Mam słabość do literatury, która jest po prostu piękna i takiż jest właśnie Młyn nad Flossą. George Elliot to mistrzyni słowa pisanego, zdolna nie tylko do plastycznego odmalowania świata przedstawionego, ale i do czarowania błyskotliwymi myślami oraz roztaczania uroku pięknem swojej stylistyki. Młyn nad Flossą to literatura pełna, solidnie zdefiniowana na każdym poziomie - nie tylko świetna warsztatowo, lecz i zasobna w treść. Gdybym chciał ocenić owe dzieło jednym zdaniem, to napisałbym, że jest to - po pierwsze - literatura piękna z górnej półki, jest to - po drugie - literatura klasyczna (ze wszystkimi tegoż znaczeniami i niuansami) oraz - po trzecie - literatura bardzo angielska. Po czwarte - to już na marginesie - jest to też romans i literatura romantyczna (to nie to samo, ale czasami idzie w parze).
Te cechy, które wszak nie wyczerpują listy, przywodzić mogą na myśl inną popularną autorkę "z tamtych czasów", a mianowicie o pokolenie starszą Jane Austen. Oczywiście Austen pisała w okresie regencji, podczas kiedy Elliot już w epoce wiktoriańskiej, jednak obie panie, koniec końców, tworzyły coś, co od biedy można nazwać dziewiętnastowiecznym romansem. Obie zatem skupiały się kobietach poszukujących miłości i próbujących się odnaleźć w zmiennych realiach życia zdefiniowanego przez struktury społeczne i towarzyskie ówczesnej Anglii. Elliot jednak, przynajmniej w Młynie nad Flossą, sięgnęła głębiej: odważniej wkraczając w umysły swoich bohaterów, bardziej ich doświadczając i bardziej skupiając się na emocjach, odczuciach i wewnętrznych zmaganiach tychże niż Austen. Koniec końców, Młyn nad Flossą jest literaturą pełniejszą i potężniejszą niż dzieła Austen, dojrzalszą warsztatowo i treściowo, ale co za tym idzie, także cięższą w lekturze i wymagającą większego skupienia oraz spokoju. Nie chcę tutaj sugerować, że jest to bardzo ciężka literatura - bez wątpienia daleko jej do wyzwań oferowanych przez Joyce'a czy Manna, wystarczy po prostu pamiętać, że nie jest to jakieś tam romansidełko.
Narracja Młynu jest interesującym zabiegiem - przedstawiona jest z perspektywy osoby żyjącej w późniejszych czasach, w dodatku od czasu do czasu bezpośrednio zwracającej się do czytelnika (jak, na przykład, w gawędzie). Osoby, która na wcześniejsze wydarzenia i ówczesnych ludzi patrzy z odrobiną politowania, ale i gorącą sympatią, tak jak dorosły, dojrzały i mądry człowiek może patrzyć na raczkujące dzieci. Nie ma w tym poczucia wyższości, są natomiast podkreślone wszelkie różnice, czy to intelektualne, czy obyczajowe, całość tworzy klimat gawędy.
Notabene, wydaje się oczywiste, że narrator jest de facto samą autorką, George Elliot, aczkolwiek tłumacz zdecydował się odgórnie obdarzyć nieodmienne przez rodzaje angielskie czasowniki rodzajem męskim. Decyzja dziwna i niekoniecznie mi się ona podoba, zwłaszcza że w narracji czuć kobiecą wrażliwość (z wyraźnym, genderowym, wskazaniem na kobiecy sposób postrzegania świata i jego oceniania - dziewiętnasty wiek nie dorobił się zniewieściałych, blue-pillowanych pantoflarzy, charakterystyka płci była bardziej ostra, co musimy mieć na uwadze). Uzasadnieniem dla takiego postępowania może być chęć nawiązania do sposobu, w jaki powieść była odbierana przez czytelników w dziewiętnastym wieku - dla wielu odbiorców anonimowa Elliot była bowiem mężczyzną (zgodnie z oczekiwaniami autorki).
Sami bohaterowie cieszą się ogromną sympatią autorki, jednak nie zmienia to faktu, że patrzy na nich z pewnym politowaniem. Nawet Magdalena - dziewczyna, później zaś kobieta, która zdaje się szczególnie ogniskować uwagę autorki, jest zaprezentowana jako ciepła, czuła i mądra, jednak nie bez skłonności do głupot i zachowań nieracjonalnych, w dodatku tak trochę po kobiecemu niespójna (autorka kobietom bez wątpienia kibicowała i je po swojemu wielbiła, jednak bynajmniej ich nie ideologizowała). Jest to zresztą bardzo przyjemna postać, jedna z tych kobiecych bohaterek, które naprawdę chce się przytulić i obdarzyć miłością. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Magda jest - mimo swoich cech, czy też właśnie dzięki nim - jedną z najciekawszych bohaterek literatury dziewiętnastowiecznej, jakie miałem okazję poznać. Wydaje mi się ciekawsza, pełniejsza, bardziej ludzka i prawdziwa niż, dla przykładu, niewiasty wychodzące spod pióra wspomnianej już Jane Austen. Jest w niej ta cudowna żywiołowość, co prawda przyczajona i stłamszona, która eksploduje w bohaterkach o wiek późniejszych. To kobieta, którą mogły pokonać konwenanse i społeczne struktury, ale która potrafiła zachować samą siebie i wykazać się ogromną siłą - nie w narzekaniu i płakaniu na swój los, a w działaniu.
Nieco tylko mniej interesująco przedstawiają się obrazy reszty bohaterów. Przede wszystkim Tomka, jej brata i typowego chłopaka - wyrywnego, skłonnego do szybkiego wydawania sądów, żyjącego w poczuciu własnej wyższości i nieodpowiedzialnego... do czasu, kiedy los składa na jego barki ogromne oczekiwania i ów młody chłopiec przechodzi, praktycznie z dnia na dzień, przemianę w mężczyznę. Jest ich ojciec - młynarz - człowiek wierzący (wedle tego co nam pisze Elliot) iż gramatyka i ortografia podlegają indywidualnym przekonaniom, nieco rozleniwiony względną zamożnością i dość dobrą pozycją społeczną, głodny zarazem progresu i ostatecznie gotowy zaryzykować wszystko by owego progresu doświadczyć... jak się okazuje ze skutkiem bardzo złym, skoro porwał się na coś, co przerastało go, z wyjątkiem może ego. Matka wreszcie - głupia, napuszona gąska przekonana o wyższości własnego rodu, skupiona na nieistotnych detalach, całkowicie niezdolna do pojmowania świata poza bezpiecznym obszarem wytyczonym przez rodzinne rytuały, koniec końców zaś zmuszona do akceptacji hańby i odnalezienia się znacznie niżej, niż własnym zdaniem żyć powinna, ale też zdolna do wyjścia z owego upadku z niespodziewaną siłą wewnętrzną.
U Elliot - a przynajmniej w Młynie nad Flossą - postaci są może i głupkowate, durnowate i próżne, jednak potrafią odnaleźć swoje serce wtedy, kiedy jest ono potrzebne. Potrafią się poświęcić dla innych, bywa że w sposób zupełnie nieoczekiwany. I, nade wszystko, nawet upadając, potrafią się podnieść już jako inni ludzie. Odmienieni, silniejsi. Lepsi? Nie jest to opowieść, która mogłaby w świetle dzisiejszych standardów być crowd pleaserem. Próżno tutaj oczekiwać happy endu. Czy zresztą taki jest możliwy w świecie, który jest miejscem brutalnym i nieakceptującym słabości? Być może namiastką happy endu jest zdolność obserwowanej przez nas rodziny do zjednoczenia się - chwilowego lub częściowego, bo wszak różnie z tym bywa - w obliczu zła i nieszczęść i do brnięcia pod wiatr, aż do samego końca?
Uzupełnijmy to całkiem niezłym poczuciem humoru i odrobiną kpiarskich obserwacji o angielskim społeczeństwie i otrzymujemy powieść napisaną bardzo sprawnie, ciekawą i po prostu wciągającą. Nadal jednak klasyczną i charakterystyczną dla literatury wieków minionych.
Na minus: gabaryt. Sporo czytania. Przyznam, że mimo fascynacji warsztatem Elliot zdarzały mi się momenty, kiedy się ślizgałem. Czasami czułem po prostu przesyt. Tłumaczy go jednak chęć autorki by naprawdę wiarygodnie opisać świat przedstawiony i należycie ustosunkować się do zastanych problemów.
Opinia
Druga książka napisana przez Anne Bronte.
Na wybór tej książki miał wpływ tytuł innej książki: "Charlotte Bronte i jej siostry śpiące" Ostrowskiego. Autor dowodzi w niej, że to właśnie Charlotte napisała wszystkie książki a swoim siostrom przydzieliła "Wichrowe Wzgórza" Emily, "Agnes Grey", "Lokatorka Wildfell Hall" Anne.
Czytałam Agnes Grey już dość dawno i niewiele z niej pamiętam. Jednak teraz świeżo po przeczytaniu tej książki mogę powiedzieć jedno - jest ona strasznie religijna, trzyma się zasad wiary, wybacza bliźniemu a jednocześnie pokazuje przeciwieństwo takiego postępowania - ucieczka od męża, ochrona syna przed złym wpływem ojca, chęć uniezależnienia się od męża i możliwość decydowania o sobie.
Helen, która jest tytułową bohaterką książki, pojawia się w wiosce, zamieszkałej przez Gilberta Grahama. Wzbudza ona ciekawość wśród społeczności, wszyscy zaczynają stawiać różne teorie o jej podchodzeniu.
Gilbert również jest zafascynowany Helen. Początkowo jest nieufna w stosunku do niego, ale z czasem się zaprzyjaźniają....
Z perspektywy czasu można powiedzieć, że jest to książka o wydźwięku feministycznym. Jednak w czasach w których je pisano (XVII czy XVIII wiek) ucieczka od męża czy rozwód nie wchodziły w grę. "Dopóki śmierć nas nie rozłączy" miały dosłowne znaczenie i były one ważne dla obojga ludzi. A że czasem bywało tak, że się nie układało, bo mąż bił żonę czy ją gwałcił było nieważne.
Na pewno były kobiety takie jak Helen, które podejmowały ucieczkę od męża. Takie kobiety były potępiane przez taką podjętą decyzję.
Pozostaje mi tylko zrecenzować drugi tom tej książki.
Druga książka napisana przez Anne Bronte.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNa wybór tej książki miał wpływ tytuł innej książki: "Charlotte Bronte i jej siostry śpiące" Ostrowskiego. Autor dowodzi w niej, że to właśnie Charlotte napisała wszystkie książki a swoim siostrom przydzieliła "Wichrowe Wzgórza" Emily, "Agnes Grey", "Lokatorka Wildfell Hall" Anne.
Czytałam Agnes Grey już dość dawno i niewiele z...