Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali

Okładka książki Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali
Stefan Zgliczyński Wydawnictwo: Czarna Owca historia
272 str. 4 godz. 32 min.
Kategoria:
historia
Format:
papier
Data wydania:
2013-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2013-01-01
Liczba stron:
272
Czas czytania
4 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
9788375546637
Średnia ocen

                5,5 5,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali

Średnia ocen
5,5 / 10
67 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
33
7

Na półkach:

Świetna książka, niezwykle trudna w odbiorze, ale potrzebna i ważna. Poprzez mnogość przykładów popartych dowodami (notki prasowe, artykuły, listy, depesze itd.) daje dużo pola do analizy pod kątem obecnej narracji w społeczeństwie. Szukania kozła ofiarnego, budowania wokół tego wątku propagandy i używania socjotechnik, które miały w społeczeństwie wywołać określony skutek. Polecam

Świetna książka, niezwykle trudna w odbiorze, ale potrzebna i ważna. Poprzez mnogość przykładów popartych dowodami (notki prasowe, artykuły, listy, depesze itd.) daje dużo pola do analizy pod kątem obecnej narracji w społeczeństwie. Szukania kozła ofiarnego, budowania wokół tego wątku propagandy i używania socjotechnik, które miały w społeczeństwie wywołać określony skutek....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

189 użytkowników ma tytuł Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali na półkach głównych
  • 99
  • 86
  • 4
41 użytkowników ma tytuł Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali na półkach dodatkowych
  • 24
  • 8
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Tagi i tematy do książki Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali

Inne książki autora

Stefan Zgliczyński
Stefan Zgliczyński
Polski publicysta, dyrektor edycji polskiej miesięcznika "Le Monde diplomatique". Był założycielem (wraz z Wojciechem Orlińskim) i wieloletnim redaktorem półrocznika polityczno-artystycznego "Lewą Nogą" (1993–2005).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Byliśmy przyszłością Yael Neeman
Byliśmy przyszłością
Yael Neeman
Kibuce - socjalistczny mikrokosmos. Rozsiane głównie po całym Izraelu, choć jeden z nich założono również na warszawskiej Pradze. Do dziś w nieco zmienionej formie istnieje ich ponad 200, a żyje w nich sto tysięcy ludzi. Eksperyment, którego początki datowane są w 1910 roku. Kolejny, jak w przeczytanym ostatnio „ Auroville”, fenomen społeczno - gospodarczy. Czym były (i są) kibuce? Miejscem, gdzie wcielano w życie zasady utopijnego socjalizmu. To właściwie spółdzielcze gospodarstwa rolne, w których główną zasadą była wspólna własność, całkowita równość płci, wspólnota majątku oraz… wspólnota dzieci. Od razu po urodzeniu maluchy trafiały do kibucowych domów dziecka, gdzie zapewniano im opiekę, godziwe warunki życia i edukacji oraz ideowe wychowanie. Z rodzinami mogły się widywać jedynie dwie godziny dziennie, jeśli rodzice i dzieci mieli czas i ochotę. „Byliśmy przyszłością” to nie jest opowieść o kibucach, tylko wspomnienie jednego z kibucowych dzieci - Jael Neeman. W podróż do własnego dzieciństwa i młodości spędzonej w galilejskim kibucu Jechaim zabiera czytelnika dorosła już dziś kobieta - dezerter, która urodziła i wychowała się w kibucu. Opuściła go przy pierwszej nadarzającej się okazji, gdy tylko dorosła, zyskała samoświadomość, zdała sobie sprawę z niezaspokojonej potrzeby indywidualizmu i osobniczej odrębności. Opisuje swoje kibucowe życie, co się czuje i kocha wychowując się bez mamy i taty oraz rodzinnego ciepła. Jak to jest być małą cząstką wielkiej całości, robić wszystko (!) razem, nigdy bez celu, czy tylko dla siebie, lecz zawsze ku czci i chwale oraz pożytkowi całej wspólnoty. We wspomnieniach używa tylko liczby mnogiej pisząc „my” - wszak jak wspólnota to wspólnota. Nie ONA się myła, tylko ONI się myli, fryzjer JEJ nie strzygł - on strzygł ICH, nie JEJ buty były czerwone, a ICH. Wspomina z poczuciem krzywdy, ale i z sentymentem, nie ubarwiając, bardziej gorzko niż słodko. I trochę bez polotu, ale to nie jest przecież profesjonalna pisarka, tylko młoda dziewczyna z okaleczoną psychiką, która nie umie się znaleźć w pozakibucowym świecie i do dziś liże rany. Pomimo pewnych niedostatków, dla mnie to świadectwo jest cenniejsze i więcej daje do myślenia, niż najpiękniejsza historia spod pióra samego na przykład Amos Oza, którego jestem wielbicielką. Nie wiem co teraz - w 2021 roku, dzieje się z Jael. Mam nadzieję, że odnalazła siebie i swoje ja.
Ewa Kowalska - awatar Ewa Kowalska
oceniła na 7 5 lat temu
Byliśmy głupi Marcin Król
Byliśmy głupi
Marcin Król
Bardzo ciekawa spowiedź jednego z aktorów „Okrągłego stołu” i opozycji demokratycznej. Redaktora naczelnego pierwszego za komuny świeckiego miesięcznika opozycyjnego „Res publica” (od 1987 r.). Po przeszło 25 latach od początku przemian autor dostrzegł wiele błędów, których dopuściło się środowisko solidarnościowe i bliskie mu związane później z Unią Wolności. Obrywa się prawie wszystkim, Wałęsie (za rok 1990), Mazowieckiemu (za kandydowanie na prezydenta), Geremkowi (nic nie wygrał), Kuroniowi (był złym ministrem), Kaczyńskim (do 90-roku trzeciorzędnym działaczom opozycji) – m.in. za umiejętność jedynie psucia i szczucia ludzi na siebie, wiecznemu opozycjoniście Bugajowi (za krytykę bez alternatywnych opcji), Rokicie (wszystko przegrał). Pokazuje, że wszyscy byli bardziej gotowi do dyskusji o wartościach czy zasadach toczenia dyskursu, niż do rozwiązywania realnych problemów. Chłopi – zachowali własność prywatną, więc sobie poradzą. Upadek wielkich fabryk i bezrobocie ich pracowników – naturalna konsekwencja przemian, PGR-y – to samo. Pokonana komuna miała się nie odrodzić – wkrótce ich pokonała pod nowym szyldem, gdy oni walczyli z nacjonalizmem, wówczas bardzo skromnym i słabym w porównaniu z obecnymi czasami. Lęk przed słowami ojczyzna i patriotyzm czy naród0 zaowocował zawłaszczeniem ich przez najgorszych pogrobowców endecji. Kościół, który w latach 80-tych przejął od nielegalnej „Solidarności” funkcję opozycji politycznej, postanowił odebrać za to zapłatę w czwórnasób, wpływając na polityków i bezpośrednio i pośrednio, poprzez popieranie prawicy w wyborach. Słowem mądry Polak – tu profesor Król – po szkodzie. Ale nie do końca. Widać, że erozja więzi koleżeńskich dawnych opozycjonistów ciągle bardziej go zajmowała niż dekompozycja społeczeństwa i pogorszenie sytuacji najgorzej sytuowanych grup pracowniczych. W końcu nie dopuścili do ukształtowania się ich liderów po 1989 roku, a nadto utrudnili walkę o postulaty za pomocą protestów stosowanych przez samą „Solidarność”. Tym niemniej bardzo ciekawa książka, warta lektury.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 7 1 rok temu
Wannsee. Willa, jezioro, spotkanie Mark Roseman
Wannsee. Willa, jezioro, spotkanie
Mark Roseman
„W dystyngowanej atmosferze eleganckiej willi na wytwornym przedmieściu Berlina spotkało się piętnastu wykształconych, cywilizowanych urzędników reprezentujących wykształcone, cywilizowane społeczeństwo, by przy zachowaniu wszelkich form towarzyskich wyrazić milczącą zgodę na ludobójstwo.” Czy konferencja w Wannsee, zorganizowana 80 lat temu przez Reinharda Heydricha, była rzeczywiście nazistom potrzebna po to, aby masowe mordy Żydów wspięły się na wyższy szczebel i doprowadziły do ich Zagłady? Historyk Holocaustu Mark Roseman przytacza na ten temat wiele opinii innych badaczy, mniej lub bardziej wiarygodne świadectwa nazistowskich zbrodniarzy - uczestników konferencji, później podsądnych w procesach norymberskich i sądzonego w Jerozolimie Adolfa Eichmana, najbliższego współpracownika Heydricha, oraz zamieszcza w książce jedyną zachowaną kopię protokołu z Wannsee. Wyłania się z tego materiału obraz tyleż przerażający, co nadal trudny do pojęcia, jak do takiej degrengolady w historii ludzkości mogło dojść. Układ książki jest przejrzysty. Zapewne każdy rozdział może być inaczej oceniany przez profesjonalistów niż przez czytelnika-laika. Nie będę się starała eksponować różnic między badaczami, tym bardziej że dla mnie większość poruszonych zagadnień kończy się nadal znakiem zapytania. 1. „Najbardziej haniebny dokument” - cudzysłów w tytule rozdziału, odnoszącego się do Protokołu z Wannsee przytoczonego pod koniec książki, jest nie tylko cytatem, sugeruje również szereg wątpliwości zarówno co do znaczenia samego spotkania, jak i wartości poznawczej protokołu 2. Od Mein Kampf do masowych mordów 1919-1941. Ważny rozdział, choć oczywiście bardzo skrótowo traktuje na przykład kwestię antysemityzmu w ideologii nazistowskiej. Czy zapowiedzią planu eksterminacji Żydów była „Mein Kampf” (1925/1927), wygłaszane w różnych okolicznościach „proroctwa” Hitlera o Europie bez Żydów, ustawy norymberskie (1935), mordercze instynkty tłumu podczas pogromu zwanego nocą kryształową (1938)? Jak emigrację pół miliona niemieckich Żydów, zastąpiły projekty „deportacji” i „ewakuacji” Żydów ze wszystkich europejskich państw i co te terminy w istocie znaczyły?* 3. Od masowych morderstw do ludobójstwa. Obóz straceń w Chełmnie, w którym do eksterminacji jeńców użyto spalin. W tym czasie trwała już budowa Bełżca. Podrozdział pt. Nieuchwytna rola Hitlera jest kontynuacją, zainicjowanych w poprzednich rozdziałach rozważań na temat bezpośredniej inspiracji führera, jego często ezopowego języka oraz pasa transmisyjnego różnych organów władzy, partyjnej, policyjnej i cywilnej. 4. Willa, jezioro, spotkanie, oraz 5. Bardzo udany dzień. Gośćmi Heydricha byli stosunkowo młodzi, wykształceni urzędnicy relatywnie niższego stopnia, zastępcy gauleiterów, sekretarze stanu itp. Czy rzeczywiście chodziło przede wszystkim o zasypanie różnic między decydentami we władzach partyjnych i cywilnych, o podjęcie decyzji jedynie w takich sprawach jak żydowscy mieszańcy (Mischlinge)* oraz o przychylenie się do żądania gubernatora Hansa Franka (w Wannsee reprezentował go zastępca Josef Bühler) natychmiastowego pozbycia się z Generalnego Gubernatorstwa wszystkich Żydów? Protokół z Wannsee i komentarze doń Rosemana potwierdzają zawarte w książce spekulacje i wątpliwości. Goście Heydricha konkretnych rozstrzygnięć podjąć nie mogli zarówno ze względu na swą rangę, jak i brak przygotowania wówczas na przykład infrastruktury transportowej. Świadczy o tym choćby fakt, źe największa liczba deportacji do obozów straceń przypadła na miesiące letnie 1942, ponad pół roku po konferencji i parę miesięcy po śmierci Heydricha w praskim zamachu. Często decyzje zapadały na mocy konkretnych rozkazów autoryzowanych przez Heinricha Himmlera. Nie ma jednak złudzeń, że wszyscy uczestnicy narady w Wannsee doskonale wiedzieli, co kryje się za formułą jej nadrzędnego celu: ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej. Według danych przytoczonych w Protokole miało ono objąć jedenaście milionów europejskich Żydów, z czego najwięcej z GG, ponad 2,5 miliona. Nikt w Wannsee nie protestował, nie zadawał dociekliwych pytań. * Zawsze przy czytaniu o obłędnych ideologiach rządzących światem zastanawiam się nad rolą manipulacji językowych (takie skrzywienie zawodowe). Naziści, na czele z Hitlerem, byli w nich mistrzami. W książce Rosemana jest sporo takich przykładów. Mischlinge mieli w pewnym momencie wybór: deportacja czy sterylizacja. Wszyscy decydowali się na sterylizację. Niestety, system ówczesnej niemieckiej służby zdrowia nie wyrabiał. To taka uwaga na marginesie
Nina - awatar Nina
oceniła na 7 4 lata temu
Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie Timothy Snyder
Czarna ziemia. Holokaust jako ostrzeżenie
Timothy Snyder
Moja opinia jest taka, że Snyder trafia w samo sedno, bo nie opisuje historii jako zamkniętego rozdziału, lecz jako mechanizm, który może uruchomić się ponownie w innych warunkach. Jeśli prawo przestaje działać, a państwo się rozpada, człowiek bardzo szybko traci ochronę, którą daje porządek instytucjonalny. W takiej sytuacji nie liczy się już obywatelstwo, prawa czy odpowiedzialność władzy — liczy się tylko siła i przynależność. To moment, w którym ludzie przestają być podmiotami, a stają się problemem do rozwiązania. Wtedy pojawia się najniebezpieczniejszy skrót myślowy: proste wyjaśnienia biologiczne i etniczne. Zamiast złożonych przyczyn kryzysu winę przypisuje się „innym” — bo to łatwe, szybkie i politycznie skuteczne. Snyder pokazuje, że właśnie w takim klimacie rodzą się zbrodnie masowe: nie z chaosu emocji, lecz z chaosu państwowego. Dlatego historia — jak pisze — nie wraca w tej samej formie. Ona zmienia kostium. Dziś nie musi to być ideologia z XX wieku, wystarczą: rozpad instytucji, delegitymizacja prawa, i narracja, która dzieli ludzi na „biologicznie lepszych” i „gorszych”. To ostrzeżenie jest aktualne, bo pokazuje, że cywilizacja nie upada nagle. Upada etapami — najpierw znika prawo, potem państwo, a na końcu człowiek. I właśnie dlatego „Czarna ziemia” nie jest książką o przeszłości, tylko o tym, co może się wydarzyć, jeśli przestaniemy traktować państwo i prawo jako fundament, a nie przeszkodę.
Tomasz Weśniuk - awatar Tomasz Weśniuk
ocenił na 8 2 miesiące temu
Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem Timothy Snyder
Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem
Timothy Snyder
W książce Snydera, dotyczącej dynamiki masowych zbrodni na rozległym terytorium, przeprowadzanych w dość długim okresie, Holokaust bądź inaczej – zgodnie z niemiecką nowomową „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej” – rozpoczął się dosyć późno, gdyż dopiero na początku lipca 1941 r. Wcześniejsze etapy prześladowań ludności żydowskiej od 1933 bądź 1939 r. jedynie w niewielkim stopniu wpływały na rozwój wydarzeń wojennych. Hitler nie dlatego rozpoczął wojnę, by wymordować Żydów, choć byli mu oczywiście potrzebni jako uosobienie wroga i od początku myślano o ich usunięciu z terytoriów będących pod kontrolą niemiecką. Zdaniem autora: „sześć miesięcy po rozpoczęciu operacji «Barbarossa» Hitler przeformułował cele wojny w taki sposób, że priorytetem stała się fizyczna eksterminacja Żydów. Jego najbliżsi współpracownicy zdążyli do tego momentu zapoczątkować działania ideologiczne i administracyjne do jej dokonania” (s. 211). To dość radykalna opinia, niewyjaśniająca w żaden sposób, dlaczego nie mogąc wy-grać wojny światowej, zrobiono wszystko, by wymordować Żydów europejskich. Snyder, by uporać się z tym dylematem, zmienia się z chłodnego historyka w psychologa, doszukując się powodów zmiany priorytetów wojennych w rywalizacji najważniejszych współpracowników Hitlera. W jego przekonaniu to „Heydrich i Himmler potrafili czerpać profity z niekorzystnej sytuacji na polu bitwy, modyfikując «ostateczne rozwiązanie» tak, by dało się je przeprowadzić w warunkach wojny przebiegającej niezgodnie z planem” (s. 212). Upraszczając, w takim ujęciu Holokaust staje się zastępczym celem działań wojennych, których tak czy inaczej nie można było zakończyć doraźnym pokojem. Niemniej celem zgodnym ze wstępnymi założeniami przebudowy Europy. Żydzi z jednej strony idealnie nadawali się na kozła ofiarnego, odpowiadającego za niemieckie niepowodzenia, z drugiej zaś zgodnie z nazistowską logiką musieli zająć pierwsze miejsce na drabinie tzw. zbędnych zjadaczy chleba. Opisane założenie potwierdzałaby dynamika mordów na Żydach sowieckich. Podążające za frontem Einsatzgruppen do września mordowały selektywnie żydowskich mężczyzn, uznanych obok komisarzy za podporę reżimu komunistycznego, we wrześniu, a wyraźniej w październiku rozpoczęła się likwidacja całych skupisk żydowskich. Operacja rozszerzała się ze wschodu na zachód. Od marca 1942 r. przystąpiono do likwidacji żydowskich wspólnot w Generalnym Gubernatorstwie i kolejno na tzw. ziemiach włączonych, w Słowacji, Czechach i w dalszej kolejności w Europie Zachodniej i Południowej. Oczywiście, w tym generalnym planie robiono czasowe korekty, do 1943 r. czekano na decyzję o wy-mordowaniu ważnych dla gospodarki niemieckiej skupisk żydowskich na Śląsku i w Białymstoku, getto łódzkie przetrwało do lata 1944 r. (…) Jaką lekcję wyciągnął świat z kataklizmu drugiej wojny światowej? Snyder w tym wypadku jest ostrożny, przestrzega. „Gdy sensu szukamy w zabijaniu, pojawia się ryzyko, że więcej zabijania przyniesie więcej sensu. Tutaj tkwi być może sens historii – gdzieś pomiędzy odnotowywaniem śmierci a jej nieustającą reinterpretacją. Jedynie historia masowego zabijania może połączyć w jedno liczby ze wspomnieniami. Bez historii wspomnienia stają się prywatne, co oznacza dzisiaj – narodowe, a liczby stają się publiczne, czyli służą za instrument międzynarodowej rywalizacji o tytuł męczenników” (s. 433). Polecam szerzej: Zagłada Żydów. Studia i Materiały, Nr 7 (2011)
Dominik Flisiak - awatar Dominik Flisiak
ocenił na 8 7 miesięcy temu
Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka Jan Tomasz Gross
Sąsiedzi. Historia zagłady żydowskiego miasteczka
Jan Tomasz Gross
Jest to jedna z najważniejszych książek ostatnich kilkudziesięciu lat. Nie ze względu na jej walory literackie ani rzetelność badań historycznych. Ze względu na to, że była pierwsza, że po raz pierwszy opisała to, z czego wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, ale nie mówiło się o tym w ogóle. Że wyważyła drzwi i rzuciła ostry snop światła na zbrodnię, o której wszyscy chcieliby zapomnieć. Nie będę oceniać książki Grossa pod względem warsztatu historyka, nie będę polemizować z liczbami, czy zginęło 300, 400 czy 1500 osób, czy odbyło się wszystko pod kontrolą Niemców, czy byli świadkowie. Nie będę, bo w opiniach o książce Grossa najczęściej powtarzają się słowa: nie wierzę, wierzę, pisał prawdę, kłamał, szkalował. Z wiarą się nie polemizuje, to czynność jałowa. Ale do dyskusji dorzucę kontekst, garść faktów z innych poletek. Lata 80-te, z wycieczką nauczycieli historii z jednego z krajów azjatyckich zwiedzamy Auschwitz. Nie znają angielskiego, więc tłumaczę słowa polskiej przewodniczki. Opowiada dokładnie, kto, co, ile ofiar, mechanizm selekcji, rabunek mienia, komory gazowe, krematoria… Ale jakoś zapomina dodać, że ofiarami komór gazowych w Auschwitz byli przede wszystkim Żydzi. Opowiada o Polakach. Azjaci słuchają, patrzą jeden na drugiego i w końcu proszą o przetłumaczenie: kto właściwie został zagazowany w obozie? Ilu Polaków, ile osób innej narodowości i jakiej narodowości. Dopiero po tym bezpośrednim pytaniu przewodniczka niechętnie wymienia, że ofiarami byli t e ż Żydzi w liczbie ponad miliona. Cóż to znaczy? Że przewodniczka stara się przemilczeć prawdę o Holokauście i przekazać nieprawdę, najczęściej chyba zwiedzającym obóz Polakom. Szok! Lata 80-te, w TVP pokazują straszliwie antypolski fragment filmu „Shoah” Lanzmanna. Tory kolejowe z Warszawy do Treblinki, obraz terenu po obozie zagłady, nieliczne artefakty wykopane czy znalezione na miejscu. I relacje miejscowej ludności: ile pociągów? Kto z nich wyskoczył i co się z nim stało? Co robili strażnicy? Jakie szanse na ucieczkę miał uciekinier? I miejscowi opowiadają, bez większych emocji, jak to „żydki” próbowały ucieczki, ale wycieńczeni nie mieli sił biec, jak ktoś wyskakując złamał nogę i tak leżał w rowie dzień, dwa, aż umarł i potem można było mu odebrać buty czy spodnie. Jak to niektórzy dobijali uciekinierów albo natychmiast wzywali żandarmów. Jak to po zlikwidowaniu obozu przeszukiwano pogorzeliska w nadziej znalezienia złotych zębów czy innych skarbów. Mówią po polsku, pod obrazem leci chyba francuskie tłumaczenie. Szok jest tak wielki, że do dziś nie mogę zapomnieć tych wywiadów! Wywiadów z naocznymi świadkami! Lektura książki Henryka Grynberga „Miejsce urodzenia”, na której Paweł Łoziński oparł scenariusz swego słynnego filmu. O tym, jak ojciec autora, cudem ocalały z Holokaustu, wraca po wojnie do swego domu i zostaje zabity przez człowieka, który zaopiekował się jego mieniem, mieniem ukrywającego się Żyda. O tym, jak autor, już dorosły, poszukiwał prawdy o śmierci ojca i kilkuletniego brata, jak stopniowo odkrywał straszną prawdę. Serce się ściska z bólu. Lektura książki Macieja Zaremby-Bielawskiego „Dom z dwiema wieżami”, opisującej między innymi przeżycia jego matki, Żydówki, lekarki, przed wojną, w czasie wojny i po wojnie, aż do roku 1968 i emigracji do Szwecji. Niezwykle rzetelnej. Morze antysemityzmu, ocean pogardy i prześladowań, a w nim całkiem liczne wyspy prawdziwego człowieczeństwa. I refleksja: ocalenie tej kobiety wymagało pomocy kilkudziesięciu osób (skrupulatnie wymienionych), zgubić ją mógł raptem jeden szmalcownik. Do emigracji zmusiła ją nieznośna świadomość, że po 1968 roku znów stałaby się osobą poza nawiasem, pogardzaną, zaszczuwaną, zwalnianą z pracy i wypraszaną z wielu miejsc. Nawet jeśli nie zabiją, to i tak jest to wystarczająco nie do zniesienia. Szok i poczucie winy. Jak Polacy tak mogli! No i wreszcie lektura pism Dmowskiego. Nie chciałam tego czytać, podobnie jak nie chciałabym czytać „Mein Kampf”. Przeczytałam (przejrzałam) w celach poznawczych. Dmowski twierdzi, że NARÓD Polski, pozbawiony swojego państwa, ocaleć może tylko poprzez odróżnienie się od innych narodów. Zwłaszcza tych, z którymi styka się na co dzień. Polak to nie-Żyd, nie-Niemiec, nie-Rosjanin. Polak nie powinien się stykać z Innymi, bo to groźne, szkodliwe i krzywdzące. Tj. nie powinien współpracować z Obcym, kupować u Żyda, korzystać z porady żydowskiego prawnika, siedzieć w auli uniwersyteckiej w tej samej ławce. W ogóle Inni powinni odejść i zrobić miejsce Naszym. Aby odeszli, można im uprzykrzyć życie, oszkalować, obrazić, pobić. Jeśli nie odeszli, to tylko dlatego, że chcą nam coś zabrać, oszukać, okłamać. Argumentacja rodem z Protokołów mędrców Syjonu, co do których udowodniono ponad wszelka wątpliwość, że to fałszywka, ale sporo ludzi w to wierzy i sporo komentatorów się nimi posługuje. Bardzo przekonujący wywód, jak widać trafił do szerokich rzesz czytelników. I po dziś dzień trafia. Dziś częściej w roli Obcego i Złego występuje islamista czy czarnoskóry, ale i dla Żyda zostało trochę miejsca. Moja rodzina (chyba) nie była skażona antysemityzmem. Nigdy nie słyszałam o żadnych ekscesach. Ale faktem jest, że w moim domu o Żydach niewiele się mówiło. Ojciec pochodził z Warszawy, mama z Łodzi, w obu tych miastach do wojny ponad 30% mieszkańców stanowili Żydzi. Mama podobno chodziła do szkoły, gdzie miała koleżanki Żydówki. Ojciec przed wojną miał świetny rower, który sprowadził dla niego żydowski handlarz rowerów. Tylko tyle. Nic nie mówiło się o Holokauście, o getcie, o obozach. Wszystkiego dowiedziałam się dopiero jako dorosła osoba, i to głównie z lektur i z kontaktów z cudzoziemcami. Dlaczego? Dalibóg, nie wiem. Temat, którego się nie poruszało. Wszyscy woleli zapomnieć. Wreszcie – wystawa w Muzeum II Wojny Światowej, ta pierwotna, zanim Karol Nawrocki ją zepsuł. I oto widzę, jak tragiczna zbrodnia w Jedwabnem wpisuje się w szerszy kontekst międzynarodowy. Temat: czystki etniczne i pogromy. Informacja o specjalnych grupach SS Einsatsgruppen, których zadaniem było wymordowanie na ziemiach okupowanych jak największej ilości Żydów (29-30 września 1941 największa masakra w Babim Jarze pod Kijowem), a także prowokowanie miejscowej ludności do rozprawienia się z sąsiadami, wykorzystując ich nacjonalistyczne nastawienie. Podobne do Jedwabnego pogromy na Żydach zdarzyły się w innych miastach i miasteczkach, w Polsce, na Litwie, w Ukrainie, w Rumunii, w Chorwacji. Największa taka masakra rękoma miejscowej ludności (4 tys. zabitych) odbyła się w Kownie w czerwcu 1941. Jedwabne – 10 lipca 1941. Prowokowanie pogromów na nielubianych sąsiadach trwało dalej. W Chorwacji wymordowano 300 tys. Serbów, na Wołyniu – 100 tys. Polaków. Inspiracja i przyzwolenie niemieckie – oczywiste, wykonanie miejscowe. Czas wojenny spowodował całkowity upadek norm moralnych. Zwłaszcza wobec Żydów, którzy wszak stali się ludźmi poza prawem, za ich zabicie czy obrabowanie nikt nie wyciągał konsekwencji. Ale i wobec innych nacji. W takim kontekście Jedwabne jest całkowicie zrozumiałe, oczywiste i prawdopodobne, zaś oskarżanie Grossa o słabe udokumentowanie zbrodni nosi wszelkie znamiona tanich wykrętów. Szczególnie że mord w Jedwabnem był znany, opisany, akta są w IPN, a po wojnie uczestników tego pogromu (np. braci Laudańskich) osądzono i skazano. Nie lubimy przyznawać się do winy. Lubimy myśleć o sobie jako o narodzie szlachetnym, o czystych rękach. Dojrzałość polega jednak na tym, by umieć się zmierzyć nawet z trudną prawdą. Lektura Grossa nam w tym tylko może pomóc.
Ewa Szulc - awatar Ewa Szulc
ocenił na 10 9 miesięcy temu
Podróż do krainy zeków Julius Margolin
Podróż do krainy zeków
Julius Margolin
Julius Margolin (Юлий, Юлиус Борисович Марголин 1900-1971) norodowości żydowskiej urodził się Pińsku, który był wówczas rosyjski, później zaś (do 1939) był polski. Na studia wyjechał do Berlina, gdzie doktoryzował się w 1929, po czym wrócił do Polski. W 1936 wyemigrował do Palestyny, ale go podkusiło odwiedzić rodzinkę i wrócił do Polski na chwilę. Zawiódł go, jak się okazało jak i miliony innych, instynkt samozachowawczy. W zamieszaniu 1939 wylądował po radzieckiej stronie granicy sowiecko-niemieckiej. Trafił go Gułagu, gdzie spędził 5 lat w różnych „obozach pracy”, po czym w 1946 wrócił do Polski, a następnie do Izraela, gdzie osiadł na stałe w Tel Awiwie. „Pozdróż do krainy zeków”, wspomnienia Margolina z lat 1939-1945, były jedną z pierwszych książek ujawniających prawdziwe oblicze radzieckiej Rosji, jedną z pierwszych o systemie sowieckich obozów, na długo przed publikacjami Sołżenicyna. Publikacja dzieła Margolina napotykała wielki opór na Zachodzie i w Izraelu z powodu autocenzury politycznej, która od początku istnienia ZSRR trwała do jego końca, a nawet trwa do dzisiaj w odniesieniu do Rosji, pomimo celnego, ukutego przez Reagana określenia „Imperium Zła” jako synonimu tego państwa zbrodniarzy i niewolników. Autocenzury, która wciąż i wciąż przymyka oczy na zbrodnie i zamyka uszy na skargi ofiar. Pisarz był szykanowany, a kolejne wydania były wciąż cenzurowane (tyle warta wolność i demokracja Zachodu). Polskie wydanie oparte jest o francuskie z 2010, które jest jak dotąd najpełniejszym, ale wciąż nie zawiera całej treści rękopisu. Literatury wojennej i obozowej jest bez liku, ale z obozów komunistycznych dużo mniej niż z hitlerowskich, choć liczba ofiar komunizmu przewyższa „osiągnięcia” faszyzmu. Wartość i siła dzieła Margolina nie leży jednak jedynie w tym, że był wśród pierwszych nielicznych ujawniających prawdę o ZSRR. To książka wyjątkowa pod wieloma względami. W trakcie lektury zaznaczałem sobie fragmenty interesujące, ważne fakty, cenne spostrzeżenia, genialne refleksje. Zebrało się jednak tego tyle, że nie będę tu ich cytował ani omawiał. Same perypetie autora są materiałem na fascynujący serial, Margolin uniknął jednak epatowania czytelnika przykładami okrucieństwa, niesprawiedliwości, a skoncentrował się na opisie swego losu nie tylko jako zbioru faktów, ale jako historii swoich fizycznych i wewnętrznych przeżyć w trakcie tragicznych wydarzeń, historii i sylwetek ludzi, których losy splotły się z jego losem, psychologii i socjologii tych czasów, tych miejsc. Niepowtarzalnej i nigdzie indziej niemożliwej do obserwowania atmosfery i rzeczywistości, przy której niewolnictwo amerykańskich Murzynów było sielanką. Rzeczywistości, która ukształtowała i dzisiejszych Rosjan, i poniekąd wiele innych narodów. Okazał się bystrym i bezkompromisowym obserwatorem, nie oszczędzającym ani siebie, ani innych, ale nie oceniającym nikogo poza konkretnymi osobami i przede wszystkim systemem, który był zbrodniczy, który był podstawą istnienia ZSRR, a także dzisiejszej Rosji. Zresztą, co się dzisiaj dzieje w Rosji naprawdę, być może nie wiemy jeszcze bardziej niż w czasach Stalina i jego komunistycznych następców. Spotkałem się z głosami, na szczęście sporadycznymi, co dobrze świadczy o nas Polakach i daje nadzieję, iż kiedyś w końcu pozbędziemy się kompleksów, zakłamania i nieodpartej chęci brązownictwa, że Margolin tendencyjnie i negatywnie przedstawia Polaków. Takie stwierdzenia są tylko wyrazem problemów tych, którzy je wypowiadają. W rzeczywistości jest odwrotnie – aż dziwi, że Margolin, który był przede wszystkim Żydem, z urodzenia obywatelem Rosji, z wykształcenia Niemcem, pisarzem bądź co bądź izraelskim, który tylko fragment życia spędził w Polsce, wcale nie rozwodzi się o Masakrze Pińskiej 1919, choć musiał o niej wiedzieć jako od urodzenia tam mieszkający i wcale nie uogólnia poszczególnych jednostek z całym narodem. Dotyczy to zresztą wszystkich nacji i pisarz wyraźnie oddziela, niejednokrotnie podkreślając to konkretnymi sytuacjami, że co innego człowiek, co innego dwóch albo więcej, a co innego naród. Jednym z cenniejszych aspektów tego dzieła jest właśnie to, że jest pisane najpierw z perspektywy Człowieka, dopiero potem Żyda czy Polaka, bo nim też się pisarz po części czuł. Ta perspektywa jest zresztą wspólnym elementem wszystkich najlepszych publikacji o podobnej tematyce – nawet patriota, narodowiec, a nawet nacjonalista, może pamiętać cały czas o Człowieczeństwie. „Podróż do krainy zeków” jest, poza zawartym w niej całym bogactwem wiedzy o Imperium Zła, jak i inne najlepsze dzieła literatury obozowej obu totalitaryzmów, świetnym esejem o naturze ludzkiej, o istocie człowieczeństwa, cywilizacji, kultury i moralności. Wszystko wyrażone świetnym językiem – obrazowym, plastycznym, przemawiającym do wyobraźni i pozwalającym przenieść się do tego piekła na ziemi, zobaczyć tamtych ludzi, poczuć ich uczucia. Śmiało można postawić Margolina obok Sołżenicyna i innych najwybitniejszych. Dotyczy to nie tylko literatury faktu, ale i pięknej – pierwsza część „Podróży do krainy zeków” nieodparcie kojarzyła mi się z lustrzanym odbiciem „Nocy w Lizbonie” Remarque’a. Wspomnienia Margolina to jedna z książek naprawdę must read, a dla chcących zrozumieć Rosję, i nie tylko Rosję, dzieło wyjątkowe, które trzeba poznać koniecznie.
Andrew Vysotsky - awatar Andrew Vysotsky
ocenił na 10 1 rok temu
Kto w Polsce ma HIV? . Epidemia i jej mistyfikacje Jakub Janiszewski
Kto w Polsce ma HIV? . Epidemia i jej mistyfikacje
Jakub Janiszewski
Książę kartkowałem, bo była w bibliotece. Tytuł od razu przyciągnął moją uwagę. Kontrowersyjny, tak samo jak owa choroba na której temat od lat istnieje mnóstwo teorii spiskowych. Ostatnio w „Przekroju” przeczytałem dość wyczerpującą recenzję owej książki, której autorka w zasadzie nie ma do niej żadnych zastrzeżeń. Na pewno rzecz godna uwagi. Kiedyś na pewno jeszcze po nią sięgnę, mimo że temat epidemii HIV/AIDS nie jest już na szczęście tematem „trendy”, to jestem przekonany, że kwestia wirusa jest i nadal będzie aktualna. Szczęśliwie, że wymyślono już jakieś leki, które utrzymują stosunkowo długo chorych przy życiu. Monografia choroby Jakub Janiszewski, świetny dziennikarz radiowy, znany ze spektakularnego "coming outu" sprzed paru lat, zasiadł do pisania i wybrał jeden z najtrudniejszych tematów - HIV. Piszę o tym, bo on sam przypomina to w pierwszych zdaniach i uprzedza spekulacje, że nie jest nosicielem opisywanego wi­rusa. W swojej książce o mocnym, wyzywającym tytule „Kto w PoIsce ma HIV?" bynajmniej nie prezentuje listy tych, którzy zachorowali, umarli lub żyją z wirusem. Ta książka to monografia choroby jako zjawiska społecznego, której po 30 latach dobitnej, porażającej obecności w naszej rzeczywistości i świadomości wirus się domagał. Janiszewski opowiada o pierwszych zdiagnozowanych zachorowaniach na początku lat 80. w Stanach Zjednoczonych, o wizji pandemii zabijającej miliony na wszystkich kontynentach, pamiętnej, transmitowanej przez media walce z HIV znanego hollywoodzkiego aktora Rocka Hudsona, przypomina teorię, według której HIV było chorobą tzw. 4 H, na którą zapadali głównie hemofilicy, homoseksualiści, heroiniści i Haitańczycy. Zawstydza nas postulatami prawicowych publicystów „New York Timesa” sprzed lat, by zna­kować tatuażami zarażonych [!], pokazuje i komentuje pierwsze wstrząsające opinią publiczną kampanie reklamowe dotyczą­ce AIDS, w których kostucha zbierała żniwo, zbijając czar­nymi kulami kolejnych graczy w kręgielni, a starcy o twarzach masowych morderców Hitlera, Stalina czy Husajna uprawia­li seks z młodymi kobietami... By następnie przenieść nas na polskie podwórko i przy­pomnieć niechlubne sytuacje z agresywnym bojkotem do­mów Monaru, stworzonych specjalnie dla chorych, któ­rzy pod naporem społecznej agresji i zagrożenia przenoszeni byli nocą przez policję do nieujawnionych lokacji. Opisuje także rozgrywki między Markiem Kotańskim i księdzem Arkadiuszem Nowakiem o prymat osoby najbardziej zasłużonej dla walki z chorobą, przytacza ministerialne przechwałki, że sytuacja w Polsce jest opanowana i zadowalająca, podczas kiedy liczba badań diagnostycznych wykonywanych w naszym kraju jest znikoma. Wszystko to przeplatane reportażowymi opowieściami o ludziach zarażonych, żyjących z wirusem i tych, którzy odeszli. Janiszewski sięga do źródeł naukowych, przytacza, co na temat HIV napisali zarówno lekarze, naukowcy, urzędnicy, jak i socjologowie oraz filozofowie. Wstrząsająca, emocjonująca, a jednocześnie rzeczowa opowieść o epidemii naszych czasów. Autorka: Monika Brzywczy [„Przekrój” nr 20 / 2013 r.]
san-escobar - awatar san-escobar
ocenił na 7 1 rok temu

Cytaty z książki Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali


Ciekawostki historyczne