Mleczna droga

Okładka książki Mleczna droga
Miguel Vila Wydawnictwo: Kultura Gniewu komiksy
176 str. 2 godz. 56 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Data wydania:
2025-06-20
Data 1. wyd. pol.:
2025-06-20
Data 1. wydania:
2023-12-05
Liczba stron:
176
Czas czytania
2 godz. 56 min.
Język:
polski
ISBN:
9788368331240
Tłumacz:
Mateusz Kłodecki
Średnia ocen

                7,6 7,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Mleczna droga w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Mleczna droga

Średnia ocen
7,6 / 10
41 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
2694
2516

Na półkach:

POPKULTUROWY KOCIOŁEK: Akcja Mlecznej drogi rozgrywa się w sennym, fikcyjnym miasteczku Bessaniga na włoskiej prowincji, gdzie czas płynie rytmem nudy i niespełnionych ambicji. Głównymi bohaterami są tu Marco i Stella, młoda para, której związek z pozoru wydaje się stabilny, choć pod powierzchnią kipi od problemów z intymnością i finansowej zależności. Marco, zmagający się z dysfunkcjami seksualnymi i brakiem pewności siebie, żyje w cieniu bardziej zaradnej partnerki, która opłaca jego lekcje prawa jazdy. Wszystko zmienia się, gdy w ich życiu pojawia się Lulu, samotna matka o specyficznej urodzie. Marco wpada w spiralę obsesji na punkcie Lulu, a konkretnie jej piersi, co prowadzi do serii zdarzeń obnażających hipokryzję i emocjonalną nędzę wszystkich zaangażowanych stron.

Mleczna droga Miguela Vili to komiks zdecydowanie dla dorosłego czytelnika, który od pierwszych stron rzuca go w świat skrajnych kontrastów. Z jednej strony sielska włoska prowincja, pastelowe kolory i spokojne uliczki, z drugie emocjonalne zmagania bohaterów, seksualne obsesje i moralne napięcia. Vila łączy tu groteskę z psychologicznym thrillerem, pokazując, jak subtelnie, a zarazem brutalnie, codzienność może ujawniać ludzkie słabości i frustracje.

Historia Marco i Stelli, choć z pozoru banalna, szybko zmienia się w studium patologii emocjonalnej i seksualnej obsesji. Pojawienie się Ludovici, kobiety o nieprzeciętnych kształtach, wywołuje lawinę uczuć, od fascynacji po odrazę, zarówno w bohaterach, jak i w czytelniku. Autor nie ucieka tu od szczegółów cielesności. Przedstawia on ciało ludzkie w sposób surowy, realistyczny, wręcz chirurgiczny. To nie jest komiks o pięknych ludziach z Instagrama. To komiks o ciele w jego najbardziej fizjologicznym, wręcz turpistycznym wydaniu.

Postać Ludovicy jest tu kluczowa. Autor rysuje ją w sposób celowo deformujący: wielkie piersi, zepsute zęby, zmęczona twarz. Dla Stelli, która uosabia standardy „ładnej dziewczyny” z klasy średniej, Lulu jest obiektem drwin i wyższościowego bullyingu. Jednak dla Marca, zablokowanego emocjonalnie i uzależnionego od pornografii, Lulu staje się obiektem chorej fascynacji. Jej fizyczność, tak odległa od wyestetyzowanych kanonów, budzi w nim pierwotne pożądanie, które autor łączy z motywem laktacji. Fetysz ten czasem może trochę odstręczać, ale twórca stara się go nie pokazywać nadmiernie w sposób erotyczny.

Dużą zaletą komiksu jest przede wszystkim jego artystyczna konstrukcja. Vila bawi się tu formą: duże i małe kadry, puste przestrzenie między nimi, różnorodna geometria planszy. Wszystko to wprowadza rytm narracji i nadaje odpowiednią dynamikę opowieści. Widzimy tu ciekawe wykorzystanie koloru: subtelne pastele kontrastują z chłodnym realizmem scen intymnych, podkreślając rozdźwięk między estetyką a brutalną prawdą codzienności....

https://popkulturowykociolek.pl/mleczna-droga-recenzja-komiksu/

POPKULTUROWY KOCIOŁEK: Akcja Mlecznej drogi rozgrywa się w sennym, fikcyjnym miasteczku Bessaniga na włoskiej prowincji, gdzie czas płynie rytmem nudy i niespełnionych ambicji. Głównymi bohaterami są tu Marco i Stella, młoda para, której związek z pozoru wydaje się stabilny, choć pod powierzchnią kipi od problemów z intymnością i finansowej zależności. Marco, zmagający się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

77 użytkowników ma tytuł Mleczna droga na półkach głównych
  • 49
  • 28
21 użytkowników ma tytuł Mleczna droga na półkach dodatkowych
  • 6
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Mleczna droga

Inne książki autora

Okładka książki Latająca forteca Lorenzo Palloni, Miguel Vila
Ocena 7,2
Latająca forteca Lorenzo Palloni, Miguel Vila

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Samotność w centrum wszechświata Zoe Thorogood
Samotność w centrum wszechświata
Zoe Thorogood
Już sam odbiór komiksu autobiograficznego o takim ciężarze był dla mnie wyzwaniem. Ciężary uniosłem; mam dwie nastoletnie córki, które mają swoje problemy, niekiedy podobne. Wiem, z czym się je treść "Samotności w centrum wszechświata" - potrafiłem ją przyswoić, okiełznać i w końcu przetrawić. Chociaż to są wciąż trudne momenty, bowiem Zoe Thorogood do wieku nastoletniego cofa się wiele razy, ten wiek przenika przez wszystko i wszystko ma na wszystko wpływ. Kwintesencją są jednak jej lata dorosłe. Czyli wiele jeszcze przede mną. Oczywiście każdy dramat jest inny, a my tutaj mamy się skupić na komiksowym medium. Jaka jest graficzna powieść w pełni szczera i bezkompromisowa w wykonaniu Thorogood? Właśnie to napisałem: szczera i bezkompromisowa. Ta sama bezkompromisowość uderza przez pierwsze kilkadziesiąt stron jak ostrym narzędziem w twarz. Ci czytelnicy mniej otwarci mogą sobie nie poradzić z formalizmem, bo główną cechą komiksu (później już się oswoisz, nie bój się) jest duże przebodźcowanie. Początek - długi początek - to bałagan, ale to decyzja nie tyle świadoma, co po prostu definiująca jeden z wielu stanów, jaki towarzyszył (towarzyszy?) autorce. Mnogość stylów (prawie jak w antologii od różnych ilustratorów), kolaże, odważny formalizm. Moje córki bawiły się kiedyś taką książeczką Zniszcz ten dziennik - to podobny przypadek: każda strona może przynieść coś innego, zawsze twórczego, niejednokrotnie niepokojącego. Nie zapominajmy bowiem o tym, że "Samotność w centrum wszechświata" to komiks wyznanie, pełne bólu, otwierania się, kolejnego bólu, wystawiania się na ocenę. To jest jak wyjście na scenę w najmocniejszym świetle. Widać wszystko, a już na pewno to, co doskwiera autorce, jeżeli chodzi o zdrowie psychiczne. Zatem komiks wyznanie, ale przede wszystkim rodzaj autoterapii. I ja mogę tylko zazdrościć Zoe, ale i innym autorom i autorkom, że mogą sobie poradzić lub próbować sobie poradzić z własnymi słabościami, demonami, diabłami - jak zwał, tak zwał - za pośrednictwem komiksu, powieści, piosenki itd. To zawsze jest doskonały oręż do tej walki. Tak myślę. Zoe więc rysuje i pisze o tym wszystkim, co ją boli, co ją kłuje, wywleka na lewą stronę, dociska do ziemi, niszczy ją od środka i od zewnątrz. Pisze i rysuje swoje stany współczesne, ale i te ze wspomnianego wieku nastoletniego. Dużo tego; prowadzi dialog ze sobą, ale nic nie ukrywa. Dużo tu bólu, czasem zabawnych sytuacji, nerwów, irytacji, całe spektrum emocji. Żeby komiks autobiograficzny był udany, autorka lub autor muszą się przy okazji pisania i rysowania mocno otworzyć, uzewnętrznić swój ból, lęki, skrywane potrzeby. Zoe robi to wszystko, otwiera się, ściąga zbroję, jednak kilka sfer pozostawia zamkniętych na cztery spusty. To zrozumiałe, to nie jest kompletna wiwisekcja i nikt nie chciałby patrzeć na jej życie jak w Big Brotherze, kilka sfer pozostaje tylko jej, ale to nie ma wpływu na interpretacje jej stanu. To przede wszystkim odważna lektura napisana i narysowana przez odważną i dobrą osobę.
Patryk Karwowski - awatar Patryk Karwowski
ocenił na 8 24 dni temu
Vaclav Drakulič jedzie do urzędu Mikołaj Ratka
Vaclav Drakulič jedzie do urzędu
Mikołaj Ratka Jan Mazur Henryk Glaza
POPKULTUROWY KOCIOŁEK: Vaclav Drakulič jedzie do urzędu to pozycja, która na pierwszy rzut oka wydaje się być prostą historyjką pasującą do Krótkich Gatek. Nic jednak bardziej mylnego. Na 72 stronach tego dzieła kryje się bowiem opowieść pełna humoru, groteski i trafnej refleksji nad społeczną i administracyjną absurdalnością, która zdecydowanie kierowana jest do dorosłego czytelnika. Akcja komiksu rozgrywa się w roku 1921, w malowniczym, choć niespokojnym politycznie regionie Karpat. Vaclav Drakulič, starszy pan o bladoszarej cerze i drobnej posturze, zostaje niesłusznie oskarżony o bycie wampirem i jednocześnie traci swój dom w wyniku urzędowej pomyłki. Wierząc w sprawiedliwość i możliwość wyjaśnienia nieporozumienia, Vaclav wyrusza w podróż do stolicy, by złożyć odwołanie i stawić czoła bezdusznym trybom urzędniczej machiny. Po drodze napotyka absurdalne procedury, bezduszną biurokrację i ludzi, którzy traktują go z góry tylko z powodu jego nazwiska. Scenarzysta Jan Mazur przyzwyczaił już swoich fanów do tego, że potrafi pisać o ludzkich słabościach i problemach z niezwykłą przystępnością. Nie inaczej jest w tym komiksie, gdzie bierze na warsztat sprawdzony wątek wampira, ale podaje go w bardzo niezwykłej formie. Główny bohater nie ma w sobie bowiem nic z klasycznego krwiopijcy. Groza zaś w tym komiksie nie wynika z nadprzyrodzonych mocy, lecz z bezduszności systemu. Fabuła jest tu prosta, ale i tak potrafi przykuć uwagę odbiorcy. Autor świetnie buduje bowiem narrację na schemacie, który każdy zna lub prędzej czy później sam doświadczy. Zderzenie bezbronnej jednostki z machiną urzędniczą pomimo swojej fantazyjno-komiksowej formy jest tu więc bardzo realne. W tytule autor odnosi się nie tylko do rzeczywistości, ale również do klasyki literatury w postaci „Procesu” Franza Kafki, co dodatkowo nadaje komiksowi niezwykłości i wyrazistości. Baczne oko czytelnika dostrzeże tu również mniej lub bardziej oczywiste nawiązania do „Nieustraszonych pogromców wampirów” Polańskiego czy „Dwunastu prac Asteriksa”. Dramatyczna otoczka to tylko jedna strona scenariusza. Nie brakuje tu również dość absurdalnego, ale też świetnie pasującego do historii humoru, rodem z filmów Barei. Absurd goni tu absurd, a dialogi, choć oszczędne, często potrafią wywołać uśmiech na twarzy, lub jeśli sytuacja tego wymaga celnie punktować urzędniczą nowomowę. Komiks balansuje między lekką satyrą a poważnym komentarzem o bezsilności jednostki wobec instytucji. Mazur pokazuje tu, że humor i groteska mogą być doskonałymi podstawami naprawdę świetnej opowieści, w której odbiorca nie śmieje się z głównego bohatera, ale z systemu, który zmusza go do działania.... https://popkulturowykociolek.pl/vaclav-drakulic-jedzie-do-urzedu-recenzja-komiksu/
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na 9 2 miesiące temu
Jednoręki i Sześć palców Laurence Campbell
Jednoręki i Sześć palców
Laurence Campbell Dan Watters Sumit Kumar Ram Venkatesan
Scenarzysta Ram V (Ramnarayan Venkatesan) może być obecnie najbardziej znany w Polsce z pisania komiksów o Batmanie; a Dan Watters jako autorka komiksów z uniwersum Sandmana. Jednakże w 2025 r. zbiorcze wydanie ich niezależnego komiksu „Jednoręki i sześć palców” dostało nagrodę Eisnera. Czy rzeczywiście jest tak dobrze? Wydanie to zabiera dwie miniserie – „The One Hand” oraz „The Six Fingers”. Obie opowiadają tę samą historię, ale z dwóch perspektyw. Akcja rozgrywa się w 2873 r. Detektyw Ari Nassara postanawia odłożyć emeryturę, żeby rozwiązać zagadkę serii morderstw przypominających podobne zbrodnie sprzed lat. W tym samym czasie student archeologii Johannes Vale zaczyna mieć luki w pamięci i może być powiązany z morderstwami. Zagadka jest naprawdę wciągająca. Bohaterowie krok po kroku odkrywają kolejne fragmenty łamigłówki, która daje jasno do zrozumienia, że coś jest nie tak z samą rzeczywistością. Rozwiązanie zagadki było bardzo podobne do pewnego cenionego filmu science-fiction, ale podanie jego tytułu byłoby moim zdaniem zdradzeniem fabuły. Niestety wyjaśnienie takiej a nie innej sytuacji wydaje mi się bardzo naciągane, osobiście wolałbym jednak wykorzystanie pewnego innego ogranego motywu, który miałby więcej sensu. Warto też wspomnieć o dobrze napisanych bohaterach. Detektyw Ari Nassara ma dużo wątpliwości co do swoich dotychczasowych działań – mogło się okazać, że wcześniej aresztował niewinnego człowieka. Poza tym dobrze pokazana jest jego samotność, podkreślona przez jałowe uczucia do zaginionej androidki. Z kolei Johannes Vale za wszelką cenę chce rozwikłać zagadkę tajemniczego artefaktu pozostawionego mu przez jego ojca. Czuje się wyraźnie przytłoczony otaczającą go rzeczywistością i nie może znaleźć w niej miejsca dla siebie. Świat przedstawiony jest dosyć typowy dla science-fiction. Widać tutaj wyraźne echa „Łowcy androidów” czy „Ghost in the Shell”. Za oprawę graficzną odpowiadają tutaj Laurence Campbell („Jednoręki”) oraz Sumit Kumar („Sześć palców”). Brudna pozornie niestaranna kreska Campbella doskonale pasuje do mrocznego śledztwa przywodzącego na myśl film „Siedem”. Zdecydowane przeciwieństwo stanowią bardzo przejrzyste rysunki Kumara, które zdecydowanie rzadziej bawią się w eksperymenty. Ogólnie jest to bardzo porządna historia, która wykorzystuje znane już motywy. Dobrze udało się wykorzystać potencjał opowiedzenia tej samej historii z dwóch punktów widzenia. Nie jestem jednak pewien czy to na pewno jest aż warte Eisnera.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na 8 9 dni temu
Władca much William Golding
Władca much
William Golding Aimée de Jongh
Cholera jasna, nie mogę się otrząsnąć! Ja, który jako student historii zajmowałem się naprawdę trudną tematyką, nie mogę się pozbyć sprzed oczu tych obrazów. Nie wiem jakie demony muszą nękać ludzką psychikę by stworzyć takie dzieło. Jednego jestem jednak pewien, tytuł tej powieści zdecydowanie nie jest na wyrost… Mowa o graficznej adaptacji powieści autorstwa Williama Goldinga, pt. „Władca Much”. Książka traktuje o grupie chłopców, w różnym wieku, którzy na skutek katastrofy trafiają na bezludną wyspę. Początkowo są w panice, zdani sami na siebie, bo żaden dorosły nie przeżył. Szybko jednak zaczynają się organizować. W drodze głosowania wybierają wodza, w tej roli 12 letni Ralph, a on rozdziela wszystkim zadania, w tym to najważniejsze: podtrzymywać ogień sygnalizacyjny. Nie wszystkim jednak podoba się postępowanie wodza, a niektórzy z nich chętnie sięgnęli by po władzę. Czy cokolwiek zmienia sposób opowiedzenia tej historii? Nie, ponieważ autorka adaptacji nie ingerowała w tekst źródłowy, więc dialogi, itd. są tożsame z dziełem Goldinga. Jedyne co zrobiła to zilustrowała używając w tym celu medium jakim jest komiks. Można rozłożyć na czynniki pierwsze każdy element fabuły i analizować go niczym traktat filozoficzny, którym niewątpliwie jest. Ja jednak skupię się na wrażeniach i wydźwięku jaki ów komiks zrodził we mnie. Przede wszystkim perfekcyjne zobrazowanie ludzkiej natury. Ukazanie, że nie ma czegoś takiego jak niewinność, bo każdy będzie miał coś na sumieniu. Nie ma dobra, gdy w grę wchodzi przetrwanie. Nie ma moralność, gdy jedyne co nas ogranicza to my sami. To potworne wnioski, zwłaszcza gdy mamy na myśli dzieci. Szczerze NIC, absolutnie nic, nie przygotowało mnie na taki scenariusz. Na fakt, iż zło zakorzenione jest w każdym i to niezależnie od wieku. Na tempo w jakim demokracja, może przerodzić się w dyktaturę. Na łatwość i lekkość z jakimi można usprawiedliwić lub wymazać najpodlejszy czyn. Golding walczył na wojnie, a „Władca Much”, jego pierwsza książka, stała się nie tylko sposobem na krytykę społeczeństwa. Stała się rozliczeniem z jego wojenną traumą. Autorka we wspaniały sposób zobrazowała to dzieło. Niewątpliwie kreska ma w sobie to coś i jest przyjemna dla oka. Jednak to jeszcze bardziej miażdży czytelnika. Bo czy mogła być w obrazowaniu brutalniejsza i bardziej turpistyczna? Oczywiście. Jednak doskonale rozumiała, że „Władca Much” tego nie potrzebuje. Zło wszak jest ohydne same z siebie, nie trzeba go więc dodatkowo „upiększać”, zwłaszcza gdy w swej surowej formie i tak jest już niemal nie do zniesienia. A co z postaciami zapytacie? Nic. Nie ocenie ich. Po prostu. Próba ustosunkowania się do nich, zbyt głęboko weszła by w fabułę. Jedyne co mogę stwierdzić to fakt, że nie ma tu postaci na siłę, bo wszyscy dopełniają całość zamysłu. Do myślenia niech da wam fakt, że ani razu nie użyłem słowa bohaterowie… Podsumowując, ten komiks to fenomenalne zobrazowanie arcydzieła literatury brytyjskiej. Dzięki takiej formie wydaje się ono być nieco przystępniejsze niż oryginał, więc z pewnością powinien po to sięgnąć zasadniczo każdy, kto będzie na nie gotów. Wydaje mi się, że jest to oczywiste, jednak wspomnę, że mimo iż jest to komiks i to o dzieciach, do dzieci skierowany nie jest. P.S. Dla jasności tytuł „Władca Much” odnosi się do jednego z imion Belzebuba i jest jego dosłownym tłumaczenie z hebrajskiego. Ten demon przez niektórych utożsamiany jest z szatanem, a jedną z jego domen jest wojna.
Michał Wyrwa - awatar Michał Wyrwa
oceniła na 10 23 dni temu
Tam było ciało Ed Brubaker
Tam było ciało
Ed Brubaker Sean Phillips
Tam Było Ciało. Fabuła to mieszanka postaci i wątków, które z pozoru niewiele ze sobą mają wspólnego, a jednak autorzy sprytnie wszystko splatają w ciekawą całość. Mamy tu parę nastolatków mających się ku sobie, podejrzanego policjanta zabawiającego się z żoną doktora leczącego bezdomnego weterana wojennego, a także nastolatkę przebierającą się za superbohaterkę i prywatnego detektywa, który przemyka tu i ówdzie w poszukiwaniu zbiegłej dziewczyny. Cała plejada postaci, a do tego… tytułowe ciało, które pojawia się dopiero w dalszej części i w gruncie rzeczy ma dość marginalne znacznie dla wydarzeń. Szczerze, to ciekawe czemu wylądowało w tytule… Mimo tego drobnego zgrzytu, duet autorów ponownie nie zawodzi. Fabuła jest świetnie skonstruowana, a postacie (każda z własną obyczajową historią) robią dobrą robotę. Początkowo niepowiązane wątki zaczynają się zazębiać, a z każdą kolejną stroną wychodzi na jaw, że każdy element historii ma swoje znaczenie. I choć komiks nie jest absolutnie najlepszym komiksem tych autorów, zabawa przy nim jest świetna. Bywa ciężko, bywa dramatycznie, bywa zabawnie, a momentami wręcz przewrotnie – z delikatnym wodzeniem za nos. Wizualnie też jest przyzwoicie. Nie jest to najwyższy lot artysty, ale klimat zapomnianych przedmieść, który unosi się nad kadrami, naprawdę działa i wciąga w historię. Tytuł potwierdza, że Brubaker potrafi trzaskać dobre kryminały jak mało kto! Komiks ten i wiele innych zobaczysz na moim Instagramie: Lukkegeek
LukkeGeek - awatar LukkeGeek
ocenił na 8 29 dni temu
Come Prima Alfred (Lionel Papagalli)
Come Prima
Alfred (Lionel Papagalli)
Komiks napisany i narysowany przez Lionela Papagalliego, skrywającego się pod pseudonimem Alfred. Jego akcja toczy się w 1958 roku. Po kilku latach dochodzi do spotkania dwóch braci – Fabia i Giovanniego. Jeden z nich prosi drugiego, aby wyruszył z nim w podróż do Włoch wraz z urną, w której znajdują się prochy ich ojca. Wsiadają do starego Fiata 500 i ruszają w drogę. Stopniowo odkrywamy ich historię, to, co tak bardzo ich poróżniło, oraz tajemnice, które skrywają. Komiks jest klasyczną powieścią drogi, obarczoną jednak bardzo skomplikowaną relacją między braćmi. Istotną rolę odgrywa tu także tło historyczne i społeczne — doświadczenia II wojny światowej, jej długofalowe skutki dla Włoch oraz fala emigracji do Francji stanowią ważny kontekst dla losów bohaterów. Na kilka słów zasługuje również kreska, która jest raczej prosta i oszczędna. Mnie ten styl bardzo przypadł do gustu. Dużą rolę odgrywają kolory — w większości ciepłe, lecz zmieniające swoją tonację wtedy, gdy opowiadana historia tego wymaga. Według mnie Come Prima to bardzo dobra pozycja. Siłą komiksu jest jego finał. Choć przez długi czas trudno mi było sympatyzować z którymkolwiek z bohaterów, to wraz z rozwojem historii stają się oni coraz bardziej zrozumiali. Zakończenie pokazuje, że nawet najbardziej skomplikowane i naznaczone bólem relacje mogą prowadzić do pojednania i akceptacji.
alcybiades - awatar alcybiades
ocenił na 8 2 miesiące temu
Pieskie szczęście Keum Suk Gendry-Kim
Pieskie szczęście
Keum Suk Gendry-Kim
W Pieskim szczęściu oczywiście najmocniej poruszyły mnie te fragmenty, w których autorka porusza tematy handlu psim mięsem, porzucenia, przemocy wobec zwierząt i zwyczajnego, codziennego braku empatii. Psy w klatkach, na łańcuchach, traktowane jak towar, a nie czujące istoty, powinny być wstydem dla każdego społeczeństwa i dla każdego człowieka. Jednocześnie uważam, że choć komiks dotyka ważnych kwestii społecznych, robi to zbyt pobieżnie. Brakuje mi mocniejszego rozwinięcia, czegoś więcej niż symbolicznego zarysowania tła. Autorka mogła pójść dalej, odważniej. Dlatego czuję pewien niedosyt, bo potencjał był ogromny. Czytając komiks, nie mogłem nie myśleć o polskich realiach. W naszym kraju wciąż widzę psy trzymane na łańcuchach, na gołym betonie, na podwórkach, gdzie nie doświadczają niczego poza izolacją i zimnem. W tym kontekście decyzja Nawrockiego, który nie podpisał ustawy zakazującej trzymania psów na łańcuchach, budzi we mnie autentyczne oburzenie. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak można świadomie utrzymywać przepisy pozwalające na zadawanie zwierzętom cierpienia. To nie jest dla mnie kwestia „światopoglądu”, tylko elementarnej przyzwoitości. Takie decyzje bardzo źle świadczą o politykach, którzy je podejmują. Efekt jest taki, że dobrostan zwierząt staje się zakładnikiem ideologii, co mnie, jako kogoś, dla kogo psy były zawsze częścią rodziny, szczerze boli i zwyczajnie złości. Wszystkie te kwestie sprawiają, że „Pieskie szczęście” rezonuje nie tylko jako opowieść autobiograficzna, ale także jako przypomnienie, że zwierzęta są papierkiem lakmusowym ludzkiej wrażliwości. A los psów — w Korei, w Polsce, w każdym kraju — to zawsze opowieść o nas samych. W tej perspektywie komiks staje się nie tylko historią Marchewki czy Kartofla, lecz także pytaniem o to, jak bardzo jesteśmy gotowi zmieniać własne nawyki, tradycje i przekonania, by dawać innym istotom więcej przestrzeni i mniej bólu.
Agatonik - awatar Agatonik
ocenił na 8 20 dni temu
Dni demonów Peach Momoko
Dni demonów
Peach Momoko
Dni Demonów, to komiks wyjątkowy na tle innych powieści graficznych Marvela. Tym razem, zamiast opowiadać o kolejnych superbohaterskich potyczkach, Peach Momoko tworzy własne uniwersum. Czerpie inspiracje przede wszystkim z Japonii. Widać, to zarówno po postaciach, jak i stylu graficznym, mocno kojarzącym się z mangą. I to wszystko zostało podlane marvelowskim sosem. [...] Komiks zaczyna się w ciekawy sposób, czyli od pięknej legendy o konflikcie pomiędzy ludźmi, a Oni – demonami zamieszkującymi góry i lasy. Potem okazuje się, że tę historię czyta nasza protagonistka – Mariko. I tym sposobem trafiamy do współczesnej Japonii. I tutaj zaczynają się schody, bo Peach Momoko zaczyna pędzić z fabułą na złamanie karku. Według mnie przydałby się co najmniej jeden dodatkowy zeszyt, który by nas wprowadził w ten świat. A tutaj raptem po kilku stronach ujawniamy, że protagonistka jest dzieckiem Oni, zaraz wyrusza na górę odkryć swoje przeznaczenie itd. Jak dla mnie trochę za szybko się to dzieje. Wolałbym się rozkoszować tą fabułą ze względu choćby na genialne rysunki. Nie zmienia to faktu, że Peach stworzyła naprawdę ciekawą i fascynująca historię. Co rusz nasza protagonistka natyka się na jakieś nietypowe postacie będące mieszanką japońskich demonów i marvelowych superbohaterów. Starcia są o wiele brutalniejsze niż w typowym komiksie Marvela – zdecydowanie na plus. Trochę szkoda, że przez to gnanie z akcją, nie bardzo jest czas poznać charaktery poszczególnych postaci, których jest tutaj naprawdę sporo. [...] Ocenianie oprawy graficznej często sprawia mi problem. Jakoś z reguły sobie radzę, ale w tym wypadku mam spory kłopot, bo ciężko mi słowami wyrazić moje subiektywne odczucia z obcowania z ilustracjami Momoko. Według mnie są po prostu przepiękne, zachwycające. Jest w nich coś, sam nie wiem… magicznego. Cała recenzja: https://ostatniatawerna.pl/marvel-w-japonii-recenzja-komiksu-dni-demonow/
OstatniaTawerna - awatar OstatniaTawerna
oceniła na 8 4 miesiące temu
Old Boy. Tom 2 Garon Tsuchiya
Old Boy. Tom 2
Garon Tsuchiya Nobuaki Minegishi
Czy można w ogóle pisać o wyższości mangi nad wybitną filmową adaptacją? Nie można. W tym przypadku to dzieła, które funkcjonują równolegle. Każdy z tych utworów daje coś unikalnego, coś od siebie. W mandze doceniam teraz, przy drugim tomie, znaczenie cliffhangerów na zakończenie każdego epizodu. Jak w najlepszym serialu otwierane są drzwi, ale nie możemy przekroczyć progu. To ten moment zawieszenia, Nobuaki Minegishi robi to doskonale rysunkiem. W pół słowa, w pół spojrzenia. Kiedy Gotō już się domyśla, ale jeszcze nie wie. W zasadzie wciąż nie wie za dużo, ale ma już tropy, trzyma coś ulotnego w garści, jak kostkę lodu która za chwilę się rozpuści. Właśnie takie prywatne śledztwo przyszło mu prowadzić - na razie wciąż oparte na iluzorycznych przeświadczeniach o docieraniu do sedna. Czy jesteśmy dalej z tą tajemnicą? Czy Gotō już wie, kto go tak nienawidzi? Ten ktoś wykorzystał spore środki i zamknął go na dziesięć lat w celi! Niby coś wie, ale... wciąż ale. W drugim tomie mężczyzna pozna twarz swojego wroga. Cóż z tego, skoro ten (wróg) poddał się wcześniej operacji plastycznej i Gotō go nie rozpoznaje. Wie, że wątki prowadzą do jego lat szkolnych. Ale i to nie pomaga, bo Gotō nie ma pojęcia komu mógł wówczas zajść za skórę. Wszystko jest za mgłą, mężczyzna porusza się po omacku. Przecież zawsze był tym cichym i spokojnym chłopakiem. Nie ma tu zaciskania pętli na szyi, ale ja, mając z tyłu głowy arcydzieło Chan-wook Parka, wiem że Gotō dostał już do ręki sznur. Old Boy, tom 2 to kontynuacja, która nie posuwa fabuły naprzód w klasycznym sensie, lecz pogłębia jej strukturę. Tsuchiya odsłania mechanizmy gry, ale nie jej cel. Natomiast Minegishi wizualizuje ten stan zawieszenia z brutalną konsekwencją. Tutaj fabuła działa wciąż jak labirynt, w którym bohater porusza się intuicyjnie, a ja śledziłem jego ruchy z rosnącą świadomością, że każdy krok został wcześniej zaplanowany przez niewidzialnego antagonistę. Miałem też wrażenie, że Minegishi wzmacnia klaustrofobię narracji. Kadry są ciasne, często oparte na zbliżeniach twarzy, w których drobne zmiany mimiki stają się nośnikami napięcia. Podobają mi się te spojrzenia na granicy, napięcie jest niesamowite, emocje takie że wychylasz się na krześle i niedużo brakuje byś z tego krzesła spadł. Jak Gotō, który siedzi w barze tuż obok swojego wroga. Wszystko zdaje się przenikać w mikroświecie mężczyzny, który jest pionkiem. Dokładane są tylko figury, ale on wciąż nie zna zasad, nie wie czego się chwycić, jakich reguł, pojawia się tylko więcej wież, hetmanów, gońców. Pięknie i strasznie się to rozwija.
Patryk Karwowski - awatar Patryk Karwowski
ocenił na 8 1 miesiąc temu

Cytaty z książki Mleczna droga

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Mleczna droga