Odrodzony jako galareta #2

Okładka książki Odrodzony jako galareta #2
FuseTaiki Kawakami Wydawnictwo: J.P. Fantastica Cykl: Odrodzony jako galareta (tom 2) komiksy
192 str. 3 godz. 12 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Odrodzony jako galareta (tom 2)
Tytuł oryginału:
Tensei Shitara Slime Datta Ken
Data wydania:
2019-06-30
Data 1. wyd. pol.:
2019-06-30
Liczba stron:
192
Czas czytania
3 godz. 12 min.
Język:
polski
ISBN:
9788374717922
Tłumacz:
Urszula Knap
Średnia ocen

                7,6 7,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Odrodzony jako galareta #2 w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Odrodzony jako galareta #2

Średnia ocen
7,6 / 10
41 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
302
213

Na półkach: , ,

Tak samo jak tom pierwszy - bardzo dobrze czytało mi się tom drugi. Osobiście wolę czytać główną fabułę i "Dziennik z obserwacji galarety pióra Veldory" na przemian. Mocno byłam ciekawa jakiej płci będzie główny bohater, ale taka decyzja jaka ostatecznie padła jest do zaakceptowania. Nie mogę skojarzyć skąd on wziął tą moc duplikowania siebie, ale pewnie w przyszłości do tego dojdę jeśli będę robić reread. Fajnym było też to, że mógł on lekko modulować wygląd swojego klona - super rzecz.
Czytam dalej tą serię. Mam nadzieję, że będzie coraz lepiej.

Tak samo jak tom pierwszy - bardzo dobrze czytało mi się tom drugi. Osobiście wolę czytać główną fabułę i "Dziennik z obserwacji galarety pióra Veldory" na przemian. Mocno byłam ciekawa jakiej płci będzie główny bohater, ale taka decyzja jaka ostatecznie padła jest do zaakceptowania. Nie mogę skojarzyć skąd on wziął tą moc duplikowania siebie, ale pewnie w przyszłości do...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

77 użytkowników ma tytuł Odrodzony jako galareta #2 na półkach głównych
  • 62
  • 15
44 użytkowników ma tytuł Odrodzony jako galareta #2 na półkach dodatkowych
  • 21
  • 9
  • 6
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Odrodzony jako galareta #2

Inne książki autora

Okładka książki Odrodzony jako galareta #26 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Ocena 7,8
Odrodzony jako galareta #26 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Okładka książki Odrodzony jako galareta #25 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Ocena 7,5
Odrodzony jako galareta #25 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Okładka książki Odrodzony jako galareta #24 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Ocena 7,4
Odrodzony jako galareta #24 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Okładka książki Odrodzony jako galareta #23 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Ocena 7,4
Odrodzony jako galareta #23 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Okładka książki Odrodzony jako galareta #22 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Ocena 7,6
Odrodzony jako galareta #22 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Okładka książki Odrodzony jako galareta #21 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Ocena 7,9
Odrodzony jako galareta #21 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Okładka książki Odrodzony jako galareta  #20 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah
Ocena 8,4
Odrodzony jako galareta #20 Fuse, Taiki Kawakami, Mitz Vah

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Wotakoi. Miłość jest trudna dla otaku #1  Fujita
Wotakoi. Miłość jest trudna dla otaku #1
Fujita
Główny wątek fabularny w postaci relacji Narumi i Hirotaki jest obecny, ale wydaje mi się tylko pretekstem do zaistnienia mniej lub bardziej absurdalnych sytuacji. Wisienką na torcie są Taro i Hanako, którzy dla odmiany nie zaczynają związku, ale są w nim od wielu lat i romantyczne uniesienia w ich przypadku zastępuje rutyna. Czasem bardzo dosadna, bo nie boją się mówić sobie nawzajem na przykład o postawieniu klocka, aby się uspokoili. Lub na wieść, że jedno ma odwiedzić drugie bez skrępowania proszą o kupienie srajtaśmy po drodze. Z drugiej strony znają się na tyle, że wystarczy im jedno spojrzenie, aby domyślić się, że z ich połówką jest coś nie tak, nawet jeśli ta gra lepiej niż najlepszy aktor za Oscara. Największym plusem Wotakoi - nawet pomimo bycia absurdalną komedią, przy której non stop śmiałam się prawie na głos - jest… mimo wszystko prostota. Problemy i sytuacje, które dotykają bohaterów są nad wyraz zwyczajne - oczywiście biorąc poprawkę na to, jakie hobby posiadają. Bo anime z mangą oraz gry to hobby jak każde inne, tylko - tak jak każde inne - ma swój klimat. I może przez to, że sama obracam się w tematach mangi i anime oraz gier i mam takich samych znajomych, to bez problemu się tu odnalazłam. Postaci bardzo szybko zapadają w pamięć. Każdy z bohaterów jest charakterystyczny, czasem nawet można powiedzieć, że charakterny (szczególnie Taro z Hanako, gdy zaczynają się kłócić). I to też nie tak, że wszyscy kochają to samo, w sumie każdy poszedł w swoją odnogę bycia ,,otaku” (Narumi - yaoice, Hanako - cosplay, Hirotaka - gry, Taro - mangi i anime z bohaterkami co mają cyce jak donice). Nie przeszkadza im to jednak w dogadywaniu się, a czasem pójściu na jakieś kompromisy (czasem nawet niespodziewane kompromisy). Wotakoi to tak naprawdę luźna komedyjka o grupce dobrych znajomych, która akurat ma takie a nie inne hobby. Jeszcze co warto pochwalić, to kreska. Bardzo ładna i schludna, jednak przede wszystkim rozbrajała mnie mimika Narumi. Czasem nie trzeba było żadnych podpisów - kadr z głupią miną Narumi tłumaczył wszystko lepiej niż tysiąc słów!
TerraEpsilon - awatar TerraEpsilon
ocenił na 8 2 lata temu
Odrodzony jako galareta #1  Fuse
Odrodzony jako galareta #1
Fuse Taiki Kawakami Mitz Vah
Anime, animu, animavi, animatum – o tak, ,,zajechało” łaciną, a to dlatego, że ostatnio ,,manganimeholizm” przybrał u mnie na sile. Ogarniam tyle tytułów do czytania czy oglądnięcia, na ile rzeczywiście mogę sobie pozwolić. Wiele z nich mam na na liście ,,must watch or read ASAP”, a stety bądź nie jakąś część z nich posiadam (i nie jest to powód do biadolenia i wstydzenia się tego rodzaju ,,błędu” fana) na swego rodzaju (anty)liście, którą nazwałem ,,kupką wstydu”, a inaczej to określając: chodzi o zestawienie tych tytułów czy to anime, czy mang, na które przez ostatnie 2 lata nie starczyło mi czasu bądź o których zapomniałem, że aż tak bardzo chcę je doświadczyć. I na obu listach ,,wisi” trochę tych produkcji (komiks bądź seria anime, rzadziej także film) do ,,ogarnięcia na wczoraj”, i oby zaświeciło nie jedno a z fazylion gwandylionów takich światełek, które dadzą mi nadzieję na zmianę takiej dziwnej fanowskiej sytuacji z ,,bolączką czytanio-oglądaniową”. I co ciekawe niedawno ,,czytnięte” i to z uwagą, której się nie spodziewałem, że akurat mi się ona udzieli przy doświadczaniu tego dzieła to wielkie duchem i pasją twórczą, choć nie aż tak doskonałe jak można by tego oczekiwać po zapoznawaniu się najpierw z wersją anime tego Uniwersum, zostało u mnie... mangowe dzieło w opcji pierwszego tomu swojej rzeczywistości, wymiaru i marki, którą reprezentuje, możliwe, że coś dzięki niemu się w moim mniemaniu na lepsze zmieni. Jednakże najpierw zacząłem, jak uwzględniam to w niniejszym materiale służącym jako recenzjo-opinia do mangi omawianego Świata, przygodę z tak dziwaczną Strukturą/Rzeczywistością od jej adaptacji, od sezonu 1-ego! I tak, 8 z kilkudziesięciu łącznie epizodów oryginalnie brzmiącego serialu japońskiej animacji, That Time I Got Reincarnated as a Slime, co polski dystrybutor i wydawca jego ,,mangowej” wersji tłumaczy ,,Odrodzony jako galareta”, już za mną. Może to zabrzmieć naprawdę dziwnie, ale sam ten tytuł w stosunku do swojego komiksowego archetypu stanowi swego rodzaju ,,rekomendację” przez wielkie R wobec swej pierwotnej mangi właśnie. I dzięki pierwszemu tomowi ,,Odrodzonego jako Galareta” jeszcze bardziej powinienem zmienić swój stosunek do tak eksperymentalnego swoim zamysłem fabularnym, również konceptem ,,amebowatego” samoświadomego bytu, w którego praktycznie niezniszczalnym ciele znalazł się po śmierci główny bohater całej serii odcinków czy rozdziałów mangi. Oglądanie pierwszego sezonu ,,,Odrodzonego…” napędza moje geekowskie pragnienie na zabranie się za lekturę kolejnych i jeszcze kolejnych potem tomów mangi z cyklu, jednakże czytanie tego komiksu i ,,wsłuchanie się”, co i jak on do mnie przemawia, sprawia, że jeszcze bardziej zaufałem sezonom 2 i 3, które w oglądaniu w tak ,,zdrowo pokićkanym” Wymiarze rozrywki niedługo zapewne będę doświadczał. That Time I Got Reincarnated as a Slime – powiedzieć w ogóle o tym fikcyjnym, ale jakże szerokim i bogatym wątkowo i fabularnie Świecie, że jest to tak samo w mandze, co anime oryginalną historią, to tak jakby nic nie powiedzieć. Cały świat naszej tytułowej ,,galaretki” to taki miks różnych gatunków, m.in. gatunku sensacji, dramatu, fantasy RPG, fantasy-przygodowo-baśniowego, przy czym Uniwersum reprezentuje gatunek zwany ,,Isekai”. Sama ,,kreska" w wersji anime przygód naszego świetnie kreowanego wizualnie i charakterologicznie ,,Slime’a” pasuje najbardziej do tego, co i jak opowiada sam serial. Jednakże patrząc na to z innej perspektywy: jakby tak spojrzeć na dany odcinek czy kadry tej ptofukcji, na styl i technikę animacji, także na jej reżyserie, to ogólnie, obraz sam z siebie nie jest aż tak dobry, jakby na ,,hip hip hura realizowany. Przynajmniej ,,w okolicy” postaci Slime’a, scen z jego udziałem, licznych zbliżeń czy oddaleń – grafika przyjmuje o wiele bardziej ,,miękko-ostre" wartości, z ,,pociągiem do nostalgii”. Szata graficzna pasuje więc tylko i wyłącznie do tego, co serial ma przekazywać, opowiadać, co sobą niesie. Pierwsze 8 odcinków ,,Odrodzonego jako galareta”, rzecz jasna piszę tu o opcji japońskiej animacji, cóż, dało mi mocno ,,po jajach!": nie spodziewałem się tak mnóstwa ,,contentu", tak sporej ilości kreowanej przestrzeni, rozbudowywanej cegła po cegle rzeczywistości, która na dodatek jest domem dla gatunku, który sobą prezentuje, dla tak zwanego założenia ,,Isekai”. I żeby nie było: równie mocno nie spodziewałem się tak specyficznej, mojej prywatnej, reakcji na to, ,,co mi tu tak dobrego się zobaczyło” w tychże początkowych epizodach ,,Slime’a”. A to dopiero początek – przede mną dziesiątki odcinków do oglądnięcia; a z czytania komiksów z tego Uniwersum: mnóstwo tomów do analizy i recenzowania. Mało tego, po watchingowej lekturze tego ,,animu”, zostałem ,,zauroczony” i ustrzelony jakimś pociskiem z dziwnym nektarem na łusce, który jak mnie tak dotknął mam tylko ochotę na kontakt z tym Światem: z jego uroczą i bardzo oryginalną na tle innych ,,isekaiowców”, które powstały w popkulturze na przestrzeni kilku-kilkunastu lat. I chyba nic tak naprawdę w tym względzie już mi nie potrzeba - teraz tylko czekać a potem oglądać kolejne i kolejne odcinki ,,Odrodzonego…”, a ,,jeszcze potem"... zabierać się za mangowe tomy i konfrontować: czy oba źródła treści Świata są tak samo dobre, czy któreś ,,zjada” któreś, i na ten przykład manga okazuje się po prostu lepsza od swojej adaptacji. ,,Odrodzony jako galareta", albo ,,That Time I Got Reincarnated as a Slime" – w życiu się nie spodziewałem, że poza swoją animacją, w mandze będzie to tak nietuzinkowe, zagadkowe, zabawne, niezalewające nas półprawdami, szczere i indywidualne Uniwersum. Zresztą nie wiem jak jeszcze inaczej mógłbym opisać i ocenić tak mocno ,,pozytywnie poryte” na swój sposób ,,to mangowe coś”, które w kwestii doświadczenia motywów Isekai w japońskiej popkulturze, cóż, wywarło na mnie z kwadrylion-fazylionów o wiele większe wrażenie od tego, co w tej geekowskiej sprawie zrobiło czytanie i oglądanie pierwszych rozdziałów i odcinków legendarnego isekaiowca, ,,Overlord”. Pilotowe rozdanie komiksu o sympatycznym i ,,rozgadanym” Slimie, tak samo odcinki anime: 1-3, już na starcie w odniesieniu do całości tego Wymiaru rozrywki (bo nie oszukujmy się... dopiero zaczynam przygodę i naukę specyfiki ,,isekai” i miksu gatunkowego tego galaretowatego Świata) kupiło mnie totalnie, ba!, zrobiło dobry humor i nastawienie na dalsze realizowanie się pasjowo z ,,Odrodzonym…”. A co do samej historii, jej budowy, ,,grafiki”, samego wkładu artystów: Mitz Vah, Taiki Kawakami, czy Fuse’a w wyłonienie tego a nie innego contentu w takiej a nie innej formie na ,,mangowe światło dzienne”, którego to przeżywamy świadectwo (bo takie to jest mocne i twórcze! Że nie jest zwykłym czytaniem, ale przeżywaniem świadectwa) w tomie 1 mangi, mogę śmiało napisać: jest oryginalnie, mocno ,,zaczepiście", i do tego stopnia, że sama transformacja MC do ,,innego wymiaru/Struktury", z postaci świadomości/duszy ludzkiej do... galaretowatego gluta, co w pilocie komiksu (oraz anime!) wizualnie ukazano baaaardzo pomysłowo – już na wstępie naszej znajomości z takim Uniwersum potrafi oszołomić totalnie! Ba kupić humor i dzień ostatecznie! Bo rzadko coś takiego w tych Innych Światach w Isekai, jak ta właśnie produkcja/manga dostaje się tak gustownie ,,opakowanego” na tacy, dla głodnego contentu ,,Isekai” geeka. Nie ma takiej opcji. Nie da się przejść obojętnie obok takiego ,,wirtuala” jak ten. Teraz sam ten gatunek/motyw w fantastyczno-naukowej odsłonie popkultury będzie kusił mnie jeszcze bardziej niż dotychczas, a inne ,,isekaiowce” będą stały jeszcze bardziej dla mnie otworem. Ta opowieść o Slimie, to ,,mangowy” absolut. Fizycznie w kwestii tomu no.1: jest skromnie – zwykła okładka, i gdzieś tam na jej tle ,,glut” z bohaterką obok. No ale w tej normalności kryje się cała magia: to wnętrze które to opisywałem wyżej. Za pilot mangi w polskim wydaniu odpowiada niezrównane J. P. Fantastica; mamy do dyspozycji około 240 stron solidnie drukowanych i oprawionych, z historią o wiele dynamiczniej się realizującą niż analogicznie kreowało to anime z Uniwersum. Koniec jest tak płynny jak początek; podejrzewam że historia z finiszu kolejnego tomu na 3-ci będzie przechodzić tak samo płynnie jak w tym przypadku: z tomu 1-ego na drugi. Czyżbym dostał na tacy coś, co jest odpowiednikiem Studia Ghibli dla tworów Isekai? No właśnie… To w końcu, jak… jak to młodzieży ostatnio zwykła mówić w ramach swoich nietuzinkowych reakcji: ,,pykło tu wszyćko... czy nie?. No, raczej pykło, i to co najmniej ,,bardzo pykło!”. Stosując inną łopatologię w używaniu określeń do reakcji na coś niespodziewanie dla nas wyjątkowego, podkreślę inaczej moje wrażenia z lektury tomu 1 ,,Odrodzonego…”: ,,Ale urwał... Ale to jest dobre!". Tym bardziej cała manga smakuje po tysiąckroć lepiej, gdy taki fan jak Ja dowiaduje się, że w czerwcu w polskich kinach pojawi się ,,kinówka” z tego Uniwersum. Cóż, osobiście nie oglądnąłem mini-teaserka do zapowiadanego filmu z cyklu - tak luknąłem tylko około połowy zawartości, żeby sobie za bardzo nie spolerować, bo nie dość że jestem w trakcie oglądania sezonu 1-ego ,,OJG", to właśnie, co widać po niniejszej recenzjo-opinii tej mangi, jestem po lekturze bardzo owocnego, ale miejscami zbyt memicznego komiksu, który otwierał Świat mangi z perspektywy realiów ,,Odrodzonego jako galareta”! Tak, zapewne do premiery filmu w Polsce zdążę nadrobić całe 3 sezony ,,animu" plus… co najmniej 3 lub 4 tomy: mangę, którą zamierzam kupować i wczytywać się z pasją i klasą fana!
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 8 30 dni temu
Beztroski kemping 2  AFRO
Beztroski kemping 2
AFRO
Manga nie bawi się w przydługawe wstępy i od razu wrzuca nas w swój świat, gdzie poznajemy Rin – nastolatkę planującą spędzić miły wieczór na polu namiotowym z widokiem na górę Fuji. Nie spodziewa się ona, że jej wyprawa na łono przyrody zakończy się poznaniem mocno postrzelonej i wiecznie uśmiechniętej Nadeshiko, która również przybyła zobaczyć majestat góry, tylko nieplanowanie przysnęło się jej na ławce i teraz nie ma jak zwrócić do domu. Z mroku nocy i wielkiego głodu ratuje ją właśnie Rin. Napotkana dziewczyna to nowa uczennica jej szkoły, którą tak mocno zafascynuje biwakowanie, że momentalnie zapisze się ona do „Kółka aktywności na świeżym powietrzu”. Z pozostałymi dwoma członkiniami klubu, będzie ona poznawać podstawy „kempingowego survivalu”, snując jednocześnie plany na niezapomniane wycieczki, które będą powoli realizowane. Koncept mangi Beztroski kemping tom #1-#2 (przypuszczalnie tak jak późniejszych tomów), jest banalnie prosty. Miłośniczki biwakowania planują nową wyprawę, podczas samej podróży na miejsce przeżywają mniej lub bardziej ekscytujące „przygody”, na koniec rozkoszując się pięknymi widokami i dobrym jedzeniem. Schemat ten zapętla się i staje się podstawą całej historii, która jak widać, nazbyt ekscytująca nie jest. Nie ma się tutaj co spodziewać niesamowitych zwrotów akcji, wciągającej fabuły czy nadmiernie zapadających w pamięć bohaterów. Całość jest dokładnie taka jak wskazuje rodzimy tytuł – „beztroska” i skupiająca się wokół biwakowania, czyli głównego motywu przewodniego serii. W owej prostocie scenariuszowej tkwi jednak urok i siła tej mangi. Twórca kryjący się pod pseudonimem Afro potrafił z tak trywialnej koncepcji wydobyć niesamowite pokłady radości, które mimowolnie powodują u czytelnika szeroki uśmiech zadowolenia, a wszelkie przejawy stresu znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mocno urokliwy i komediowy styl (oparty na wielu gagach), skrywa również pewną wartość dodaną, którą są, ciekawe informacje na temat szeroko pojętego biwakowania. Można tutaj znaleźć informacje o różnicach w namiotach/śpiworach, dowiedzieć się jak przygotować miejsce biwaku czy jak na przykład rozpalić ognisko. Oczywiście wszystko to jest podane w mocno uproszczonej formie. Nie należy więc traktować zebranych tutaj informacji jako nieomylnego poradnika przygotowującego do biwakowania, może stać się to jednak podstawą do mocniejszego zainteresowania się ową aktywnością. Jeśli chodzi o sprzęt, to często bohaterki zwracają tutaj uwagę na ceny (które do najmniejszych nie należą). Są one w przypisach przewalutowane na złotówki, nie jest to jednak wykładnia rodzimego runku i należy o tym pamiętać. Jeśli chodzi o oprawę graficzną mangi, to mam do niej dość ambiwalentne odczucia. Styl autora jest dość prosty, ale i tak jego prace potrafią przykuć wzrok odbiorcy. Bohaterki są naprawdę urokliwe i trudno się do czegoś przyczepić w samych projektach postaci. Bardzo dobrze prezentują się również wszelkie „widoki”, które odgrywają tutaj dosyć istotną rolę. Byłoby więc niemal idealnie, gdyby nie wieki fetysz mangaki do „rastrów”. „Pionowe linie” pełnią tutaj funkcję zarówno wspomnianych rastrów jak cieni, co niestety wygląda niezbyt dobrze na niektórych kadrach. Dużo scen dzieje się tutaj po wschodzi lub zachodzie słońca, gdzie Afro aurę mroku przedstawia właśnie przez narzucenie na kard wspominanych „pasów”. Wygląda dość dziwnie, w kilku miejscach zabijając urok danego rysunku. Co jest powodem takiego zabiegu artystycznego? Kompletnie nie wiem, szczególnie że w niektórych kadrach stosuje on „normalne” cieniowanie. Cała recenzja na: https://popkulturowykociolek.pl/tytul-dobry-na-stres-recenzja-mangi-beztroski-kemping-tom-1-2/
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na 8 5 lat temu
Switched #1 Shiki Kawabata
Switched #1
Shiki Kawabata
„Switched” nie zapowiadało jakoś wielce porywającej historii. O dziewczynie, która nagle znajduje się w innym ciele. I nic nie wskazywało na to, że ta seria miała być nasycona tak wartościowymi i mądrymi rzeczami. Oczywiście nie każdy musi popadać w zachwyty tak jak ja nad słowem rysowanym, ale znalazłam tutaj wiele różnych odczuć, a przecież seria liczy sobie ledwo 3 tomiki. Jak już wspomniałam poznajemy młodziutką Ayumi, która w końcu wiąże się ze swoim ukochanym. Pech jednak chce, że koleżanka, a raczej zwykła dziewuszka z jej klasy Umine postanawia ot tak skoczyć z dachu... Teoretycznie nastolatka powinna być świadkiem tragicznego samobójstwa, a okazuje się, że pada ofiarą zamiany ciał, która wywraca jej życie do góry nogami. I tu rozpoczynamy wraz z naszą bohaterką pogoń za odzyskaniem swojego ciała, swojego życia. Umine wcale nie zamierza jej tego ułatwiać, a Ayumi wbrew pozorom nie zostaje z tym sama. Najważniejszym aspektem całej historii jest to, że bohaterka nie zostaje osamotniona. Ma u swojego boku przyjaciela, który jako pierwszy sam okrywa co się wydarzyło, a jak można się domyśleć pociąga to za sobą masę zdarzeń, które nie raz nas wbiją w fotel (w porywach w łóżko, tak jak i mnie). W piękny sposób autorka ukazała to jak ludzie potrafią być dla siebie podli. Jak wygląd zewnętrzny potrafi być najważniejszą rzeczą pod słońcem. Jak spokojna, nikomu nie wadząca dziewuszka potrafi zbudować wokoło siebie ostrokół, który niemalże podłącza pod prąd. Słowa ranią bardzo mocno, dotykają duszy i zostawiają w niej blizny, których często – gęsto nie da się już zabliźnić. A mimo to jest światełko w tunelu, że kiedy się powie głośno o swoich pragnieniach, o swoich potrzebach, o tym, że przecież zawsze jest obok ktoś kto poda nam pomocną, bezinteresowną dłoń. Powiem Wam, że nawet się popłakałam na tej opowieści. Nie spodziewałam się, że tak mocno mnie dotknie, chodź już dawno temu wyleczyłam się z wszelakich parszywych myśli o sobie samej, bo przecież mam wokoło siebie ludzi, którzy zawsze mnie wesprą. I jeden jedyny zarzut jaki mam – to nie tak miało się skończyć! =D Liczyłam, że całość zakończy się zupełnie inaczej i mam do Autorki trochę żalu, że nie stworzyła końca takiego jaki miałam cały czas nadzieję spotkać, a tu taki psikus! Niemniej jednak, jak dla mnie, bardzo dobra historia, pięknie ilustrowana i z życiowymi prawdami.
Rozchełstana Owca - awatar Rozchełstana Owca
oceniła na 8 5 lat temu
Seven Deadly Sins #02 Nakaba Suzuki
Seven Deadly Sins #02
Nakaba Suzuki
Można by dywagować o wpływie podgatunku czy też nurtu ,,łotrzykowskiej przygody” na sam rdzeń fantastyki i szerokiego rodzaju motywu baśniowo-mitycznych poszukiwań przygód w anime i mandze, ale koniec końców to dość specyficzne dla ich stylu odkrywanie niesamowitych krain przez określony tyb bohatera lub grupę postaci, również podbijanie pradawnych lądów, niesłychanych, niespotykanych dotąd enklaw, gdzie wszystko to okraszone jest polowaniem na liczne artefakty i tajemnicze, zaklęte przedmioty, a pojedynkowanie się z różnymi siłami zła/wrogami z rozmaitych Królestw i lądów jest zwieńczeniem ,,łotrzykowskiej natury poszukiwacza przygód”, jest konieczna do doświadczenia dla uważnego geeka, aby zrozumieć to jak dość obszerne, nazwijmy to krótko ,,fantasy” w japońskim komiksie i animacji potrafi być różnorodne, i dzięki owym poszukiwaniom przygody dość bogate w multum wymiarów, Światów do eksploracji, czy terytoriów do podbicia. Nie inaczej, to właśnie ,,łotrzykowski” dryg potrafi dać samą swoją specyfiką tak szerokiemu nurtowi fantasy, o którym mowa, dużo swobodnego, niewymuszonego humoru, związanego przeważnie z doświadczaniem przez główną grupę ,,przygodowych wykolejeńców losu” licznych ciekawych zdarzeń i momentów. A bez takiego ,,humorkowego” podejścia, cóż, fantasy w anime (czy w ,,masówce" w ogóle) skazało by się samo z siebie na popkulturową anty-dobroć twórczą, na samozagładę i możliwe… ostracyzm ze strony fanów pragnących od tego gatunku dużo, dużo więcej niż tylko barwnej, baśniowo-magicznej opowieści. To, co warto wiedzieć, to w tej ,,fantasy” kwestii jedno, choć jest to bardziej subiektywne spostrzeżenie i fanowska, polegająca na doświadczeniu z samą mangą i anime, rada: w rdzeniu japońskiej kultury popularnej istnieje sporo Uniwersów tematycznych, które niebezpośrednio, ale w sposób nieco głębszy i ukryty, jakby zadedykowany specjalnie dla uważnego, skoncentrowanego na jak najszerszym poznawaniu fantastyki czytelnika czy widza, który sam musi do tego dotrzeć: ukazują niesłychany dobrostan potencjału, który kryje się w omawianym gatunkowo ,,łotrzykowskim duchu przygody” zajmującym w fantasy miejsce o dość obszernym i istotnym znaczeniu. Jednym z takowych Światów jest Wymiar niedającego się nie kochać za ten styl, za tą luźną, lekką, ale nie odtrącającą powagi i dramatyzmu opowieść, za ,,kreskę” zarówno w komiksie z serii i animacji, słynnego na cały świat, obleganego przez fanów na ,,Zachodzie”: ,,Seven Deadly Sins”, Uniwersum znanego w Polsce pod nazwą ,,Siedem Grzechów Głównych”. Wiele, wiele miesięcy temu, nawet po doświadczeniu pierwszego tomu mangi ,,Hunter x Hunter”, który to Świat wprowadził mnie w wir eksploracyjnej przygody w klimacie uwzględnianego w tym opracowaniu tudzież recenzji pewnej mangi, której dedykowana jest w tej konwencji gatunku i tematu niniejsza deliberacja, fantasty, stety bądź nie i tak nie byłem do końca przekonany (dość często, tak samo mam w tychże swych ,,obawach” fana, gdy sięgam po rzadko ogarniany przeze mnie gatunek/nurt w treściach ,,anime-mangakowych”), czy sięganie po przygody urwipołciów i panów własnego Losu, członków ekipy ,,Siedmiu Grzechów Głównych” w pierwszym tomie mangi będzie dla mnie najlepszym rozwiązaniem, mimo iż samo anime tego Świata kapitalnie podeszło mi pod mój wąski i ścisły ,,gustomierz”. Obawy okazały się, cóż, kompletnie w tym przypadku niepotrzebne: ,,SDS”, w swym pilotowym rozdaniu linii komiksu, przed którym strasznie, jak w końcu się dowiadujecie, się wzbraniałem, by tego doświadczyć, wypadło naprawdę dużo, dużo więcej powyżej moich bardzo dobrych oczekiwań (tak, jestem wybredny): dostałem dość specyficznie, jak na mangę ogólnie przystało: wizualnie i fabularnie opowiadaną treść związaną ze specyfiką szerokiej eksploracyjnej mitologiczno-baśniowej, z ,,odciskiem” wpływu łotrzykowskiej werwy przygody... fantasy! Tak, i takie właśnie fantasy koniec końców okazało się dla mnie ,,kinderniespodziankowo” mega przystępne! A czy tak po raz drugi przystępna okazała się kontynuacja mangowego pilota ,,Siedmiu Grzechów…”? ,,Przystępne" to mało powiedziane. Dzięki tego rodzaju serii w tym gatunku mam coraz większą chęć na rozleglejszą ,,geekowską penetrację” już i tak szerokiej m.in. swymi Światami, mitologią, rodzajem budowanego Uniwersum fantastyki z motywami baśni, własnej skrzętnie tworzonej mitologii, magii i licznych tajemniczych elementów ocierających się o mrok, okultyzm. Lektura kolejnego, tym razem drugiego (a za niedługo, nie ma opcji, na warsztat zapewne wleci tom trzeci z serii – to jest tak intensywne, tak dynamiczne, tak pełne odpowiedniego tonowania emocji, że nie da się nie chcieć sięgać po kolejne i kolejne kontynuacje cyklu!) wydania medium komiksowego z kraju kwitnącej wiśni, z wymiaru żywych i barwnych kreacji ,,SDSa”, okazała się, o czym wspomniałem w akapicie lekko powyżej, na tyle przyjemnym i uspokajającym moje pragnienie połykania ,,przygodowo-akcji-fantasy” treści w popkulturze aktem geekowskiej przygody, że nie da się nie doceniać tego, jak samo sedno ,,łotrzykowości” potrafi być w sposób przyciągający czytelnika do siebie uwydatniane w tego rodzaju mandze – w komiksie teoretycznie ograniczonym przez swoje ,,wizualne czarno-biało-szare tony” oraz specyfikę pracy samych mangaków. To dzięki tomom 1 i 2, a w szczególności no. 2, doszedłem do wniosku, że każde godziny spędzone z tak przedstawianą fantasy w ,,SDS” są na tyle efektywnie spędzonymi chwilami, że nie mogę wyjść ze sporego podziwu wobec tego, jak sam komiks tego typu jak omawiana seria właśnie, może być oryginalna, twórcza, jak intensywnie może być rozwijany i nienachlanie przedstawiający nam dość szerokie objętościowo pole krain, enklaw, pole ich eksploracji w tej ,,typowej łotrzykowsko-zbójnickiej fantasy". I co ciekawe, w stosunku do swojej genialnej adaptacji, którą jest wielosezonowy serial ,,The Seven Deadly Sins”, obecnie dostępny na platformie streamingowej Netflixa, również i część 2 w komiksie broni się znakomicie, nie odstając w tyle z przedstawieniem analogicznie wszystkiego tego, co ogólnie przedstawia w tym Świecie zaadaptowana animacja, z którą cykl mang idzie w tango i zaczyna powoli dorównywać jej geniuszowi, a którego jakość w całym procesie produkcyjnym animacji. pracowało m.in. Stduio A-1 Pictures. Czyli co, poprzez wczytanie się w tom 2 ,,SDS” można dojść do lekkiego fan-wniosku: dostajemy w tych około 195 stronach solidny dowód na to, że da się opowiedzieć pięknie narysowaną graficznie, z tak samo pełnym klimatem w gatunku lekkiego i obszernego w przygodę ,,fantasy łotrzykowskiego” opowieść , tak jak robi to, jak wywiązuje się z tego zadania dla tego nurtu perfekcyjnie sama animacja, która, o czym wyżej napomknąłem, źródłem dla Uniwersum SDS nie jest. Czyż tak? Tak, jak najbardziej, bowiem w cz.2 tejże narracji graficznej… dorzucono do pieca wiele, oj dorzucono”. Fakt, dostaliśmy na talerzu, niczym podanie najlepszego z możliwych dla każdego z nas deseru po i tak pysznym obiedzie, specyficzny posiłek w postaci przedłużenia sytej, prawdziwej, niezbyt ciężkiej, zrównoważonej awanturniczej ,,hejże ho!" przygody, w którym duch prawdziwego ,,łotrzyka” zyskuje coś dużo, dużo większego niż wskazywałaby na to sama specyfika podgatunku Uniwersum SDS: owa akcja i łotrzykowość w stylu Świata Grzechów nabywa nieco głębszych emocji, scalających się jednak w dość sprytny sposób, za bardzo niewybiegających poza rdzeń przygody, z tempem akcji. Tak, konsekwencją tego jest jedna z istotnych cech ,,Seven Deadly Sins" w mandze właśnie: powoli ten Świat z komiksu na komiks, sądzę, będzie nabierał formy symbiozy: postaci wyglądają i tak działają jako na bardziej wyraziste, emocjonalnie ciekawsze, ich przygody są i zapewne takie będą dalej: bardziej wymiarowe, coś dla nich oznaczające, a odkrywanym krainom, pokonywanym wrogom, poznawanym istotom/postaciom nie brak jest (i nie brak będzie) w kolejnych tomach dodatkowej głębi. Tu wszystko idzie ze sobą w mającym swój intymny, prywatny styl, hipnotycznym tańcu współpracy; nie każdemu może spodobać się sposób opowiadania tego rodzaju gatunku, którym całym sobą jest ,,SDS”, ale jest to o tyle oryginalny koncept i odmiana fantasy, że mimo, mimo wszystko warto się nad nią pochylić, przynajmniej dla tej lekkiej, niezobowiązującej ,,łotrzykowości”, którą po całości w tak kreowanej linii mangi dostajemy. Bądźmy szczerzy i otwarcie na wymianę zdań: po przyjemnym czasie lektury z owym tomem komiksu ,,Grzechów", owe arracje obrazkowe ,,Seven Deadly Sins”, po ogarnięciu dwóch jej z naprawdę multum w cyklu części, stają się dla mnie jedną wielką ,,nietuzinkowością”. To coś chyba nawet… dużo lepszego niż manga i anime razem wzięte z cyklu ,,Hunter x Hunter” – drugi tom ,,SDS”, przykładowo, nie rozmywa swojej historii, jak robiło to odpowiednio ,,HxH” również w kontynuacja swojego pilota w mandze. Postaci wyglądają na bardziej skoncentrowane i scentralizowane na danym celu, przy czym zachowują naturalną pogodną aparycję, ale i uwagę zarazem. No bo jak tu jej ,,nie tracić!”, gdy na ogonie siedzi ci drużyna Świętych Rycerzy (,,Świętych”? Dobre sobie! To grupa tylko z nazwy), którzy zrobili w Królestwie Britannii swego rodzaju ,,zamach stanu”, oskarżając ,,Grzechy” o… zdradę stanu i zamach na życie Króla. Jako nie łotrzyki a grupa solidnych ,,Łotrów”, za co ich wprowadzenie twórcom w niniejszym tomie serdeczne Bóg zapłać, bo gdyby ich wątku tu nie zawarto… byłaby fabularnie straszna bida, a paliwa do ukazania swojej ,,łotrzykowości” i zewu przygoda samo ,,SDS” by niestety nie miało, ci tak zwani ,,Rycerze” dali się mocno we znaki w tym przyjaznym i wartkim w akcję tomiku. Paradoksalnie to ów Zakon sądzę stanowił solidną oś/rdzeń, wokół którego wyrastają solidne gałęzie i wici powiązań tworzące tło ,,co, gdzie, jak i dlaczego” w szerokim i jakże urozmaiconym Wymiarze Britannii się dzieje. Uwagę cały czas w mandze przykuwa Elizabeth i śmiechołkowy, jak zawsze zabawny i totalnie skradający serducha, prosiałek ,,Hawk”, kompan-dusza. Pierwsza z duetu postaci dalej wykonuje swoje prywatne zobowiązania i cele: towarzyszenie Grzechom w zebraniu się w całości i uratowanie Królestwa z rąk zdrajców, a Hawk jak to Hawk jest sobą, tworząc w ten sposób kontrapunkt do poważnej i tej stricte ,,fantasy-przygodowej” części rdzenia gatunkowej odsłony Uniwersum, czy w ogóle całej estetyki ,,SDS”. Tom 2 staje się kluczowy z jeszcze jednego względu. Poznajemy swego rodzaju zmodyfikowany, bo trochę krótki i nie aż tak obszerny charakterologicznie dla tejże postaci ,,Origin” jednego z Grzechów, Bana. To istotne około 190 stron treści: na scenach ,,powstania” i zemsty ,,Bana” sam tom się kończy: na tak wczesnym etapie mangi, gdzie multum tomów jeszcze przed nami, powracający do żywych ów Grzech to ważna wskazówka. Przed czytelnikami kolejne powroty ekipy ,,SDS”, kolejne poszukiwania i łotrzykowskie niespodzianki, które w ilościach na pewno ,,astronomicznych!", czekające wytrwale na naszą coraz prężniej się rozbudowującą ekipę.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 8 9 miesięcy temu

Cytaty z książki Odrodzony jako galareta #2

Więcej
Fuse Odrodzony jako galareta #2 Zobacz więcej
Więcej