Myśliwce nad Finlandią Wspomnienia pilota dwóch wojen

Okładka książki Myśliwce nad Finlandią Wspomnienia pilota dwóch wojen
Eino Luukkanen Wydawnictwo: Replika biografia, autobiografia, pamiętnik
352 str. 5 godz. 52 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Hävittäjälentäjänä kahdessa sodassa
Data wydania:
2018-05-18
Data 1. wyd. pol.:
2018-05-18
Liczba stron:
352
Czas czytania
5 godz. 52 min.
Język:
polski
ISBN:
9788376746128
Średnia ocen

                6,6 6,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Myśliwce nad Finlandią Wspomnienia pilota dwóch wojen w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Myśliwce nad Finlandią Wspomnienia pilota dwóch wojen

Średnia ocen
6,6 / 10
18 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
85
85

Na półkach: ,

Myśliwce nad Finlandią to typowa książka biograficzna dotycząca zmagań pilota myśliwskiego tym razem na niebie Finlandii. Swoją historię opowiada nam Eino Luukkanen ekspert myśliwski, który zakończył wojnę z 56 potwierdzonymi zestrzeleniami/ w dwóch wojnach - zimowej 1940 i kontynuacyjnej 41-44/. Mamy tu przedstawiony cały szlak bojowy od pierwszych kroków pilota na przestarzałych myśliwcach poprzez zdobywanie bojowych doświadczeń na wielu typach samolotów aż do intensywnych walk eksperta w kończącej się wojnie na messerschmitcie Bf 109. Książka przedstawia nam w sposób stosunkowo dokładny kolejne losy bohatera w tym liczne historie okołobitewne jak np. sposób odpoczynku i relaksu pilotów, wyprawę po nowe samoloty , piękno otaczającej przyrody itp. Mamy tu też oczywiście sporo opisów walk powietrznych i opisu innych misji /zwiadowczych, szturmowych/ nie mniej jednak dla mnie to najsłabsza cześć tej biografii. Poza kilkoma wyjątkami autor "ślizga" się po opisie zmagań - są one przedstawione skrótowo i niedokładnie, co przy 56 zestrzeleniach zostawia mocny niedosyt czytelnika. Właśnie dla tego poskąpiłem jednej a może i dwóch dodatkowych gwiazdek.
Książka jest generalnie dobra , ale wedle mnie brakuje jej tego "pazura" który mocno wciąga czytelnika i powoduje , że czujemy się jakbyśmy niemal sami pilotowali samolot.
Sama książka liczy 345 stron , wydana ekonomicznie - miękkie kolorowe okładki, klejona , papier kiepski żółtawy. Liczy 29 rozdziałów, 102 ciekawe zdjęcia w tekście, nie zawiera żadnych map.

Moja rekomendacja: Książka dobra, ale nie porywająca, jak najbardziej można przeczytać. Dostępna dla każdego, napisana w sposób lekki i przyjemny dla czytelnika. Polecam szczególnie tym którzy zaczynają zgłębiać temat II WŚ.

Myśliwce nad Finlandią to typowa książka biograficzna dotycząca zmagań pilota myśliwskiego tym razem na niebie Finlandii. Swoją historię opowiada nam Eino Luukkanen ekspert myśliwski, który zakończył wojnę z 56 potwierdzonymi zestrzeleniami/ w dwóch wojnach - zimowej 1940 i kontynuacyjnej 41-44/. Mamy tu przedstawiony cały szlak bojowy od pierwszych kroków pilota na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

46 użytkowników ma tytuł Myśliwce nad Finlandią Wspomnienia pilota dwóch wojen na półkach głównych
  • 25
  • 21
16 użytkowników ma tytuł Myśliwce nad Finlandią Wspomnienia pilota dwóch wojen na półkach dodatkowych
  • 9
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Złamane skrzydła. Życie i sława Manfreda von Richthofena. Alicja Sułkowska
Złamane skrzydła. Życie i sława Manfreda von Richthofena.
Alicja Sułkowska
[Recenzja powstała pod koniec 2016 r. i pewne informacje, np. odnośnie do wieku Autorki się zdezaktualizowały, warto mieć to na uwadze.] Ukazanie się tej książki jest na pewno wydarzeniem na polskim rynku książki historycznej, odnotowanym nawet w mediach – w materiale TVP 3 Kraków, w którym jest krótki wywiad z Autorką oraz w Radiu Rzeszów (także wywiad). Wydarzeniem po pierwsze dlatego, że mimo iż jesteśmy w okresie setnych rocznic wydarzeń I wojny światowej, liczba wydanych książek na temat tego fascynującego konfliktu zbrojnego jest u nas śmiesznie mała – Wielka Wojna nadal pozostaje w cieniu swojej „następczyni”. I o ile na temat frontu wschodniego publikowane są bardzo wartościowe prace (m.in. przez dr. Jarosława Centka oraz inne osoby aktywne na forum austro-wegry.info), to sytuacja z frontem zachodnim oraz pozostałymi jest gorsza (świetne dwie książki dr. Jarosława Centka z serii „Historyczne Bitwy” – „Verdun 1916” i „Somma 1916” – oraz znakomite prace Krzysztofa Marcinka o bitwiach pod Passchendaele z 1917 r. i nad Izerą/Ypres z 1914 r., wydane przez InfortEditions, ukazały się już ładnych kilka lat temu). „Białych plam” na polskim rynku wydawniczym, odnośnie I wojny światowej, jest niestety wielokrotnie więcej niż w satysfakcjonujący sposób opisanych tematów i dotyczy to oczywiście także publikacji na temat lotnictwa Wielkiej Wojny. Konieczne jest więc korzystanie z książek anglojęzycznych (i niekiedy, w mniejszym stopniu, publikacji w innych językach). Drugim powodem wyjątkowości książki A. Sułkowskiej jest osoba Autorki (i zapewne to, bardziej niż sam temat pracy, przyciąga media). O ile bowiem kobiety piszące o historii wojskowości należą do rzadkości, to tutaj na dodatek mamy do czynienia z osobą niezwykle młodą, bo zaledwie 18-letnią, co jest już sytuacją prawdziwie unikatową! Recenzowana książka stanowi debiut wydawniczy A. Sułkowskiej, która jednak już wcześniej publikowała artykuły na portalu histmag.org (https://histmag.org/wyszukaj?page=1&filters%5BauthorsString%5D%5B0%5D=Alicja%20Sułkowska&sort=articlesNewest)oraz na swoim blogu (http://wiatr-historii.historia.org.pl/), gdzie dała się poznać jako pasjonatka lotnictwa wojskowego z okresu wojen światowych, zwłaszcza niemieckiego. Autorka od niedawna prowadzi także blog autorski (http://alicja-sulkowska.blogspot.com/) oraz profil na portalu Facebook (https://www.facebook.com/a.alicjasulkowska/). „Złamane skrzydła” to bodaj czwarta biografia Manfreda von Richthofena wydana w języku polskim (dotychczas wszystkie trzy pod tytułem „Czerwony Baron” – ich autorami są Peter Kilduff, Walter Krajus i Krzysztof Janowicz), ponadto ukazały się jego wspomnienia. Tymczasem liczba dostępnych w naszym kraju biografii wszystkich innych asów I wojny światowej wynosi… okrągłe zero. Co prawda mamy biografie Hermanna Gӧringa, ale w oczywisty sposób wydane one zostały ze względu na jego dalszą karierę, a nie fakt bycia jednym z niemieckich asów myśliwskich Wielkiej Wojny odznaczonych najbardziej prestiżowym pruskim (i ogólnie niemieckim, gdyż przyznawano go nie tylko Prusakom) orderem Pour le Mérite. Jego osiągnięcia podczas pierwszego globalnego konfliktu zostały w nich potraktowane po macoszemu. Dlatego do książki A. Sułkowskiej podchodziłem z pewną rezerwą, gdyż osobiście wolałem przeczytać książkę na temat jakiegoś innego czołowego asa I wojny światowej, zamiast kolejnej o M. von Richthofenie. Fascynacja tą postacią jest ogólnoświatowa, ale w innych krajach (szczególnie anglojęzycznych), oprócz licznych książek o „Czerwonym Baronie”, można także poczytać o innych lotnikach Wielkiej Wojny. Osobną kwestią jest fenomen popularności akurat tego pilota. Najprawdopodobniej opiera się przede wszystkim na jednym fakcie – zestrzelił on oficjalnie najwięcej (80) wrogich samolotów podczas I wojny światowej. Warto jednak zwrócić uwagę na to, iż było wówczas wielu innych wybitnych lotników, jak choćby Francuz René Fonck, który być może w rzeczywistości odniósł więcej zwycięstw powietrznych. Oficjalnie przyznano mu 75, zgłosił on jednak jeszcze… ponad 50, nieuznanych ze względu na restrykcyjne francuskie zasady dotyczące wymaganych niezależnych świadków zestrzeleń. Ponadto Fonck przeżył wojnę, a używane przez niego samoloty podobno zostały trafione w sumie… jednym pociskiem karabinowym. Do tego słynął, tak jak „Czerwony Baron”, z niezwykłych umiejętności strzeleckich. Był to więc lotnik, o ile nie wybitniejszy, to co najmniej równy M. von Richthofenowi. Nie należy oceniać książki po okładce, lecz jak najbardziej od niej można zacząć recenzję. Mamy tu do czynienia z twardą oprawą i obwolutą. Na obu widnieje ta sama, efektowna i przyciągająca oko, oparta o zdjęcia, grafika przedstawiająca M. von Richthofena oraz jeden z jego trójpłatowych Fokkerów. Osobiście uważam, że w takich sytuacjach obwoluta jest zbędna (co innego, gdy grafika jest tylko na obwolucie), ale to oczywiście żaden problem. Za twardą okładkę (jestem ich miłośnikiem, gdyż znacząco wydłużają „życie” książki) oraz grafikę wydawnictwu należą się brawa. Po obejrzeniu okładki wzrok kieruję z reguły na spis treści i bibliografię – tak też było tym razem. Autorka ma umiejętność efektownego i zachęcającego do lektury tytułowania rozdziałów, za to więc kolejny plus. I jeszcze jeden za bibliografię, która wygląda bardzo dobrze. Nie tylko jest dość długa, ale przede wszystkim zwracają w niej uwagę liczne pozycje niemieckojęzyczne z okresu wojen światowych i międzywojennego – zarówno książki, jak i bardzo wiele tytułów prasowych. To, że tak młoda osoba zdołała skorzystać z tak licznych publikacji, jest imponujące. Oczywiście w bibliografii książki o tak znanym człowieku jak „Czerwony Baron” zawsze można znaleźć pewne braki, gdyż opublikowano niezliczoną liczbę opracowań, których jest główną postacią, ewentualnie jednym z najważniejszych bohaterów. Wymienić można choćby wspaniałe 7-tomowe dzieło „Aviation Awards of Imperial Germany in World War I and the Men Who Earned Them” Neala W. O’Connora czy 3-tomowe “Imperial German Eagles” Lance’a J. Bronnenkanta. W tych publikacjach znajduje się wiele ciekawych informacji o M. von Richthofenie. Inne książki, z których A. Sułkowska nie skorzystała, to poświęcone już stricte „Czerwonemu Baronowi”: 5. tom serii „Blue Max Airmen” (autor – ponownie Lance J. Bronnenkant) oraz 2-tomowe „Inside the Victories of Manfred von Richthofen. Comprehensive Victory Summaries and Combat Statistics” Jamesa F. Millera. Ta ostatnia pozycja ukazała się stosunkowo niedawno, bo pod koniec maja 2016 r., więc być może A. Sułkowska nie miała już możliwości jej wykorzystania. W bibliografii znajduje się jednak wcześniejsza książka Jamesa F. Millera o „Czerwonym Baronie” wydana w 2009 r. oraz – nieco podobne do „Inside the Victories…” – opracowanie „Under the Guns of the Red Baron”, napisane przez tercet Norman Franks, Hal Giblin i Nigel McCrery. Kończąc temat publikacji wykorzystanych i niewykorzystanych można odnotować brak artykułów z czasopism poświęconych wyłącznie lotnictwu Wielkiej Wojny, w których znajduje się wiele tekstów o M. von Richthofenie i jednostkach, w których walczył. Są to: „Cross & Cockade Journal” i jego następca „Over the Front”, „Cross & Cockade Great Britain” (obecna nazwa „Cross & Cockade International”), „Windsock International” (później „Windsock Worldwide”, obecnie „Windsock World War Centenary”) oraz „WW1 Aero”. Powtarzam jednak – bibliografia jest bardzo dobra i – jak niedawno powiedział mi pewien znajomy właśnie w kwestii posiadanych książek – „nie można mieć wszystkiego”. O ile w odniesieniu do pewnych wąskich tematów nie jest to może do końca prawda, gdyż niekiedy zebranie całości wartościowej literatury jest jak najbardziej możliwe, to na pewno nie dotyczy to Manfreda von Richthofena. Szczególnie biorąc pod uwagę to, ile zarabiamy w Polsce i jak drogie są fachowe zagraniczne publikacje. Trzeba po prostu dokonywać wyboru. Jeszcze jedna rzecz, która rzuciła mi się w oczy przed rozpoczęciem właściwego czytania książki, to fakt zatrudnienia przez wydawnictwo, w charakterze konsultanta merytorycznego, wspomnianego już wcześniej dr. Jarosława Centka. Dowodzi to poważnego podejścia wydawnictwa, gdyż J. Centek to specjalista w kwestiach I wojny światowej (i nie tylko), a zwłaszcza armii niemieckiej. W związku z tematyką książki, jest to bez wątpienia najlepszy możliwy wybór, jeśli chodzi o polskich historyków. Odnośnie liczby i jakości fotografii, książka nie wyróżnia szczególnie ani na plus, ani na minus. Do tej pory mieliśmy „beczkę miodu”, teraz jednak czas na „łyżkę dziegciu”. O ile bowiem chwaliłem wydawnictwo za okładkę i zatrudnienie fachowca do konsultacji merytorycznej, o tyle korekta pozostawia wiele do życzenia. Niestety, dość częste (jestem w tej kwestii wymagający) literówki i różne inne błędy obniżają nieco przyjemność z lektury. Nie mam tu pretensji do A. Sułkowskiej, gdyż, jak wiadomo, autor często nie jest w stanie efektywnie wykrywać błędów w napisanym przez siebie tekście. Właśnie dlatego korekta należy do obowiązków wydawnictwa. Pomijając powyższy fakt, książka jest napisana sprawnie (Autorka ma „lekkie pióro”), dlatego „pochłania się” ją dość szybko – mnie na przeczytanie wystarczyły dwa wolne dni. Widać, że A. Sułkowska interesuje się opisywaną przez siebie tematyką co najmniej od kilku lat. Tekst nie jest nużący, a dodatkowo ubarwiają go częste cytaty ze wspomnień von Richthofena, jego matki, a także licznych lotników, oczywiście głównie niemieckich. W stylu A. Sułkowskiej podoba mi się brak zapędów „poetycko-grafomańskich”, co cechuje niestety niektórych autorów piszących o lotnictwie. Autorka na szczęście nie „odlatuje” – pisze ładnie, ale bez zbędnych ozdobników. Widać jej pasję odnośnie lotnictwa i szacunek wobec pilotów (nie tylko głównego bohatera książki), lecz nie opisuje ich jako „bogów”. I słusznie, bo choć co do zasady byli to bardzo odważni ludzi, to jednak zarazem „zwykli”. Poza tym należy pamiętać, że mimo ogromnego niebezpieczeństwa związanego z walką z wrogiem oraz awariami maszyn, lotnicy cieszyli się z reguły warunkami mieszkalnymi oraz żywnością, o których tylko pomarzyć mogli żołnierze wojsk lądowych. Streszczanie książki w recenzji nie ma sensu, więc skupmy się bardzo ogólnie na jej konstrukcji. Na początku Autorka przedstawia historię rodziny von Richthofen, co przez niejedną osobę zostałoby pominięte lub przedstawione bardzo ogólnikowo, tymczasem tutaj mamy sporo interesujących informacji i widać, że A. Sułkowska potraktowała to zagadnienie poważnie. Później następują rozdziały opisujące życiorys M. von Richthofena od narodzin do śmierci, w których jednak Autorka wykazuje się dużą wiedzą nie tylko o „Czerwonym Baronie”, ale także o innych czołowych niemieckich (m.in. Lotharze, bracie Manfreda) oraz nieprzyjacielskich lotnikach. Dowiadujemy się również o organizacji sił lotniczych, a wreszcie o samolotach – ich wadach i zaletach. Sporo miejsca poświęcone zostało na opis sytuacji, w której M. von Richthofen został ranny w głowę, dochodzenia przez niego do zdrowia oraz domniemanego wpływu tej rany na jego dalsze zachowanie w walce i poza nią. Szczegółowo opisano też oczywiście okoliczności śmierci „Czerwonego Barona” i teorie na temat tego, kto mógł oddać śmiertelny strzał. Następnie krótko opisane są działania niemieckiego lotnictwa w ostatnich miesiącach wojny. Być może nawet ważniejsza od I części książki jest część II, w której dowiadujemy się m.in. o dalszych losach rodziny von Richthofen, wykorzystaniu postaci Manfreda w propagandzie nazistowskiej i szeroko rozumianej kulturze oraz o historii Świdnicy – są to elementy niewystępujące wcale lub rzadko obecne w innych biografiach „Czerwonego Barona”. To ostatecznie przesądza o tym, że mimo moich wcześniejszych uwag, warto było wydać tę książkę, a ja nie żałuję jej przeczytania. Miłym dodatkiem, zwłaszcza dla osób, które dotychczas nie interesowały się tą tematyką, jest zgrabnie i ciekawie napisany rozdział o historii samolotów myśliwskich I wojny światowej i najsłynniejszych niemieckich pilotach. Przejdźmy do uwag merytorycznych. Błędów jest mało, częściej moje wątpliwości wynikają ze skrótów myślowych Autorki: Str. 131 – „Australijczyk zdecydował się wyskoczyć z samolotu. Ta decyzja także nie mogła uratować mu życia, spadochrony nie były jeszcze wówczas powszechnie stosowane…”. Warto uściślić, że w lotnictwie brytyjskim podczas I wojny światowej w ogóle nie stosowano spadochronów. Takowych doczekali się, w 1918 r., tylko lotnicy niemieccy i austro-węgierscy. Str. 200, przypis 359 – von Dӧring „Latał w szeregach Jasta, później Jasta 1”. Powinno być „Jasta 4, później Jasta 1” [to zresztą nie wszystkie jego jednostki, ale faktycznie tylko w tych dwóch odnosił zwycięstwa powietrzne]. Str. 209, przypis 379 – Werner Voss „Latał w szeregach Jasta 5, Jasta 5, a następnie Jasta 10”. Powinno być „Jasta 2 (Boelcke), Jasta 5, a następnie Jasta 10”. Str. 213 – „Fokker Dr.I należący do Wernera…” [chodzi o maszynę o numerze seryjnym 103/17]. Pierwsze trzy, prototypowe, trójpłatowce Fokkera [maszyny 101/17, 102/17 i 103/17] miały oznaczenie F.I, a nie Dr.I. O tym, że Autorka ma tego świadomość, a tutaj zastosowała tylko skrót myślowy, świadczy tekst na stronie 384, gdzie pisze o „fabrycznej nazwie F.I”. Str. 234 – „Kraje te bowiem po śmierci cara Mikołaja II nie były już w stanie wojny”. Niemcy i Rosja nie były już w stanie wojny jeszcze przed śmiercią Mikołaja II. Str. 253 – według mojej wiedzy to Ludendorff (a nie „dowodzący Luftstreitkräfte”) miał powiedzieć, że Richthofen wygrał wiele bitew (więc zasługiwał na Liście Dębu do orderu Pour le Mérite). Zgodnie z archaicznymi zasadami tylko osoba, która wygrała bitwę lub zdobyła (albo skutecznie obroniła) fortecę mogła otrzymać Liście Dębu (Eichenlaub). Str. 335, przypis 611 – „W rzeczywistości Lothar z 40 zestrzeleniami zajmował 8. miejsce” [na liście najskuteczniejszych niemieckich pilotów myśliwskich I wojny światowej] Raczej miejsce 10. ex aequo z Boelckem i Büchnerem. Przed nimi: M. von Richthofen (80), Udet (60 lub 62, wedle różnych źródeł), Lӧwenhardt (54), Jacobs i Voss (po 48), Rumey (45), Berthold i Loerzer (po 44) oraz Bäumer (43). Str. 375, przypis 674 – „Giullio Gavotti zrzucił bomby na libijskie wioski”. Konkretnie były to granaty, bomb wówczas jeszcze nie używano. Warto uściślić, że Gavotti próbował w ten sposób zadać straty Turkom, gdyż działo się to podczas wojny włosko-tureckiej (1911-1912). Można bowiem, po przeczytaniu tego zdania, odnieść błędne wrażenie, że Gavotti z jakichś powodów atakował libijskich cywilów. Str. 379 – warto rozwinąć skrót RAF, gdyż wiele osób może sądzić, że chodzi o „Royal Air Force”, a w tym przypadku to „Royal Aircraft Factory”. Oczywiście Autorka dobrze o tym wie, ale skrót ten rozwija dopiero na stronie 396. Str. 384-385 – „Możliwe też, że informacje o alianckim trójpłatowcu stały się bodźcem dla powstania projektu niemieckiego.” To wręcz pewne – Sopwith Triplane zrobił na Niemcach duże wrażenie, gdyż samoloty tego typu sprawiały im duże kłopoty, a latający na tych maszynach brytyjscy piloci odnosili duże sukcesy. Bez wątpienia był więc główną inspiracją do stworzenia niemieckich (i austro-węgierskich) trójpłatowców. Str. 385 – „Niektóre z Fokkerów Dr.I różniły się między sobą silnikami – część, w tym egzemplarz, którym latał Manfred von Richthofen, wyposażona była w silnik Oberursel, produkowany we Frankfurcie, inne w szwedzkim Thulin. Piloci zdecydowanie woleli szwedzkie silniki i bardzo starali się, by ich samolot właśnie taki posiadał”. Pomijając dość niezręczną końcówkę pierwszego zdania (trzeba by zmienić na „inne w silnik produkowany w szwedzkiej firmie Thulin”), kwestia ewentualnego użycia przez Niemców kupionych jakoby potajemnie w Szwecji silników wyprodukowanych przez firmę Thulin jest kontrowersyjna. Pochodzi ona z mocno krytykowanej książki Alfreda Richarda Weyla „Fokker: The Creative Years”. Co prawda zdarzają się osoby, które dają wiarę tym informacjom, jednak większość specjalistów uważa, że firma ta nie była wówczas w stanie wyprodukować tak zaawansowanych technicznie silników i na dodatek w potrzebnej Niemcom ilości. Argumentem tych, którzy uważają, że faktycznie Niemcy korzystali ze szwedzkich silników jest to, że zyski Thulina w 1917 roku były jakoby wielokrotnie większe niż w innych latach. Generalnie jednak przyjmuje się, iż część (według Paula Leamana, „Fokker Dr.I Triplane: A World War One Legend”, s. 129 było to 64 z 320, czyli dokładnie 20%) silników trójpłatowych Fokkerów pochodziła ze zdobyczy wojennej (były to w przeważającej ilości Le Rhône, ale nie tylko), reszta to silniki niemieckie. Dla niektórych osób jest to argument za tym, że jako „zdobyczne” Niemcy oznaczali kupione potajemnie szwedzkie Thuliny, gdyż liczba zdobycznych silników wydaje się podejrzanie wysoka. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że Niemcy zdobyli podczas wojny ogromne ilości samolotów (wiele w bardzo dobrym lub wręcz idealnym stanie), gdyż mieli dużo efektywnych eskadr myśliwskich i najskuteczniejszą artylerię przeciwlotniczą, a ponadto większość starć powietrznych odbyła się nad terytorium zajmowanym przez ich oddziały (głównie ma to związek z ofensywnym duchem panującym w lotnictwie brytyjskim i generalnie korzystnym dla Niemców wiatrem), dlatego akurat ten argument jest łatwy do zbicia. Być może nigdy nie dowiemy się z absolutną pewnością, jaka jest prawda odnośnie ewentualnego użycia silników Thulin przez Niemców, lecz ja osobiście mocno w to wątpię. Osobną kwestią jest to, czy rzeczywiście rację mieli niemieccy piloci, preferując silniki zdobyczne (Josef Jacobs podobno oferował skrzynkę szampana za dostarczenie mu sprawnego silnika wymontowanego z nieprzyjacielskiego samolotu). Wygląda na to, że ich wyższość to mit. Podobno po wojnie okazało się, że w rzeczywistości minimalnie lepszy był Oberursel! W tej kwestii ważny jest też fakt, że Niemcy byli zmuszeni do używania oleju syntetycznego Voltol, który były dla silnika znacznie gorszy niż oleje używane przez państwa Ententy niemające tak wielkich problemów zaopatrzeniowych. Generalnie kwestia różnych silników i ich działania to skomplikowana sprawa, temat-rzeka. W każdym razie warto by było dać w książce przypis o silnikach Thulin i zdobycznych oraz kontrowersjach z tym związanych. Str. 385, przypis 701 – informacja o tym, że Fokkerami D.VII zastępowano wadliwe Fokkery Dr.I jest nieścisła – generalnie Fokker D.VII był po prostu nowszą, lepszą konstrukcją i w naturalny sposób zastąpił Fokkera Dr.I, a nie tylko wadliwe egzemplarze. Trudno też uznać trójpłatowiec Fokkera za generalnie wadliwy typ samolotu (choć na początku były z nim problemy). Zdecydowana większość lotników wolała nową maszynę, bodaj jedynym pilotem (a przynajmniej spośród tych najsłynniejszych) preferującym trójpłatowca był Josef Jacobs, który latał nim jeszcze w październiku 1918 r., do momentu, gdy został zestrzelony i go stracił. Str. 385 – Fokkerów D.VII wyprodukowano „do września około tysiąca sztuk”. Nie wiem, jak było do września (choć chyba więcej niż 1000 sztuk), ale ogólne liczby były podobno takie (po nazwie firmy ilość wyprodukowanych Fokkerów D.VII): Fokkery D.VII dostarczone na front do 11 listopada 1918 r.: Fokker 733, Albatros 1060, OAW 975, czyli razem 2768 Fokkery D.VII wyprodukowane i zaakceptowane do 11 listopada 1918 r.: Fokker 794, Albatros 1073, OAW 1072, czyli razem 2939 Źródło – wyliczenia Dana Sana Abbotta na forum theaerodrome.com Str. 385 – „po zakończeniu wojny zlecono złomowanie wszystkich Fokkerów, które dostały się w brytyjskie lub francuskie ręce…”. Nie było tak, a dowodem jest chociażby Fokker D.VII do dziś będący w paryskim muzeum. Po wojnie te znakomite myśliwce były intensywnie testowane, służyły też siłom okupującym Niemcy. Zdarzały się nawet śmiertelne wypadki z ich udziałem (22 maja w Anglii zginął Kanadyjczyk Albert Desbrisay Carter). Nie wiem jak traktowano Fokkery D.VII, pewnie „opiekowano” się nimi gorzej niż sprzętem własnej produkcji, ale bez wątpienia przynajmniej część z nich zachowano przez dłuższy czas, zanim je zezłomowano. Na temat niemieckiego lotnictwa i samolotów tuż po I wojnie światowej jest książka Lennarta Anderssona i Raya Sangera: „Retribution and Recovery. German Aircraft and Aviation 1919-1922”. Są tam informacje m.in. o zapisach traktatowych odnośnie oddawania samolotów i sterowców, podano też (często dokładnie, niekiedy tylko orientacyjnie) ilości i typy maszyn, które trafiły do konkretnych krajów, wraz z numerami seryjnymi. Str. 402 – w krótkiej biografii Immelmanna warto by było dodać, że został odznaczony nie tylko Krzyżem Kawalerskim Orderu Wojskowego Świętego Henryka, o czym jest mowa, ale później otrzymał jeszcze Krzyż Komandorski tego orderu, co było niezwykłym wyróżnieniem. Był jedynym lotnikiem I wojny światowej odznaczonym jednym z 5 najbardziej prestiżowych niemieckich orderów w klasie wyższej niż podstawowa. Nawet Manfred von Richthofen nie dostąpił takiego zaszczytu (rozważano to, ale ostatecznie nie otrzymał Liści Dębu do orderu Pour le Mérite). W kalendarium na stronach 420-426, we wpisach dotyczących zestrzelonych przez M. von Richthofena samolotów, często pomylone są typy maszyn. Błędów tych nie ma natomiast na liście zestrzeleń na stronach 427-430. Mimo powyższych uwag, książkę Alicji Sułkowskiej zdecydowanie polecam zarówno osobom orientującym się w tematyce lotnictwa, jak i absolutnym laikom – ci drudzy znajdą w niej ciekawą historię, która być może skłoni ich do zainteresowania się tymi kwestiami. Bardzo cieszy fakt, że na naszym rynku wydawniczym zadebiutowała młoda osoba pisząca o I wojnie światowej, szczególnie że czyni to w kompetentny sposób. Czekam na dalsze prace A. Sułkowskiej, gdyż książek o siłach lotniczych Wielkiej Wojny jest w Polsce zdecydowanie zbyt mało. Autorce należą się gratulacje z okazji udanego debiutu. Już wiadomo, że pracuje nad kolejnymi publikacjami. Wydawnictwo Replika powinno natomiast zdecydowanie bardziej przyłożyć się do korekty swoich książek, jest to bowiem jedyna istotna wada recenzowanej publikacji.
AlbertR - awatar AlbertR
ocenił na 7 3 lata temu
Niemiecki as pancerny na frontach II wojny światowej Richard Freiherr von Rosen
Niemiecki as pancerny na frontach II wojny światowej
Richard Freiherr von Rosen
Do tej pory z historią 503 Batalionu Czołgów Ciężkich stykałem się wyłącznie w opracowaniach historycznych. Gdy "Niemiecki as pancerny" trafił w moje ręce wreszcie miałem okazje poczytać o tej jednostce relację z pierwszej ręki. Autor wspomnień Richard Freiherr von Rosen przebył praktycznie cały szlak bojowy batalionu od momentu sformatowania do walk na Węgrzech w 1945 roku, osiągając funkcję dowódcy 3. Kompanii. Sięgając po książkę spodziewałem się, że autor skupi się głównie na walkach jakie toczył dowodząc tak Tygrysem jak i Tygrysem Królewskim, dzieląc się przy tym opiniami na temat tych czołgów i ich wartości bojowej na konkretnych teatrach wojennych. Po przeczytaniu książki muszę przyznać, że zostałem zaskoczony, ale pozytywnie. Co ciekawe autor nie poświęca specjalnej uwagi maszynom, na których służył i nie rozpisuje się jak niezwyciężoną bronią były Tygrysy, choć równocześnie nie pisze o ich awaryjności. Większość uszkodzeń jakie odnoszą Tygrysy, które opisuje autor są efektem walk lub warunków terenowych. To co mnie zaskoczyło to to, że autor skupia się bardzo mocno na funkcjonowaniu i codziennej służbie w 3. Kompanii 503 Batalionu Czołgów Ciężkich. Czytając książkę możemy przyjrzeć się dokładnie: jak wyglądały szkolenia, jak funkcjonowały warsztaty przy frontowe, jak przebiegły przygotowania i planowanie działań bojowych, czy po prostu jak wyglądało życie żołnierzy, gdy akurat nie toczyli walk. Jest to niewątpień duża zaleta książki, która wyróżnia ją na tle innych wspomnień niemieckich czołgistów. Dzięki niej możemy zobaczyć jak funkcjonował owiany legendą Batalion Czołgów Ciężkich i przekonać się w jak różnych okolicznościach przyszło mu toczyć walki, szczególnie gdy będziemy czytać o walkach w Normandii oraz na Węgrzech w 1945 roku. Książka napisana jest naprawdę dobrze, przystępnym i jednocześnie bardzo plastycznym językiem, a prowadzona narracja naprawdę wciąga. Dużym plusem są załączone mapki, dzięki czemu możemy śledzić rejony, w których w danym momencie operował 503 Batalion Czołgów Ciężkich. Niewątpliwie największym atutem książki są zamieszczone w niej zdjęcia. Rzadko zdarza się aby drugowojenne wspomnienia były tak bogato ilustrowane. Większość zdjęć pochodzi z prywatnych zbiorów autora i nie była do tej pory publikowana. Załączone zdjęcia idealnie uzupełniają się z treścią książki, gdyż obrazują praktycznie wszystkie wydarzenia, o których czytamy. Dodatkowo niektóre zdjęcia mogą stanowić inspirację dla modelarzy przy tworzeniu naprawdę ciekawych dioram.
Sarmata - awatar Sarmata
oceniła na 8 5 lat temu
Człowiek, który rozpętał II wojnę światową. Alfred Naujocks – fałszerz, morderca, terrorysta Florian Altenhöner
Człowiek, który rozpętał II wojnę światową. Alfred Naujocks – fałszerz, morderca, terrorysta
Florian Altenhöner
71/2024 Prowokacja w Gliwicach z 31 sierpnia 1939 miała dać Niemcom propagandowy pretekst do ataku na Polskę. Przebrani za polskich separatystów funkcjonariusze SD mieli zaatakować niemiecką radiostacje w Gliwicach, leżących ówcześnie na terytorium Rzeszy. Akcja okazała się finalnie wielką klapą i manifest domniemanych powstańców śląskich usłyszała garstka ludzi w okolicy. Nie przeszkodziło to jednak w rozkręceniu antypolskiej propagandy i usprawiedliwienia dla ataku na Polskę. Osobą odpowiedzialną za tę akcję był bohater niniejszej książki Alfred Naujocks. Było to prawdopodobnie najważniejsze w życiu zadanie tego Kilończyka. Nie była to jednak jedyna tego typu akcja w jakiej brał udział Naujocks. Jedną z pierwszych istotnych akcji w jego karierze miało być zabójstwo niemieckiego dysydenta Rudolfa Formisa w czechosłowackiej Pradze. Formis obsługiwał radiostację z polecenia Ottona Strassera, przywódcy Czarnego Frontu, konkurencyjnego względem NSDAP ruchu. Idea zabójstwa Strassera spaliła na panewce, więc zdecydowano się zgładzić Formisa. Czego dokonali Naujocks i Werner Göttsch w pokoju hotelowym swojej ofiary na początku 1935 roku na terenie Czechosłowacji. W 1938 roku dostał za zadanie „podpalenie” Słowacji, gdzie miał przeprowadzić szereg zamachów terrorystycznych. Była to część akcji mającej dekompozycję i aneksję Czechosłowacji. W listopadzie 1939 w Venlo w Holandii doszło do porwania brytyjskich agentów w którym udział brał Naujocks. Nasz bohater brał też udział w akcji fałszowania brytyjskich banknotów. Miało to uderzyć w gospodarkę Zjednoczonego Królestwa, ale akcja zakończyła się kompletną klapą, ponieważ tak symboliczne działania nie mogły zaszkodzić w żadnym wypadku Londynowi. Niedługo potem Naujocks popadł w konflikt z Reinhardem Heydrichem i został zdegradowany oraz zesłany na front wschodni do Waffen-SS na terenie Ukrainy. Nie zagrzał tam długo miejsca i częściowo wrócił do łask. Został wysłany do Belgii, gdzie znacząco przetrzebił szeregi ruchu oporu. Niedługo później został wysłany do Słowenii oraz Danii. W 1944 oddał się w ręce Amerykanów. Został oddany pod sąd w Danii, gdzie został skazany na więzienie za zbrodnie w akcjach odwetowych SS. Został zwolniony przedterminowo i dożył swoich dni na wolności w 1966 roku. Do końca życia dyskontował swoją służbę w SD i kreował się na uosobienie niemieckiego Jamesa Bonda, czyli szpiega do zadań specjalnych. *** Altenhöner wykonał solidną pracę i w kompleksowy sposób opisał lata działalności Naujocksa w ramach nazistowskiej machiny opresji. Minusem jest na pewno to, że jest zdecydowanie za mało o życiu prywatnym bohatera i przez to można mieć mały niedosyt po lekturze książki.
Ahura Mazda - awatar Ahura Mazda
oceniła na 7 1 rok temu
Włoch w śniegach Rosji Mario Rigoni Stern
Włoch w śniegach Rosji
Mario Rigoni Stern
Czytałem długo owe maleństwo i dwa razy do niego podchodziłem. Ale wynikało to wyłącznie z tego iż... nie mam za bardzo czasu na książki papierowe. Same wspomnienia są dość ok. Nie jest to poziom "Niemieckiego Czołgisty" Sandera aczkolwiek Rigoni Stern napisał swą książeczkę zaraz po wojnie. Pamięć jeszcze nie uległa zatarciu choć z pewnością emocje zostały już wychłodzone. Nie ma też tutaj żadnej ideologii. Ani sympatii do faszyzmu ani powojennego antyfaszyzmu bądź też odchyłów prokomunistycznych. Większość Włochów nie była ideowcami podczas wojny ani w czasie walk "domowych" (faszyzm vs komunizm) zatem zapewne Stern nie udawał ani też nie usiłował nikomu schlebiać. Same wspomnienia są dość zwyczajne. Rigoni Stern był zaledwie sierżantem i dowódcą sekcji ciężkiego karabinu maszynowego Breda mod. 37 (z którego też strzelał). Oznacza to, że czytelnik spogląda na wojnę oczami praktycznie trepa, który wie bardzo mało o sytuacji na froncie w skali operacyjnej bądź o samej wojnie. Stern tego nie uzupełniał po wojnie... i dobrze. Większa wiarygodność źródła. Nasz włoski sierżant służył w 2 Dywizji Alpejskiej (górskiej) będącej częścią Włoskiego Korpusu Alpejskiego, który trafił do ZSRR jako element ARMIR (Armata Italiana in Russia). Konkretnie zapędziła się nad rzekę Don, na południe od Stalingradu i brała udział w "bitwie stalingradzkiej". Zabezpieczała flankę niemieckiej 6 armii, która usiłowała zająć miasto. Połowa książki (składającej się z dwóch części) to proza życia okopowego nad rzeką. Raczej bardzo mało walk, a bardzo dużo marznięcia, walki ze wszami, prób zdobycia tytoniu i szukania żarcia. Jedzenie to główne zmartwienie żołnierzy armii lądowej od szeregowego po oficerów młodszych włącznie i ten temat z reguły jest poruszany najczęściej we wszystkich porządnych (czyt. wiarygodnych) wspomnieniach. Włosi marzą o jedzeniu i przykładają wielką wagę do gotowania polenty. To tradycyjne danie włoskiej kuchni i jest ono oczywistością dla Sterna... ale już z pewnością nie dla polskiego czytelnika. Trzeba sobie samemu wyszukać jak to wygląda bo w książce nie ma żadnych przypisów od redakcji. Nie ma także mapy - żadnej. Druga część zaczyna się wraz z początkiem operacji "Mały Saturn" czyli ofensywy pomocniczej wobec Operacji "Uran" (odcięcie i likwidacja wojsk osi w rejonie Stalingradu). Uderzenie na siły nad Donem. Było ono potężne, a przeciwnik niedozbrojony i wycieńczony więc dość szybko m.in. Włosi musieli zacząć się wycofywać. Dla Sterna oznaczało to mozolny marsz przez śnieg. Więcej głodu, więcej mrozu i walki zarówno w celu przebicia się jak i po prostu o jakieś ciepłe schronienie. To 60-70 stron dość intensywnej akcji pełnej epizodów strasznych, przykrych, okrutnych jak też humanistycznych (gdy wrogowie koegzystują ze sobą w warunkach zimy) bądź... śmiesznych. Mój ulubiony to ten ze strony 74, w której to sowiecka tankietka (zapewne czołg T-60) wyskoczyła zza wzgórza i przemknęła na pełnym gazie, "błotnik w błotnik" obok niemieckiego czołgu i zaskoczonych Włochów. Tak bardzo, że prawie do niej nie strzelano. Podsumowując: Dobra książka. Dla tych, którzy chcą poznać warunki służby włoskich strzelców alpejskich. Ich stosunek do broni... i mułów. Ta formacja była jedną z elitarnych w armii włoskiej i tu to też widać. Stern do momentu wyrwania się z kotła nie porzucił swego karabinu. Został mu on ukradziony pod sam koniec odysei. Jestem osobiście fanem wszystkim wspomnień żołnierzy z państw nie należących do czołowych mocarstw. Tym bardziej doceniam to, że ktoś wydał wspomnienia jakiegoś Włocha.
Telamon - awatar Telamon
ocenił na 8 1 rok temu
Strach Gabriel Chevallier
Strach
Gabriel Chevallier
Gabriel Chevallier jako młody chłopak trafia do francuskiej armii i zostaje wysłany na front. Swoje przeżycia z Szampanii, Chemin des Dames oraz innych pól bitewnych opisał później w swojej książce "Strach", chociaż głównym bohaterem jest Darlemont, w którym można odnaleźć pierwowzór autora. Mamy więc zatem pewien miks wspomnień z powieścią, napisany bardzo zgrabnym literackim językiem, pełnym przemyśleń oraz brutalności otaczającego bohatera świata. Jeśli chodzi o wojenne wspomnienia, to lubię takie, które prezentują pełne spektrum wojskowego życia i Gabriel Chevallier akurat to oferuje w swojej pozycji. Są opisy szkolenia, tego co działo się na polach bitewnych, jak wyglądało życie w szpitalu oraz rekonwalescencja. Podczas lektury naturalnie nasuwają się skojarzenia z "Na zachodzie bez zmian", jednak "Strach" nie jest aż tak beznadziejny. Bohater chce po prostu przeżyć wojnę, nie wstydzi się swojego strachu, nie kryje się z tym, że będąc łącznikiem, uważa sam siebie za dekownika, który ma trochę większe szanse na przeżycie niż inni. Tutaj dostrzegamy w bohaterze pewną iskierkę, chęć życia, nawet jeżeli i jego stać na pewne odważne czyny, które mogą zakończyć się zgonem. Wydźwięk pozycji jest oczywiście antywojenny, tytułowy "Strach" nie jest tu bez znaczenia. Książka nie roi się od chwalebnych czynów, jest raczej ponura rzeczywistość, chęć przeżycia, krytyka przełożonych, a autor więcej zrozumienia przejawia dla Niemców po drugiej stronie niż dla własnej generalicji. Literacko znakomite są zwłaszcza opisy pobytu w szpitalu oraz rekonwalescencji, gdzie autor zderza się z innym światem. Flirtuje z pielęgniarkami, które podziwiają go za inteligencję, ale jednocześnie nie rozumieją jego strachu, co Chevallier tłumaczy pewnymi społecznymi barierami. Podobnie ma się rzecz, kiedy bohater wybiera się do domu - ojciec chciałby widzieć więcej belek na ramieniu syna, ten z kolei życzy sobie, aby rodzic zrozumiał wojnę, ale wie, że to daremny trud, więc konflikt pokoleń będzie trwał nadal. Wspomnienia Gabriela Chevalliera są naprawdę brutalne, ale też niezwykle realistyczne. Kiedy autor ma problemy żołądkowe podczas ostrzału artyleryjskiego, autentycznie to czujemy i współczujemy mu. "Strach" to pozycja godna polecenia, po lekturze tej książki piekło frontu zachodniego weszło w mojej głowie na inny poziom.
Balcar - awatar Balcar
ocenił na 7 4 lata temu
Zapiski oficera z niewoli Piotr Nikołajewicz Palij
Zapiski oficera z niewoli
Piotr Nikołajewicz Palij
To uczucie, kiedy podczas ostatniego z rzutów karnych decydujących o mistrzowie świata w piłce nożnej nagle wysiada prąd i gaśnie telewizor. To uczucie, kiedy młodszy brat zabiera ci wisienkę z tortu urodzinowego, którą zostawiłeś sobie na sam koniec. To uczucie, kiedy niezrównany gawędziarz nagle, nie podając żadnego konkretnego powodu, kończy opowiadaną przy ognisku historię, pozostawiając słuchaczy z wypisanym na twarzach pytaniem: „No co jest…?”. Wspomnień żołnierzy różnych frontów drugiej wojny światowej oczywiście nie brakuje. Niektóre pod względem emocji są płaskie jak naleśnik. Inne wydają się tak podkoloryzowane, że gdyby je sfilmować, niechybnie trafiłyby na sklepową półkę z fantastyką. Cała sztuka w pisaniu wojennych wspomnień polega na tym, aby wiernie oddać swoje przeżycia i nie zostać posądzonym o bycie kolejnym wcieleniem barona Münchhausena, a jednocześnie nie zanudzić Czytelnika. Temu niełatwemu wyzwaniu sprostał Piotr Nikołajewicz Palij, a raczej niejaki Drozdow, bo prawdopodobnie właśnie takie nazwisko nosi Autor wspomnień pod tytułem „Zapiski oficera z niewoli”, wydanych przez gdańską oficynę Katmar. Palij przed wojną był niezłym inżynierem, niespecjalnie angażującym się w politykę Związku Radzieckiego. Może właśnie ze względu na tę, podejrzaną jak na człowieka sowieckiego, oziębłość został podczas wielkiej czystki uwięziony przez NKWD i oskarżony o ukraiński nacjonalizm. Zmobilizowany po wypuszczeniu z więzienia, w 1941 roku trafia na dawne polskie Kresy. Tutaj buduje umocnienia Linii Mołotowa (dziwiąc się tłumaczeniom dowództwa, które na pytanie o budowane po drugiej stronie granicy na Bugu pod Siemiatyczami mosty pontonowe, słyszy, że z pewnością będą one potrzebne niemieckim sojusznikom do… desantu na Anglię), wraz z innymi jednostkami wycofuje się przed napierającym Wehrmachtem i wreszcie zostaje wzięty do niewoli, gdy próbuje bronić linii Dniepru. W Peenemünde, gdzie jako jeden z wielu trybików w maszynie tworzy podzespoły niezbędne do produkcji rakiet V-1 i V-2, podejmuje decyzję o wstąpieniu do Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej generała Andrieja Własowa. Po wojnie, w nie do końca jasnych okolicznościach, trafia do USA, gdzie pracuje w koncernie Lockheed. Wspomnienia Palija to spis smutnych historii (jak ta o polskiej nastolatce zgwałconej przez rosyjskiego żołnierza, który pod przybranym nazwiskiem zdobył zaufanie jej rodziców), uderzających kontrastów (obdarta, głodna i niewyposażona Armia Czerwona kontra „dżentelmeni” z Wehrmachtu, opatrujący rannych jeńców w szpitalu, dobrze karmiący i częstujący papierosami) i przerażających opowieści z jenieckich obozów, pełnych głodu, chorób, pasożytów i sadystycznych strażników oraz funkcyjnych więźniów, czyli samych Rosjan, wyłapujących komisarzy politycznych, Żydów i zaprzysięgłych zwolenników komunizmu, a także oficerów, którzy im podpadli i na których wreszcie mogli się odegrać. Palij jest świetnym obserwatorem, zwłaszcza procesu zmiany myślenia jeńców. Przykładni członkowie partii, mniej lub bardziej ideowi, z czasem stają się zaprzysięgłymi przeciwnikami systemu powstałego w Związku Radzieckim. Stalin z półboga staje się wrogiem numer 1, znienawidzonym i oskarżanym o wywołanie wojny, której nie można wygrać. Jeńcy mają mu za złe zwłaszcza to, że ZSRR nie podpisał konwencji genewskich, więc formalnie żołnierzom radzieckim nie przysługiwały te przywileje co obywatelom krajów będących sygnatariuszami. Stalagi dla żołnierzy Armii Czerwonej nie były nadzorowane przez przedstawicieli Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, przez co nie mieli oni szans na przykład na regularną korespondencję z rodzinami. Książkę czyta się dobrze, ale byłoby jeszcze lepiej, gdy Autor kontynuował swoją historię, bo bezsprzecznie opuścił najciekawsze momenty swojej biografii: służbę w ROA Własowa, jej zakończenie i tajemniczy przerzut do Stanów Zjednoczonych. Niedosyt jest spory, wręcz gigantyczny, i rzutuje na całościową ocenę wspomnień Palija, która solidnej szkolnej „czwórki” przekroczyć nie może. Na zakończenie jeszcze mała rada dla wydawcy. Proszę nie oszczędzać na korekcie albo zlecić używanie klawiatury z polskimi znakami, bo brakujące nad „ż” kropki przestałem liczyć po dwudziestym razie. Sama książka to około trzysta stron w twardej okładce i bez ilustracji. Plusem z pewnością jest tłumaczenie Piotra Tymińskiego. Ale tej zjedzonej „wisienki” Autorowi i tak nie podaruję…
mitobrave - awatar mitobrave
ocenił na 6 2 lata temu

Cytaty z książki Myśliwce nad Finlandią Wspomnienia pilota dwóch wojen

Więcej
Eino Luukkanen Myśliwce nad Finlandią Wspomnienia pilota dwóch wojen Zobacz więcej
Więcej