Daily Star

Okładka książki Daily Star
MorrisJean Leturgie Wydawnictwo: Egmont Polska Cykl: Lucky Luke (tom 53) komiksy
48 str. 48 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Lucky Luke (tom 53)
Tytuł oryginału:
Le Daily Star (53)
Data wydania:
2017-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2017-01-01
Liczba stron:
48
Czas czytania
48 min.
Język:
polski
ISBN:
9788328119062
Tłumacz:
Maria Mosiewicz
Średnia ocen

                7,4 7,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Daily Star w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Daily Star

Średnia ocen
7,4 / 10
22 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1039
1003

Na półkach:

Chcesz być uczciwym dziennikarzem? Reporterem piszącym o tym, co się dzieje aktualnie w mieście, w saloonach, czym żyją ludzie? Chcesz pisać o machlojach, szwindlach i wodnistym alkoholu i nieuczciwości monopolistów?
Ba...
Chcesz i robisz to...
Ale na prerii, gdzie każdy sobie panem i władcą to jest raczej nie możliwe. Nawet tak - początkowo - opiniotwórcza gazeta, jak Daily Star nie dała sobie rady. Ani jej jednoosobowa osoba prowadząca i pisząca i drukująca i rozprowadzająca... i mogłabym tu wiele pisać, ale pif paf nad głową słyszę. Konie uciekają. Lucky Luck czasem pomoże, ale gdy nie pomaga... strach wyjść z długopisem i czuć tematu do następnego artykułu.

Świetne przygody - jak zawsze.

Chcesz być uczciwym dziennikarzem? Reporterem piszącym o tym, co się dzieje aktualnie w mieście, w saloonach, czym żyją ludzie? Chcesz pisać o machlojach, szwindlach i wodnistym alkoholu i nieuczciwości monopolistów?
Ba...
Chcesz i robisz to...
Ale na prerii, gdzie każdy sobie panem i władcą to jest raczej nie możliwe. Nawet tak - początkowo - opiniotwórcza gazeta, jak...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

45 użytkowników ma tytuł Daily Star na półkach głównych
  • 33
  • 11
  • 1
25 użytkowników ma tytuł Daily Star na półkach dodatkowych
  • 8
  • 6
  • 4
  • 3
  • 2
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Biały jeździec Rene Goscinny, Morris
Ocena 7,5
Biały jeździec Rene Goscinny, Morris
Okładka książki Zasieki na prerii Rene Goscinny, Morris
Ocena 7,7
Zasieki na prerii Rene Goscinny, Morris
Okładka książki Śpiewający drut Rene Goscinny, Morris
Ocena 7,5
Śpiewający drut Rene Goscinny, Morris
Okładka książki Eskorta Rene Goscinny, Morris
Ocena 7,8
Eskorta Rene Goscinny, Morris
Okładka książki Cesarz Smith Rene Goscinny, Morris
Ocena 7,1
Cesarz Smith Rene Goscinny, Morris
Okładka książki Siedem opowieści o Luky Lukeu Rene Goscinny, Morris
Ocena 7,3
Siedem opowieści o Luky Lukeu Rene Goscinny, Morris
 Morris
Morris
Morris (ur. jako Maurice De Bevere) - belgijski twórca komiksów. Absolwent College'u Jezuitów w Aalst. Zaczynał rysować w Compagnie Belge d'Actualités, gdzie poznał m.in. słynnego Peyo (Pierre Culliford), czyli twórcę Smerfów. Ale najbardziej owocnym spotkaniem była praca z René Gościnnym. Wtedy to właśnie powstały komiksy z Lucky Luke'em. Prawo do animacji filmowej wykupiła amerykańska firma Hanna Barbera. Dzięki tej współpracy Lucky Luke stał się słynny na cały świat. Wybrane komiksy autora: "Le Moustique" (1944), "La Mine d'or de Dick Digger" (ze Spirou, 1947), "La Chronique du 9e Art" (z Pierrem Vankeerem, 1964-67), "Lucky Luke" (z René Gościnnym, od 1967).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Narzeczona Lucky Luke’a  Morris
Narzeczona Lucky Luke’a
Morris Guy Vidal
Ogromną zaletą, przynajmniej dla mnie, komiksów napisanych w XX wieku jest to, że nie ma w nich poprawności politycznej, zaś satyra nieraz wręcz wylewa się z ich stron. Tak, poprawność polityczna to przekleństwo popkultury, które nęka ją bardzo srogo od ponad dekady. Wpycha się autentycznie wszędzie i potem powstają nijakie potworki pokroju "Dragon Age III", gdzie w ogniu konfliktu NPC lub towarzysz ni z gruchy ni z pietruchy nagle ci zaczyna nawijać o swej orientacji seksualnej. Nie ma to nic wspólnego z tym co obecnie robi gracz, ale pal to licho. W komiksach niestety też mamy takie debilne zagrywki i choćby w nowej serii o Thor, gdzie Mjolnir trafił w ręce Jane Foster, musiały paść teksty wyjęte żywcem z facebookowej gównoburzy. Dlatego tak chętnie wracam do komiksów sprzed nowego milenium lub z pierwszych jego lat, bo tam tego nie ma. Podobnie, jak w prezentowanym dziś komiksie, który prawdopodobnie wszelkiej maści aktywistki przyprawiłby o zawał, co w zasadzie przysłużyłoby się światu. Tak, jestem wredny :) Album pierwotnie opublikowany w 1985 roku, jest pełen przerysowanych stereotypów traktujących o kobietach, mężczyznach i związku małżeńskim. Oczywiście wszystko pokazano w formie przerysowanej satyry, jednak zawarto w niej wiele prawdy. Głosi ona: "Miasto bez kobiet jest miastem skazanym na śmierć, gdzie ostatni gasi światło.". O tak, to bardzo prawdziwe. Właśnie do takiego miasteczka na dzikim Zachodzie, o wdzięcznej nazwie Purgatory (czyli z angielskiego Czyściec), nasz samotny kowboj ma eskortować tabor pełen kobiet. Konkretniej 15 niewiast o bardzo ognistych temperamentach. Towarzyszyć mu będzie Hank Bully, znany doskonale fanom serii, bowiem występował w niej wielokrotnie. Ci dwaj zatwardziali kawalerzy nie zdają sobie sprawy, jak trudne zadanie przyjdzie im wykonać, bowiem panie to bardzo specyficzna mieszanka. Komiks nie pokazuje kobiet tylko i wyłącznie w krzywym zwierciadle, choć oczywiście są takie wątki, jak panika na widok myszy. Tak naprawdę przedstawia pionierki, jako osoby wyjątkowo zaradne, pomysłowe, twarde i pewne siebie, które potrafią postawić każdego faceta do pionu. I mam tutaj na myśli ich charakter. Bowiem mężczyźni pozostawieni sami sobie stają się leniwi, niechlujni, mało wymagający i nie czerpiący radości nawet z bójki w saloonie. W sumie coś w tym jest, jeśli spojrzymy na stereotyp pewnej grupy kawalerów. Tymczasem to dzięki kobietom odzyskują radość życia, choć oczywiście pewnym kosztem, gdyż muszą oni poświęcić pewne przyzwyczajenia. W komiksie występuje też damski fryzjer, którego genialnie sparodiowano w postaci osoby homoseksualnej. Wręcz bije takim stereotypowym, ale nie wulgarnym, wizerunkiem. Toussaint Charbonneau jest francuskim stylistą oraz, jak określił go zleceniodawca całego przedsięwzięcia, swoistym eunuchem tego haremu na kołach. Sam Toussaint szybko przyznaje, że eskortowanie tego taboru "miłych zwierzątek" jest fascynujące, a gdy Luke zapytał go czy nie boi się ruszać na Zachód pełen mężczyzn, ten odparł, że lubi poznawać nowych kolegów. Przecudna szpila, która dziś prawdopodobnie by nie przeszłą w wielu dziełach opartych o "nowoczesne" myślenie. Zresztą gagi z fryzjerem są naprawdę obłędne i nieraz płakałem przy nic ze śmiechu. Dlatego bardzo polecam ten konkretny album każdemu, kto ma dystans do siebie i świata. Brakuje mi dzisiaj takich dzieł, choć oczywiście się pojawiają, ale w zdecydowanie za małej liczbie. Ten komiks pokazuje, jak dzisiejsza popkultura została rozmyta przez nadmierną poprawność polityczną. Tutaj mamy inteligentną satyrę, wyśmiewającą stereotypy oraz ukazującą je w krzywym zwierciadle. Do tego całość ma naprawdę dobrze skrojony scenariusz, a liczba gagów potrafi rozbawić nawet największego ponuraka. Oczywiście nie zabrakło wątku z Indianami i Daltonami, ale to już najlepiej odkryć samemu :)
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 8 3 lata temu
Fingers  Morris
Fingers
Morris Lodewijk Lo Hartog Van Banda
Bycie zręcznym iluzjonistom potrafi przysporzyc wielu korzyści, ale również kłopotów. Dowiaduje się o tym Luky Luke, na którego drodze staje niejaki Fingers, co można przetłumaczyć na polski jako "Paluszki". Ma to duże znaczenie, gdyż faktycznie paluszki pana Fingersa są niezwykle sprawne, a on sam często nie ma nad nimi kontroli. Można by rzec - kleptoman - jednak czy to prawda. Być może nasz drogi iluzjonista jest po prostu sprytnym, wygadanym oraz obeznanym w swym fachu oszustem. Zresztą nie tylko nasz samotny kowboj zetrze się z tym ciekawym człowiekiem, ale również Daltonowie, choć oni odegrają tutaj raptem drugoplanową rolę. Bohaterem tego odcinka jest iluzjonista z Europy, który niedawno zagościł na Dzikim Zachodzi i od razu popadł w konflikt z lokalnym prawem.sam oskarżony oczywiście przyznaje się do popełnionych czynów, jednak nie do winy. Tu pojawia się pierwsza wielka zaleta scenariusza tego albumu - lawirowanie pomiędzy prawdą a fałszem. Widać to przez całą przygodę. Fingers umiejętnie używa słów, tak aby zawsze obrócić sytuację na swoją korzyść. Wie nie tylko co oraz jak powiedzieć, ale również kiedy. Do tego wykorzystuje prostolinijne myślenie ludzi, luki prawne w kodeksie karnym, a wszystko to okrasza zachowaniem rasowego dżentelmena, dzięki czemu zjednuje sobie pleć piękną. Wielokrotnie doprowadza to do bardzo komicznych sytuacji, gdzie ofiara staje się złodziejem, a przestępca ofiarą systemu. Czyż nie brzmi to znajomo? Kolejnym ciekawym elementem jest to jak Fingers zręcznie okrada swoje ofiary, potem oddając im zagarnięte fanty. Tłumaczy się tym, że czasem nie widzi co robią jego ręce, jednak innych postaci to nie przekonuje. Jednak to właśnie ten element wprowadza do komiksu kolejną dawkę komizmu, do tego całkiem pokaźnych rozmiarów. Fingers potrafi się dzięki temu odnaleźć w każdej, nawet najbardziej absurdalnej, sytuacji. Widać to szczególnie w jego starciu z Daltonami czy Siuksami, których wątek jest tutaj mocno rozbudowany. Co prawda to Daltonowie występują na okładce komiksu, jednak mają oni swój epizod tylko na samym początku przygody. Owszem jest on ważny gdyż staje się punktem wyjścia dla rdzenia scenariusza podczas którego to Lucky Luke i Fingers wpakują się w niejedną kabałę. Mimo wszystko można ich było bardziej wykorzystać. Choćby w późniejszych scenach z udziałem napadu na bank. Niemniej i tak wyszło bardzo pozytywnie, szczególnie że wątek Siuksów stąpających po wojennej ścieżce jest tu interesująco rozwiązany. Po śmierci Rene Goscinnego Morris współpracował z wieloma różnorodnymi scenarzystami, samemu też czasem pisząc scenariusze do tej serii. Jednym udawało się utrzymać ducha współtwórcy Asteriksa, inni pozostawali daleko w tyle, a jeszcze inni umiejętnie łączyli swój styl z legendą poprzednika. Lo Hartog Van Banda odpowiedzialny za scenariusz do tego tomu poszedł jednak w ślady wielkiego mistrza. Co prawda w jego pracy nie znajdziemy wielu nawiązań do historycznych postaci, jednak poziom humoru oraz zręczność prowadzenia opowieści jest taki sam. Szkoda, że przyszło mu napisać scenariusz tylko do tej przygody, choć seria powoli zbliżała się do końca. "Fingers" to wyjątkowo udany tom. W paru miejscach śmieje się sam z konwencji serii, jak choćby wędrówka samotnego kowboja i jego wiernego rumaka ku zachodzącemu słońcu czy zatargu pomiędzy Lucky Luke'em a Joe Daltonem. Wypada to wyśmienicie i udanie nawiązuje do prac Goscinnego, choć czuć tutaj wyraźnie, że kto inny pisał scenariusz. Kreska jak zawsze w pełni oddaje to do czego przyzwyczaił nas Morris w dojrzalszej wersji przygód samotnego kowboja, umiejętnie parodiując specyficzne cechy poszczególnych postaci. Widać to mocno pośród Indian czy mieszkańców jednego z miasteczek, ale też i u tytułowego bohatera tego tomu. Warto zatem sięgnąć po ten album, nie tylko jeśli jesteśmy fanami serii, ale ot tak po prostu dla czystego relaksu.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 8 3 lata temu
Kanion Apaczów Rene Goscinny
Kanion Apaczów
Rene Goscinny Morris
Najlepsze przygody Lucky Luke'a, to te gdzie pracowali nad nimi Morris i Goscinny. Ich kreatywności, humoru oraz wiedzy historycznej, po prostu nie da się podrobić. Choć zdarzają się duety, które potrafią zrównać się z tą dwójką, to jednak finalnie okazują się być co najmniej pół kroku za nimi. "Kanion Apaczów" jest jednym z wielu przykładów na słuszność tej tezy. Goscinny i Morris wzięli tym razem na cel słynny bunt Indian pod przywództwem Geronimo. Wykorzystali oni w tym celu wiele legend dotyczących słynnego wodza Apaczów, które nierzadko są zmyślone. Zrobili to w tak umiejętny sposób, że osoba znająca historię tego słynnego oraz wielkiego człowieka, wyniesie całkiem sporo z lektury prezentowanego tutaj komiksu. Oczywiście Geronimo nie występuje na jego kartach, a jedynie jego ciekawy sobowtór o imieniu Patronimo. Jednak to nie jedyny interesujący zabieg, jaki popełnili Morris oraz Goscinny. Nasz słynny kowboj udaje się tym razem na pogranicze USA i Meksyku, aby zażegnać rosnący tam konflikt pomiędzy Amerykańską Kawalerią, a lokalnym plemieniem Apaczów. Jest to bardzo niefortunna sytuacja, gdyż nawet wielki wódz Geronimo w końcu złożył broń i zapalił z Bladymi Twarzami fajkę pokoju. Niestety Luke staje naprzeciw poważnemu problemowi, bo dowódca kawalerii Pułkownik O'Nollan oraz wódz Apaczów imieniem Patronimo, robią wszystko aby podsycać stale rosnący konflikt. Indianie atakują kawalerzystów w wąwozie, natomiast kawaleria pali ich obozy w ramach karnych ekspedycji. Jak się okazuje, wzajemna wrogość rasowa przywódców obu grup ma swoje dużo głębsze podłoże. Autorzy komiksu zaczynają swoją szyderę już na starcie, drwiąc na równi z kawalerzystów oraz zbuntowanych Indian. Tytułowy kanion jest w istocie skałą pośrodku pustyni, która została przedzielona na dwoje. Spokojnie można ją objechać, ale pułkownik tego nie czyni, w myśl regulaminu i uporu. Druga cecha zostaje szybko wyjaśniona, gdyż O'Nollan jest Irlandczykiem, tak jak cały jego oddział. No poza jednym metysem, którego matka była Szkotką. Oczywiście ten zabieg służy Goscinnemu do prowokowania u kawalerzystów częstych kłótni i gagów rodem z najlepszych komedii. Patronimo wcale nie wypada lepiej na tle tego konfliktu, bo też ma dużo za uszami. Tutaj jednak autorzy odnieśli się do czasów gdy Geronimo rabował karawany i konwoje na granicy meksykańskiej, umykając co rusz kawalerii za granicę. Zmieniono jednak sporo, bo za jego rodzinną tragedię odpowiadali bowiem Meksykanie, natomiast w komiksie ci mają po dziurki w nosie konfliktu pomiędzy Apaczami a Długimi Nożami. Daje to pole na nowe formy gagów, tym razem dotyczące spokojnego i niespiesznego życia w meksykańskiej wiosce. Tym co jednak zasługuje na szczególną uwagę, to sposób w jaki Luke prowadzi swoje śledztwo, mające na celu zakończyć konflikt. Śmiechu tutaj co nie miara, autorzy parodiują masę znanych z westernów, klasycznych zachowań, często będących wyolbrzymieniem prawdy o wojnach Armii USA z Indianami. Widać że Goscinny i Morris byli dobrze przygotowani z historii, bo wiedzieli jak się zabrać za ten album. Jeśli ktoś interesuje się tamtym okresem, to na pewno wyłapie sporo smaczków kulturowych oraz historycznych. "Kanion Apaczów" to jeden z śmieszniejszych oraz bardziej dynamicznych komiksów z serii o samotnym kowboju, który wraz z swym wiernym rumakiem zawsze w ostatnim kadrze odjeżdża w stronę zachodzącego słońca. Tutaj nawet obie postacie żartują z tego motywu i po kolejnej przeprawie przez Rio Grande marzą o tym aby wspomniana scena się pojawiła. Widząc z jakim bałaganem musza się zmagać, nie ma co się temu dziwić.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 8 3 lata temu
Wujaszkowie Dalton Jacques Pessis
Wujaszkowie Dalton
Jacques Pessis Laurent Gerra Achdé
16 lipca 2001 roku odszedł z tego świata Maurice de Bevere. Belgijski rysownik i scenarzysta komiksowy, no bardziej rysownik, znany pośród fanów komiksu jako Morris. Dla tych, którym to nazwisko nic nie mówi, niech wystarczy informacja, ze człowiek ten był odpowiedzialny za powstanie jednej z najbardziej słynnych serii komiksowych. Oto ojciec Lucky Luke'a. Narysował on przeszło 70 albumów o przygodach samotnego kowboja i jego wiernego rumaka Jolly Jumpera, z czego niemal 30 z jednym z ojców Asteriksa i Obeliksa - słynnym Rene Goscinnym. Po przedwczesnej śmierci, wielkiego scenarzysty, Morris nie zaprzestał prac nad serią i zapraszał do współpracy nowe osoby. Jedni zostali na dłużej inni poprzestali na pojedynczym epizodzie. Jednak nawet śmierć tego wielkiego artysty, nie zakończyła przygód słynnego kowboja, który po każdej awanturze zmierza na grzbiecie swego rumaka w stronę zachodzącego słońca, nucąc znaną mu dobrze piosenkę. "Wujaszkowie dalton" ukazali się w 2014 roku we Francji, a do nas zawitali dopiero trzy lata później. Warto było czekać, bo zespół złożony z Achde (rysunek), Laurenta Gerra i Jacquesa Pessis (scenariusz), dokonał tego, czego chcieli czytelnicy. Zachował pełnię klimatu z oryginalnej serii, oddając tym samym hołd Morrisowi i Goscinnemu. Oto historia, jak Averell został ojcem chrzestnym. Fabuła kręci się wokół syna, autentycznej postaci prawdziwego gangu Daltonów. Mowa o Emmett'cie Dalton, który zasłynął między innymi tym, że podczas napadu na bank w Coffeyville zarobił aż 23 kule. To nie żart. Ten człowiek naprawdę wyszedł żywy z strzelaniny, po której wyglądał jak przysłowiowe sito. Oczywiście autorzy tego komiksu nie omieszkali w zabawny sposób przedstawić tej sytuacji, co naprawdę im się udało. Zresztą takich gagów, nawiązujących do autentycznych wydarzeń, jest tutaj o wiele więcej. Niemniej główna oś historii kręci się wokół niejakiego Juniora, czyli syna wspomnianego Daltona. Gang Joego Daltona zostaje obarczony opieką nad młodzikiem, podczas nieobecności jego matki, która wyruszyła do Europy jako jedna z gwiazd cyrku Buffalo Billa (również autentyk). Sędzia zadecydował zatem, że Daltonowie muszą zająć się dzieckiem, a pieczę nad nimi będzie sprawował Lucky Luke. Grupa wyrusza do Krazus City, gdzie mieści się rezydencja matki Juniora. Jak zwykle kłopoty wiszą w powietrzu, bowiem to Averell został wybrany ojcem chrzestnym dla dziecka, a Joe pragnie zdobyć fortunę jego matki. Ilość akcji w tym komiksie jest ogromna. Co chwila dochodzi do jakiejś komicznej sytuacji z udziałem któregoś z daltonów lub Juniora. Jeśli idzie o podobieństwo rodzinne, to wiele postaci, z naszym kowbojem na czele, stwierdza zgodnie, że Junior to rasowy Dalton. Jednak krewny krewnemu nie równy i jak zauważa Mamuśka Dalton, która pojawia się mniej więcej w połowie albumu, rodzina spłodziła kilku szeryfów. Jest to zresztą prawda, bo oryginalny gang Daltonów, o którym zresztą również się tutaj wspomina, ponieważ Daltonowie z serii komiksowej to ich kuzyni, również przez pewien czas służył w obronie prawa. Co jak co, ale ta żonglerka faktami i wymysłami buduje w komiksie naprawdę dużo udanych gagów, co zwiększa przyjemność płynącą z jego lektury. Miasto w którym rozgrywa się lwia część akcji, również jest dość nietypowe i autorzy szydzą w nim, z kilku przywar Teksańczyków. Zresztą warto poczytać co widnieje na szyldach oraz witrynach sklepowych, znajdujących się w mieście. Moim ulubieńcem jest "Budowa baraków" O'Bama". Całość świetnie oddał Achde w rysunku, zachowując ducha serii, którego zrodził Morris, a potem rozbudował wraz z Rene Goscinnym. Czuć, że to kolejna przygoda starego, poczciwego i wytrwałego Lucky Luke'a i jego dzielnego wierzchowca Jollego Jumpera. Nie zabrakło też Rintinkana, w polskiej wersji znanego jako Bzik. Jednak dla mnie ta potulna psina o ptasim (no... trochę mniejszym) móżdżku, zawsze pozostanie Rintinkanem. "Wujaszkowie Dalton" to naprawdę świetny komiks, zachowujący ducha serii i pokazujący, że nawet po śmierci mistrzów, można wydobyć tutaj jeszcze wiele, wiele dobrego humoru.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 7 3 lata temu
Ballada o Daltonach i inne opowieści Rene Goscinny
Ballada o Daltonach i inne opowieści
Rene Goscinny Morris Michel Greg
"Ballada o Daltonach" wydaje się być doskonałym przykładem tego jak powinno się przenosić film animowany na karty komiksu. Opowieść ta zadebiutowała w 1978 na ekranie i szybko zyskała zasłużoną sławę. Po dziś dzień jest zresztą dostępna na sieci i ciszy się nie małą popularnością. W 1986, wiele lat po śmierci Rene Goscinnego przeniesiono ją, wraz z trzema innymi historiami, do kart komiksu, a w tym roku Egmont postanowił przypomnieć ją polskim czytelnikom. Był to zdecydowanie dobry ruch, ponieważ przygody braci Daltonów nic się nie zestarzały. Sama historia jest wręcz banalna. Bracia Daltonowie , przebywający obecnie w wiezieniu, dowiadują się, że ich wujek zmarł i zostawił im w testamencie spadek. Niestety aby go dostać muszą być wykonawcami jego zemsty, zabijając sędziego oraz przysięgłych, którzy skazali wuja na śmierć przez powieszenie. Wydawałoby się, że nie może być nic prostszego dla Daltonów, gdyby nie jeden kruszek - całość ma nadzorować Lucky Luke, człowiek którego nieboszczyk uznawał za najuczciwszego kowboja na świecie. Joe Dalton (to ten najniższy) wpada we wściekłość na samą myśl o Luke'u, ale postanawia upiec dwie pieczenie na jednym ognisku i złożyć samotnemu kowbojowi ofertę. Luke na nią przystaje, mając w zanadrzu pewien plan. Ilość gagów występujących w tej historii powala. Już pierwszy kadr wywołuje uśmiech na twarzy czytelnika, a potem jest tylko lepiej i lepiej. Czasami można się wręcz popłakać ze śmiechu i bynajmniej nie jest to przenośnia. Daltonowie są wyjątkowo kreatywni, a fakt że towarzyszy im Rintinkan, choć niestety nie przez całą przygodę, dodaje całości jeszcze większej dawki humoru. Oczywiście łatwo się domyślić jaki finał będzie miała Ballada, ale to w niczym nie odbiera jej uroku. Widać tutaj rękę mistrza i cieszę się, że obecnie miałem okazje przypomnieć sobie tą przygodę Lucky Luke'a. Co do pozostałych opowieści, to są bardzo krótkie i za scenariusze do dwóch z nich odpowiada Morris, a do jednej Greg. W przypadku rysunku, tak jak w głównej opowieści, wszędzie mamy styczność z pracami Morrisa, choć widać rożne style tego rysownika. Co do samych historyjek to są niezłe, ale jakoś nie szczególnie zapadające w pamięć. Ta od Grega dotyczy złamanego serca Jolly Jumpera i jest najciekawsza z całej trójki. Pozostałe dwie to poszukiwania wcześniej wspomnianego konia przez jego właściciela i szkolenie szeryfów. W pierwszym wypadku nie zaśmiałem się ani razu, zaś w drugim było kilka ciekawych nawiązań do pewnego klasycznego westernu. Jednak finalnie obie historyjki jakoś mnie nie porwały i w głowie brzmiała mi ciągle "Ballada o Daltonach". Cieszę się, że mogłem teraz wrócić do tej opowieści i przypomnieć sobie czasy dzieciństwa. Liczę, że Egmont nie poprzestanie na wznowieniu starych albumów i wyda w końcu wszystkie 71 tomów. Zapewne warto byłoby to zrobić, bo zarówno starsze jak i młodsze pokolenie chętnie sięga po przygody samotnego kowboja, który mimo tylu lat na karku nic się nie postarzał.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 8 3 lata temu
Sarah Bernhardt  Morris
Sarah Bernhardt
Morris Jean Leturgie Xavier Fauche
W 1880 roku Dziki Zachód odwiedziła osoba szerząca kulturę wprost z Starego Kontynentu. Dla jednych był to krok w dobrym kierunku ku rozwojowi, dla innych promocja rozwiązłości i kpina z dobrych obyczajów. Sarah Bernhardt, bo o niej mowa, istniała naprawdę choć w przygodach Lucky Luke'a ukazano jej osobę w mocno komiczny sposób. Posłużyło to głównie do sparodiowania innej ważnej rzeczy - ludzkich zachowań i podziałów na tle kultury. Opisuje też konfrontację różnych nurtów kultury i to jak marketing potrafi umiejętnie żerować na czyjej sławie. A co w tym całym kulturowym rozgardiaszu robi nasz słynny kowboj i jego dzielny rumak? Cóż, jak zwykle stara się ratować sytuację. Już na samym początku czytelnik spotyka się z dwoma punktami widzenia ludzi Dzikiego Zachodu na osobę będącą znaną i budzącą kontrowersje. Zupełnie jak dzisiaj, jedni się tym zachwycają inni grzmią i ostrzegają przed zepsuciem płynącym z Starego Kontynentu. Słowem klasyczna wojna pomiędzy zwolennikami liberalnymi a konserwatywnymi. Nie zależnie od tego kogo poprzemy zarobią na tym handlarze oraz politycy. Ci pierwsi szybko wykorzystają okazję do pokazania, że ktoś sławny lubi ich produkt, choć tak naprawdę może ich nie cierpieć czy nie używać, zaś politycy nie przepuszczą kolejnej okazji do brylowania przed tłumem. Oba te aspekty rewelacyjnie wyśmiano i są to w mojej opinii najciekawsze oraz najśmieszniejsze elementy całego albumu. Dużo słabiej, co nie oznacza że źle, wypada wątek główny gdzie Lucky Luke ma eskortować główną bohaterkę i jej świtę podczas tournee po USA. Co chwila ktoś zastawia na nich pułapki, próbując się pozbyć sławnej aktorki, przybyłej z Francji, co wypada czasami komicznie, ale z drugiej strony bez większych rewelacji. Widać wyraźnie, że brakuje tutaj ręki mistrza, jaką niewątpliwie była ta należąca do Rene Goscinnego. Potrafił on tchnąć swoistego ducha satyry w cały scenariusz, umiejętnie parodiując nie tylko wybrane sceny czy zachowania, ale ogólnie Dziki Zachód, jednocześnie prezentując czytelnikowi nie małą dawkę historii. Tutaj tego nie ma. Co prawda duet Fauche-Leturgie stara się jak może, ale w finalnym rozrachunku wątek główny z czasem nuży gdyż jest zbyt powtarzalny. Sarah gdzieś się pojawia, ktoś sabotuje (najczęściej) środek transportu, Luke się wtrąca ratując sytuację i tak do znudzenia. Wyjątek pojawia się gdy główna bohaterka staje w szranki z lokalną gwiazdą chcąc udowodnić publice kto jest lepszy, nie tylko w szerzeniu kultury. Jednak to trochę za mało. Na ratunek przychodzi jak zwykle Morris i jego prace. W tym punkcie nadal czuć starego, poczciwego samotnego kowboja na białym rumaku o niewyparzonej gębie. Ten duet jest nie do zastąpienia i Morris udowadnia to na każdym kroku. Co prawda XX wiek (w komiksie) zbliża się nieubłaganie, co zwiastuje choćby napływająca coraz większym strumieniem kultura z Starego Kontynentu, ale pewne rzeczy jak i ludzie Dzikiego Zachodu się nie zmieniają. Podobnie jak Indianie i ich kultura, opierająca się inwazji białego człowieka. Rysownik świetnie to oddaje, a przy okazji parodiuje w swej pracy nie tylko dziennikarzy czy polityków, ale i samych artystów zza oceanu, którzy żyją stereotypami o rdzennych mieszkańcach Ameryki Północnej. Co zaś się tyczy samej Sarah Bernhardt, to w komiksie przedstawiono ją w sposób dość trafny dla okresu gdy zdobyła już sporą sławę w Europie. Aktorka budziła za życia wiele kontrowersji, między innymi ze względu na swój pompatyczny styl gry na scenie, ale mimo tego (a może właśnie dzięki temu) zdobyła ogromną popularność na całym świecie. Przyciągała tłumy ludzi i była wręcz wielbiona za swój talent oraz poświęcenie dla sztuki. Nawet gdy w wyniku choroby, będącej następstwem po wypadku, straciła jedną nogę w 1915 roku, nadal nie zrezygnowała z gry na scenie. Jej poświęcenie dla sztuki było ogromne co komiks w pewnym stopniu również oddaje. Warta uwagi jest notka biograficzna aktorki, zamieszczona na końcu albumu co pozwala czytelnikowi lepiej zrozumieć tą postać. Mimo że wyraźnie czuć odejście Goscinnego, co też można było zaobserwować w mniejszym stopniu w poprzednim albumie (Jednoręki Bandyta), to czyta się go dobrze. Wiadomo, mógł być lepiej napisany i trochę żałuję, że Morrison nie pozostał na stanowisku scenarzysty i jednocześnie rysownika, jak to zaprezentował w Skarbie Daltonów. Jednak nie jest źle i komiks w ogólnym rozrachunku wpasowuje się w klimat i formę serii. Do tego genialnie parodiuje utarczki polityczno-dziennikarskie na tle kultury i tego co ludzie uważają za wartościowe dzieło.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 6 3 lata temu
Ziemia obiecana  Achdé
Ziemia obiecana
Achdé Jul
Przygody Lucky Luke'a nadal mają się dobrze i obecny zespół, co rusz wymyśla nowe perypetie dla naszego kowboja. Tym razem ponownie przyjdzie mu kogoś eskortować, z czego nawet sam bohater żartuje na wstępie tej opowieści, ale będzie to ktoś nowy. Bowiem Lucky Luke po raz pierwszy w swej karierze zetknie się z żydami, a konkretniej rodziną swojego przyjaciela Pechowego Jacka, która przybyła do Ameryki z terenów wschodniej Polski. Jak wiemy z kart historii, w XIX wieku nasz kraj był pod zaborami trzech europejskich potęg, zatem wielu polaków, tudzież żydów, musiało emigrować. Znaczna część schroniła się we Włoszech czy Francji, ale wielu emigrowało właśnie do Nowego Świata,pełnego możliwości. Zresztą nie oni jedni, bowiem w drugiej połowie XIX wieku do USA przybyło morze Irlandczyków, Niemców, Włochów czy Chińczyków, szukając swojego nowego miejsca na świecie. Jednak marzenia o dobrobycie szybko musiały zmierzyć się z brutalną rzeczywistością. Gdy dołożymy do tego rygorystyczną religię oraz kulturę, to otrzymamy ciekawy obraz ludzi przybyłych na dziki Zachód, którzy potrafili napsuć krwi nawet najcierpliwszemu kowbojowi na świecie. Nasz bohater podejmuje się zadania eskortowania żydowskiej rodziny swego przyjaciela. Pechowy Jack nie może tego uczynić, gdyż właśnie nadarzyła mu się okazja wymazać niefartowny przydomek, a nie chce zostawiać swoich bliskich na pastwę Dzikiego Zachodu. Lucky Luke nie ma jednak pojęcia na co się porwał, bo największy zagrożeniem dla całej grupy okaże się... tradycja, która nieraz wpędzi grupę w kłopoty. Sporo tutaj gagów z udziałem rygorystycznych nakazów, jakie musieli przestrzegać żydzi, bo tak głosiła Tora. Zakaz spożywania konkretnych zwierząt, rytuały, obrządki religijne czy inne tradycje. Dziki Zachód to jednak złowrogie miejsce i ci, którzy chcą mu narzucić swoje zasady, zwykle marnie kończą. Nawet jeśli eskortuje ich słynny Lucky Luke. Dużo mamy tutaj też nawiązań do wielu żydowskich przywar, odnoszących się głównie do żydów aszkenazyjskich, czyli tych pochodzących z Europy Środkowo-Wschodniej. Zatem wiele razy usłyszymy, że ta czy inna sławna osoba jest żydem, jak to żydzi wynaleźli to czy tamto, albo co wywodzi się z ich wielowiekowej tradycji. Oczywiście jeśli ktoś nie jest żydem to traci przychylność społeczności (i Boga), ale zawsze może się nawrócić. Nie zabrakło również całek kaskady gagów z Mosze, ojcem Pechowego Jacka, który jest rabinem i zawsze znajdzie wytłumaczenie w świętych księgach, odnośnie problemów, które spadają na jego rodzinę. Ciekawie jest to przedstawione z prawem Dzikiego Zachodu, gdzie każdy dba o swój tyłek. Tutaj rozbój to codzienność, a unikalny slang traperów, kowbojów i poszukiwaczy złota, zderza się z żydowskimi obyczajami. Świetnie zostało to pokazane w kilku wypadkach (moje ulubione "Będziesz gryźć mlecze."), co potrafi doprowadzić czytelnika do łez. Dzięki temu komiks zachował ducha dawnej serii i nie czuć, że z tego świata odeszło dwoje ludzi, którzy go rozsławili. Również kreska, znów ołówka Achde, trzyma poziom klasyka, wielokrotnie odnosząc się do poruszanego w tej przygodzie tematu głównego, jak i ogólnej stylistyki serii. Dzięki temu duch Dzikiego Zachodu nie umarł i nadal kwitnie na spalonych słońcem kamienistych pustkowiach Ameryki. "Ziemia obiecana" to bardzo dobry komiks, wiernie kontynuujący pracę Morrisa i Goscinnego. Liczę, że Achde pociągnie tą serią na takim poziomie i może znajdzie w przyszłości scenarzystę, który na stałe zastąpi Goscinnego. Jul, który pisał scenariusz do tego albumu, wydaje się być wyśmienitym kandydatem, bo zdaje się rozumieć w pełni istotę przygód Lucky Luke'a. Liczę w duchu, ze w najbliższych latach otrzymamy jeszcze kilka tak udanych przygód o naszym dzielnym, samotnym kowboju, który wraz z swoim wiernym rumakiem Jolly Jumperem i zwariowanym psem Rintinkanem, przeżyją jeszcze nie jedną, zwariowaną przygodę.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 7 3 lata temu
Skarb Daltonów  Morris
Skarb Daltonów
Morris Vicq
Daltonowie to stały element serii o Lucky Luke'u, gdzie główny bohater łapie ich po to aby ponownie zaprowadzić do więzienia, z którego wcześniej czy później nawieją. Są oni jednym z wielu elementów satyrycznych tego uniwersum i mocno różnią się od prawdziwego gangu Daltonów, jaki grasował przez kilka lat na Dzikim Zachodzie. W tym odcinku, komiksowi bracia będą szukać skarbu oraz wpadną w ciekawy zatarg z pewnym sędzią. Okaże się, że więzienie nie zawsze jest dla nich "domem" do którego łatwo się dostać, zaś nie wszystkie opowieści o skarbach są prawdziwe. Szczególnie gdy opowiada o nich fałszerz. Historia zaczyna się od ponownego odstawienia braci Daltonów przez Lucky Luke'a do więzienia gdzie tym razem stosowana jest nowoczesna metoda "Łagodnej perswazji". Wygląda dość... hmm... niecodziennie, oczywiście ku uciesze czytelnika, ale w pewnym sensie odnosi skutek gdyż więźniowie nie chcą uciekać. Daltonowie to zupełnie inny typ przestępców i do nich żadna perswazja nie trafia, szczególnie jeśli zapachnie im skarbem, o którym wspomina towarzysz z celi. Jednak zaufanie opowieści fałszerza, nie ważne jak pięknie i realistycznie brzmiącej, jest nierozważnym posunięciem, które może skutkować nieoczekiwanymi wydarzeniami. W albumie położony spory nacisk na ukazanie w krzywym zwierciadle nowoczesnych metod stosowanych w więziennictwie oraz to jak łatwo można kogoś wpuścić gładką gadką w przysłowiowe maliny. Z jednej strony naczelnik więzienia stara się wprowadzić innowacyjne metody, które zdają się działać na osoby mające umysły podatne na sugestię, zaś głupcy... no cóż, oni nigdy się nie zmienią. Daltonowie są tu doskonałym przykładem. Autorzy świetnie wykorzystali ten element aby wpleść całą masę gagów do tej historii i jednocześnie ponabijać się z pewnych stereotypów. Jeszcze więcej zabawy ma czytelnik w dalszej części komiksu, gdy Daltonowie poszukują skarbu, o którym wspominał fałszerz. Trafiają najpierw na dziwny bank, którego właściciel ochoczo dał się obrabować, potem zaś na jeszcze dziwniejsze miasto z wyjątkowo pobłażliwym sędzią. Jednak w tym mieście najdziwniejsze jest więzienie, z tych które dotąd widzieli bracia. Ich dalsze perypetie w tym miejscu oraz porażające pomysły potrafią rozbawić do łez, zaś wokoło nich ciągle krąży Lucky Luke próbujący rozwikłać całą tą zagadkę. Album zawiera oczywiście element historyczny, który tutaj mocno sparodiowano i umiejętnie wykorzystano do napisania głównej osi fabularnej. Chodzi o nietypowe dolary mające wartość nominalną 3. W komiksie są to fałszywe banknoty, przewijające się przez całą opowieść, o czym zresztą czytelnik dowiaduje się już na samym początku. W rzeczywistości jednak taki banknot naprawdę istniał i był wydawany w czasie trwania Wojny Secesyjnej oraz po jej zakończeniu. Zastępował on 3 dolarową, złotą monetę, którą wybijano w latach 1854-1889, zaś sam banknot wprowadzono gdy mennica miała spore problemy z kruszcem. Zresztą w 1863 roku z podobnych powodów wprowadzono najmniejszy nominalnie banknot opiewający na kwotę 3 centów. Szkoda tylko, że na końcu komiksu nie dano notki historycznej o tym wydarzeniu, przez co nie każdy będzie umiał ją wyłapać. Skarb Daltonów to klasyczny odcinek serii. Sporo śmiechu, sporo gonitwy za zbiegami i cała masa gagów sytuacyjnych. Jest wesoło przez co całość czyta się szybko, zaś ostatnie kadry łatwo przewidzieć, ale i tak sprawiają że na twarzy zagości nam szczery uśmiech. Można jednak było troszkę bardziej nawiązać do historii fałszowania pieniędzy i ich unikalnych nominałach, jakie pojawiały się przed rokiem 1900. Z drugiej strony seria ma bawić i to robi tutaj doskonale, śmiejąc się nie rzadko sama z siebie.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 7 3 lata temu
Jednoręki bandyta  Morris
Jednoręki bandyta
Morris Bob de Groot
Któż nie widział na własne oczy "Jednorękiego bandyty"? Pożeracza pieniędzy, czasu i zdrowia. W dzisiejszych czasach, mamy pełno miejsc z współczesnymi wersjami tej zadziwiającej maszyny, jednak jej początki wcale nie były aż tak bardzo obiecujące. Zacznijmy od tego, że to co dziś zwiemy "Jednorękim bandytą" jest spadkobiercą innej maszyny zwanej "Black Cat". To właśnie o jej początkach i jej twórcach opowiada czterdziesty ósmy album Lucky Luke'a. Oczywiście robi to w sposób mocno humorystyczny, dodając całą masę komicznych sytuacji i naciągając pewne fakty, jednak zawiera w sobie sporo historii. Zapraszam zatem do odbycia podróży z braćmi Caille i ich cudowną maszyną, która w przyszłości, za sprawą Charlesa Frey'a, podbije cały świat. Nie tylko w kasynach. Historia komiksu zaczyna się gdzieś na dzikim Zachodzie, gdzie dwaj pomysłowi bracia - Adolf i Artur - zbudowali zadziwiający automat do gier. Poprosili oni pewnego senatora, aby pomógł im go przetestować w innych miastach, organizując do tego celu ludzi. Polityk, będący nałogowym hazardzistą, szybko węszy interes i postanawia pomóc dwóm majsterkowiczom, zaś ochronę nad nimi ma roztoczyć słynny, samotny kowboj Lucky Luke. Wyruszając w podróż, cała trójka, a w zasadzie czwórka licząc Jolly Jumpera, wierzchowca Luke'a o ciętym języku, nie zdaje sobie sprawy jak bardzo odmieni los gier hazardowych w Ameryce. Historia opisana w tej przygodzie mocno zniekształca prawdziwe wydarzenia jakie miały miejsce podczas powstawiania jednej z najsłynniejszych maszyn do gry, jednak to prostuje notatka historyczna zamieszczona na końcu albumu. Wszak w serii o Lucky Luke'u chodzi głównie o humor i pokazanie Dzikiego Zachodu w krzywym zwierciadle. To co jednak jest główną osią opowieści to hazard jako taki. Właśnie ten element jest tutaj wyśmiany najmocniej i pokazuje się jego groteskowe oblicze. Mamy tutaj na przykład polityków oraz feministki chcących zakazać gier hazardowych, a jednocześnie te same osoby szybko ulegają czarowi maszyny braci Caille. Podobnie sytuacja wygląda w miastach słynących z hazardu, gdzie ludzie zakładają się o wszystko, zaś kanciarze zamiast na cmentarz lądują na szynie oblepieni smołą i pierzem. W takich przybytkach również "Jednoręki bandyta" szybko zdobywa popularność, gdyż niejako jest "pochwałą" dla sztuki oszukiwania współgraczy. Czytając ten tom warto jednak mieć na uwadze prawdziwą historię stworzenia "Black Cat" oraz jego rozwój. Tak naprawdę Artur i Adolf Caille zbudowali na początku automat do rozmieniania monet, który szybko zyskał popularność. W 1889, czyli rok po swoim sukcesie, wypuścili na rynek pierwszą maszynę hazardową, czyli "Black Cat". Była ona rewelacyjnym pomysłem gdyż w umiejętny sposób obchodziła prawo antyhazardowe co przyczyniło się do wzrostu jej popularności. Jednak za ojca znanej nam dziś wersji "Jednorękiego bandyty" uznawany jest Charles Frey, który w 1895 roku udoskonalił wynalazek braci Caille i tym samym zgarnął największe laury oraz profity z tym związane. Zresztą ostra konkurencja na tym polu zaczęła się już w 1891 roku, kiedy to firma Sittman and Pitt wprowadziła pierwsze tego typu maszyny do pubów. W tym czasie bracia Caille swój wynalazek sprzedawali do klubów dla arystokracji i polityków, licząc na większy zysk. Jak się jednak okazało to w zwykłych spelunkach i barach była ukryta prawdziwa rzeka pieniędzy. Album zawiera oczywiście więcej odniesień do historii Dzikiego Zachodu, jednak tutaj trzeba posiadać naprawdę sporą wiedzę, aby wyłapać wszystkie smaczki. Nie każdemu może jednak się spodobać miejscami zbyt absurdalny humor, który nieco odstaje od innych przygód naszego kowboja. Jest to spowodowane zmianą na stanowisku scenarzysty, wymuszoną śmiercią Rene Goscinnego, który zmarł jesienią 1977 roku. Początkowo za rysunki i scenariusz odpowiadał Morris (Skarb Daltonów), jednak w przypadku tego albumu zatrudniono Boba De Groota, który bardzo starał się naśladować styl swego poprzednika. Nie do końca mu to jednak wyszło, przynajmniej takie miałem odczucia podczas lektury dalszych kart tego albumu. Chyba wolałbym aby za scenariusz i tym razem odpowiadał Morris, który pozostał na stanowisku rysownika, zaś lata współpracy z Goscinnym pozwoliłyby mu na lepsze poprowadzenie serii do końca. Jednoręki bandyta to udany album, ale to właśnie w nim odczułem odejście mistrza. Przy lekturze Skarbu Daltonów tego nie widziałem, gdyż za scenariusz odpowiadał Morrison i wyśmienicie wszedł w skórę swego towarzysza. Zapewne zagorzali fani serii mogą poczuć większe rozczarowanie z powodu wprowadzenia miejscami zbyt dużej "abstrakcji" niektórych scen czy postaci, ale można to spokojnie przełknąć. Komiks śmieszy, czyta się dobrze i w bardzo ciekawy sposób odnosi się do gier hazardowych oraz początków Jednorękiego bandyty. Warto zatem dać szansę nowym scenarzystom i sięgnąć po ten odcinek oraz kolejne przygody Lucky Luke'a.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 7 3 lata temu
Kopalnia złota Dicka Diggera  Morris
Kopalnia złota Dicka Diggera
Morris
Każda seria ma jakieś początki. Jakiś pierwszy tom, wspominany przez lata, albo album który zaczął światową popularność postaci. Tak jest i w przypadku Lucky Luke’a, którego pierwszą przygodę opisał i zilustrował sam Morris. A część ta nosi tytuł „Kopalnia złota Dicka Diggera”. Z okładki możemy dowiedzieć się że: Pierwszy album o przygodach Lucky Luke’a, najsławniejszego komiksowego bohatera Dzikiego Zachodu! Samotny kowboj spotyka dawnego znajomego, Dicka Diggera. Stary poszukiwacz złota jest w znakomitym humorze, bo wreszcie odkrył bogate złoże szlachetnego metalu! O złocie dowiadują się bandyci, którzy postanawiają obrabować Dicka. Lucky Luke będzie musiał wyruszyć na długą i niebezpieczną wyprawę, aby wymierzyć sprawiedliwość złoczyńcom. Zaraz potem bohater zostanie wzięty za podobnego do niego mordercę i skazany na powieszenie! Czy i tym razem zdoła uniknąć śmierci? Słowem podsumowania. Jako że jest to pierwszy album, możemy zauważyć znaczne różnice w postaci Luke’a, a także w prowadzeniu akcji. Parę osób wspominało mi o tym, że miało problemy z tym albumem, właśnie przez tą „inność”. Ale uważam, że liczy się przede wszystkim opowieść. A ta jest znakomita. Żyła złota, tradycyjni złoczyńcy i nasz dzielny rewolwerowiec. To trzeba znać, aby powiedzieć, że się poznało Samotnego Jeźdźca od podszewki. Polecam.
eR_ - awatar eR_
ocenił na 6 7 lat temu
O.K. Corral  Morris
O.K. Corral
Morris Xavier Fauche Éric Adam
Komiks nawiązuje do słynnej strzelaniny w O.K. Corral (zagrodzie dla koni), w miasteczku Tombstone, która odbyła się 26 października 1881 roku. Głównymi stronami konfliktu byli reprezentujący prawo bracia Earp (Wyatt, Virgil oraz Morgan) a wspierał ich w działaniach Lucky Luke. No, nie, w rzeczywistości był to dentysta rewolwerowiec Doc Holliday. Po przeciwnej stronie stała banda The Cowboys, w skład której wchodzili między innymi bracia Clanton (Ike i Billy) oraz McLaury (Tom i Frank). W komiksie wydarzenia są odrobinę ubarwione, mają własny smaczek (ot, choćby wizyta u dentysty, czy popisy strzeleckie Lucky Luka), a przede wszystkim dzieją się podczas wyborów na burmistrza. W rzeczywistości w grę wchodziło to, co w komiksie jest sprawą drugorzędną czyli kradzież bydła i koni. A przede wszystkim szmugiel, ponieważ miasteczko Tombstone leży jedynie 30 mil od granicy z Meksykiem. A przede wszystkim niesnaski między napływowymi braćmi Earp a tutejszymi ranczerami, którzy przy okazji byli koniokradami. Co ważniejsze strzelanina wcale nie zakończyła konfliktu między szeryfem a domniemanymi przestępcami. Zaangażowane strony po tej historycznej wymianie ognia starały się wyrównać straty, a co za tym idzie sprawić, by przeciwników było mniej. Rozpoczęła się klasyczna wendetta. Trudno jednoznacznie stwierdzić, która strona miała rację. Tyle historia. Komiks jest o wiele mniej skomplikowany, dzięki obecności Lucky Luke’a. On zawsze staje po właściwej stronie, czyli tej która przestrzega prawa, zatem i tym razem nie będziemy mieć wątpliwości, kto jest czarnym charakterem w opowieści. Czyta się świetnie, historia Dzikiego Zachodu, która pojawia się zupełnie przypadkiem, intryguje. Świetna lektura. A i edukacyjna przy okazji. Polecam.
ilo99 - awatar ilo99
ocenił na 7 3 lata temu
Klondike  Morris
Klondike
Morris Jean Leturgie
Rzeka Klondike. Miejsce znane mi z tylu opowieści, szczególnie kaczych, że wydaje mi się, jakbym spędził tam niejedną zimę w dzieciństwie. Tym razem jednak nie będziemy skupiać się na życiu Sknerusa McKwacza, który zdobył swą fortunę w Dolinie Białej Śmierci, a na osobie Lucky Luke'a. Wyruszył on bowiem do Klondike, wraz swoim towarzyszem, aby odszukać pewnego jegomościa. Lokaja Jaspera, znanego fanom serii z albumu "Żółtodziób". Jasper poinformował swego pana, że odnalazł złoto, po czym słuch po nim zaginął. Zatem dzielny kowboj i żółtodziób, który nie jest już żółtodziobem (teoretycznie) ruszają do Jukon w Kanadzie mieszając się po drodze, jak to mają w zwyczaju, w kłopoty. Jednym z symboli tej serii jest powszechne wplatanie do scenariusza postaci lub wydarzeń historycznych. Nie inaczej mamy w tym wypadku i poznajemy takie osobistości miasteczka Dawson, jak Soapy Smith i Mattie Silks. W samym albumie zostały one nieco szerzej omówione na samym końcu, jednak w przygodzie z naszym samotnym kowbojem oddano je bardzo wiernie. I nie mam tutaj na myśli rysunku, a charakter. Soapy Smith to szuler, oszust i rewolwerowiec, czyhający na łup poszukiwaczy złota. Mattie natomiast rabowała ludzi w bardziej subtelny sposób prowadząc saloon z swoją trzódką dziewczyn, które za swe usługi brały w złocie horrendalne sumy. Zdecydowanie ta dwójka była bardzo chciwa, tyle że Mattie potrafiła być obrotna, co zresztą trafnie ukazano na kartach komiksu. Tam też znacznie zmieniono jej rolę w Dawson, po to aby dopasować jej postać do scenariusza. Innym ważnym elementem gorączki złota w Jukonie są słynne Lodowe Schody znajdujące się na przełęczy Chilkoot. Masa osób straciła na nich życie próbując pokonać morderczą przełęcz. W komiksie również spotkamy cały epizod poświęcony temu miejscu oraz szlakowi dzielącemu przełęcz Chilkoot od miasteczka Dwason nad rzeką Klondike. Jednak pragnienie zdobycia złota pchało ludzi prosto w paszczę śmierci, a gdy już dotarli do celu, tylko nielicznym udało się zbić majątek. Większość zmarła z głodu, chorób, zimna lub wycieńczenia albo wrócili do domów z pustymi rękami. Dokładnie o tym mówi ten komiks. Niby w prześmiewczy sposób, ale jednak dobitnie ukazujący nam, jak mordercza dla wielu ludzi okazała się gorączka złota w Jukonie. Choć niektórzy potrafili na niej zarobić, nie dzięki pracy a oszustwu.
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 7 3 lata temu
Artysta malarz  Morris
Artysta malarz
Morris Bob de Groot
No i mamy kolejny tom Lucky Luka nawiązujący do znanej w Ameryce postaci. Tym razem jest to malarz Frederic Remington, który zasłynął nie tylko swym artystycznym kunsztem, ale też skłonnością do bójek, ogromnym apetytem, mocną głową i tym, że niszczył własne obrazy, które mu się nie spodobały. W sumie spalił w ten sposób blisko 400 swoich dzieł. Jest to zatem postać wyjątkowo barwna, a zamieszczona na końcu albumu fotografia Remingtona nie pozostawia złudzeń, że był to człowiek wielki. W każdym znaczeniu tego słowa. Co mi się podobało :) 1. Zobrazowanie osoby Frederica Remingtona Seria bazuje na parodiowaniu osób i wydarzeń, co uważam robi wyśmienicie, i podobnie było tym razem. Mamy zatem słusznej postury gościa, lubiącego bójki, przeraźliwie gwiżdżącego gdy maluje oraz sparodiowanie wielu sytuacji z tym związanych. Szczególnie w odniesieniu do ogromnego apetytu artysty. 2. Wmontowanie prawdziwych obrazów Remingtona w komiks To zrobiono naprawdę zgrabnie. W zasadzie już od pierwszych stron mamy z tym zabiegiem do czynienia, a z każdą kolejną sceną otrzymujemy więcej takich smaczków. Każdy taki moment okraszono tez odpowiednią sceną humorystyczną. 3. Rysunek To jeden z ostatnich komiksów narysowanych przez Morrisa, niemniej na tym polu cała seria zawsze stała wysoko. PODSUMOWANIE Jak zwykle jest zabawnie, wesoło z duża dawką akcji. Satyra chyba zawsze rządziła tą serią i nie inaczej mamy w tym wypadku. Słowem: Czego chcieć więcej? :)
WPajęczejSieci - awatar WPajęczejSieci
ocenił na 7 3 lata temu

Cytaty z książki Daily Star

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Daily Star