rozwiń zwiń

Gigantomachia

Okładka książki Gigantomachia
Kentarō Miura Wydawnictwo: J.P. Fantastica komiksy
250 str. 4 godz. 10 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Tytuł oryginału:
ギガントマキア
Data wydania:
2018-12-13
Data 1. wyd. pol.:
2018-12-13
Liczba stron:
250
Czas czytania
4 godz. 10 min.
Język:
polski
ISBN:
9788374717120
Tłumacz:
Paweł Dybała
Średnia ocen

                6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Gigantomachia w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Gigantomachia

Średnia ocen
6,5 / 10
38 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
84
30

Na półkach: , ,

Niestety taka to historia, że już zapomniałam o czym była.

Oczywiście wszystko pięknie narysowane jak to u Miury, więc do jakości wykonania rysunków nie można się przyczepić.

Po czasie, kiedy już wiemy, że niczego więcej już dla nas nie narysuje odczuwam lekki żal, że zamiast tego tytułu nie powstało więcej rozdziałów Berserka. Z drugiej strony rozumiem, że kiedy przez całą karierę, od 1989 roku tworzy się takie opus magnum można mieć potrzebę stworzenia czegoś innego.

Niestety taka to historia, że już zapomniałam o czym była.

Oczywiście wszystko pięknie narysowane jak to u Miury, więc do jakości wykonania rysunków nie można się przyczepić.

Po czasie, kiedy już wiemy, że niczego więcej już dla nas nie narysuje odczuwam lekki żal, że zamiast tego tytułu nie powstało więcej rozdziałów Berserka. Z drugiej strony rozumiem, że kiedy przez...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

54 użytkowników ma tytuł Gigantomachia na półkach głównych
  • 49
  • 5
43 użytkowników ma tytuł Gigantomachia na półkach dodatkowych
  • 18
  • 12
  • 4
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Gigantomachia

Inne książki autora

Kentarō Miura
Kentarō Miura
Japoński mangaka, twórca serii „Berserk”.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Opętani miłością  Napata
Opętani miłością
Napata
O jejciu-jejciu, na blogu będzie omówiony komiks pornograficzny :) Szczerze powiedziawszy śmieszy mnie ta cała pseudo-troska o dobro osób niepełnoletnich. Jak się patrzy na PEGI w wielu krajach, to szybko można dojść do wniosku, że cały ten system nie tylko nie działa, ale został zaprojektowany przez kompletnych debili. Krew robiona na czarno, no bo przecież jak będzie czerwona to wychowamy morderców. Kobiety o nierealnych kształtach w tak skąpym bikini, że zostają niemal same sznurki są okej, ale pokaż fragment kobiecego sutka i już Facebook czy You Tub wytaczają ciężką artylerię. Hipokryzja pełną gębą. Dziś jednak nie o tym, a o debiutanckim tytule nowo powstałego wydawnictwa Akuma. Mangę z gatunku hentai zakupiłem w przedsprzedaży, aby wesprzeć nowego wydawcę i dziś, gdy już pojawiło się sporo recenzji tego tytułu, wypowiem się i ja. Zrobię to jednak w nieco innym tonie, bo zestawię "Opętanych miłością" z mangą "Renai Sample", martwego już wydawnictwa Yumegari. Czas zacząć szczucie cycem i niech wygra lepszy. Albo raczej lepsza :) 1. Okładka Nie oceniaj mangi po okładce, mówili, ale w większości wypadków, właśnie to kryterium decyduje, czy w ogóle spojrzymy na dane dzieło. W obu wypadkach obwoluty są kolorowe i ostro kuszą, choć ta z "Renai Sample" ma obfitsze walory. Jednak jeśli zajrzymy pod sukie.... znaczy się obwolutę, to szybko się okaże, że "Opętani miłością" wypadają lepiej. W pierwszym wypadku mamy po prostu tytuł na białym tle. W drugim seksowną dziewuszkę o nieprzyzwoitych myślach. Szczerze? Dla mnie druga pozycja wypada na tym polu lepiej. Zresztą sami oceńcie: Renai Sample - 0 Opętani miłością - 1 2. Złożoność historii Tak, wiem, nie o treść tutaj chodzi, a o seksualne fantazje. Niemniej mangi czy anime typu hentai udowadniają, że da się wpleść w całość sensowną fabułę. Zboczoną, pełną orgazmów, negliżu, pięknych, wręcz nierealnych, ciał i zazwyczaj dość naiwnych postaci. W przypadku "Opętanych miłością" faktycznie to dostajemy. Mamy 12 historyjek, kompletnie z sobą nie powiązanych i raczej napisanych na jedno kopyto. Wiecie, coś w stylu Brazzers. Ona naiwna i napalona, on speszony i nie wierzący w swego farta. Natomiast "Renai Sample" ma już nieco wyższy poziom. Oczywiście to nadal ostra fantazja seksualna, rodem z sypialni Barneya Stinsona, ale poszczególne historyjki, a tych mamy 10, brzmią bardziej przekonująco. W zasadzie da się je nawet połączyć w jakąś sensowną, wakacyjną przygodę lub coś w tym guście. Renai Sample - 1 Opętani miłością - 1 3. Postacie męskie Nie wiem, jak inni, ale dla mnie w porno liczą się postacie żeńskie. Mimo wszystko uważam, że przystojny mężczyzna to pociągający mężczyzna i w tego typu produkcjach jest to ważne. W obu albumach wypadają oni niestety dość słabo. W praktyce w ogóle mogliby nie mieć żadnych kwestii i wyszłoby na to samo. No prawie. Jeśli miałbym już jednak wybrać, gdzie panowie lepiej się spisali, to obstawiam "Renai sample". Tam przynajmniej byli bardziej, hmm... różnorodni pod kątem charakteru. Reani Sample - 2 Opętani miłością - 1 4. Postacie żeńskie No i przechodzimy do sedna tego typu dzieł, nie ważne w jakiej formie po nie sięgamy. Jeśli idzie o bohaterki, to w obu wpadka są one różnorodnie przedstawione pod kątem, że tak to nieładnie ujmę, proporcji, ale też wieku, sfer społecznych i tak dalej. Jednak to te z "Opętanych miłością" w finalnym rozrachunku wypadły dla mnie bardziej seksownie. Tutaj mamy pewien absurd, bowiem fabularnie to "Renai Sample" wypada lepiej, ale właśnie fakt, że "Opętani miłością" nie silą się na szczególnie rozbudowany scenariusz, bazując głównie na scenach sytuacyjnych oraz ich postacie działają pod wpływem impulsu, sprawił, że całość wypada ciekawiej. Bohaterki od wydawnictwa Akuma wypadają zatem lepiej, bo jadą na spontanie, podczas gdy u konkurencji starają się one analizować sytuację. Renai Sample - 2 Opętani miłością - 2 5. Rysunek Nawet moje oko mangowego laika potrafiło wychwycić pewne różnice w stylu obu artystów. Szczerze powiedziawszy nie umiem powiedzieć, które rysunki wolę, bo obie mangi wypadają dla mnie na takim samym, dobrym poziomie. To nie jest jakieś mistrzostwo i przy takiej "Herezji miłości" wizualnie te mangi przegrywają, ale też nie z kretesem. To po prostu solidny rysunek, w sam raz pod tematykę porno, gdzie czytelnik ma być pobudzany przez fantazję rozgrywającą się na kartach. Ni mniej ni więcej. Reani Sample - 3 Opętani miłością - 3 PODSUMOWANIE Szczerze powiedziawszy jestem zadowolony z tego wyniku. Wyszedł remis w sytuacji, gdzie obstawiałem od początku zdecydowaną wygraną "Renai Sample". Czemu? Bo mangę mam od dłuższego czasu i wraz z moją żoną jesteśmy z niej baaaardzo zadowoleni. Jednak "Opętani miłością" sprostali zadaniu, pokazując, że warto wydać na polskim rynku więcej tytułów tego typu. Wydaje mi się, że jest na nie zapotrzebowanie, choć z pewnością hentai w Polsce nigdy nie dorówna fandomem do ecchi. Osobiście lubię oba gatunki i mam nadzieję, że wydawnictwo Akuma nie poprzestanie tylko na wydawaniu sprośnych mang, ale pójdzie też o krok dalej. Jednak jak na debiut, do tego kontrowersyjny jest dobrze. Może nawet bardzo dobrze. Tak czy inaczej nie żałuję wydanych pieniędzy i wraz z małżonką na pewno będziemy wracać do obu tytułów.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 6 3 lata temu
Wypaczona Ryo Haruto
Wypaczona
Ryo Haruto
Creepy lolita z młotem, która rozpaczliwie chce mieć braciszka i siostrzyczką zostać. Ale tak bardzo bardzo rozpaczliwie. Tak TOTALNIE KURDE ROZPACZLIWIE ŻE NIE OGARNIESZ. Nie chcesz zostać jej braciszkiem? No to masz przesrane wręcz na wskroś. Bo to jest creepy lolita i w dodatku wypaczona fest. Trochę nie mogę z tej mangi a trochę mogę. Bo tak: jest tu ostro, miejscami serio mocno - jeśli horror'rowość Wypaczonej miarkować. Ale jednocześnie cała ta siostrzano-braciana otoczka wydaje mi się taka jakaś śmieszna. Chodzi o to, że typiara ma nasrane w baniaku, jest potworną miejską legendą no i jest świetnie napisana - jako postać, która czyni z tej mangi horror - wcale a wcale niezły. Mamy też młodego typka, którego czekają.. no niespecjalnie przyjemne gry i zabawy. I zrobiło mi się skrajnie przykro, jak wyjaśniać się zaczęło, ale zostałem zrobiony w wała fabularnym smaczkiem i już mi nie jest przykro. Wypaczona to przyjemniaczek mangowy. Wydana jako grubaska - jednotomówka, zawiera dwa tomiki oryginału oraz dwa bonusowe shorty, których Junji Ito by się nie powstydził. Zakończenie wywaliło mnie trochę z kapci. W sumie tak wywaliło z półtora kapcia. Bo dość przewidywalne motywy, którymi fabuła mknie, pozwoliły mi domniemywać, że również zakończenie będzie przewidywalne. A tu zonk. Jest grubo, ostro, zaskakująco ale z lekkim niedosytem. Wizualnie to nic specjalnego, ale oczy nie bolą. Wypaczona ma się czym pochwalić, w kilku momentach splash page's to naprawdę ładne arciki. Moim zdaniem ultra must have dla fanów horrorów mangowych czy też mangów horrorowych. Bawiłem się na tyle przednio, że minutę po lekturze piszę ten tekst, który właśnie przeczytałeś/łaś, Drogi Czytelniku/czko. Czuj się więc pozdrowiony/a, czytaj mangi i jedz dużo warzyw! Więcej na IG @znakiem_tego
ZnakiemTego - awatar ZnakiemTego
ocenił na 7 3 miesiące temu
Dziewczyna znad morza #1 Inio Asano
Dziewczyna znad morza #1
Inio Asano
Seinen manga - komiks dla dorosłych, sporo dosadnej erotyki (wpadającej bez mała w hentai), w dodatku rzecz trochę ciężka i przygnębiająca... jak przystało na opowieść o nastolatkach, którzy im bardziej się próbują odnaleźć, tym bardziej się gubią. Uczciwie przyznam, że miałem podczas lektury drobny dysonans poznawczy, właśnie z uwagi na fakt, że rzecz jest o bardzo młodych ludziach, tyle, że tkwiących w takim tierze depresji, zniechęcenia i zdeprawowania, że starczyłoby tego wszystkiego dla czterdziestolatków po przejściach. Gdyby nie ilość seksu, którą uprawiają, to powiedziałbym, że widzę w nich poniekąd siebie i szereg znanych mi ludzi... tyle, że my mamy już na karku tych parę krzyżyków, prawda? Podoba mi się kreska - naprawdę świetnie naszkicowane twarze, niektóre ujęcia portretowe aż chciałoby się prześledzić z 2B w ręku! Fajne ujęcia krajobrazowe, sporo szczegółów, niezłe kadry. Nie mam pewności czy wszystko tutaj było faktycznie rysowane, mam wrażenie, że niektóre kadry mogły być przetworzonymi zdjęciami. A może nie. Nie wiem. Ogólnie, pod względem graficznym jest to złoto, aczkolwiek i tutaj znalazłyby się pewne uwagi. Nie podobały mi się dwie rzeczy. Po pierwsze: główna bohaterka i główny bohater są w pewnych ujęciach dość podobni, oboje z czarnymi, podobnej długości włosami, nawet dość podobnymi fryzurami. O ile zazwyczaj bez trudu ich rozróżniamy (zwłaszcza en face), to czasami jest to trudne lub niemożliwe. Okienka są małe (jako i format komiksu), kadry zaś bywają nazbyt dynamiczne: wąskie, ciasne, cięte z bekhendu. Do tego dochodzą dymki dialogowe - nie wiedzieć czemu mocowane dość daleko od postaci, czasami po przeciwnej stronie okienka. Bywa, że monolog jednej postaci rozbity jest na kilka dymków i część z nich naturalnie odczytujemy jako wypowiedź innej postaci. A czasami po prostu w ogóle nie możemy dopasować kto co mówi. Kwestia techniczna, ale łamie imersję. Dziewczyna znad morza to spokojnie tląca się, a jednak mocna rzecz. Smutna. Przygnębiająca. Samą historię oceniam wyżej niż techniczną stronę mangi - co prawda rysunki są świetne, jednak wspomniane kwestie związane np. z kadrowaniem czy dymkami powodowały, że czułem się nieco zniechęcony do lektury. Bez wątpienia wolałbym ten komiks w formacie A4, ale oczywiście wiem dlaczego manga jest wydawana w mniejszych zeszytach. Opinię wystawiam po lekturze dwóch tomów, jest ona tożsama dla obu ;-).
failsafedb - awatar failsafedb
ocenił na 7 10 miesięcy temu
Rycerze Sidonii #1 Tsutomu Nihei
Rycerze Sidonii #1
Tsutomu Nihei
Seriale anime, a zwłaszcza te w nowoczesnym wydaniu, i to w gatunku ogólnego sci-fi lub sci-fi w połączeniu z motywami Space Opera, czy też fantastyki naukowej w otoczeniu dynamicznej akcji z pierwiastkiem suspsensu na dokładkę, to taki niezwykle specyficzny i żywiołowy świat - graficznie na pewno wyjątkowy, mimo stosowania w kreowaniu takiej rzeczywistości bogatości technik komputerowych, mający swój styl, raz subtelny a raz nie, ukazujący szerokie wątki w fabule wychodzące często poza motyw eksploracji kosmosu, poszukiwania życia, rozwoju ludzkości w innych obszarach wszechświata i jak to mówił Star Trek ,, docierania tam, gdzie nie dotarła jeszcze cywilizacja". Bardzo szczególne miejsce w omawianym zestawieniu zajmują serie pt. "Kosmiczny Pancernik Yamato 2199", "Generał Daimos" sprzed prawie 50 lat i coś bardzo, bardzo szczególnego, co wizualnie prezentuje nowy styl a fabularnie sercem i duchem, co uważam osobiście, jest z latami 1970-1998, gdy w otwartym gatunku sci-fi w anime powstawały same ikoniczne dziś tytuły. I tym czymś szczególnym jest dwusezonowa serii odcinkowa pt. "Sidonia no Kishi", w Polsce tłumaczona poprzez inne media jako: "Rycerze Sidonii". I co istotne pamiętam, że to właśnie "Rycerze Sidonii" jako Uniwersum przykuło dobitnie moją uwagę: anime to zauważyłem, jako gdzieś tam umieszczoną na rozpisce Netflixa odpowiednią pozycję na liście. Tak to wyglądało z początku. Ale jak to w życiu bywa, to właśnie ten tytuł, który zrealizowano w latach 2014-15 wśród współczesnych tytułów, zajmuje dla mnie to konkretne miejsce w serduchu: w duszy i umyśle fana; nie ma zmiłuje, za każdym razem, gdy o nim wspominam robi się tak bardzo przyjemnie i ciepło na fanowskich gustach. A w kwestii tego, jak na ,,Sidonię" natrafiłem: jak wspomniałem częściowo odbyło się to przypadkiem... bardzo, bardzo przypadkiem. I tak, zacząłem oglądać pierwszy, potem drugi odcinek i... tak minęły dwa sezony. I to są dla mnie do dziś wspaniałe wspomnienia - dowód na to, że warto często zawierzyć losowi i dokonać takich a nie innych wyborów. I tak się zastanawiam czy przeczytanie pierwszego tomu mangi z tego Uniwersum nie nakłoni mnie do powrotu do tego tytułu. Wspaniały motyw eksploracji przestrzeni kosmicznej, trochę z dodatkiem post-apokaliptycznego nurtu, czy lekkiego ,,sosu gatunkowego" z dystopii, której nie brakuje mroku. Renderowanie i tworzenie CGI i innych efektów specjalnych, kreujących szatę graficzną "Rycerzy Sidonii", które te elementy gatunku i fabuły to niniejszym podkreślają - to wszystko tu jest, w tym anime właśnie, a w samej mandze, doświadczając ją po raz pierwszy, zdajemy sobie na dobre sprawę z jak wybitnych źródeł korzystał ten serial. Mogę jedynie gryźć się w zęby, obgryzać sobie paznokcie do krwi, jak na jakichś wywiadowczych torturach, że tak późno zorientowałem się o istnieniu tego komiksu właśnie. ,,O la Boga, o rety kotlety!" Przybyłem,. zobaczyłem i zwyciężyłem - ,,dobra moja!", że zdecydowałem się na pierwszy (kolejny na pewno wjedzie na czytelniczy ruszt, i to niedługo! Na pewno wpisuję go na listę ,,must read, ASAP!) tom mangi w polsko tłumaczonym Uniwersum: "Rycerze Sidonii". I jaka to była mimo wszystko pozytywna niespodzianka! Nie wiedziałem, kompletnie z czapy nie miałem o tym tej potrzebnej mi świadomości i pojęcia, że "Sidonia no Kishi" w aspekcie medium mangowego będzie tak konsekwentnym komiksem, z dość dobrze poprowadzoną ogólną ,,Space Opera" opowieścią. Okazałem się geekowskim zwycięzcą, że trafiłem zarówno na ów serial jak i archetypową dla niego mangę, które fabularnie i graficznie (koncept sci-fi tu poprowadzony był bardzo w porządku, choć odniosłem wrażenie, że pilotowe rozdanie komiksu... to dopiero przetarcie, jakby wrzucenie pierwszego biegu do dalszych opowieści, których będziemy świadkami w kolejnych cyklach i rozdziałach), spisały się (anime w dwóch swoich sezonach, a komiks w pierwszym tomie) dość konsekwentnie, mimo iż w serii odcinkowej jak i w mandze zdarzały mi się momenty, jakby miało mi tu... czegoś brakować. Ale, tak na młodzieżowo i energicznie podkreślę jedno: ,,Sidonia to Uniwersum na pełnej pompie!”. Do czystej graficznej i narracyjnej, tj. fabularnej ,,zajebiaszczości” to jeszcze tu niezbyt dużo, ale jednak, brakuje. Okazało się to na tyle dobre wydanie (krój zewnętrzny, wielkość mangi, ilość stron i jakość papieru - krótko: Wydawnictwo Kotori spełniło swoje zadanie ,,wydawnicze" wyśmienicie!) jak i fabularne zaprezentowanie się, że mogę sam zapytać się nieco fanowsko-retorycznie: no i co by było, gdyby ,,Sidonii" nie było?! Uniwersum Rycerzy Sidonii zostało stworzone na potrzeby pełnej, dynamicznej, nie pozbawionej tajemnic rzeczywistości Space Opery z olbrzymimi możliwościami eksploatacyjnymi w opcji ,,mangowej". Autorem tak niezwykłego Wszechświata rozrywki opartego o aspekty futurologiczne, związane z eksploracją przestrzeni kosmicznej w fantastyce naukowej, jest Tsutomu Nihei, jeden z najbardziej popularnych i rozpoznawalnych poza Japonią mangaków. To twórca cholernie ambitnego i mocnego, bo agresywnego i intensywnego swą akcją Uniwersum "Blame!" oraz omawianego niniejszym Świata. I to co już z początku mnie zaskoczyło w tomie pierwszym ,,Rycerzy" to to, że stylem graficznym ów tom 1 (a zapewne i cała późniejsza seria) nie przypomina stereotypowej mangi, nawet z charakterystycznym ujęciem rysu fizyczności twarzy bohaterów japońskiego komiksu: zero spiczastości, zbyt słodkich uszu, oczu, dragonballowych fryzur czy specyficznych proporcji całego ciała. Ba! Rysunek i cała szata wizualna jest tu takim swego rodzaju odpowiednikiem zwykłego amerykańskiego lub europejskiego komiksu, lecz w tym przypadku czarno-białego, czytanego od prawej do lewej. Przygody na ,,Sidonii" są w sam raz dla tych, którzy kochają narracje graficzne w konwencji gatunku sci-fi, także dla tych, którzy cenią sobie oryginalność, ale nie są przekonani w żadnym stopniu do mangi, którą uważają za podpierdółkę dla młodych, zinfantylizowanych ludzi. Pod względem tworów popkultury z kraju kwitnącej wiśni, ich popularności na świecie i wpływie na resztę kultury masowej, cóż można by powiedzieć, iż przyszło nam żyć w dość dziwnych czasach: z jednej strony bardzo zadowalających, bo "Chłopiec i Czapla" Mizayakiego wywalczyło Oscara w kategorii najlepszej animacji, a z drugiej w zbyt rozdartych latach ewolucji kultury masowej, gdzie produkcji anime tworzy się za dużo, tak samo mangi - ilość nie jest tu problemem, lecz jakość wykonania i odbiór tytułów przez czytelnika bądź widza; jakość bo często same animacje wyglądają generycznie, wtórnie niczym wypluwane przez zaawansowane programy graficzne z algorytmicznymi sieciami neuronowymi, gdzie ręka ludzka się nie liczy, co może poświadczyć i nieco udowodnić sam aspekt redukcji kosztów i etatów w Studiu/Firmie, która zatrudnia multum pracowników pracujących nad danym anime do zaharowania się na śmierć. Mamy 2024 rok, dlatego też na to zmącenie i niepewność pośród wyboru danego anime czy mangi, moim zdaniem idealnym lekarstwem byłoby - tak też się stało ze mną, co polecam spróbować i Wam - zabranie się za watching tytułu takiego jak "Rycerze Sidonii", także za czytanie mangi, która jest tu pierwowzorem. Takowy eksperyment wyszedł mi obronną ręką. I znowu to podkreślę: jak w wielu mangach, które przeczytałem tak i tu brak głębi koloru czy nawet odcieni bieli i czerni nie jest w obrazie problemem. Nie wiem jak to do końca opisać: ale ta ,,monochromatyczność" przy tym gatunku, tego rodzaju zagrożeniu, z którym boryka się ludzkość czasów tego Uniwersum, cholibka, pasuje piekielnie dobrze! I jestem w stu procentach pewny, że geek, który widział anime ,,Sidonii” a potem zabrał się za mangę, jest szansa, że na 99% ta manga wybrzmi lepiej niż w odwrotnej kolejności: zaczynając od źródła komiksowego… chociaż patrząc się na sam styl koloru i specyficzny kontur, być może samo zaznajomienie się z mangą dla wymiaru rozrywki takiego jak ten ,,sidoński” wystarczy, aby zatrzymać po tomie 1 tą mangę w swoim serduchu, czytając i czytając kolejne jej tomy. Krótko i treściwie, oraz tak slangowo: ,,kurnia balans", Sidonia w wersji mangowej, to jest taki ,,kurłaaaa" dziwny Świat. Podstawowy motyw fabularny jest bardzo oryginalny mimo iż dotyczy Space Opery. Częściowo stanowią go Gauny czy inaczej Pustelniaki, które to kolonii ludzkiej przeszkadzają w przetrwaniu na wiele stuleci po katastrofie - katastrofie, która zrobiła z Cywilizacji planetarnej... swego rodzaju niedobitki. Obraz jak i scenariusz, same postaci, które zdają się być żywe w tej opowieści, pchać fabułę do przodu, współgrają ze sobą należycie. Tom 1 pewne historie przyspiesza, anime, czy to część odcinków czy to 2 sezony w całości, trochę je spowalnia, poświęca im nieco więcej czasu; omawiany mankament to mało znaczący kosmetyczny minus dla oceny recenzowanego tomu - finalnie wszystko i tak zależy od punktu widzenia i subiektywnej oceny fana. Niniejsza ,,futurologia" zaskakuje pozytywnie: istoty ludzkie egzystujące w trzech płciach, fotosyntezujące, rozmnażające się bezpłciowo, potrafiące wybierać tożsamość płciową taką jaką chcą?! Specyficzne i rewelacyjne! Tak, taki zresztą okazał się tom 1, co przyznaję szczerze: mogę powtarzać aż do zatracenia!
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 8 2 lata temu
Rycerze Sidonii #2 Tsutomu Nihei
Rycerze Sidonii #2
Tsutomu Nihei
Mogę powiedzieć: ,,o la Boga, o rety kotlety!. Przybyłem, zobaczyłem i zwyciężyłem, no i dobra moja!” – to taka indywidualna reakcja, na to, że nie zrezygnowałem ze specyficznej serii mang, oryginalnych ,,czarno-szaro-białych” interpretacji kolorowych komiksów europejskich czy amerykańskich, czyli z serii, która potwierdziła tylko, że fantastykę naukową, a szczególnie podgatunek Space Opera/Space Fantasy da się opowiedzieć w zaskakujący intrygujący, pełny napięcia i dynamiki akcji sposób, bez jakiegoś nie wiadomo jak dużego spadku jakości narracji czy fabuły oraz samej otoczki ,,kosmicznej batalii” lub czegoś w rodzaju ,,polityki, ot układowej wojny domowej”, która w ,,saj-faju" jest obecnie dość istotna. Wyszedłem na tym obronną ręką i, co zabrzmi dość dziwnie, ,,chwała mi za to”, że nie tak dawno zdecydowałem się na lekturę drugiego z kolei w całym cyklu (co do kolejnych: na pewno wejdą one na czytelniczy ruszt, i to niedługo!) tomu ,,Rycerzy Sidonii". ,,Sidonia no Kishi” to potwierdzenie jednego z wniosków, który sądzę nie tylko Ja, dostrzeże wielu z fanów ,,kosmicznego i ambitnego Sci-Fi”, także się z tym zgodzi: to Uniwersum przede wszystkim przemawia ruchem, czyli spośród swoich mediów animacją. Sam zacząłem doświadczać tego Świata z perspektywy serialu anime, dostępnego niegdyś na platformie Netflixa; dwa sezony minęły szybko i z pełną pompą, ot wielką intensywnością i tymi ,,akcyjniakowymi emocjami, które były jak nóż przytrzymywany przy gardle”, bo takie to było dobre. Mało tego, mimo iż minęło sporo czasu od oglądnięcia ostatniego odcinka s02, to seria ta stanowi dziwny wyjątek wśród ,,sajfajowych” animajców, które widziałem: jestem w stanie wpisać ją na listę ,,must see ASAP!” na zasadzie ,,do re-watchu! I to na wczoraj!”. A jeśli chodzi o swoją całościową, multi-odcinkową treść, to ów serial w stosunku do mangi, a jestem w miarę świeżo po przeczytaniu niniejszym omawianego tomu no.2, jak na mój gust podbija Świat mangi, robiąc sobie ją jako ,,okupowanego". Tak, chodzi o jedno: moje fanowskie doświadczenie z tym gatunkiem i specyficznym podejściem w ogóle do Space Opery/ Future Space Fantasy z elementami ,,kosmicznych Kaiju", to właśnie medium małoekranowe w konwencji czy to live-action, czy to japońskiej czy zwykłej animacji lepiej to wszystko ukazuje: oferuje więcej głębi przekazywanych danych, wątków, postaci. Czyli, wynika z tego, że serial czy film w tej kwestii jest o wiele bardziej wartościowym doświadczeniem niż doświadczanie czegoś za pomocą komiksu. Tak jest właśnie z ,,Rycerzami Sidonii" w tworzonej ze sporą werwą mandze, chociaż… czego nie ukrywam, tom 2 mangi udowodnił jednak to, że warto zaufać czemuś rysowanemu i pisanemu, temu dwuwymiarowemu formatowi, który będzie do adaptacji bądź pierwowzoru filmowo-animowanego stanowił swego rodzaju przedłużenie kreacji wydarzeń, uzupełnienie informacji w Uniwersum, które szeroko kreuje medium animowane. Tsutomu Nihei, autor nie tylko ,,Rycerzy”, ale i równie ambitnego i futurystycznego ,,Blame!”, napisał w drugim już otwarciu opowieści obrazem i piórem z cyklu ,,Sidonii", tak solidną kontynuację Pilota, tak intensywną i inspirującą do chociażby poszukiwań fanowskich w kierunku tworów Space Opera, że całe to Uniwersum opowiadane w formie mangi – podobnie jak ująłem to wyżej co do formy anime – chciałbym przeczytać kiedyś jeszcze raz, jako doświadczenie, w którym postarałbym się w tym futurystycznym ambitnym dziele dostrzec coś nowego, czy to z perspektywy samej fabuły, czy z punktu widzenia samego gatunku, który Świat ,,SNK” dumnie prezentuje. Duma na pewno nie opuszczała mnie, bo jaka to była mimo wszystko pozytywna niespodzianka!, z racji tego jak w około 30% przeczytanej od strony pierwszej zawartości tomu 2, niezwykle prężnie i w spójnej zagadkowej atmosferze kreowanej od początku swej podróży u ,,Rycerzy” przez mangę, opowiadano całość historii wraz z kontynuacją Pilota. Kompletnie, jakby z czapy, nie wyczuwałem tego, że ów komiks okaże się o wiele lepszy niż tom 1, ba!, o wiele wydajniejszy i ,,mięsisty” od opcji anime w analogicznych, co do rozdziałów tej części komiksu odcinkach serialu. Tak, ,,Sidonia no Kishi" w aspekcie medium mangowego staje się po prostu konsekwentnym komiksem, z dość dobrze poprowadzoną gatunkiem Space Opera opowieścią. Dzięki dopowiedzeniu treści, spojrzenie na fabułę i problematykę tego, co ten Świat przedstawia poprzez mangę, staje się on Uniwersum na pełnej pompie! Elementy samego rysunku: tej czystej graficznej i ,,narracyjnej zajebiaszczości" – ów tom przerósł, jak najbardziej pozytywnie, moje oczekiwania. Pilotowi brakowało sporo do konsekwentności graficznej: to i owo potrafiło zgubić styl, dziwnie dobrana intensywność czerni popsuć opowieść, a wyblakłe kontury postaci zniweczyć sedno zrozumienia samych bohaterów. Natomiast części drugiej tejże mangowej, sporej serii, cóż… nie brakowało niczego, grafiki, kadry, stylizacja i technika ,,kreski” – Nihei o wiele bardziej się poprawił, stał się jakby płynniejszym i elastyczniejszym twórcą. Super ideału, do klasycznego ,,10/10” w wizualiach przekazujących scenariusz i założenia gatunkowe na formę dwuwymiarowej opowieści, tylko troszku brakowało… tak jakby odrobinkę. Finalnie okazało się to na tyle dobre wydanie (podobnie jak tom 1: krój zewnętrzny, wielkość mangi, ilość stron i jakość papieru – dodam krótko: Kotori ponownie spełniło swoje zadanie ,,wydawnicze" ekspercko!), że mogę sam zapytać się nieco fanowsko-retorycznie, i znów po raz kolejny, tak samo jak przy recenzowaniu pilota tej mangowej rewelacji w Sci-Fi Space Opera: ,,no i co by było, gdyby Sidonii nie było?”. Chyba samemu gatunkowi Świat ,,kosmicznych” Rycerzy Sidonii został przeznaczony. Ów nurt zyskał w ten sposób na nabyciu elementów pełnej, dynamicznej, nie pozbawionej tajemnic rzeczywistości, z olbrzymimi możliwościami eksploatacyjnymi w formie komiksu, a nie tylko filmu czy serialu! I jak tu nie być geekowskim zwycięzcą? Zwłaszcza jeśli trafia się (będąc po raz kolejny zaskakiwanym!) na ów serial jak i archetypową dla niego mangę, które potrafią zrobić fabularne i graficzne wrażenie ze swojej prezentowanej opowieści, jak i z perspektywy tego, co to znaczy rozwój i ewolucja Space Opery w popkulturze. ,,Sidonia no Kishi” udowadnia, głównie dzięki owej ,,drugo-tomowej” mandze, także można potwierdzić to wrażenie/opinię, że stanowi doskonałe przetarcie, jakby wrzucenie kolejnego biegu do rozwoju różnorodności w Fantastyce Naukowej, która musi istnieć, aby samo szerokie ,,Sci-Fi” nigdy nie stało w miejscu. Każdy kto czytał ,,no.2” Rycerzy stał się również aktywnym świadkiem tego, że manga potrafi przyćmić ten typowy amerykański komiks fantastyczny, bardzo archetypowo kojarzony z tym, czym i jak powinien być komiks właśnie. Ze swymi dwoma sezonami i dwoma przeczytanymi przeze mnie częściami mang, daje odbiorcom oprócz miłej, dynamicznej, pełnej smaczków ze świata przyszłości, jak i easter-eggów nawiązujących częściowo do popkultury, lektury: genialną wizualizację pojedynków ,,mechów/botów'' z agresywnymi wrogami w przestrzeni kosmicznej, także samą opowieść fabuły z perspektywy (choć nie zawsze) nadrzędności obrazu nad scenariuszem, charakterystyczne przejścia w rysunku ze skali w skalę rysowanych czy animowanych obiektów w trakcie ruchu, z zachowaniem proporcji i detalu. Pod względem tworów popkultury z kraju kwitnącej wiśni, ich popularności na świecie i wpływie na resztę kultury masowej… cóż można by powiedzieć, iż przyszło nam żyć w dość specyficznych czasach, szczególnie czasach nieco wybrednych dla zaangażowanych w swą pasję entuzjastów fantastyki naukowej w przeogromnym Wszechświecie najrozmaitszej rozrywki: z jednej strony dajmy na to mamy Uniwersum Mizayakiego, ot znane przede wszystkim z baśniowo-przygodowych, z wydźwiękiem pro-ekologicznym filmów stylizacje Studia Ghibli, a z drugiej Mikrokosmos sprytnego, prawie perfekcyjnego ujęcia gatunku Space Opery w Sci-Fi, Uniwersum… ,,Sidonia no Kishi”! I w trakcie lektury owego drugiego recenzowanego tomu ,,Sidonii” zastanawiałem się, czego tak naprawdę zabrakło, aby móc trochę ponarzekać, ale nie aż tak, ale żeby móc mieć jakiś punkt odniesienia, że w kolejnych tomach z cyklu będzie tylko lepiej. Moje, nazwijmy to ,,geekowskie analizy” wykazały, że – i dobra nasza – nie za bardzo ma się do całości wydźwięku graficzno-faularnego przyczepić. Walki ,,mecha-guardów” były pięknie kreślone, z kapitalną dozą czerni, która potrafi swym sporym wypełnieniem nie przerażać, a raczej zadowalać oczekiwania. Trochę polityki oraz nieco emocji w okolicy relacji na linii Tanikaze-Shinatose a także między Tanikaze a członkami Teamu Mechów walczących z ,,Pustelniakami”. Szybko, inteligentnie, futurologicznie. No i o to chodzi!
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 9 10 miesięcy temu
Hotel  Boichi
Hotel
Boichi
Mu-jik Park znany też jako „Boichi” to mangaka znany w Polsce głównie z serii shonen „Dr. Stone”. Jednakże ma na swoim koncie też parę mniejszych projektów. Tom „Hotel” zbiera właśnie jego krótsze formy. Tytułowy „Hotel” opowiada historię świata, który stanął wobec widma kompletnej zagłady życia na Ziemi. Naukowcy tworzą jednak supernowoczesną wieżę zwaną „Hotelem”, która ma przechować DNA większości ziemskich gatunków aż do polepszenia się warunków na Ziemi. Historia przypominała mi trochę opowiadanie „Nadejdą ciepłe deszcze” Raya Bradbury’ego pokazujące niszczenie supernowoczesnego domu pod nieobecność właścicieli. Tutaj jest podobnie, tylko że skala zagrożeń wobec wieży jest o wiele większa – warunki klimatyczne robią się coraz bardziej ekstremalne, a stawką są losy życia na Ziemi. W mandze historii towarzyszy narracja komputera wieży, który okazuje się zaskakująco ludzki – tęskni za swoimi twórcami i po latach zaczyna doskwierać mu samotności. Jest to najlepszy i najbardziej przejmujący tekst w tomie. Swego rodzaju epilog stanowi krótka historia „Dola” o ostatnim człowieku na Ziemi. Dosyć smutno-gorzka-opowieść. Następną dłuższą opowieścią jest „Prezent”, który opowiada o młodej kobiecie, która budzi się ze śpiączki i usiłuje porozumieć się ze swoim mężem. Początkowo nie byłem specjalnie przejęty, ale kiedy dochodzi do pewnego zwrotu akcji, to naprawdę się wzruszyłem. Bardzo dobrze przemyślany tekst. Niestety kolejna krótsza forma czyli „Migrena” zupełnie do mnie nie trafiła. W kolejnej historii czyli „Wszystko dla tuńczyka” ludzkość musi przeżyć w świecie po… wyginięciu tuńczyka. Fabuła jest bardzo groteskowa i czasami można się szczerze uśmiechnąć. Niestety w pewnym momencie zaczyna się robić męcząca. Trochę skróciłbym tekst. Tym razem epilogiem jest krótka historia o… Ryba-Rangerze czyli parodii japońskich superbohaterów. Niestety zamiast śmieszne wypada głupkowato. Dosyć dziwnym przypadkiem jest „Stephanos”. Zaczyna się jak ciekawy dramat o ciąży urojonej, by potem stać się pełnoprawnym horrorem. Elementy dramatyczne wypadają bardzo dobrze, ale niestety horror jest tu dosyć niedorzeczny. Miłą niespodzianką okazał się króciutki „Kenji, król wynalazków”. Dowcip tu zaprezentowany jest dosyć oklepany, ale dalej bawi. Zamykający tom „Diadem” to typowe fantasy o młodej dziewczynie, która na czele wielkiej armii stawia czoło imperium. Niestety jest to bardzo sztampowa opowieść i wypada z głowy szybko po lekturze. Zupełnie nie pasuje do reszty tomu. Rysunki są bardzo ładne i szczegółowe. Autor radzi sobie w różnych konwencjach i w projektowaniu różnych fantastycznych wynalazków jest bardzo pomysłowy. Najgorzej narysowany jest „Diadem”, w którym twórca chyba nie do końca się odnalazł. Jest to dosyć nierówny zbiór. Parę historii jest naprawdę bardzo dobrych, ale są też takie zupełnie niepotrzebne. Jednakże dwie opowieści były dla mnie na tyle udane, że sięgnę po inne tytułu tego autora.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na 6 1 rok temu
Król wilków Kentarō Miura
Król wilków
Kentarō Miura Buronson
Początek XIII wieku, wielkie podboje imperium mongolskiego, potężny i niezwyciężony Czyngis-chan. Trzy elementy, które mogłoby świadczyć o ciekawej historii i pewnej edukacyjnej wartości dodanej danego dzieła. Niestety nie w tym przypadku, to co początkowo wydaje się intrygujące, szybko okazuje się prostą wydmuszką. Fikcja literacka, w której prawda historyczna stanowi malutki wycinek całości. Pewne zamieszczone tutaj fakty mogą stanowić malutką iskierkę rozpalającą ogień ciekawości niektórych czytelników, zachęcając ich do szukania innych materiałów na temat panowania Czyngis-chan, jednak w głównej mierze chodzi tutaj o prostą i niewymagającą rozrywkę. Fabuła, której autorem jest Buronson, jest prosta, momentami wręcz infantylna, z pewnymi lukami logicznymi i kilkoma mniejszymi lub większymi absurdami. Poziom historii pozostawia bardzo wiele do życzenia, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę inne dzieła twórcy. Autor nigdy nie słynął z niebywale rozbudowanych dzieł, w których można się zagłębić i doszukiwać ukrytych treści, jednak starał się on wprowadzać do swoich tytułów pewną dozę wielowymiarowości. W tym przypadku najwyraźniej stwierdził on, że od czasu do czasu trzeba zaoferować rynkowi coś prostego, niezbyt wymagającego, co załapie się do segmentu „przeczytać, dobrze się bawić i zapomnieć”. W tej materii manga sprawdza się doskonale i pomimo wyraźnych braków scenariuszowych, czyta się ją zaskakująco bardzo przyjemnie i niebywale szybko. Pochłonięcie ponad 400 stron komiksu, nie trwa nazbyt długo, co jest pokłosiem dość oszczędnego operowania słowem pisanym. Ilość zamieszczonego w dziele tekstu jest bardzo mała, a główny nacisk położony jest na rysunki. Warstwa artystyczna dzieła, za którą odpowiedzialny jest Kentarō Miura, to jeden z głównych powodów wydania części zasobów swoje portfela i powiększania swojej domowej biblioteczki. Cała recenzja na PopKulturowy Kociołek https://gameplay.pl/news.asp?ID=119183
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na 6 6 lat temu

Cytaty z książki Gigantomachia

Więcej
Kentarō Miura Gigantomachia Zobacz więcej
Kentarō Miura Gigantomachia Zobacz więcej
Więcej