Green Blood #5

Okładka książki Green Blood #5
Masasumi Kakizaki Wydawnictwo: J.P. Fantastica Cykl: Green Blood (tom 5) komiksy
240 str. 4 godz. 0 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Green Blood (tom 5)
Tytuł oryginału:
グリーン・ブラッド
Data wydania:
2016-09-28
Data 1. wyd. pol.:
2016-09-28
Liczba stron:
240
Czas czytania
4 godz. 0 min.
Język:
polski
ISBN:
9788374715454
Tłumacz:
Paweł Dybała
Średnia ocen

                7,7 7,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Green Blood #5 w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Green Blood #5

Średnia ocen
7,7 / 10
56 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
215
49

Na półkach:

Cała ta seria to świetnie ukazana, brutalna i pełna tragedii podróż braci ze świetnym ukazaniem ich relacji jak i całej braterskiej miłości. Kreska jak i wszystko tutaj poprostu ze sobą świetnie gra. Jedyne do czego mogę się przyczepić to, że obaj bracia powinni z kilku sytuacji już nie wyjść żywo, było to w skrócie trochę nadużywane, także polecam podejśc do tego aspektu z lekko przymknietym okiem jak to już bywa w wielu komiksach i mangach. Mimo to, polecam tą serie bo jest ona świetna!!!, a zamknięcie ostatniego tomu jest naprawde dobre i perfekcyjnje domyka Całą historie.

Cała ta seria to świetnie ukazana, brutalna i pełna tragedii podróż braci ze świetnym ukazaniem ich relacji jak i całej braterskiej miłości. Kreska jak i wszystko tutaj poprostu ze sobą świetnie gra. Jedyne do czego mogę się przyczepić to, że obaj bracia powinni z kilku sytuacji już nie wyjść żywo, było to w skrócie trochę nadużywane, także polecam podejśc do tego aspektu z...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

91 użytkowników ma tytuł Green Blood #5 na półkach głównych
  • 78
  • 13
67 użytkowników ma tytuł Green Blood #5 na półkach dodatkowych
  • 36
  • 14
  • 5
  • 4
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Green Blood #5

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Hotel  Boichi
Hotel
Boichi
Mu-jik Park znany też jako „Boichi” to mangaka znany w Polsce głównie z serii shonen „Dr. Stone”. Jednakże ma na swoim koncie też parę mniejszych projektów. Tom „Hotel” zbiera właśnie jego krótsze formy. Tytułowy „Hotel” opowiada historię świata, który stanął wobec widma kompletnej zagłady życia na Ziemi. Naukowcy tworzą jednak supernowoczesną wieżę zwaną „Hotelem”, która ma przechować DNA większości ziemskich gatunków aż do polepszenia się warunków na Ziemi. Historia przypominała mi trochę opowiadanie „Nadejdą ciepłe deszcze” Raya Bradbury’ego pokazujące niszczenie supernowoczesnego domu pod nieobecność właścicieli. Tutaj jest podobnie, tylko że skala zagrożeń wobec wieży jest o wiele większa – warunki klimatyczne robią się coraz bardziej ekstremalne, a stawką są losy życia na Ziemi. W mandze historii towarzyszy narracja komputera wieży, który okazuje się zaskakująco ludzki – tęskni za swoimi twórcami i po latach zaczyna doskwierać mu samotności. Jest to najlepszy i najbardziej przejmujący tekst w tomie. Swego rodzaju epilog stanowi krótka historia „Dola” o ostatnim człowieku na Ziemi. Dosyć smutno-gorzka-opowieść. Następną dłuższą opowieścią jest „Prezent”, który opowiada o młodej kobiecie, która budzi się ze śpiączki i usiłuje porozumieć się ze swoim mężem. Początkowo nie byłem specjalnie przejęty, ale kiedy dochodzi do pewnego zwrotu akcji, to naprawdę się wzruszyłem. Bardzo dobrze przemyślany tekst. Niestety kolejna krótsza forma czyli „Migrena” zupełnie do mnie nie trafiła. W kolejnej historii czyli „Wszystko dla tuńczyka” ludzkość musi przeżyć w świecie po… wyginięciu tuńczyka. Fabuła jest bardzo groteskowa i czasami można się szczerze uśmiechnąć. Niestety w pewnym momencie zaczyna się robić męcząca. Trochę skróciłbym tekst. Tym razem epilogiem jest krótka historia o… Ryba-Rangerze czyli parodii japońskich superbohaterów. Niestety zamiast śmieszne wypada głupkowato. Dosyć dziwnym przypadkiem jest „Stephanos”. Zaczyna się jak ciekawy dramat o ciąży urojonej, by potem stać się pełnoprawnym horrorem. Elementy dramatyczne wypadają bardzo dobrze, ale niestety horror jest tu dosyć niedorzeczny. Miłą niespodzianką okazał się króciutki „Kenji, król wynalazków”. Dowcip tu zaprezentowany jest dosyć oklepany, ale dalej bawi. Zamykający tom „Diadem” to typowe fantasy o młodej dziewczynie, która na czele wielkiej armii stawia czoło imperium. Niestety jest to bardzo sztampowa opowieść i wypada z głowy szybko po lekturze. Zupełnie nie pasuje do reszty tomu. Rysunki są bardzo ładne i szczegółowe. Autor radzi sobie w różnych konwencjach i w projektowaniu różnych fantastycznych wynalazków jest bardzo pomysłowy. Najgorzej narysowany jest „Diadem”, w którym twórca chyba nie do końca się odnalazł. Jest to dosyć nierówny zbiór. Parę historii jest naprawdę bardzo dobrych, ale są też takie zupełnie niepotrzebne. Jednakże dwie opowieści były dla mnie na tyle udane, że sięgnę po inne tytułu tego autora.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na 6 1 rok temu
H.P. Lovecraft: Ogar i inne opowiadania H.P. Lovecraft
H.P. Lovecraft: Ogar i inne opowiadania
H.P. Lovecraft Gou Tanabe
Co sprawia że ,,lubimy się bać!”? Zwykła ludzka ciekawość, pociąg do tajemnicy i nieznanego? A może złamanie tabu lub zmierzenie się z własnymi lękami i słabościami poprzez kontakt z czymś co fikcyjnie lub nie, a co jest w stanie wywołać u nas nieoczekiwaną gamę negatywnych związanych ze strachem, czymś obłym, złym, pierwotnym, inno-wymiarowym i wprawiającym w emocjonalną katatonię, emocji? Chyba jest to jedno z tych pytań na które nawet i nauka – tłumacząca się istnieniem ,,genu zła” i ,,hormonalnej gry” w naszym ciele, gdy organizm odczuwa strach – czy liczni artyści tworzący w obrębie kultury masowej, czy kultury w ogóle (przecież sztuka, choć teoretycznie ,,piękna”, też może wywołać u obserwatora subiektywne negatywne odczucia i fluidy), nie zna i nie znają odpowiedzi. Każdy z ludzi to, co jest logicznym wnioskiem, a nie odkryciem na wagę Nobla!, można by rzec cholerny ,,indywidualista” – to co jednych straszy, innych może bawić; nie da się więc określić jednoznacznie czemu pociąga nas do strachu lub innych emocjonalnych ,,negatywizmów”. Zdarzają się i tacy, którzy chcą się po prostu bać, żeby odczuć z tego jakąś satysfakcję, inni z kolei przez skrajne odczucia tego rodzaju chcą przeżyć duchowe katharsis, a jeszcze inni po prostu… lubią oglądać, czytać, słuchać rozmaitych horrorów, tworów makabry, slasherów, thrillerów psychologicznych z suspensem i tajemnicą w tle. I nie ma w tym nic dziwnego. Jednak... tu powstaje pewne ,,popkulturowe” pytanie: czy istnieje uniwersalny rodzaj gatunku około-horrorowego lub ,,uniwersalny autor”, który kreuje tego rodzaju pozycje w swej pracy na rzecz ,,tych, którzy chcą być zalani negatywnym uczuciem lęku, przerażenia i fobii ogarniających najgłębsze pokłady własnego Ja emocji”, które to dzieła mimo zacięcia subiektywnego w rozumieniu tego, co nazywamy ,,grozą”, są w stanie wpłynąć w różnym stopniu, w różnej warstwie na każdego, kto sięgnie po dzieła tego autora, po tą a tą konkretną jego pozycję? Czy da się przekopać ,,popkulturowy wór różności” i odnaleźć ,,tego kogoś!” – tego reżysera, scenarzystę, rysownika, pisarza, poetę, który tworzy tak intuicyjnie, tak wielowymiarowo i fabularnie dość interesująco, opinając to w ramy negatywnych idealnych do horroru i temu podobnych założeń gatunkowych emocji, że finalnie każdy kto chwyci ,,to jego wybitne coś!” doświadczy głębokich, proroczych i jakby mistycznych chwil, emocji przesiąkłych nieosiągalną przez jakiekolwiek inne dzieła innych artystów grozą? I tu pojawi się dość kontrowersyjny wniosek: teoretycznie istnieje kilku takich kreatorów pośród naszego dziedzictwa w obrębie kultury czy szeroko pojętej rozrywki, z drugiej strony nikt taki istnieć nigdy nie będzie, gdyż zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie miał ubaw z horroru i suspensikowego thrillera, gdyż ,,wyraźnie go czy ją takie fanaberie i bzdety nie interesują”, a poza tym ten ktoś niczego się nie boi, ,,bo takie rzeczy, co to w książkach lub filmach w horrorze się dzieją, to tylko fikcja, i nic z niej nie jest realne”. Mimo wszystko należy dać szansę pierwszemu typowi wniosku, a na przykłady jego potwierdzenia wybrałem nazwiska pisarzy, gdyż około-horrowo-makabro-thrillerowa materia gatunku kojarzy się przede wszystkim z powieścią, potem dopiero z filmem, komiksami czy grami video. I tak, wśród tuz pisarskiego horroru wybija się trio autorów, którzy są w stanie tworzyć na granicy pojęcia ,,uniwersalności”, o której powyżej była mowa. Są to, a raczej powinny być, bo wciąż to subiektywna opinia i założenie: Stephen King, H. P. Lovecraft oraz Dean Koontz. To pierwsze, to szczególne miejsce sądzę należy się… i już Wy pewnie wiecie komu, nie inaczej: to Howard Phillips Lovecraft stanowi przykład mistrzowskiego operowania grozą, makabrą i całą masą ,,negatywnego gatunku”, sięgającego po pierwociny tego w swych dziełach, z czego odbiorca nawet nie zda sobie sprawy, że jest to takie źródło powoli rozwijającego się w czytanych Lovecrafta tytułach strachu i lęku, zamieniającego się w z niczym nieporównywalne przerażenie. Tak, Pan H. P. Lovecraft przez całą swoją karierę, zdaje się dwoił się i troił – dla gatunku, o którym mowa, także w znacznej mierze dla szeroko pojętej popkultury wyłożył, a raczej wykuł ciężką pracą!, solidny kamień węgielny pod rozwój i ewolucję horrorowo-thrillerkowych treści dla najrozmaitszych form to przekazujących: od filmu, serialu, komiksu, przez gry planszowe i video a na słuchowiskach kończywszy. Inaczej mówiąc: ten jego wkład jest tu praktycznie bezcenny. Choć był trudnym człowiekiem, o niełatwym charakterze, był w stanie zjednać do siebie ludzi poprzez to, co i jak tworzył. Napisał historię tym jak bardzo odważnie i intuicyjnie, jakby przelewał na swoje twory najgorsze wizje, koszmary i lęki… jakby był w stanie stworzyć materię tego rodzaju treści w horrorze, która całą swoją niezwykłością, niby neutralnością z początku podczas zaczynania lektury, a tym przejawem wpływu strachu i lęku podczas wchłaniania jej dalszych etapów, zmieniał spojrzenie każdego czytającego na to czym jest lęk i inne negatywne siły, które odbiorca doświadcza podczas czytania danego dzieła Lovecrafta. ,,Spojrzenie”, które, co dziwnie zabrzmi: dostosowuje się do każdego, dosłownie sądzę każdego, kto weźmie w ręce cokolwiek z tworów tego pisarza, fluktuując do finalnej formy strachu i lęku dostosowanego właśnie do niego. I to jest chyba ten ,,uniwersalizm” w pojęciu tej prawie że idealnej powieści, komiksu, nowelki graficznej, filmu, które opowiadane gatunkiem horroru straszą – choć dość ogólnikowe i jakby spłycone słowo – ot, wpływają rodzajem ,,negatywnych sił narracyjnych na każdego odbiorcę. Na pewno trudno jest wskazać ten jeden wybitny, najlepszy, najbardziej ,,strachogenny” utwór z całego dorobku Lovecrafta. Dla jednych może to być ,,Kopiec”, dla innych ,,Droga do szaleństwa” a znowu dla tych najbardziej oczarowanych tym jak na nich Lovecraft wpłynął jest ,,Zew Cthulhu”. Nasz mistrz otwiera ku nam bramy - wrota dla pradawnych mar, niecnych nieznanych sił, dziwnych obłych istoto, czegoś niematerialnego i nienazwanego, co z przyjemnością ,,wprasza się” do jego pisarstwa, prowadzi go w fabułach jego dzieł, jest z nim do końca, do końca jest również z czytelnikiem. H. P. Lovecraft otwiera umysły odbiorcy swoich dzieł, i to jest w nim fenomenalne, na bardzo intuicyjny, nadnaturalnie niespokojny, suspensowy, dziwnie atakujący, oschły i nawet surowy sposób budowania atmosfery grozy, gdzie to ,,zło”, co tak uniwersalnie w jego twórczości ma ,,straszyć!”, przesiąka do czytelnika, zabarwia emocje i nastrój stylem poruszającego wewnętrzne struny bezpieczeństwa prywatnego Ja u doświadczającego jego dzieł ochotnika. Ów pisarz będzie obecny zawsze, nawet w swoich własnych adaptacjach, których to mamy w popkulturze całe multum. Jednym z takowych tytułów, które przenoszą styl pisania Lovecrafta, zamysły fabuły i sposób jego ujęcia gatunku grozy i tego ,,strachogennego uniwersalnego oddziaływania na odbiorcę”, z którego tak jest znany, jest niespodziewanie… manga! Tak, japoński komiks o tytule – i to nie jedyny, bo w tak nazwanym cyklu tworzy się swego rodzaju MiniVersum! - ,,H. P. Lovecraft. Ogar i inne opowiadania” autorstwa Tanabe Gou, zdziałał wiele dla ponownego odciśnięcia lovecraftowskiej stylówy w realiach książkowo-komiksowego horroru. Przymierzając się do tej mangi nie oczekiwałem wiele; Lovecrafta adaptuje się trudno, trzeba to zrobić intuicyjnie i drobiazgowo – ,,Ogar” mnie nie zawiódł, zrobił wręcz coś przeciwnego. Oczarował mnie, przeraził, zafascynował – rzecz jasna nie tak jak to robiły to liczne dzieła pisarza, o którym mowa – z dozą ,,tego czegoś”, że chce się jeszcze więcej i więcej z mangi tego cyklu. Zapamiętajmy ,,Mangowego Lovecrafta”, bo tak nazywa się cykl japońskich komiksów, do których należy omawiany niniejszym ,,Ogar i inne opowiadania” Gou. Wydany w Polsce przez ,,Studio JG” zajmuje ciche miejsce, na półeczce, w kąciku, w sam raz dla koneserów odpowiednio zrealizowanego graficznego horroru, który ma w sobie ten trudny w odbiorze uniwersalny charakter ,,strachogenności”. Zresztą sam ,,Ogar” to wydanie dość specyficzne, jak na mangę średnio objętościowe – do 180 stron. Wymaga cierpliwości, bo to nie akcyjniak, który przerzuci się z prawej do lewej w pół godziny i manga przeczytana. Nie!... Każda plansza, każdy kadr z każdej strony, z każdego z trzech graficznych opowiadań tomu powinno się doświadczać, jakby to były historie, które wydarzyły się naprawdę, ale zatrzymane w ,,akcie tragedii”, która przytrafiła się określonym ludziom, w tajemniczych i niewyjaśnionych okolicznościach, z nie do końca ,,czytelnym” zakończeniem takich wypadków; jakby były to wydarzenia, które wstrząsnęły całym światem i zostały zamknięte w jakieś zakazanej księdze, spisane w formie przeklętego rysunkowego manuskryptu, których Ty teraz doświadczasz, bo masz tą niekłamaną chorą przyjemność trzymać w rękach jeden z ostatnich jego egzemplarzy. Czy to w tytułowym ,,Ogarze”, czy w ,,Świątyni” – pierwszym, cholernie intrygującym łączącym historyczne realia wojenne z czymś głęboko niezbadanym, czymś umykającym cywilizacji, opowiadaniu z tomu, czy w ostatnim, ,,Zapomnianym Mieście” – w tych trzech kompletnie zaskakujących (bo takie ,,to było dobre, no ale urwał!”, tak poruszające w człowieku to intymne, bo własne i tak istotne dla każdego z nas poczucie niebezpieczeństwa, ogarniającej trwogi, lęku i psychicznej męczarni związanej ze strachem i przerażeniem, że aż nie da się tego ,,czytelniczo i po ludzku!" pojąć) tworach dostaliśmy chyba więcej niż tego można było po Gou oczekiwać, i chyba dużo więcej niż oczekiwałby sam Lovecraft, i to po innych artystach, którzy interpretują to, co on sam tak z oddaniem i w odpowiednim klimacie dał Światu. Mamy do czynienia z około 180-stronicym rysunkiem, z całego tomu, który przypomina średniowieczne czarno-białe ryciny, tylko że o wiele bardziej wyraźniejsze, dokładniejsze, głębsze w przekazaniu odpowiednio silnych emocji i nutki suspensu z sosem tajemnicy na dokładkę – ryciny, które w przypadku zbioru ,,Ogar” Tanabe Gou jakby były kreślone ręką artysty ,,zakontraktowanego” piekielnym paktem z przedwiecznym, przebudzonym pochłaniającym zmysły złem. Trudno tu mówić o negatywnym czy pozytywnym finale każdej z trzech historii – teoretycznie można intuicyjnie sobie to dopowiedzieć, można wcielić się w bohaterów, którzy doznali czegoś, coś, co ciężko opisać, i spróbować samemu zamknąć dane wydarzenia. Żadne z opowiadań nie góruje nad resztą – są określoną historią, ale nie do końca spójną: bardziej tajemniczą, zatrważającą, wprawiającą w stan dziwnych emocji... w stan lovecraftowskiego lęku!
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 9 1 rok temu
Acony Kei Toume
Acony
Kei Toume
„Nie starzeję się, nie muszę też spać ani jeść. Bo już jestem martwa” Im dłużej zajmuję się mangami, tym wyraźniej zauważam, jak trudno czasem ocenić, do jakiego gatunku w zasadzie należy dana pozycja. Niekiedy coś wydaje się horrorem, a po otwarciu okazuje się, że trochę nie do końca tak jest. Problem tego typu miałam w przypadku jednotomówki Waneko pod tytułem „Acony” (historia ta pierwotnie została wydana w trzech tomach pomiędzy 2009, a 2010 rokiem). Stworzona przez Kei Toume opowieść zawiera wprawdzie drobne elementy grozy, jednak skupia się głównie na komedii. Przeprowadzki z reguły nie są szczególnie przyjemne – szczególnie te wymuszone życiowymi zawirowaniami. Motomi Utsuki przenosi się do dziadka, gdy jego matka podejmuje się zagranicznej pracy wymagającej ciągłych zmian miejsca pobytu. Trzynastolatek od początku swojego przyjazdu zauważa dziwne i niezwykłe zjawiska związane z kilkudziesięcioletnim budynkiem. Zdaje się on żyć, przyciągać niezwykłych lokatorów, a także powodować paranormalne zjawiska w swojej okolicy. Chłopiec prędko poznaje Acony, swą rówieśniczkę, która twierdzi, że tak naprawdę jest martwa… Znajomość ta wciąga Motomiego w świat pełen niebywałych ludzi, duchów i zmiennokształtnych istot. Opowieść składa się z ponad pięciuset stron nieustannie przeplatających się perypetii bohaterów. Każda wprowadzana postać wnosi swą obecnością zupełnie nowe gagi, a im dalej, tym więcej humoru. Wprawdzie da się wyróżnić pewien główny wątek, jednak szczerze powiedziawszy… fabuła tak naprawdę dąży donikąd. Liczą się tylko coraz to nowsze przygody w nawiedzonej rezydencji. Ot takie „okruchy życia”, które mają być niezobowiązującą lekturą. Manga nie sili się na zmuszanie do żadnych przemyśleń, zapewnia wyłącznie rozrywkę. W pewien sposób może nasunąć również skojarzenie z „Rodziną Addamsów”, lecz niezaprzeczalnie autorka rzadziej i mniej odważnie sięga po elementy grozy niż historia najsłynniejszej gotyckiej rodziny. Między innymi z tego powodu przygody Acony zdecydowanie nadają się dla młodzieży, którą może zafascynować pokraczny świat pełen fantastycznych istot. Wykorzystana kreska jest przyjemna dla oka, bohaterowie silnie przyciągają uwagę swymi nieszablonowymi projektami postaci (Aozaemon Numata wprost skradł moje serce!). Niektóre plansze w ciekawy sposób bawią się przestrzenią, całkowicie zmieniając jej wymiary, co zdecydowanie urozmaica dość jednolitą scenerię budynku. Zdziwiła mnie bardzo liczba kolorowych ilustracji! Jest ich ponad dwadzieścia i to raczej rekord w mojej dotychczasowej przygodzie z japońskimi komiksami. Nie czuję za to zadowolona z okładki kryjącej się pod obwolutą… Wypada ona zupełnie nieciekawie w porównaniu z kolorową „nakładką”. Nie znajduję się w szczególnie korzystnej pozycji, by ocenić tę mangę. „Acony” to dobra pozycja, jednak zupełnie nie należę do grupy docelowej, do której jest ona kierowana. Sprawę pogarsza fakt, że jednak szukałam horroru lub przynajmniej odrobinę mrocznej komedii z mocno zaakcentowanymi elementami grozy. Dostałam zabawną opowieść, fakt. Jednak duchy czy jakiekolwiek okołofantastyczne elementy są tu wyłącznie tłem kolejnych zwariowanych przygód, przez co czuję delikatny zawód. Mimo tego przyznaję jej ocenę 6/10 – przy czym, gdybym była trochę młodsza lub gustowała w innych gatunkach… Najpewniej odebrałabym ją zupełnie inaczej i po prostu lepiej.
KrukNagrobny - awatar KrukNagrobny
ocenił na 6 1 rok temu
Wypaczona Ryo Haruto
Wypaczona
Ryo Haruto
Creepy lolita z młotem, która rozpaczliwie chce mieć braciszka i siostrzyczką zostać. Ale tak bardzo bardzo rozpaczliwie. Tak TOTALNIE KURDE ROZPACZLIWIE ŻE NIE OGARNIESZ. Nie chcesz zostać jej braciszkiem? No to masz przesrane wręcz na wskroś. Bo to jest creepy lolita i w dodatku wypaczona fest. Trochę nie mogę z tej mangi a trochę mogę. Bo tak: jest tu ostro, miejscami serio mocno - jeśli horror'rowość Wypaczonej miarkować. Ale jednocześnie cała ta siostrzano-braciana otoczka wydaje mi się taka jakaś śmieszna. Chodzi o to, że typiara ma nasrane w baniaku, jest potworną miejską legendą no i jest świetnie napisana - jako postać, która czyni z tej mangi horror - wcale a wcale niezły. Mamy też młodego typka, którego czekają.. no niespecjalnie przyjemne gry i zabawy. I zrobiło mi się skrajnie przykro, jak wyjaśniać się zaczęło, ale zostałem zrobiony w wała fabularnym smaczkiem i już mi nie jest przykro. Wypaczona to przyjemniaczek mangowy. Wydana jako grubaska - jednotomówka, zawiera dwa tomiki oryginału oraz dwa bonusowe shorty, których Junji Ito by się nie powstydził. Zakończenie wywaliło mnie trochę z kapci. W sumie tak wywaliło z półtora kapcia. Bo dość przewidywalne motywy, którymi fabuła mknie, pozwoliły mi domniemywać, że również zakończenie będzie przewidywalne. A tu zonk. Jest grubo, ostro, zaskakująco ale z lekkim niedosytem. Wizualnie to nic specjalnego, ale oczy nie bolą. Wypaczona ma się czym pochwalić, w kilku momentach splash page's to naprawdę ładne arciki. Moim zdaniem ultra must have dla fanów horrorów mangowych czy też mangów horrorowych. Bawiłem się na tyle przednio, że minutę po lekturze piszę ten tekst, który właśnie przeczytałeś/łaś, Drogi Czytelniku/czko. Czuj się więc pozdrowiony/a, czytaj mangi i jedz dużo warzyw! Więcej na IG @znakiem_tego
ZnakiemTego - awatar ZnakiemTego
ocenił na 7 3 miesiące temu
Gra w Króla 4 Hitori Renda
Gra w Króla 4
Hitori Renda
Jak już pewnie wiecie w moich poprzednich opiniach na temat „Gry w Króla”, wyrażałam tylko swoje niezadowolenia z tego, co otrzymałam. Byłam zawiedziona, bo na początku pokładałam duże nadzieje w tej serii i niestety, rzeczywistość daleko odbiegała od ideału. No cóż, nieraz tak się zdarza, ale mimo porażki nie poddaje się (możecie równie dobrze nazwać mnie masochistką) i czytam po prostu dalej. Zawsze kończę to, co zaczęłam i tym razem nie zamierzałam rezygnować z dalszej lektury. A gdzieś tam w środku mnie, tlił się nikły płomyczek nadziei, że może jednak karta znów się obróci, a ja będę mogła zachwycać się dobrą historią… ponoć wiara czyni cuda. Yosuka dotarł do szokującej informacji – „gra w króla” już kiedyś się odbyła. A wszelkie informacje na temat miejsca i tamtych wydarzeń zostały bardzo dobrze ukryte… Rzeź nadal trwa, uczniowie umierają jeden za drugim, a do północy pozostało jeszcze sporo czasu… nawet Nobuaki zaczyna się poddawać, choć dla wielu jest ostatnią nadzieją. Wystarczy jedna łza i dołączy do swych kolegów, o których życie tak usilnie walczył. Czy słabość i emocje przejmą nad nim kontrolę, czy pozwoli sobie na łzy? A może jednak będzie walczył i dotrze do tajemniczej wioski, wymazanej z wszelkich map, o której istnieniu nikt nie pamięta, a gdzie być może jest rozwiązanie tajemniczej gry – Yonaki, to miejsce może być początkiem końca „gry w króla”… Jestem w szoku i to całkowicie w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Czwarty tomik „Gry w Króla” kompletnie mnie zaskoczył, co najmniej jakbym czytała całkiem inny tytuł o podobnej fabule. Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam i mimo że wciąż uważam, że niektóre aspekty są delikatnie przesadzone, to tym razem praktycznie nie mam na co narzekać. Chyba moje modlitwy zostały wysłuchane, bo inaczej tego nie mogę nazwać. Pozostaje mi się tylko cieszyć z takiego obrotu spraw. I czym prędzej zabrać się za ostatnią część, której tak bardzo się obawiam… no, ale tym będę przejmować się później. Uczniowie klasy 1B są w szoku, kompletnie nie rozumieją rozkazu „króla”, który co chwilę przesyła wiadomości o ukaraniu kolejnego członka gry. Tylko nieliczni starają się powstrzymywać łzy, które wciąż cisną się im do oczu. Nobuaki jest u kresu swojej wytrzymałości, nie widzi dalszego sensu w walce o przyjaciół. Załamał się, gdyż zbyt wiele osób zawiódł – nie zdołał uratować. Bezlitosny „król” świetnie się bawi, widząc rozpacz bezradnych uczniów. Kim jest i czego od nich chce? W poprzedniej opinii specjalnie nie wspominałam zbyt wiele o rzezi, która miała miejsce w trzecim tomiku. Owszem był to niezwykle kluczowy, dlatego nie chciałam wam odbierać przyjemności z lektury, o ile jednak po nią sięgnęliście. Było dramatycznie i jest nadal, a same sceny zawarte w czwartej części mogą przyprawić o mdłości. Krew leje się strumieniami, więcej wam na ten temat już nie powiem, bo już i tak stąpam po cienkiej linii i zaraz zacznę rzucać tutaj spoilerami (chcielibyście, nie ze mną te numery). Musicie widzieć tyle, że fabuła przybrała nieoczekiwany obrót, a samo zakończenie wprawiło mnie w osłupienie. Choć nie powiem, po cichu liczyłam na taki plot-twist, bo uważałam, że będzie bardziej dramatycznie – no i jest (taka ze mnie zołza, kiedyś może zrozumiecie, o co mi chodziło). Sama akcja ewidentnie zmierza ku końcowi i praktycznie jesteśmy na ostatniej prostej przed wielkim rozwiązaniem, ale mimo pojawiającej się dramaturgii nie potrafiłam odczuć żadnego żalu wobec bohaterów mangi, od początku byli mi obojętni i żadne wydarzenia nie sprawiły, że mogłabym zmienić zdanie. To jest największa bolączka „Gry w Króla”. Nie potrafi przekonać uczuciowo czytelnika, a wszystko za sprawą naciąganego zachowania postaci. Przykre, bo ogromny potencjał został zwyczajnie niewykorzystany. A samo czytanie mangi dla zabicia czasu, nie każdemu wystarczy. Na ten moment, zdecydowanie tomik pierwszy i czwarty jest dla mnie najlepszy, trzeci stałby wyżej w hierarchii, gdyby nie ten ciągły krzyk, który mnie tak irytował. Nobuaki zdecydowanie jest najbardziej przerysowaną postacią, z którą miałam do czynienia. Moja ocena: 7/10
Paulina - awatar Paulina
oceniła na 7 8 lat temu
Abara - Edycja Specjalna Tsutomu Nihei
Abara - Edycja Specjalna
Tsutomu Nihei
Nie macie pojęcia jak się cieszyłem, gdy pierwsze wydanie „Abary” zostało zapowiedziane w jakimś 2014 roku. Toż to autor BLAME!, jednej z najsłynniejszych i najoryginalniejszych mang, pierwszy raz na naszym rynku! Wtedy ambitniejsze mangi dopiero nieśmiało się u nas pojawiały, byliśmy przed mangowym boomem i tego typu zapowiedzi były jak spełnienie marzeń. I manga mnie wtedy zachwyciła, bardziej nawet niż przeczytany później BLAME! czy Rycerze Sidonii. I podtrzymuję tę opinię - jest wspaniała. O co tu chodzi? Szczerze mówiąc, nie do końca wiadomo. Mamy ponure dość miasto przyszłości, nad którym górują tajemnicze, monumentalne bryły. Mamy bohatera, który potrafi wykształcić pancerz przemieniający go w PIĘKNEGO, czarnego potwora. Mamy też innych, przemieniających się w białe potwory. Białe potwory chcą zniszczyć te potężne bryły, czarne próbują je powstrzymać. Uwielbiam historie, których do końca nie rozumiem. Oczywiście, istnieją komiksy źle napisane. Z chaotyczną narracją, które gubią czytelnika, jednocześnie oczekując od niego że się we wszystkim połapie. Na szczęście Abara tego nie oczekuje. Rzuca skrawki worldbuildingu, sugeruje, prowadzi dynamiczną intrygę z której frajda nie wynika z rozumienia przyczyn i konsekwencji, ale z obserwacji tych konkretnych wydarzeń i z tonięcia w tym konkretnym klimacie. Tsutomu Nihei jest niesamowitym rysownikiem i twórcą światów. Widać w jego kresce jego architektoniczną przeszłość, potrafi tworzyć majestatyczne i monumentalne struktury i przestrzenie. Klimat, kreska, projekty potworów, enigmatyczny worldbuilding, monumentalność. I odrobina makabry. Bardzo mnie to wciąga i bardzo mi siedzi. Po więcej recenzji zapraszam na Instagram: @traczytanko
Krzysztof Traczyk - awatar Krzysztof Traczyk
ocenił na 8 6 miesięcy temu

Cytaty z książki Green Blood #5

Więcej
Masasumi Kakizaki Green Blood #5 Zobacz więcej
Masasumi Kakizaki Green Blood #5 Zobacz więcej
Masasumi Kakizaki Green Blood #5 Zobacz więcej
Więcej