na granicy ekshibicjonizmu mentalno-psychologicznego, opowieści o sobie w świecie męskiego socjalizmu, wątpię. http://naostrzuksiazki.pl/
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 8 6 lat temu
Solista Steve Lopez
Solista
Steve Lopez
Książka pt. "Solista", autorstwa Steve'a Lopeza, należy do tych książek, które nie są zbyt rozpowszechnione. Na serwisie Lubimy Czytać ma ona tylko 77 ocen oraz 11 opinii czyli naprawdę niewiele. A wielka szkoda. Chociaż książka nie należy do najłatwiejszych, jednak uważam, że warto ją poznać. Solista jest historią Nathaniela Antony'ego Ayersa, bezdomnego czarnoskórego mężczyzny. Pewnego dnia Steve Lopez, dziennikarz i felietonista, zupełnie przypadkiem słucha koncertu Nathaniela. Koncert tym bardziej nietypowy, gdyż grany na dwustrunowej wiolonczeli. Pan Lopez postanawia dowiedzieć się kim jest ten utalentowany człowiek, chociaż już nie młody. Dowiaduje się on, że Ayers niegdyś uczęszczał do nowojorskiego Juilliard, jednak choroba spowodowała, że Nathanielowi nie dane było zostać profesjonalnym muzykiem. Steve Lopez próbuje na różne sposoby pomóc Nathanielowi, ale nie jest łatwo pomóc osobie, która niekoniecznie zdaje sobie sprawę, że pomocy potrzebuje. Lopez i Ayers przechodzą bardzo trudną drogę pełną niespodziewanych zakrętów, a nawet kraks. Jednak determinacja dziennikarza jest równie ogromna, co upór bezdomnego. Właśnie książka ta ukazuje tę drogę, tę walkę, a także pokazuje jak w Los Angeles wygląda pomoc bezdomnym oraz innym osobom z marginesu społecznego. Solista to 343 strony, na przeczytanie których potrzebowałem pięciu dni i pięciu posiedzeń, co plasuje ją na 53 miejscu wśród 234 książek Przeczytanych Na Tronie. https://www.facebook.com/czytamnatronie
Czytam_Na_Tronie - awatar Czytam_Na_Tronie
ocenił na 7 2 lata temu
Nadzieja w beznadziei Nadieżda Mandelsztam
Nadzieja w beznadziei
Nadieżda Mandelsztam
Wspaniała elegia na cześć jednego z największych rosyjskich poetów 20. wieku, napisana przez wdowę, wierną strażniczkę jego twórczości w potwornym czasie. Nieocenione świadectwo najgorszego etapu w dziejach Rosji - jedno z najlepszych, jakie czytałem. Jakimś dziwnym trafem ta wybitna książka ominęła mnie w latach 80., gdy była wydana w podziemiu…. To także wielka ponadczasowa rozprawa na temat: władza a twórca w totalitarnym państwie. Sporo również tu o trudach tworzenia, zwłaszcza w tak przeraźliwie nieludzkim czasie, jak stalinizm. Zgodnie z logiką systemu, Osip Mandelsztam musiał paść ofiarą Ludojada, choć w początkach lat 30. Stalin napisał na jego aktach słynne “izolować , ale chronić”. Zmarł w 1938 r. w obozie pod Władywostokiem, co było m.in. konsekwencją tego wiersza z 1933 r. “Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi, Nie słychać i na dziesięć kroków, co szepczemy, A w półsłówkach, półrozmówkach naszych Cień górala kremlowskiego straszy. Palce tłuste jak czerwie, w grubą pięść układa, Słowo mu z ust pudowym ciężarem upada. Śmieją się karalusze wąsiska I cholewa jak słońce rozbłyska. Wokół niego hałastra cienkoszyich wodzów: Bawi go tych usłużnych półludzików mozół. Jeden łka, drugi czka, trzeci skrzeczy, A on sam szturcha ich i złorzeczy. I ukaz za ukazem kuje jak podkowę – Temu w pysk, temu w kark, temu w brzuch, temu w głowę. Miodem kapie każda nowa śmierć Na szeroką osetyńską pierś”. “Jagodzie [szefowi NKWD] tak spodobał się wiersz O. M., że był łaskaw nauczyć się go na pamięć. Śledczy pytał, jak każdy ze słuchaczy reagował na wiersz. O. M. twierdził, że wszyscy błagali go, żeby zapomniał go i nie narażał na zgubę siebie i innych". W innym wierszu Poeta sam wieszczył swój los: “Więc za chwałę tych dni, co nadejdą w przyszłości, I za ludzkiej godności sprawę Pozbawiłem się miejsca przy stole mych ojców I radości, i czci mojej nawet. Wiek, jak brytan wilkowi, do gardła mi skacze, Lecz ja wilkiem nie jestem, nie jestem. Jak się czapkę pcha w rękaw, tak pchnij mnie już raczej W duszny kożuch Syberii leśnej. Byle tchórza nie widzieć i brudu nie widzieć Ani kołem łamanych kości. Niechaj z nocy polarnej błękitny lis wyjdzie, Niech mi zalśni w swej mroźnej piękności. Prowadź w noc, gdzie Jenisej przetacza się milcząc, Tam gdzie sosna do gwiazdy się wspina, Bo nie jestem ja wilkiem i krew mam niewilczą, A więc z ręki równego niech zginę”. Według reguł systemu powinna być “zniknięta” także i jego żona, tak wydawałoby się, krucha, a przecież tak heroiczna Nadieżda Mandelsztam. Ocalił ją (jak w “Biegunach”) ciągły ruch, zmiana miejsca, aby nie dopadło jej Zło. Wszystkie wiersze z męża z a p a m i ę t a ł a, bojąc się je trzymać w domu, choć część ukryła u zaufanych przyjaciół, co wszak nie dawało żadnej gwarancji. Jak pisała, “mnie zaś uratowała przed aresztowaniem własna bezdomność.(...) Zabrakło dla mnie pułapki; jako bezdomna zostałem zapomniana - dlatego przeżyłam i przechowałam wiersze O.M”. “Nikt, oprócz zaangażowanych do pracy, nie może się zameldować w żadnym w mieście; w dodatku dla zameldowania potrzebny jest dowód osobisty, a wielu ludzi, pozbawionych tego dokumentu, w ogóle nie może się ruszyć z miejsca. Wielu z nas nie rozumie jeszcze, że dowód tożsamości też jest u nas przywilejem”. To także książka o sile poezji. Autorka opisuje relacje ludzi, którzy byli wraz z Mandelsztamem w obozie i po uwolnieniu po 1956 r. nie bali się złożyć jej relacji. Wynika z niej że opowiadał on wiersze... żądającym tego kryminalistom, w zamian za jedzenie. Takie było pierwsze aresztowanie poety w (drugie w 1937 r. było już ostateczne) : “Wtem, koło pierwszej w nocy, rozległ się wyraźny, nieznośnie ostry stuk. +To po Osię+ – powiedziałam i poszłam otworzyć drzwi. Za drzwiami stali mężczyźni w cywilu; odniosłam wrażenie, że jest ich wielu. Na ułamek sekundy pojawiła się nadzieja że to jeszcze nie to; sukienne płaszcze przysłaniały mundury (...). Nadzieja znikła gdy nieproszeni goście przestąpili próg”. “Zaraz zaczęto sprawdzać dokumenty i, z nawyku, automatycznie gładzić nas po biodrach sprawdzając, czy w kieszeniach nie ma broni.(...) Wierzyli święcie i bez wyjątku, że w każdym domu i każdej nocy mogą napotkać na opór”. “Czekista był wstrząśnięty nieobecnością marksizmu na naszej półce. +Gdzie trzymacie swoich klasyków+ – zapytał, a O.M. usłyszawszy pytanie, szepnął do mnie: +Po raz pierwszy aresztuje człowieka, u którego nie ma Marksa....+”. “Patrząc jak szykuję rzeczy, żartobliwie - zgodnie z instrukcją! – mówili: +Tyle rzeczy! Po co? Czy on się do nas wybiera na tak długo? Porozmawiają z nim i wypuszczą+”. “Bez względu na bieg nadany takiej sprawie, groziła ona tylko zesłaniem, a tego się nie baliśmy. Deportacje i zesłania stały się u nas sprawą powszechną.(...) Wiersz o Stalinie to co innego (...) nie było wątpliwości, że za ten wiersz zapłaci życiem”. O pierwszym zesłaniu w początku lat 30. do Czerdynia Autorka pisze, że "wspaniała organizacja tego wyjazdu była straszniejsza, wstrętniejsza i bardziej zwiastowała koniec świata niż prycze, więzienia, kajdany i chamskie wrzaski żandarmów i dręczycieli. Wszystko odbyło się w największym stopniu elegancko i gładko, bez jednego niegrzecznego słowa”. A konwojent odstąpił od wielu rygorów. Po kolejnym zatrzymaniu O.M. miał już naruszoną psychikę, a gdy żona zażądała od lekarki ekspertyzy medycznej.... “Nie wytrzymawszy, powiedziała mi: +Czego pani ode mnie chce? Przecież 'stamtąd' wszyscy przyjeżdżają w takim stanie+. “Przypadkowo kupiliśmy gazetę i przeczytaliśmy o zniesieniu kary śmierci i podwyższeniu wyroków więzienia do lat 20. O.M. początkowo się ucieszył, a potem zorientował o co chodzi: +Jak oni tam zabijają, skoro trzeba było znosić karę śmierci!+ – powiedział mi”. “Gdybyśmy potrafili przewidzieć wszystkie możliwe warianty losu, to nie zaprzepaścilibyśmy ostatniej szansy normalnej śmierci – otwartego okna w naszym pokoju na czwartym piętrze domu pisarzy w zaułku Furmanowa, w mieście Moskwie”. Wiele tu gorzkich słów Autorki pod adresem sowieckich elit kulturalnych. Gdy mąż jest już źle widziani, pozostaje przy nich zaledwie kilka osób: wielka poetka Anna Achmatowa (jakimś kaprysem satrapy pozostawiona przy życiu), pisarz i literaturoznawca Wiktor Szkłowski (“dom Szkłowskich był jedynym miejscem, gdzie czuliśmy się jak ludzie. W tej rodzinie wiedziano jak postępować ze skazańcami”) i wielka pianistka Maria Judina (“specjalnie wywalczyła sobie koncerty w Woroneżu, żeby się zobaczyć z O.M.“). Do czasu bronił go także wysoko postawiony bolszewik Nikołaj Bucharin, z którym Mandelsztamowie utrzymywali dobre stosunki. Jego zasługą było przeniesienie z pierwszego ich zesłania w Czerdyniu do Woroneża, gdzie przeżyli kilka normalnych lat. Ale skoro ten dawny “ulubieniec partii” sam poszedł pod nóż….. “Bucharin nie był odszczepieńcem, ale musiał już czuć chłód mogilnego dołu, do którego prowadziły go wątpliwości i gorzka potrzeba nazwania czegoś, przynajmniej od czasu do czasu, własnym imieniem”. Dla związku literatów Mandelsztam był niczym zadżumiony. “Dał nawet O.M. związkową delegację twórczą i wysłał go na budowę kanału [Białomorskiego], błagając o napisanie jakiegoś produkcyjnego wierszyka. Ten właśnie wierszyk, z poparciem Achmatowej, wrzuciłam do pieca”. Wiele dobrego Autorka mówi zaś o klasach uchodzących za gorsze, zwłaszcza na prowincji, gdzie pomieszkiwała w wynajmowanych klitkach z najbardziej prymitywami warunki, pracując fizycznie, (“Nocami biegałam po ogromnej hali fabrycznej i puszczając w ruch maszyny mamrotałam pod nosem wiersze. Musiałam znać wszystko na pamięć, przecież papiery mogli mi zabrać, a ci, którzy przechowywali kopie, mogli, przestraszywszy się, wrzucić je do pieca”). To było życie w pozornym spokoju, bo tam wprawdzie nadzór NKWD był nieco słabszy niż w Moskwie, ale i z takiego miejsca musiała nagle uciekać jak stała, gdy się nią zainteresowano. “W rodzinach robotniczych rozmawiano o wiele bardziej swobodnie i otwarcie niż w inteligenckich”. Wstrząsająco wzruszająca jest opowieść, jak biedna chłopka wrzuciła na peronie do wagonu zesłańców czekoladkę niesioną dla dziecka. “Nigdy nie ukrywałam, że jestem Żydówką, ale we wszystkich tych rodzinach – u robotników, kołchoźników, biuralistów – traktowano mnie jak bliskiego człowieka.(..) Najstraszniejsze zjawisko to pół inteligencja; w takim środowisku zawsze znajdzie się grunt dla faszyzacji, dla nacjonalizmu i w ogóle dla nienawiści ku wszelkiej inteligencji”. “W ciągu 32 lat nie wydrukowano ani jednej linijki jego wierszy; minęło ćwierć wieku od jego śmierci i 30 lat od pierwszego aresztowania”. Wspaniały jest język Autorki, klasycznie inteligencki, właściwy dla starej, “innej Rosji” Czechowa czy Tołstoja, która na jej oczach odchodziła w niebyt. Jedynym, za to znaczącym błędem edycji, jest brak przypisów. Mimo że nieco znam stalinowskie realia, to co rusz musiałem sprawdzać różne osoby w Internecie, nb. niektóre nawet bez imienia, a nazwiska czasem kompletnie już nic niemówiące. Irytują też rusycyzmy, jak Feodozja czy Jerewań. Inne cytaty: “W latach terroru nie było w moim kraju domu, którego mieszkańcy nie dygotaliby nocami ze strachu na odgłos auta czy windy. (...) Musieliśmy ustawicznie walczyć z atakami strachu, kiedy każde z nas mimo woli rejestrowało – czasami realne, czasami rzekome - oznaki nadchodzącej katastrofy. Już sama ta rejestracja doprowadzała człowieka na krawędź choroby psychicznej”. “Ten, kto oddychał powietrzem terroru, jest zgubiony, nawet jeśli przypadkiem pozostał przy życiu. Wszyscy – oprawcy, ideologowie, pomocnicy, ci, co układali pochwalne hymny, co zamykali oczy i umywali ręce, i nawet ci, co po nocach zgrzytali zębami – wszyscy oni są również ofiarami terroru”. “Rozpleniły się dwie choroby; jedni podejrzewali w każdym konfidenta, inni bali się, że ich za konfidentów wezmą”. “Wszyscy bali się siebie nawzajem; przecież najbliższej nocy mógł zostać aresztowany najbardziej pewny człowiek, który właśnie opublikował w +Prawdzie+ artykuł wymierzony przeciwko wrogom ludu”. “Jedno aresztowanie pociągało za sobą łańcuszek następnych – krewnych, znajomych, posiadaczy telefonów zapisanych w notesie aresztowanego, tych, z którymi przed rokiem spędzał Sylwestra, i tego, kto miał przyjść na zabawę, ale przestraszył się i nie przyszedł”. “Usłyszawszy o kolejnym aresztowaniu nie pytaliśmy nigdy: +Za co go wzięli?+. Ale takich jak my bywało niewielu. Nieprzytomnie zastraszeni ludzie zadawali sobie nawzajem takie pytania dla samouspokojenia: ludzi biorą za coś, ergo mnie nie wezmą, bo nie ma za co! +Czas zrozumieć, że ludzi biorą za nic+”. “Wszyscy byli potencjalnymi kandydatami do awansu społecznego, bo codziennie ktoś znikał i ktoś inny awansował na jego miejsce”. “Wszyscy byliśmy owcami, które pomagają się zarzynać lub też – nie chcąc trafić do stada owiec – zmiennymi pomocnikami oprawców – i w obu rolach, niszcząc w sobie wszystkie ludzkie instynkty, przejawialiśmy zadziwiającą pokorę. Zmiażdżeni przez system, w którego tworzeniu tak czy owak współuczestniczyliśmy wszyscy – okazaliśmy się niezdolni nawet do biernego oporu”. “Kiedyś lud rosyjski współczuł nieszczęsnym katorżnikom, a inteligencja uważała za swój obowiązek wspieranie politycznych zesłańców, ale wszystko to zniknęło”. “Żonie powiedziano, że dostał 10 lat bez prawa korespondowania. Dopiero po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że oznaczało to rozstrzelanie”. “Wdowieństwo czy sieroctwo zaczynało się z chwilą aresztowania i nikt nie informował bliskich o śmierci więźnia. Czasami w prokuraturze, poinformowawszy żonę o 10-letnim zesłaniu męża, dodawano: możecie wyjść za mąż”. “Okazuje się, że nie było u nas ani jednego stalinisty i wszyscy walczyli ze stalinizmem. Co do mnie, mogę zaświadczyć, że spośród moich znajomych nie walczył nikt. Ci, którzy nie stracili sumienia, starali się po prostu siedzieć cicho. To również wymagało prawdziwego męstwa”. “Ci, co zginęli powinni się cieszyć z tego, że ich pośmiertnie zrehabilitowano albo, przynajmniej, umorzono ich sprawy z powodu braku dowodów winy”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 10 1 miesiąc temu
Wspomnienia Anna Dostojewska
Wspomnienia
Anna Dostojewska
Anna Grigoriewna Dostojewska z domu Snitkin, spisywała ‘Wspomnienia’ przez pięć zim, skończyła je gdy miała siedemdziesiąt lat, a wydano je po raz pierwszy w 1925 r. już po jej śmierci. Nie był to okres, kiedy powszechne były powieści spod pióra kobiety. We wstępie autorka usprawiedliwia się ze staromodnego stylu i rozwlekłej narracji, którym przede wszystkim przyświecało „serdeczne pragnienie przedstawienia czytelnikom Fiodora Michajłowicza Dostojewskiego”. Cukierkowo i krystalicznie: mój drogi mąż, miły i ujmujący człowiek – tak o nim pisze i nie znajdziemy najmniejszej krytyki. Przynajmniej nie wprost, bo między wierszami, jak delikatne cienie przemykają fakty burzące idealny obraz. Fiodora Dostojewskiego poznajemy we ‘Wspomnieniach’ w momencie, gdy ‘Zbrodnia i Kara’ jest jeszcze nieukończona, a do powstania ‘Gracza’ niezbędne są stenograficzne umiejętności Anny. On jest czterdziestoczteroletnim wdowcem, z rodziną brata i pasierbem na utrzymaniu, w dodatku hazardzistą z notorycznymi długami. Ona ma dwadzieścia lat, jeszcze dziecko, jak o niej mówi narzeczony, ale jednocześnie jest z pokolenia nihilistek, łaknąca wiedzy, wyróżniona w gimnazjum srebrnym medalem, ze sporadycznymi napadami histerii, które czasami wplatają się w wydarzenia. Jej „ukochany mąż” był „ideałem człowieka” - przez ponad czterysta stron budowany jest wyidealizowany portret przez bezkrytycznie zachwyconą żonę. Jednak pod koniec opowieści, gdy pożegnaliśmy już bohatera, cytowany jest list Strachowa do Tołstoja, w którym Dostojewski opisany jest jako „zawistny i rozpustny” człowiek który „nigdy nie żałował swoich podłości”. Bo M.N. Strachow również napisał ‘Wspomnienia’ o Dostojewskim, jednak „cały czas, gdy pisał (‘Wspomnienia’), walczył z budzącą się w nim odrazą”. Podając te fakty, Anna uważa „za swój obowiązek zaświadczyć, że Fiodor Michajłowicz był człowiekiem niespotykanej dobroci”, ale jednak sama tę skazę na brylancie wskazuje i nie sposób ocenić czy niewinnie, czy z całą premedytacją. Oczami bezkrytycznej żony widzimy przesłodzoną postać męża, a na koniec zaskoczeni jesteśmy elementem realizmu. W efekcie otrzymujemy dwie skrajne opnie: niczym tezę i antytezę, a prawda zapewne krąży między nimi jak wolny elektron i nie koniecznie mamy szansę ją uchwycić.
SumErgoCogito - awatar SumErgoCogito
ocenił na 8 5 lat temu
Złe kobiety. Kleopatra... Mata Hari... pani Mao... a może Ty kochanie? Jan Stradling
Złe kobiety. Kleopatra... Mata Hari... pani Mao... a może Ty kochanie?
Jan Stradling
Warszawa : Demart, 2010. ISBN: 9788374275439  Kleopatra … Mata Hari … Pani Mao … a może ty Kochanie? 270 stron opowieści o Złych Kobietach … intrygujące. Rekomendacją dla tej książki było miejsce jej zakupu (odnalezienia) - Targi Książki Historycznej - dałam się uwieść okładce i tytułowi - nie żałuję. Dwadzieścia dwie historie kobiet, ułożone chronologicznie, wybrane z grona podobno najbardziej bezwzględnych i ambitnych. Kobiety są seksowne, błyskotliwe, nad wyraz inteligentne, magnetyczne, przebiegłe. Najczęściej przeciwstawiają się obowiązującym w ich epokach normom społecznym i obyczajowym. Każda opowieść wciąga i mówi sama za siebie - ale również przeraża. W książce odnajdujemy postaci historyczne (Kleopatra, Mesalina, Caryca Katarzyna, Mata Hari), jak i tzw. zwykłe kobiety, jak np. pani Mao - liderka komunistycznych Chin, Georgia Tann - dyrektor Domu Dziecka w Memphis, która zarobiła miliony na sprzedaży tysięcy dzieci na czarnym rynku adopcyjnym, najczęściej dzieci porywanych rodzicom, lub zabieranych podstępem. Kobiety te pochodziły z różnych zakątków świata. Pomimo wielu różnic, łączyło je jedno - niezłomny duch. Większość z nich nie godziła się na rolę ofiary. Bez względu na to, jak je przedstawiano oraz jak traktowano, brały sprawy w swoje ręce. Wykorzystywały wszystkie swoje umiejętności, żeby osiągnąć wytyczone cele. Żądza władzy popychała je do intryg, morderstw i nieodpartego pragnienia, by być numerem jeden na świecie. Niektóre z nich czekała przedwczesna śmierć, ale przesuwając konwencjonalne granice, dokonywały szokujących wyborów i godziły się na ich konsekwencje. Najczęściej jednak zaślepiała je pewność siebie. Oczywiście większość z tych kobiet żyła w czasach i kulturach bardzo różnych od czasów współczesnych, więc nie możemy sądzić ich według dzisiejszych norm czy standardów. Zbrodni jednak nie usprawiedliwia nic. Książkę czytałam "jednym tchem", choć pod koniec byłam już zmęczone złem i tragizmem. Zapraszam: mojeczytanie.blox.pl
Katarzyna Kah - awatar Katarzyna Kah
ocenił na 6 12 lat temu
Mitomanka Mary Morrissy
Mitomanka
Mary Morrissy
Jest rok 1920. W Berlinie z kanału wyławiają niedoszłą samobójczynię. Przez dwa lata nie można się dowiedzieć kim jest, dlatego lekarze nazwali ją Frâulain Unbekant czyli Panna Nieznana. Po dwóch latach Panna Nieznana zaczyna opowiadać o swojej przeszłości – podobno jest ocalałą z pogromu najmłodszą córką cara Mikołaja II, Anastazją. Żyjący krewni raczej nie poznają w niej Anastazji, choć pewne podobieństwa budzą wątpliwości. Są zwolennicy Anastazji i zdecydowani jej przeciwnicy. Kobieta, znana później jako Anna Anderson, dla wielu pozostaje jednak ocaloną cudownie córką ostatniego monarchy Rosji. "Mitomanka" opowiada historię Anny Anderson, która tak naprawdę nazywała się Franciszka Szanckowska i jak wykazały testy DNA, zrobione już po jej śmierci, nie była w jakikolwiek sposób spokrewniona z rodziną Romanowów. Książka Mary Morrissy nie jest książką biograficzną, nie zawiera nawet żadnych odniesień do tekstów źródłowych. Jest ona prawdopodobnie całkowicie oparta na faktach, relacjach czy wycinkach prasowych, które były ogólnodostępne. Wiele informacji jest pewnie wymysłem wyobraźni samej autorki. Książkę tę czytałam po raz drugi. Pewną trudnością w jej czytaniu są zaburzone chronologicznie zdarzenia, co utrudnia łączenie pewnych faktów. Ciekawie przedstawiona jest jednak wybiórczość i selekcja jakiej dokonuje nasza pamięć po traumatycznych przeżyciach. Franciszka wydaje się całkowicie wierzyć w historię przez siebie wymyśloną, opierając się jedynie na bardzo wyrywkowych fragmentach swojej pamięci z okresu dzieciństwa i wczesnej młodości. "Mitomanka" to ciekawa propozycja dla osób które interesują się historią ostatniej rodziny carskiej a także tych, którzy chcieliby choć trochę wejrzeć w niuanse ludzkiej psychiki. Polecam 🙂
Magda Juraszewska - awatar Magda Juraszewska
oceniła na 6 1 rok temu

Cytaty z książki Ognisty anioł. Historia Niny Pietrowskiej – muzy rosyjskich symbolistów

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Ognisty anioł. Historia Niny Pietrowskiej – muzy rosyjskich symbolistów