Czarnobylskie truskawki

Okładka książki Czarnobylskie truskawki
Vesna Goldsworthy Wydawnictwo: Czarne Seria: Sulina biografia, autobiografia, pamiętnik
272 str. 4 godz. 32 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Seria:
Sulina
Tytuł oryginału:
Chernobyl Strawberries
Data wydania:
2007-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2007-01-01
Liczba stron:
272
Czas czytania
4 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
9788375360080
Tłumacz:
Elżbieta Jasińska
Średnia ocen

                6,6 6,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Czarnobylskie truskawki w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Czarnobylskie truskawki

Średnia ocen
6,6 / 10
114 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
923
64

Na półkach:

Subiektywna, niezwykle osobista, autobiograficzna opowieść o dorastaniu, życiu i miłości w Jugosławii w schyłkowym okresie "socjalistycznego raju". Jest to też list miłosny do minionej już chyba na zawsze idei "jugosłowiańskości", na przekór szaleństwom bałkańskich rozbuchanych nacjonalizmów minionych dwudziestu lat. Jest to też próba pogodzenia się autorki i zrozumienia jej niełatwego i skomplikowanego dziedzictwa: serbskiego, jugosłowiańskiego, brytyjskiego (z racji zamieszkania, zawodu i męża-Anglika), ale i czarnogórskiego (babcia), bośniackiego (dalsza rodzina) czy wreszcie (wbrew pozorom) komunistycznego.
Swobodna w formie, liryczna, czy może raczej nostalgiczna i melancholijna opowieść- autorka maluje nam świat Belgradzkich uniwersytetów, zakurzonych bulwarów, rozgrzanych sadów na przedmieściach, willi i plaż nad Adriatykiem etc. nie zważając na chronologię, a polegając na swej (zawodnej) pamięci. Bo ma to być opowieść o JEJ świecie- takim jakim go zapamiętała, takim jaki ją ukształtował.
Spojrzenie na skomplikowany świat Bałkanów z innej niż zazwyczaj strony, być może jednak lepiej pozwalające zrozumieć fenomen krótkiej idei o nazwie Jugosławia.

Subiektywna, niezwykle osobista, autobiograficzna opowieść o dorastaniu, życiu i miłości w Jugosławii w schyłkowym okresie "socjalistycznego raju". Jest to też list miłosny do minionej już chyba na zawsze idei "jugosłowiańskości", na przekór szaleństwom bałkańskich rozbuchanych nacjonalizmów minionych dwudziestu lat. Jest to też próba pogodzenia się autorki i zrozumienia ...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

404 użytkowników ma tytuł Czarnobylskie truskawki na półkach głównych
  • 250
  • 150
  • 4
47 użytkowników ma tytuł Czarnobylskie truskawki na półkach dodatkowych
  • 23
  • 8
  • 4
  • 4
  • 3
  • 3
  • 2

Tagi i tematy do książki Czarnobylskie truskawki

Inne książki autora

Vesna Goldsworthy
Vesna Goldsworthy
Vesna Goldsworthy urodziła się w 1961 roku w Belgradzie. Ukończyła studia filologiczne na wydziale literatury jugosławiańskiej. Doktorat obroniła na uniwersytecie w Londynie, gdzie od 2000 roku wykłada literaturę angielską i dramat. Autorka książek "Inventing Ruritania" (2000) i "Chernobyl strawberries" (2005).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Sahib. Impresje z depresji Nenad Veličković
Sahib. Impresje z depresji
Nenad Veličković
Jest to ciekawa powieść epistolarna, w której zderzone zostają dwa światy - zachodni i bałkański. Zachodni reprezentuje Anglik pracujący w organizacji humanitarnej w Sarajewie w 1993 roku, zaś bałkański - jego szofer, Sakib, Bośniak pochodzący z tego miasta, niegdyś profesor. Efektem tego zderzenia kultur jest wzajemne poczucie obcości oddana w książce za pomocą błyskotliwej, szyderczej ironii, którą posługuje się Anglik w swoich listach do ukochanego, opisując mu codzienność Sarajewa i jego mieszkańców. Z jednej strony prezentuje kolonialne, nieraz szowinistyczne poczucie wyższości względem tamtejszych narodów, z drugiej - momentami, jak sądzę, trafnie oddaje absurdy tamtejszej rzeczywistości. Można pomyśleć, że są to obserwacje samego autora, który z wisielczym humorem piętnuje wady swojego narodu - prymitywizm, brak logicznego myślenia, nacjonalizm, nienawiść, pazerność, bylejakość itd. Opisy zachowań i zwyczajów „tubylców” są śmieszne, ale widać u autora listów brak zainteresowania kulturą tego kraju, niedostrzeganie jasnych stron, brak uznania dla mieszkańców regionu i współczucia względem nich. Anglik nie jest jednak tylko zarozumiałym ignorantem. Jest świadomy, że organizacje humanitarne są tylko przykrywką dla eksploatacji tego regionu przez Zachód. To jest w ogóle ciekawa postać, zaskakująco niejednoznaczna. Jego ironia tylko pozornie jest prymitywna. Bohater jest w stanie dokonać szyderczej analizy działań zarówno własnej organizacji pseudo-humanitarnej, jak i nastawienia Zachodu wobec tego regionu. Nie wiemy do końca, kiedy pisze serio wyższościowo, a kiedy kpi z siebie i ze świata. Pisząc o mieszkańcach jako o „niewolnikach” przywdziewa kolonialną maskę, ale nie do końca się z nią utożsamia. Między nim samym a tym, co reprezentuje jest jednak pewien dystans. Mam przypuszczenie, że ironia autora listów wynika z czegoś więcej niż tylko z szowinizmu, ale z czego, tego do końca nie wiem, przerażenia wojną? Niezgody na taki świat, jaki jest? A może tylko doszukuję się drugiego dna. Książkę czyta się świetnie, absurdy opisywanej rzeczywistości nie są nam, Polakom, znowuż tak obce, i my pamiętamy wprowadzanie kapitalizmu, prymitywizm codzienności i nasze zderzenie z zachodnią mentalnością. Niewykluczone, że zostalibyśmy podobnie opisani przez jakiegoś przybysza z Zachodu, bo przecież Bałkany to również my.
Luna - awatar Luna
oceniła na 7 1 rok temu
Koczownicy Nenad Veličković
Koczownicy
Nenad Veličković
Powieść „Koczownicy” autorstwa bośniackiego pisarza Nenada Veličkovicia to jedna z tych książek, które pod maską lekkiej, niemal satyrycznej formy, przemycają druzgocącą diagnozę ludzkiej kondycji w obliczu tragedii. To lektura tyleż błyskotliwa, co bolesna, osadzona w realiach oblężonego Sarajewa. Głównym bohaterem i narratorem jest młody chłopak, który wraz z rodziną oraz grupą innych cywilów znajduje schronienie w podziemiach sarajewskiego Muzeum Narodowego. W świecie na zewnątrz panuje wojna – snajperzy, głód i nieustanny ostrzał stały się codziennością. Wewnątrz muzeum czas zdaje się jednak płynąć innym rytmem. Bohaterowie stają się tytułowymi koczownikami, którzy budują namiastkę domu między eksponatami. Śpią obok szkieletów mamutów i antycznych rzeźb, starając się zachować resztki godności w warunkach, które im ją odbierają. Codzienność wypełniają im absurdalne starania o przetrwanie: zdobywanie wody, walka o jedzenie i próby zrozumienia, dlaczego świat o nich zapomniał. Muzeum, zamiast być świątynią kultury, staje się schronem, a jego martwe eksponaty wydają się momentami bardziej „ludzkie” i trwałe niż żywi ludzie ukryci w piwnicach. Recenzja: Humor w cieniu snajperów Nenad Veličković dokonuje w „Koczownikach” niezwykłego wyczynu – pisze o jednym z najmroczniejszych wydarzeń współczesnej Europy z perspektywy pełnej ironii, a nawet wisielczego humoru. Nie jest to jednak humor tani czy lekceważący. To mechanizm obronny, jedyny sposób, w jaki narrator potrafi opisać absurdalność wojny, która zamieniła jego młodość w egzystencję szczura lądowego. Najmocniejszym punktem powieści jest kontrast. Z jednej strony mamy wielką historię i dziedzictwo kulturowe zgromadzone w muzeum, z drugiej – fizjologiczny wręcz głód i strach. Autor unika patosu i wielkich słów o patriotyzmie czy nienawiści etnicznej. Skupia się na szczególe: na smaku marnego jedzenia, na dźwięku spadającego pocisku, na kruchych więziach międzyludzkich, które w obliczu zagrożenia albo się zacieśniają, albo brutalnie pękają. Warto docenić warsztat Veličkovicia – jego język jest prosty, momentami naiwny (co wynika z perspektywy bohatera), ale przez to uderzająco autentyczny. „Koczownicy” to nie tylko kronika oblężenia, to uniwersalna opowieść o tym, że kultura i sztuka w obliczu śmierci stają się jednocześnie bezużyteczne i niezbędne jako ostatni bastion człowieczeństwa. To książka krótka, ale gęsta od emocji. Zmusza do refleksji nad tym, co byśmy zrobili, gdyby nasze cywilizowane życie nagle skurczyło się do rozmiarów muzealnej piwnicy. Veličković nie daje łatwych odpowiedzi ani taniego pocieszenia, ale jego opowieść zostaje w czytelniku na bardzo długo, jak echo wystrzału w pustej sali wystawowej.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 2 miesiące temu
Ruta Tannenbaum Miljenko Jergović
Ruta Tannenbaum
Miljenko Jergović
„Ruta Tannenbaum” jak ogon pawia mieni się od ciekawych barw i wzorów. Ma cechy familijnej sagi i stanowi antypocztówkę z przedwojennego Zagrzebia, w którym poraża liczba degeneratów, skrzywusów i straumatyzowanych frustratów. By dać dowód przykładem: rozczarowany życiem Żyd, nad którym kontrolę przejmuje katowskie, nacjonalistyczne alter ego, wyzywa kelnera, a potem z głową na stole płacze i śpi na przemian, aż go rano wyrzucą skacowanego z baru, by szlajał się dalej bez celu, z nierozwiązanymi problemami. Ta Chorwacja Jergovicia to jeden wielki psychiatryk – i to jeszcze przed 1941 r. Tylko personelu jakoś brakuje i pacjenci robią, co chcą. Rozrysowują na ścianach pentagramy i wyznają szatana uprzedzeń, ale kult bardzo szybko zażąda ofiar z własnych wyznawców. Jergović nie czuje ciśnienia, by cały czas siedzieć na main plocie; znajdzie chwilę na sporo zakulisowych historii, czasem wyjątkowo geograficznie i czasowo odległych. Uwagi o zagrzebskiej epidemii kartoflanego zatwardzenia świetnie złagodzą niesmak po gorzkich jak krople żołądkowe lose-life stories. Miljenko Jergović jest bezczelnie wręcz utalentowany, ale nawet on miał szczęście do kilku totolotkowych trafów, na przykład przypowieści o Joszui i Ezechielu-Ezechielu jako wykładni tego, dlaczego Salomon Tannenbaum (czyli kolektywna figura niektórych Żydów i mniejszości, vel wspomniany wcześniej pan z baru) stawał się chorwackim nacjonalistą. (Snajpersko trafione w punkt i jak zobrazowane!). O fabule nie chcę zbyt wiele opowiadać, bo zrobił to już wydawca. Dodam tylko, że autor na pierwszej stronie ustawia minutnik, pokazuje nam, jak ta historia się skończy i że jest deterministycznie nieunikniona – ale za to możemy popatrzeć, jak do tego doszło. Zdumiewa mnie, jak podobny jest zawsze ten mechanizm fanatycznienia, ignoranctwa i przerzucania winy; obserwujemy go nawet teraz, na szczęście nie będąc jeszcze na etapie epilogu. Przynajmniej na razie nie. Jeszcze ciekawostka na koniec: w oryginale słowo „Żyd” pisane jest małą literą (polski przekład jest już z wciśniętym shiftem).
Diabeł_Z_Caroc - awatar Diabeł_Z_Caroc
ocenił na 9 1 rok temu
Ministerstwo bólu Dubravka Ugrešić
Ministerstwo bólu
Dubravka Ugrešić
Jak żyć po wojnie? A właściwie - po co żyć po wojnie? Jak można, po tych wszystkich krzywdach, jakich się doświadczyło i jakich się wyrządziło bliźniemu, po absolutnym zbeszczeszczeniu idei człowieczeństwa, choćby starać się, żyć normalnie? Śmiać się, zakochiwać? Czy jest to w ogóle możliwe, czy są to jedynie twarze aktorów w maskach przed nami? Czuję, że takie pytania zadaje Dubravka Ugrešić w swoim "Ministerstwie bólu". Nie wiem, czy znalazła na nie odpowiedzi, ale na pewno poprzez tę książkę udało się oddać jej oddać kwintesencję rozrywającego od środka bólu, jaki każdego dnia odczuwali uchodźcy lat dziewięćdziesiątych. Nie musieli zmagać się tylko z poczuciem wyobcowania w obcym kraju, z traumą wojny, z tym, że w jednej sali wykładowej siedzieli obok siebie kaci i ofiary, ale potrzebowali też na nowo zbudować swoją własną tożsamość. W końcu kraj, w którym się wychowali, ich mikrokosmos - Jugosławia, przestał istnieć. Dubravka trochę uratowała mi zeszły rok i przywróciła wiarę w literaturę, bo jest to dzieło przez wielkie "D". Jest to dla mnie wręcz niepojęte, jak na tak wielu stronach udało jej się zawrzeć tak wiele - właściwie wszystko. I to w jakim stylu. Piękne pióro, kompleksowe przemyślenia i złożone, do bólu ludzkie, straumatyzowane postaci. Portret psychologiczny rozpadu Jugosławii jako zjawiska. Chcę chłonąć prozę Dubravki, chcę ją poznać na wylot i jedyne, co boli, to że ona nie napisze już niczego więcej.
zatracenia - awatar zatracenia
oceniła na 8 1 rok temu
Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki Miljenko Jergović
Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki
Miljenko Jergović
Cyt.: „Jego oczy patrzą teraz nicości w twarz, czekają, aż z którejś strony pojawi się Bóg i powie mu, że po tamtej stronie i dla ludzi wszędzie obcych znajdzie się miejsce.” Miljenko Jergović, ”Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki” Miljenko Jergović, bośniacki poeta, prozaik i publicysta, z pochodzenia Chorwat, urodzony i wychowany w Sarajewie, od 1993 roku mieszkający i pracujący w Zagrzebiu za swoją wydaną w 2008 roku powieść „Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki” otrzymał cztery lata później Nagrodę Literacką Europy Wschodniej Angelus. To nagroda przyznawana w dziedzinie twórczości prozatorskiej, napisanej w języku polskim lub tłumaczonej na język polski , która od niemal dekady zyskuje na znaczeniu w świecie literackim. To dzięki tej nagrodzie polski czytelnik może odkrywać takie nazwiska jak György Spiró, Swietłana Aleksijewicz, Josef Škvorecký, Oksana Zabużko, Serhij Żadan, Varujan Vosganian, Georgi Gospodinow czy Goran Vojnović. ”Srda śpiewa o zmierzchu w Zielone Świątki” to opowieść o tajemniczej i brutalnej śmierci Srdy Kapurowej, dziewczynki żebrzącej na ulicach Zagrzebia, której pochodzenia nikt nie potrafi ustalić. Skąd pochodzi? Z Mołdawii, Rumunii, Ukrainy czy też jeszcze z innego zakątka Europy? Jak znalazła się w Zagrzebiu? Pięciu bohaterów, z których każdy opowiada swoją historię i która w jakiś sposób łączy go ze śmiercią dziewczynki. Serb urodzony w regionie Lika w Chorwacji, Chorwat, którego rodzina pochodzi z Bośni, Chorwat z Banja Luki, Chorwat, który całe swoje dzieciństwo i młodość spędził w Belgradzie i w końcu Chorwat z Sarajewa, którego dziadek przywędrował na Bałkany z Czech. Tak naprawdę ta tragiczna śmierć to w zasadzie pretekst dla Miljenko Jergovića do opowiedzenia bolesnej historii Bałkanów, tego tygla narodów który wybuchał już wiele razy. To na ostatniej dekadzie wieku XX skupia się autor, gdy w kilka lat po śmierci Josipa Broz Tity Jugosławia rozpadła się jak domek z kart i wybuchła krwawa wojna domowa. Gdy zaczęło być ważne jaką religię wyznajesz, czy w kościele katolickim broń Boże nie żegnasz się trzema palcami i najważniejsze jakiej jesteś narodowości. Przestało mieć znaczenie, że urodziłeś się na tej ziemi i tu mieszkali twoi przodkowie – nie jesteś nasz, jesteś oby. Jesteś Chorwatem czy Bośniakiem w Serbii a Serbem w Chorwacji, wracaj do siebie, wracaj do domu. I nie jest ważne, że ten twój dom był właśnie tutaj. To historia Jugosławii, jej rozpadu i krwawego konfliktu ale nie tylko. Bo Miljenko Jergović opowiada swoje historie w sposób zadziwiający i jednocześnie niezwykle piękny. Z jednej historii przechodzi niezauważenie do następnej, po niej do kolejnej i jeszcze jednej, opowiadając o skomplikowanych losach mieszkańców Bałkanów i losach Chorwacji, od czasów Austro – Węgier, Królestwa Serbów Chorwatów i Słoweńców, Niepodległego Państwa Chorwackiego Ante Pavelica, Jugosławii, wojny domowej i niepodległej Chorwacji. Opowiada o ludziach, którzy, choć żyli obok siebie zawsze byli obcy czy inni. I to o nich jest ta książka. Niezwykła, urzekająca wręcz opowieść.
Sławek - awatar Sławek
ocenił na 9 1 rok temu
Koncert Muharem Bazdulj
Koncert
Muharem Bazdulj
(www.bibliotekaswiata.blogspot.com) Koncert zespołu jako jedno z najważniejszych wydarzeń w nowożytnej historii całego narodu i symbol powrotu do normalności po druzgocącej wojnie, która zdefiniowała postrzeganie nowopowstałego państwa w oczach światowej opinii publicznej? Brzmi nieprawdopodobnie, ale coś takiego wydarzyło się naprawdę – 23 września 1997 roku na stadionie, który 13 lat wcześniej był areną XIV Zimowych Igrzysk Olimpijskich, odbył się koncert będącej wówczas u absolutnego szczytu sławy grupy U2. Sam pamiętam to wydarzenie dość mgliście – byłem ledwie nastolatkiem, ale nie ulega wątpliwości, że było to jedno z najważniejszych wydarzeń – nie tylko muzycznych – całej dekady, a dla młodego, a okrutnie już poturbowanego przez wojnę państwa było to coś w rodzaju założycielskiego mitu: i mit ten w swojej króciutkiej (zbyt krótkiej!) książce próbuje przywołać, opisać i zrozumieć Bazdulj. Zadanie to karkołomne, choć sam koncept wyjściowy wydaje się być samograjem – literatura jednak różnie radzi sobie z opisem muzyki, a z tej autor czyni siłę napędową całej opowieści. Oto bowiem obserwujemy przygotowania do koncertu, dowiadujemy się mnóstwa faktów (że po raz pierwszy od zakończenia wojny przywrócono kolej w Bośni!), danych (ile kilometrów kabli wykorzystano i ile ton sprzętu przywieźli ze sobą muzycy), przede wszystkim jednak obserwujemy, jak sam koncert przeżywają biorący w nim udział ludzie – nie tylko mieszkańcy Sarajewa, ale przybysze z całej byłej Jugosławii! Dla jednych to wydarzenie, które zmieni ich życie, dla innych rozczarowanie lub „kolejny koncert, nic wielkiego”, dla jeszcze innych okazja, by po raz pierwszy stanąć obok przedstawicieli wrogiego narodu i uczestniczyć razem w wielkim wydarzeniu. Obserwujemy reakcje uczestników koncertu, wraz z nimi śledzimy to, co na scenie robi Bono, jak teksty piosenek U2 rezonują z ich własnymi emocjami, wreszcie jak całe to – medialne i obserwowane przez cały świat – wydarzenie wpływa na ich poczucie tożsamości. I tylko chciałoby się, żeby książce towarzyszył... soundtrack, bo od razu ma się ochotę wysłuchać wszystkich tych utworów. Albo najlepiej całego koncertu.
kunieczko - awatar kunieczko
ocenił na 8 1 rok temu
Bałkany – terror kultury Ivan Čolović
Bałkany – terror kultury
Ivan Čolović
Chyba nigdzie pojęcie kultury nie zostało tak zdemaskowane, jak na Bałkanach. Kompleksy i potrzeba „przypomnienia” sobie własnej tożsamości po rozpadzie Jugosławii sprawiły, że przedstawiciele krajów bałkańskich mierzą się z nadprodukcją kultury. Prześcigają się one w wynajdowaniu własnych korzeni, miejsc świętych i metafor. Najlepszym rezerwuarem tychże jest niezmiennie religia i nacjonalizm. Serbia przykładowo przyjęła bliską nam drogę mesjanistyczną, mając za założycielski mit klęskę na Kosowym Polu. To ona uosabia na Bałkanach „autentyczną” kulturę europejską, jednocześnie sprzeciwiając się zachodniemu zepsuciu. Pomaga w tym prawosławie i język państwowy, które są ostoją kultury i jej fundamentem. Problem w tym, że podobny model przyjęły też inne państwa byłej Jugosławii. Čolović stawia arcyciekawą tezę, wedle której konflikt na Bałkanach powstał nie przez różnice, ale zbyt wielkie podobieństwo. Bohater zbiorowy – Naród Serbski – jest postacią tragiczną. Jednocześnie baśń, w której bierze udział, zdejmuje odpowiedzialność z wodzów, a sama opowieść jest nie tyle celem, ile środkiem zjednoczenia politycznego i terytorialnego. Stąd mowa o „przestrzeni duchowej”, która, mimo że poza granicami terytorialnymi, przynależy do kulturowej granicy pozostającej we wspólnotowej wyobraźni. Pozwala to na zbrojną interwencję. W końcu zamieszkują ją albo „bracia”, którzy chcieliby powrócić do ojczyzny, albo wrogowie, którzy ich stamtąd wypędzili. Czasem służy ona też radykalnemu odróżnieniu się od innych – przykładowo Chorwaci poszukiwali swoich początków wśród Awarów na Kaukazie, aby oddzielić się od Serbów, którzy z kolei wywodzić się mieli z afrykańskich niewolników Rzymian. Duchowość zastąpiła ideowość, która w Jugosławii miała konotacje komunistyczne. Čolović celnie wskazał, że Rosja zmierzała (bo już dotarła) w podobnym kierunku. Obie kultury są tyle samo pociągające i odmienne, co przerażające i brutalne. https://www.instagram.com/metakonteksty/
Metakonteksty - awatar Metakonteksty
ocenił na 7 11 miesięcy temu
Psożercy ze Svini Karl-Markus Gauß
Psożercy ze Svini
Karl-Markus Gauß
Krótka książeczka, która długo czekała na przeczytanie. W Polsce problem Cyganów (z Cyganami?) wypływa raczej rzadko. Jest ich niewielka liczba. Natomiast nie wszyscy wiedzą, że na Słowacji są całe dzielnice i wioski cygańskie. Celowo nie piszę romskie, bo za nazwanie Cyganów Romami kiedyś jeden z Rumunów prawie się na mnie obraził i wyjaśnił mi różnicę. Pracowałam ze Słowakiem, który pochodził z Koszyc, a właśnie w tych okolicach Cyganów jest sporo. Jego zdanie na ich temat było bardzo niepochlebne. Po tytule można by się spodziewać jakiejś nagonki na ten lud, jego mentalność i obyczaje. Cyganie się nie integrują. A jeśli któreś z nich się wyłamie, automatycznie jest wykluczane ze społeczności. Autor próbuje wejść między Cyganów i Słowaków, docieka skąd bierze się wzajemna niechęć tych dwóch narodów. Cyganie narzekają, że Słowacy mają ich za złodziei, nierobów i zawszonych brudasów. Są nawet przypadki, kiedy stosują naciski na dyrektorów szkół, aby ich dziecko nie miało kontaktów z Cyganami albo aby byli oni zgrupowani w osobnych klasach. Autor idzie do osad cygańskich i poznaje ludzi tam mieszkających, słucha o ich problemach i marzeniach. Jest oblegany przez dzieciaki. I, wbrew ogólnym twierdzeniom, są one czyste i przyjazne. I nie jedzą psów ;) Nie będę się rozpisywać o konkretnych przypadkach. Generalnie wychodzi na to, że to nie ludzie są winni sytuacji, ale słowacki rząd nie potrafi sobie z tym wszystkim poradzić. Wioski i miasta podzielone na strefy. Takie współczesne getta. Ubóstwo i niechęć. Mafijne układy :( Wyjazdy (np. do UK) w celu żebrania i utrzymywania lokalnych bossów. A to z powodu zaciągniętych niegdyś „pożyczek”, których nie da się spłacić do końca życia. Brak edukacji, brak perspektyw, brak nadziei… Otóż nie. Chyba nadzieja i optymizm, to jest to, czego Cyganom można właśnie pozazdrościć. Książeczka na jeden wieczór. Polecam. Zresztą ja prawie całe non-fiction, a szczególnie to z Czarnego. Takie już moje zboczenie ;) I tym razem znów odkryłam ciekawy kawałek świata.
vichta - awatar vichta
oceniła na 7 5 lat temu
Biały król György Dragomán
Biały król
György Dragomán
Fascynacja prozatorstwem Magdy Szabó oraz Herty Müller zaprowadziła mnie do rumuńskiego Tirgu Mures, w którym György Dragomán rozlicza się z reżimem komunistycznym ubiegłego stulecia. Wbrew założeniom o prawdopodobnym epatowaniu postacią Ceaușescu, Rumuńską Partią Pracy oraz innymi symbolami opresyjnej władzy, węgierski pisarz sięga po perspektywę dorastającego chłopca, a także jego ogromnej tęsknoty za zesłanym na przymusowe prace ojcem. Codzienność oczami dziecka jest jeszcze bardziej wstrząsająca niż starszego obserwatora rzeczywistości ze względu na prostotę, a zarazem dosłowne znaczenie wykorzystywanych słów. W „Białym królu” nie ma zawoalowanych myśli, ani symbolicznego opisywania brutalnych scen z życia powszechnego. Przemocą skażeni są dorośli, jak również rówieśnicy chłopca, co w prozie węgierskiego pisarza służy unaocznieniu skali okrucieństwa w każdym pokoleniu. Tęsknota za ojcem, której nie są w stanie zagłuszyć drwiny, a niekiedy gnębienie ze strony otoczenia, stanowi ostatni przebłysk nadziei w państwie totalitarnym, dzięki czemu narrator „Białego króla” stara się doszukiwać resztek normalności w zastanym świecie. György Dragomán rezygnuje ze środków stylistycznych, pięknych haseł oraz pokrzepiających cytatów. Wspomniane ozdobniki przeszkadzałyby w rozliczeniu Rumunii z jej ciemnej przeszłości. Autor rekompensuje ich ubogość zdaniami wielokrotnie złożonymi, co wcale nie znaczy, aby zgubił po drodze znaki interpunkcyjne lub zasady składni. György Dragomán wymusza na odbiorcy określony sposób czytania „Białego króla”, czyli jednym tchem, bez zatrzymywania oraz zbędnego analizowania terroru komunistycznego reżimu, który stanowi zamknięty rozdział historii Rumunii.
dyrektor_negacja - awatar dyrektor_negacja
oceniła na 7 2 lata temu
Naga wyspa Božidar Jezernik
Naga wyspa
Božidar Jezernik
Solidnie wstrząsająca opowieść o obozie na Golim Otoku, osławionym małym jugosłowiańskim “Gułagu” Tity z przełomu lat 40. i 50. Książka ma ambicje może nie tyle historyczne, ile socjologiczno-psychologiczne i jeszcze inne, pokrewne skoro Autor jest antropologiem. Nie jest to zatem całościowa monografia obozu, raczej “studium przypadku”, na podstawie źródeł osobowych, głównie relacji przeżywców, napisane. Przeznaczone to jest jednak, choć wszak nie wyłącznie, bo zło jest uniwersalne, w znacznej mierze dla tych, którzy wiedzą co nieco o relacjach ówczesnej Jugosławii ze Związkiem Sowieckim za Stalina, gdy doszło do czegoś niewyobrażalnego: zerwania ze sobą dwóch państw komunistycznych które stanęły niemal na krawędzi wojny. “Teraz my ze zwolennikami Stalina postępujemy tak jak on ze swoimi przeciwnikami”. “Komuniści jugosłowiańscy śpiewali na początku wojny: +O, Stalinie, czołem, cześć, rację masz i wszystko wiesz!+. Po roku 1948 przyszła kolejna na nową piosenkę: +Oj, Stalinie, babo stara, od naszego Tity wara!”. “Wkrótce po zakończeniu wojny pewien człowiek wzniósł okrzyk +Precz ze Stalinem!+, za co przesiedział długie lata w więzieniu. Kiedy odbył już karę, za nic w świecie nie chciał powtórzyć tego samego błędu, więc głośno wyraził swoje uczucia: + Niech żyje Stalin!+, i natychmiast na kolejne cztery lata został pozbawiony wolności”. “Przed wojną zapewniano ich, że nie jest prawdą, jakoby Stalin był łajdakiem. A teraz nagle twierdzi się, że to kawał drania. Co więcej, likwidowano tych, którzy wątpili w Stalina i nie wierzyli, że w Związku Radzieckim żyje się dobrze. Nie mogli pojąć, że znęcają się nad nimi, ponieważ myślą to, co wedle wcześniejszych zapewnień było prawdą”. Najdziwniejsze - choć może właśnie i nie - było, że zerwanie z najbardziej nieludzkim sowieckim systemem nie sprawiło, by ten jugosłowiański był, czy też miałby się stać, w czymkolwiek lepszy, o humanizmie nie mówiąc. To właśnie jest esencją tej książki, bo porównując ją z licznymi świadectwami Gułagu, można mieć wrażenie, że uczeń przerósł mistrza. Autor szczegółowo analizuje wszelkie wątki bytowania w obozie. Ze wszystkich wynika, że było to piekło na ziemi. Największym dziwem Nagiej Wyspy (dla kogoś z Marsa, oczywiście) było to, że “internowani w ogromnej większości byli komunistami. Nikt ze skazanych nie mógł zrozumieć, jak to się dzieje, że pastwią się nad nimi dawni towarzysze. Wszyscy przecież byli zwolennikami socjalizmu i komunizmu”. Nieco liczb: “W latach 1948-1952 aresztowano i internowano 200 lub nawet 250 000 osób (a najwięcej Czarnogórców, bo jak podkreśla Autor, byli oni od dawna zorientowani prorosyjsko)”. “Na pobyt w obozie skazano w trybie postępowania administracyjnego 18 tys. osób, kolejnych 13 tys. znalazło się na Nagiej Wyspie na podstawie wyroków sądów cywilnych i wojskowych, co łącznie daje liczbę od 31 do 32 tys. ludzi. (...) Na Nagiej Wyspie zmarło 242 internowanych mężczyzn i trzy internowane kobiety. (...) Z Nagiej Wyspy uciekł morzem tylko jeden więzień”. Najgorsze, co mogło się zdarzyć więźniom Nagiej Wysypy, to nie samo pozbawienie wolności - i to przez “swoich”, czy bezsensowna praca ponad siły na spiekocie w fatalnych warunkach. O wiele gorsze było pozbawienie nadziei na odmianę sytuacji, nakaz entuzjastycznego przyznania się do win niepopełnionych, zmuszanie do katowania i poniżania tych więźniów, którzy tego nie uczynili, donoszenie na wszystkich, także na własną rodzinę, demonstrowanie entuzjazmu dla swego uwięzienia, wdzięczność dla śledczych, a w konsekwencji - przebudowanie, a raczej dekonstrukcja własnej świadomości i w efekcie, jak u Orwella - pokochanie “Wielkiego Brata” (coś podobnego mamy w świetnej powieści “Matei Brunul”). Jak czytamy, na powitanie nowy więzień musiał przejść przez szpaler innych więźniów, którzy go bili, opluwali, wyzywali, przewracali. “Wielu z nich wierzyło że więźniowie są solidarni, przestrzegają zasad konspiracji, a więc znajdą tam towarzyszy i przyjaciół, altruistów i entuzjastów (...), starych doświadczonych rewolucjonistów, od których będą mogli się uczyć, którzy wiedzą co robić. Ale na wyspie witały ich dziwne kreatury, pokrzywione postacie o oszpeconych twarzach; wymachiwały rękami, wydawały zwierzęce okrzyki, wykrzykiwały niezrozumiałe hasła”. “Im wyższym szacunkiem cieszył się ktoś na wolności, tym bardziej poniżano go po przybyciu do obozu.(...) Szczególny rarytas stanowili uczestnicy wojny domowej w Hiszpanii, bohaterowie narodowi, ministrowie i inni wysocy urzędnicy”. “Przejście przez szpaler wywoływało nie tylko ból, rany i urazy, lecz przede wszystkim podważało zaufanie do współtowarzyszy, budziło gniew i nienawiść. A potem... nowo przybyli sami stawali się jego uczestnikami. (...) Bili, gdyż doszli do wniosku, że lepiej mocno bić, niż stać się ofiarą. Albo też wymierzali ciosy swojej przeszłości, męce i hańbie, swojemu poniżeniu”. “Jedynie bardzo nieliczni za żadną cenę nie chcieli podnieść ręki na współwięźnia, za co okrutnie się nad nimi znęcano. Łatwiej było próbować udawać: z całej siły wygrażać pięściami, ale nie zadawać ciosów. Teoretycznie można było stanąć z demonstracyjnie założonymi rękami, ale w praktyce oznaczałoby to bolesne i zapewne długo trwające samobójstwo”. (...) Brat musiał porachować kości bratu – jeśli ten nie chciał zrewidować poglądów – by poczynić postępy we własnej reedukacji”. “Każdy musiał się pokajać za wszystko, o czym dotąd myślał i co robił na szkodę Tity i partii, musiał przyznać że był stalinistą i wymienić lub wymyślić swoich wspólników, a także przypomnieć sobie wszystkie przestępstwa słowne swoich przyjaciół, znajomych i najbliższych krewnych, którzy wypowiadali się przeciwko partii i jej kierownictwu”. “Gdy wyszło na jaw, że ktoś jeszcze na nich nie doniósł, był karany bez względu na osiągnięty już etap reedukacji. Udowadniali kolektywowi, jakimi są (byli) bandytami, jak bardzo zasługują na to, by kolektyw policzył się z nimi w rewolucyjnym stylu”. “Wkrótce większość z nich prześcigała się w samokrytyce, lżąc i obciążając samych siebie, potępiając swoje wcześniejsze zachowanie w rodzinie i społeczeństwie, przyznając się do +strasznych odchyleń+. Oskarżali się o zdradę, rozwodząc się nad łaskawością Tity i partii, która podarowała im życie, bo przecież gdzie indziej zdrajców się zabija, wiesza, a oni dostają tu jedzenie, ubranie i szansę, dzięki pracy znowu stać się ludźmi”. “Karze towarzyszyło dodatkowe upokorzenie: wyznający winę musiał sam oblać się gnojówką i do tego poprosić, by uznali go za swojego ci, którzy przez ten akt pokuty już przeszli”. Trafna jest uwaga Autora, że wymuszanie fałszywych - w sposób oczywisty chyba nawet i dla śledczych - zeznań czy obowiązek donosów, miało swoje drugie dno: “Wkrótce [organizatorzy systemu] nie byli już w stanie rozróżnić, które z licznie zebranych informacji są prawdziwe, a które nie które wymagają interwencji, a które należy zignorować (...). Niejeden stary komunista i partyzant zeznawał, nawet, że był ustaszem i czetnikiem”. “Skutecznie przemieniało to ofiary w katów” - podkreśla Autor. A wszystko dlatego, że “uchylono zasadę, że wyrok kończy procedurę śledczą, oskarżony ma odsiedzieć karę i nie istnieje możliwość powtórnego oskarżenia go o to, za co został skazany”. Siłą rzeczy na myśl przychodzą analogie z niemieckimi obozami. “Wśród internowanych byli nieszczęśnicy, którzy podczas wojny przeszli przez obozy koncentracyjne w nazistowskich Niemczech lub faszystowskich Włoszech. Opowiadali o podobnych doświadczeniach z tamtych obozów, które jednak różniło od tych z Nagiej Wyspy coś bardzo istotnego. Tam między katami i ofiarami przebiegała wyraźna granica, tam więźniowie mogli być współtowarzyszami w cierpieniu, mogli się nawzajem wspierać w trudnych chwilach. Dlatego też niemal wszyscy uważali, że Naga Wyspa przyćmiła Dachau, Auschwitz, Buchenwald albo jakiekolwiek inne słynące z okrucieństwa niemieckie obozy koncentracyjne. Nawet internowani tu starzy komuniści twierdzili, że Buchenwald w porównaniu z Nagą Wyspą był +prawdziwym uzdrowiskiem+”. Zaskoczyły mnie te słowa, i początkowo zamierzałem je zanegować, ale po namyśle przyznałem im rację. Jednak w Oświęcimiu czy w innych miejscach straszliwej zagłady można było pozostać wiernym sobie, nawet w chwili śmierci. Działała konspiracja, ludzie sobie pomagali mimo wszystko. A przede wszystkim, mimo zbrodniczości strażników czy kapo, nikt nikogo nie “reedukował”. Esesmani nie oczekiwali, że więźniowie staną się miłośnikami Trzeciej Rzeszy. W tym sensie muszę uznać to, co pisze Autor: zaiste można było szybciej zostać szmatą “tu” niż “tam”. No i to praca. “Praca przymusowa musiała być na tyle bezsensowna, żeby poniżać, i na tyle ciężka, żeby stać się przestrogą”. “Na Nagiej Wyspie więźniowie wydobywali marmur, symbol trwałości i wielkości, a nadając kamiennym bryłom nowe kształty, formowali zarazem też siebie”. “Pracy społecznie użytecznej pojęcie słabszej płci było nieznane. Kobiety wykonywały prawie wszystkie prace fizyczne uważane zwykle za męskie: wydobywały i nosiły kamień, burzyły ściany, murowały, zakładały ładunki wybuchowe”. “Szczytem cynizmu było zmuszanie więźniów do wykuwania z marmuru sześcianów na pomnik ku czci ofiar włoskiego obozu koncentracyjnego na wyspie Rab, bo niektórzy z nich kilka lat wcześniej sami byli internowani w tym obozie”. “Więźniowie, wykonując pracę społecznie użyteczną, musieli przenosić kamienie z jednej sterty na drugą i z powrotem lub kopać doły, a potem znów zasypywać je ziemią. (..) Brana Marković na na Nagiej Wyspie musiała czerpać wiadrem morską wodę i wlewać ją do beczki bez dna”. “Trudniejsze od przenoszenia kamieni było radzenie sobie z poczuciem kompletnej bezużyteczności wykonywanej pracy; praca pozbawiona jakiegokolwiek sensu bardziej niż fizycznie zabijała duchowo, więźniom odbierano przecież to, co różniło ich od zwierząt”. “Najbardziej opornym dawano mniej lub bardziej otwarcie do zrozumienia, że byłoby najlepiej, gdyby sami odebrali sobie życie. Na przykład Jože Jurančič wysłuchał sfingowanej transmisji ze swojego pogrzebu. Transmisja trwała około dwóch godzin, a przekazywana była przez głośnik zamontowany w suficie jego więziennej celi”. "[Szef MSW] Ranković w celi karceru dostrzegł pułkownika milicji, którego znał i w którego sprawie właśnie wtedy ustalono, że został niesłusznie uwięziony. Ranković zwrócił się do niego: +A ty co ty tutaj robisz? Ty w karcerze?+ Zbity z tropu więzień zaczął się jąkać. By nie stracić twarzy przed swoim głównym szefem, z trudem wykrztusił: +Ależ nie towarzyszu Marko, ja tu wykonuję zadanie specjalne!+". Acha, nie tylko CIA stosowała “waterboarding”: “Ofierze wiązano ręce i nogi, usta zatykano mokrą szmatą, a głowę przechylano do tyłu i umieszczano poniżej poziomu stóp, po czym z dzbanka powoli wlewano wodę do nosa – żeby nie dało się oddychać”. Nie lepsza była kara bojkotu: “Nie wolno im było podnosić głowy, nie zasłużyli na niczyje spojrzenie, a co dopiero na to by patrzeć na innych. Surowo zabraniano im też rozmawiać z pozostałymi więźniami. I oczywiście nie mogli porozumiewać się między sobą. (...) Cały czas musieli też milczeć i wykonywać najcięższe prace”. “Najgorszy był zakaz mówienia, że jest się głodnym, należało głośno chwalić jedzenie, twierdzić, że jest pożywne i dobre”. “Spali w dwóch rzędach: głowa przy głowie, na gołych deskach, stłoczeni jak sardynki, obracali się na komendę, wszyscy razem. Kto szedł do latryny, po powrocie nie miał już miejsca, dopóki za potrzebą nie wybrał się współtowarzysz”. “System był na pewno skuteczny: nie doszło do żadnego zbiorowego buntu ani protestacyjnej głodówki, do żadnej rozprawy z donosicielami”. “Jeden ze strażników przynosił witaminy i żywność swojemu dowódcy z oddziału partyzanckiego, teraz więźniowi, a ten go, maltretowany, wydał: strażnika skazano na 14 lat”. “Listy od rodzin, w których powiadamiano więźniów, że nie ma już dla nich miejsca w ich życiu, bo są zdrajcami, odczytywano w obozach publicznie. Żona informowała, że po raz drugi wyszła za mąż i zabrała dzieci; ponieważ nowy partner nie jest zdrajcą, będą miały lepszą opiekę. Ktoś inny dostał w liście zdjęcie żony w objęciach kochanka”. “Wyprowadziła w pole cenzurę, dając znać bliskim, jak ciężko jest jej na dłuższy: +Moi kochani, jestem zdrowa, miewam się dobrze, ale tęsknię do mamy. Z nią będzie mi o wiele lepiej+. Cenzura nie zauważyła w tych słowach nic szczególnego, krewni natomiast wiedzieli, że matka nie żyje”. “O tym, gdzie byli i co się z nimi działo, aż do 1953 roku nikt nie miał pojęcia, nawet najbliżsi krewni. Nikt z rodziny nie śmiał o nich pytać, nikt nic nie wiedział, jakby zapadli się pod ziemię”. “Dzień śmierci Stalina, 5 marca 1953 roku, uczczono we wszystkich obozach. Bandytom rozdano czarne opaski na znak żałoby, zrewidowani występowali jako oprawcy, pokrzykując na bandę: + Niech wam pomoże papież z Moskwy!+ (...) Zachowała się opowieść o inscenizacji pogrzebu Stalina w obozie męskim”. “Zwalniani musieli podpisać jeszcze jeden dokument, którego od więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych nie wymagano. Zobowiązywali się w nim do współpracy z UDB, by udowodnić swoje przywiązanie do Tity i partii. Po opuszczeniu obozu ich obowiązkiem było odwdzięczyć się partii, donosząc na ludzi ze swojego środowiska”. Książka ma i słabsze strony. Chyba nie została poddana końcowej redakcji - niektóre wątki powtarzają się i to wielokrotnie. Zbyt często jak dla mnie narrator używa słowa “podobno”. Wiarygodności nie dodaje zdanie: “Historia ta tak długo krążyła z ust do ust, że nikt już potem nie wiedział, co w niej było prawdą a co zmyśleniem”. Poważnym błędem jest “Kanał Białomorski na północnych rubieżach Syberii” (która zaczyna się za Uralem). Brak objaśnienia skrótów znanych Autorowi, np. “był członkiem OVR” (nie ma tego nawet w Internecie). Na koniec coś o niepamięci: “Żadne z państw powstałych na terytorium byłej Jugosławii nie czyni starań by + ocalić dziedzictwo kulturowe+ Nagiej Wyspy”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 7 2 miesiące temu
Grobowiec dla Borysa Dawidowicza. Siedem rozdziałów wspólnej historii Danilo Kiš
Grobowiec dla Borysa Dawidowicza. Siedem rozdziałów wspólnej historii
Danilo Kiš
Czytać należy „Grobowiec…” Danilo Kiša, bo to (jak mówią) „najpiękniejsza literacko książka przeciwko komunizmowi”. I jest w tym nieco prawdy – oto bowiem siedem opowiadań, które łączy jedna myśl, jeden wątek, jeden polityczny, autorytarny system, przeciwko któremu występuje (w sensie swego istnienia, nie zaś podejmowania walki!) jednostka. Ale może powinienem napisać inaczej – to historie o tych, którzy początkowo płynęli z nurtem rzeki czerwonej gwiazdy. Ale ona, zdradziecka i buntownicza od samego źródła, zmieniła swój nurt i tych, którzy ją wielbili i nawadniali własnymi pragnieniami, brutalnie topi. Kiš pisze jak biograf, znawca tematu, człowiek nie dziwiący się niczemu, przewidujący, jak potoczą się losy nieszczęśników, ktorych "biografie" nam przedstawia. To czuły obserwator, dokumentalista i sprawozdawca. Nasycone czarnym humorem, wypełnione przewidywalną klęską jednostki opowiadania są przejmujące dlatego, że Kiš to reporter oschły w emocjach. Jest w nich pewna powtarzalność, zupełnie zamierzona, tak jak powtarzalny był system, który stworzył człowieka z żelaza, intelektualistę wierzącego w stalinizm, napędowego komunistycznej maszyny, sprawcę wielkich czynów, az wreszcie kata, który przedzierzgnął się w ofiarę. To paranoiczne odwrócenie ról, bolesny upadek z wyżyn na samo dno więzień, zsyłek i cel śmierci staje się nową maszyną systemu, a jej wcześniejszy twórca – jej trybikiem, jego krew – olejem nasycającym tłoki. Właśnie to interesuje Kiša, ta niezawiniona klęska aparatczyka, zaskoczenie skierowaną w czoło lufą pistoletu, niedowierzanie, że ciemny pokój stanie się grobowcem zapomnianego przez świat ciała. Bohaterami opowiadań są Żydzi, Irlandczycy i rewolucjoniści. Przemierzamy Europę, zahaczając nawet o Hiszpanię (historia kołem się toczy, mówi przez to Kiš); mieszają się tu postaci wymyślone z historycznymi, tak samo intensywnie jak mijają niezliczalne dni, podczas których łamie się ludzką tożsamość, umysł i godność. W tej wielobarwności działań zbrodniczego systemu pozostaje jedna stała – metoda, która mimo upływu wieków, konfliktów i wojen sprawdza się doskonale. Żart, szczegół, paproch – oto one decydują o życiu człowieka i jest to przerażająca wizja. Stąd niedaleko już do Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego, na myśl przychodzą również biograficzno-fikcyjne miniatury Borgesa i Schwoba. A to oznacza, że trzeba Kiša znać. Na koniec cytat, taki na podsumowanie: „(…) nie wystarczy mieć jaja, aby pisać.” Przekład Kazimierza Żórawskiego, okładka Wiktora Żwikiewicza., a książka (nabyta antykwarycznie) została wydana w 1989 roku przez Niezależną Oficynę Wydawniczą Nova.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na 7 8 miesięcy temu

Cytaty z książki Czarnobylskie truskawki

Więcej
Vesna Goldsworthy Czarnobylskie truskawki Zobacz więcej
Vesna Goldsworthy Czarnobylskie truskawki Zobacz więcej
Więcej