Mogę powiedzieć: ,,o la Boga, o rety kotlety!. Przybyłem, zobaczyłem i zwyciężyłem, no i dobra moja!” – to taka indywidualna reakcja, na to, że nie zrezygnowałem ze specyficznej serii mang, oryginalnych ,,czarno-szaro-białych” interpretacji kolorowych komiksów europejskich czy amerykańskich, czyli z serii, która potwierdziła tylko, że fantastykę naukową, a szczególnie podgatunek Space Opera/Space Fantasy da się opowiedzieć w zaskakujący intrygujący, pełny napięcia i dynamiki akcji sposób, bez jakiegoś nie wiadomo jak dużego spadku jakości narracji czy fabuły oraz samej otoczki ,,kosmicznej batalii” lub czegoś w rodzaju ,,polityki, ot układowej wojny domowej”, która w ,,saj-faju" jest obecnie dość istotna. Wyszedłem na tym obronną ręką i, co zabrzmi dość dziwnie, ,,chwała mi za to”, że nie tak dawno zdecydowałem się na lekturę drugiego z kolei w całym cyklu (co do kolejnych: na pewno wejdą one na czytelniczy ruszt, i to niedługo!) tomu ,,Rycerzy Sidonii".
,,Sidonia no Kishi” to potwierdzenie jednego z wniosków, który sądzę nie tylko Ja, dostrzeże wielu z fanów ,,kosmicznego i ambitnego Sci-Fi”, także się z tym zgodzi: to Uniwersum przede wszystkim przemawia ruchem, czyli spośród swoich mediów animacją. Sam zacząłem doświadczać tego Świata z perspektywy serialu anime, dostępnego niegdyś na platformie Netflixa; dwa sezony minęły szybko i z pełną pompą, ot wielką intensywnością i tymi ,,akcyjniakowymi emocjami, które były jak nóż przytrzymywany przy gardle”, bo takie to było dobre. Mało tego, mimo iż minęło sporo czasu od oglądnięcia ostatniego odcinka s02, to seria ta stanowi dziwny wyjątek wśród ,,sajfajowych” animajców, które widziałem: jestem w stanie wpisać ją na listę ,,must see ASAP!” na zasadzie ,,do re-watchu! I to na wczoraj!”. A jeśli chodzi o swoją całościową, multi-odcinkową treść, to ów serial w stosunku do mangi, a jestem w miarę świeżo po przeczytaniu niniejszym omawianego tomu no.2, jak na mój gust podbija Świat mangi, robiąc sobie ją jako ,,okupowanego". Tak, chodzi o jedno: moje fanowskie doświadczenie z tym gatunkiem i specyficznym podejściem w ogóle do Space Opery/ Future Space Fantasy z elementami ,,kosmicznych Kaiju", to właśnie medium małoekranowe w konwencji czy to live-action, czy to japońskiej czy zwykłej animacji lepiej to wszystko ukazuje: oferuje więcej głębi przekazywanych danych, wątków, postaci. Czyli, wynika z tego, że serial czy film w tej kwestii jest o wiele bardziej wartościowym doświadczeniem niż doświadczanie czegoś za pomocą komiksu. Tak jest właśnie z ,,Rycerzami Sidonii" w tworzonej ze sporą werwą mandze, chociaż… czego nie ukrywam, tom 2 mangi udowodnił jednak to, że warto zaufać czemuś rysowanemu i pisanemu, temu dwuwymiarowemu formatowi, który będzie do adaptacji bądź pierwowzoru filmowo-animowanego stanowił swego rodzaju przedłużenie kreacji wydarzeń, uzupełnienie informacji w Uniwersum, które szeroko kreuje medium animowane.
Tsutomu Nihei, autor nie tylko ,,Rycerzy”, ale i równie ambitnego i futurystycznego ,,Blame!”, napisał w drugim już otwarciu opowieści obrazem i piórem z cyklu ,,Sidonii", tak solidną kontynuację Pilota, tak intensywną i inspirującą do chociażby poszukiwań fanowskich w kierunku tworów Space Opera, że całe to Uniwersum opowiadane w formie mangi – podobnie jak ująłem to wyżej co do formy anime – chciałbym przeczytać kiedyś jeszcze raz, jako doświadczenie, w którym postarałbym się w tym futurystycznym ambitnym dziele dostrzec coś nowego, czy to z perspektywy samej fabuły, czy z punktu widzenia samego gatunku, który Świat ,,SNK” dumnie prezentuje. Duma na pewno nie opuszczała mnie, bo jaka to była mimo wszystko pozytywna niespodzianka!, z racji tego jak w około 30% przeczytanej od strony pierwszej zawartości tomu 2, niezwykle prężnie i w spójnej zagadkowej atmosferze kreowanej od początku swej podróży u ,,Rycerzy” przez mangę, opowiadano całość historii wraz z kontynuacją Pilota. Kompletnie, jakby z czapy, nie wyczuwałem tego, że ów komiks okaże się o wiele lepszy niż tom 1, ba!, o wiele wydajniejszy i ,,mięsisty” od opcji anime w analogicznych, co do rozdziałów tej części komiksu odcinkach serialu. Tak, ,,Sidonia no Kishi" w aspekcie medium mangowego staje się po prostu konsekwentnym komiksem, z dość dobrze poprowadzoną gatunkiem Space Opera opowieścią. Dzięki dopowiedzeniu treści, spojrzenie na fabułę i problematykę tego, co ten Świat przedstawia poprzez mangę, staje się on Uniwersum na pełnej pompie!
Elementy samego rysunku: tej czystej graficznej i ,,narracyjnej zajebiaszczości" – ów tom przerósł, jak najbardziej pozytywnie, moje oczekiwania. Pilotowi brakowało sporo do konsekwentności graficznej: to i owo potrafiło zgubić styl, dziwnie dobrana intensywność czerni popsuć opowieść, a wyblakłe kontury postaci zniweczyć sedno zrozumienia samych bohaterów. Natomiast części drugiej tejże mangowej, sporej serii, cóż… nie brakowało niczego, grafiki, kadry, stylizacja i technika ,,kreski” – Nihei o wiele bardziej się poprawił, stał się jakby płynniejszym i elastyczniejszym twórcą. Super ideału, do klasycznego ,,10/10” w wizualiach przekazujących scenariusz i założenia gatunkowe na formę dwuwymiarowej opowieści, tylko troszku brakowało… tak jakby odrobinkę. Finalnie okazało się to na tyle dobre wydanie (podobnie jak tom 1: krój zewnętrzny, wielkość mangi, ilość stron i jakość papieru – dodam krótko: Kotori ponownie spełniło swoje zadanie ,,wydawnicze" ekspercko!), że mogę sam zapytać się nieco fanowsko-retorycznie, i znów po raz kolejny, tak samo jak przy recenzowaniu pilota tej mangowej rewelacji w Sci-Fi Space Opera: ,,no i co by było, gdyby Sidonii nie było?”. Chyba samemu gatunkowi Świat ,,kosmicznych” Rycerzy Sidonii został przeznaczony. Ów nurt zyskał w ten sposób na nabyciu elementów pełnej, dynamicznej, nie pozbawionej tajemnic rzeczywistości, z olbrzymimi możliwościami eksploatacyjnymi w formie komiksu, a nie tylko filmu czy serialu!
I jak tu nie być geekowskim zwycięzcą? Zwłaszcza jeśli trafia się (będąc po raz kolejny zaskakiwanym!) na ów serial jak i archetypową dla niego mangę, które potrafią zrobić fabularne i graficzne wrażenie ze swojej prezentowanej opowieści, jak i z perspektywy tego, co to znaczy rozwój i ewolucja Space Opery w popkulturze. ,,Sidonia no Kishi” udowadnia, głównie dzięki owej ,,drugo-tomowej” mandze, także można potwierdzić to wrażenie/opinię, że stanowi doskonałe przetarcie, jakby wrzucenie kolejnego biegu do rozwoju różnorodności w Fantastyce Naukowej, która musi istnieć, aby samo szerokie ,,Sci-Fi” nigdy nie stało w miejscu. Każdy kto czytał ,,no.2” Rycerzy stał się również aktywnym świadkiem tego, że manga potrafi przyćmić ten typowy amerykański komiks fantastyczny, bardzo archetypowo kojarzony z tym, czym i jak powinien być komiks właśnie. Ze swymi dwoma sezonami i dwoma przeczytanymi przeze mnie częściami mang, daje odbiorcom oprócz miłej, dynamicznej, pełnej smaczków ze świata przyszłości, jak i easter-eggów nawiązujących częściowo do popkultury, lektury: genialną wizualizację pojedynków ,,mechów/botów'' z agresywnymi wrogami w przestrzeni kosmicznej, także samą opowieść fabuły z perspektywy (choć nie zawsze) nadrzędności obrazu nad scenariuszem, charakterystyczne przejścia w rysunku ze skali w skalę rysowanych czy animowanych obiektów w trakcie ruchu, z zachowaniem proporcji i detalu.
Pod względem tworów popkultury z kraju kwitnącej wiśni, ich popularności na świecie i wpływie na resztę kultury masowej… cóż można by powiedzieć, iż przyszło nam żyć w dość specyficznych czasach, szczególnie czasach nieco wybrednych dla zaangażowanych w swą pasję entuzjastów fantastyki naukowej w przeogromnym Wszechświecie najrozmaitszej rozrywki: z jednej strony dajmy na to mamy Uniwersum Mizayakiego, ot znane przede wszystkim z baśniowo-przygodowych, z wydźwiękiem pro-ekologicznym filmów stylizacje Studia Ghibli, a z drugiej Mikrokosmos sprytnego, prawie perfekcyjnego ujęcia gatunku Space Opery w Sci-Fi, Uniwersum… ,,Sidonia no Kishi”! I w trakcie lektury owego drugiego recenzowanego tomu ,,Sidonii” zastanawiałem się, czego tak naprawdę zabrakło, aby móc trochę ponarzekać, ale nie aż tak, ale żeby móc mieć jakiś punkt odniesienia, że w kolejnych tomach z cyklu będzie tylko lepiej. Moje, nazwijmy to ,,geekowskie analizy” wykazały, że – i dobra nasza – nie za bardzo ma się do całości wydźwięku graficzno-faularnego przyczepić. Walki ,,mecha-guardów” były pięknie kreślone, z kapitalną dozą czerni, która potrafi swym sporym wypełnieniem nie przerażać, a raczej zadowalać oczekiwania. Trochę polityki oraz nieco emocji w okolicy relacji na linii Tanikaze-Shinatose a także między Tanikaze a członkami Teamu Mechów walczących z ,,Pustelniakami”. Szybko, inteligentnie, futurologicznie. No i o to chodzi!
Opinia
Niestety taka to historia, że już zapomniałam o czym była.
Oczywiście wszystko pięknie narysowane jak to u Miury, więc do jakości wykonania rysunków nie można się przyczepić.
Po czasie, kiedy już wiemy, że niczego więcej już dla nas nie narysuje odczuwam lekki żal, że zamiast tego tytułu nie powstało więcej rozdziałów Berserka. Z drugiej strony rozumiem, że kiedy przez całą karierę, od 1989 roku tworzy się takie opus magnum można mieć potrzebę stworzenia czegoś innego.
Niestety taka to historia, że już zapomniałam o czym była.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOczywiście wszystko pięknie narysowane jak to u Miury, więc do jakości wykonania rysunków nie można się przyczepić.
Po czasie, kiedy już wiemy, że niczego więcej już dla nas nie narysuje odczuwam lekki żal, że zamiast tego tytułu nie powstało więcej rozdziałów Berserka. Z drugiej strony rozumiem, że kiedy przez...