🔰"nasze myślenie, nasza wyobraźnia operuje zastanymi schematami dużo częściej, niż o tym wiemy, a momenty całkowitego zagubienia historycznego polegają zazwyczaj na tym, że przedawniony schemat wyobrażeń okazuje swoją nieskuteczność, a wyobraźnia mimo to czepia się go w sposób rozpaczliwy."
" Życie na niby. Pamiętnik po klęsce" to zbiór esejów powstałych pomiędzy 1939 a 1945 rokiem, w których prof. Kazimierz Wyka zawarł swoje spostrzeżenia dotyczące drugiej wojny światowej oraz dosyć krytyczną ocenę mentalności rodaków. Spędzając okupację w Krzeszowicach i pracując w rodzinnym tartaku, pisał o ludziach uwikłanych w paradoksy historii, balansujących pomiędzy bohaterstwem, rezygnacją i obojętnością, altruizmem i skupieniem na sobie, egoizmem i skrajną bezdusznością.
Eseje ukazałay się dopiero po Październiku ’56, ale nawet wówczas zostały mocno pocięte przez cenzurę.
Teksty poszczególnych szkiców wzajemnie się dopełniają, pokazując, jak wielkim wstrząsem była klęska wrześniowa (a potem również klęska Powstania Warszawskiego) dla całego pokolenia ludzi, którzy dorastali w II Rzeczypospolitej.
Prof. Wyka bezkompromisowo rozlicza przedwojennych przywódców odrodzonej Polski z propagandy karmiącej naród bogoojczyźnianymi mitami, bezwartościowymi frazesami oraz nacjonalizmem, który w 1938 r. kazał Polakom połakomić się na marny ochłap Zaolzia.
Autor bezlitośnie obnaża mizerię, krótkowzroczność, porażającą niefrasobliwość i egoizm ludzi obozu władzy. Zadaje kłopotliwe pytania i bez litości wystawia im rachunek:
🔰 "Jak to się mogło stać?
Jak się mogło stać, że w przeciągu kilkunastu dni rozpadło się państwo niepoślednie, obfite w obszar i mieszkańców".
🔰"Tydzień wystarczył, ażeby rząd tego kraju stał się wędrowcem, jak każdy jego najlichszy obywatel. Gnany bombami wroga, oburzeniem podwładnych, przemykał się zatłoczonymi drogami, aż w błahej mieścinie pokuckiej porzucił swoje granice, skoro od wschodu ruszyło plemię drugie. Prezydent na obcej ziemi ukazał cudzoziemski paszport. Marszałek wojsk zgubił gdzieś buławę. Kardynał dusz nieśmiertelnych pobłogosławił je przez graniczny szlaban. Ja nie szydzę, tylko wspominam.
Szydziła historia."
Wiele w tym zbiorze fragmentów uderzających ostrością widzenia, do których warto sięgnąć zwłaszcza dziś, gdy odżywają rozmaite stereotypy, a czas okupacji przedstawiany bywa przez niektóre gremia, mi od kilku jako gra wojenna, w której "nasi" zwyciężają.
U Wyki mamy opisaną z jednej strony dwulicowość przedwojennej polityki europejskich mocarstw, krótkowzroczność polityków II RP, przerażającą planowość niemieckich zbrodni i polityki wobec okupowanego narodu polskiego — z drugiej demoralizujące skutki, jakie okupacyjne zawieszenie wszelkich praw i "życie na niby" wywołało w społeczeństwie polskim.
🔰"w Monachium, rzucając Hitlerowi na pastwę Czechosłowację, wyraźnie dano (...) do zrozumienia, że ostrze ekspansji niemieckiej powinno iść na Wschód, że nadszedł czas zużytkowania jego potęgi militarnej w tym kierunku, gdzie towarzyszyć jej będzie przychylność świata kapitalistycznego. W kierunku na Związek Radziecki. (...) Polityka ZSRR w świetle tej sytuacji była jasna. Nie wolno było dopuścić, ażeby impet pierwszego uderzenia niemieckiego skierował się na Związek Radziecki. Nie wolno też było dopuścić, ażeby pozycje niemieckie dla grożącego konfliktu tak zostały poprawione, by mogło się to stać groźne. Niemcy, zajmując bez oporu całą Polskę w jej granicach wschodnich 1939 roku, wasalizując ewentualnie ten kraj — bo i z tym należało się liczyć! — stwarzaliby sobie takie pozycje wyjściowe. Posunięcie z 17 września przekreślało te rachuby, osadzało armię niemiecką na linii Sanu, Bugu i Narwi. Posunięcie zaś to zrozumiałe jest jedynie w kontekście dyplomatycznym monachijskim."
Świetny esej o "Gospodarce wyłączonej" opisuje mechanizmy, które funkcjonowały nie tylko pod rządami niemieckimi, a ich późne refleksy obserwujemy jeszcze nawet do dzisiaj. "Gospodarka wyłączona" powstała jako samoobrona przed wrogiem. Można ją nazwać gospodarką z przetrąconym kręgosłupem etyki pracy, bo jest zdeprawowana, wyłączona od odpowiedzialności społeczno - państwowej. Niestety, jej skutki były dalekosiężne i nie ograniczyły się jedynie do czasów okupacji. A nade wszystko była to gospodarka z pustym miejscem po Żydach, które natychmiast zajęli Polacy:
Profesor Wyka zauważa z ironią:
🔰"wyłączono Żydów i nareszcie powstał kupiec >narodowy<".
Zaraz jednak stawia ważkie pytania:
🔰"czy formy, w jakich się ta eliminacja dokonała, i sposób, w jaki społeczeństwo nasze pragnęło i pragnie ją zdyskontować, były i moralnie, i rzeczowo do przyjęcia?
Otóż, chociażbym tylko za siebie odpowiadał i nie znalazł nikogo, kto by mi zawtórował, będę powtarzał — nie, po stokroć nie. Te formy i nadzieje były haniebne, demoralizujące i niskie. Skrót bowiem gospodarczo-moralnego stanowiska przeciętnego Polaka wobec tragedii Żydów wygląda tak: Niemcy mordując Żydów popełnili zbrodnię. My byśmy tego nie zrobili. Za tę zbrodnię Niemcy poniosą karę, Niemcy splamili swoje sumienie, ale my — my już teraz mamy same korzyści i w przyszłości będziemy mieli same korzyści, nie brudząc sumienia, nie plamiąc dłoni krwią. Trudno o paskudniejszy przykład moralności jak takie rozumowanie naszego społeczeństwa. A głupcy, którzy przy nim trwają, niech pomną, że wyniszczenie Żydów było tylko pierwszym etapem oczyszczenia Weichselraumu, po którym miała przyjść na nas kolej.
Powtórzyła się zatem, ale tym razem na skalę większą, choć czysto psychologiczną, sytuacja, która już raz w niedawnej historii Polski miała miejsce. Tej zgagi moralnej, jaką budziło odzyskanie Zaolzia, nikt nie nazwał wówczas trafniej od Churchilla: z plecaka żołnierza niemieckiego zajmującego Sudety Polska wyciągnęła Zaolzie. Tym razem spod miecza niemieckiego kata, dokonującego niewidzianej w dziejach zbrodni, sklepikarz polski wyciągnął klucze od kasy swego żydowskiego konkurenta i uważał, że postąpił jak najmoralniej. Na Niemców wina i zbrodnia, dla nas klucze i kasa. Sklepikarz zapominał, że „prawne” wyniszczanie całego narodu jest fragmentem procesu tak niespotykanego, że na pewno nie po to go historia zainscenizowała, by zmienił się szyld na czyimś sklepiku."
🔰"Formy, jakimi Niemcy likwidowali Żydów, spadają na ich sumienie. Reakcja na te formy spada jednak na nasze sumienie. Złoty ząb wydarty trupowi będzie zawsze krwawił, choćby już nikt nie pamiętał jego pochodzenia. Dlatego nie wolno dozwolić, by ta reakcja została zapomniana lub utajniona, bo jest w niej tchnienie małostkowej nekrofilii."
Kazimierz Wyka poświęca też sporo uwagi okupowanej Warszawie i nastrojom jej mieszkańców oraz analizuje przesłanki, które sprawiły, że mieszkańcy miasta tak licznie włączyli się w wybuch powstania.
🔰"Warszawa, chociaż nie grały w niej działa, była właściwie przez lata okupacji w stanie permanentnego powstania. Nie dlatego, że strzelano na jej ulicach częściej niż gdziekolwiek w GG. Dlatego, ponieważ miasto nigdy nie przyjęło do wiadomości klęski i okupacji. Nie przyjęło przede wszystkim w swoim obyczaju codziennym, w poczuciu pewności własnej, w zaufaniu wobec nadchodzącego losu. Warszawa była znów bohaterska i nadal z Wiecha."
🔰"Niemcy, znający dobrze stosunki okupacyjne, Warszawy nienawidzili. Jeździli do niej niechętnie. Powiedzenie zaś, że znajdowała się w stanie permanentnego powstania, nie jest moim wynalazkiem. Zawdzięczam je pewnemu kwaterującemu w moim mieszkaniu urzędnikowi z Arbeitsamtu, który, wybrawszy się na pół roku przed powstaniem do stolicy, wrócił zgnębiony: "Das ist eine verrückte Stadt. Immer im Aufstand." ["To jest zwariowane miasto. W stanie ciągłej insurekcji (powstania)."]— powtarzał."
Profesor przedstawia losy warszawiaków po stłumieniu powstania. Bowiem mieszkańcy stolicy, którzy nie zginęli i nie zostali wywiezieni z Dulagu 121 w Pruszkowie do obozów koncentracyjnych lub na roboty przymusowe do Rzeszy, w większości znaleźli się na prowincji w GG m.in. w podkrakowskich wsiach. Wraz z ich przybyciem diametralnie zmieniła się sytuacja miejscowej ludności i pojawiły się niespotykane dotąd napięcia społeczne.
Kazimierz Wyka ma odwagę mówić o "anormalnej moralności konspiracji". O próżni moralnej, jaka powstała po zawaleniu się przedokupacyjnego porządku, o bezduszności i zaskorupieniu społeczeństwa, bo jak twierdzi, chociaż tego nie usprawiedliwia:
🔰"pojemność uczestnictwa w cierpieniu drugich ma swoje granice".
Nie uchodzi też jego uwagi kolaboracja militarna i ideologiczna Narodowych Sił Zbrojnych z okupantem oraz wycofanie się Brygady Świętokrzyskiej z frontem niemieckim.
Autor nie mitologizuje narodowego bohaterstwa, jest zaniepokojony kondycją moralną rodaków. Czasem stawia przejmujące pytania i diagnozy:
🔰"A jeśli naprawdę małość polska od samego szatana jest silniejsza?".
🔰"Gdybyśmy siłę przewidywania i rozsądnego spokoju choć w części posiadali tak wielką, jak mamy siłę regeneracji, jakim wielkim bylibyśmy narodem. Lecz my jesteśmy jak człowiek, który już nieraz odrąbywał sobie dłoń i przekonywał się ze zdumieniem, że przeciwnie niż u pozostałych ludzi, dłoń mu odrasta. Nabrał przeto obyczaju, by zawsze dłonie swoje rąbać. Tym razem odrąbał całą rękę. Na pewno odrośnie."
To chyba najtrafniejsza ocena polskiego mitu powstańczego, który sprawia, że Polacy tak beztrosko szafują własnym życiem pod dyktando mitów narodowego poświęcenia i patriotyzmu.
Eseje przeczytałam dzięki Wolnym Lekturom. Ale w 2010 roku w stulecie urodzin profesora Wydawnictwo Uniwersitas postanowiło je wznowić w wersji powiększonej o eseje, których cenzura nie dopuściła do druku w wydaniach z 1956 i 1984 roku.
Polecam, bo ważna to lektura. Uprzedzał jednak, że będzie ona trudna do przełknięcia dla tych, którzy z dumą wszem i wobec głoszą wśród fanfar, przy pomnikach upamiętniających akty narodowego męczeństwa, że są "prawdziwymi polskimi patriotami". Bo pochwały takiego właśnie patriotyzmu w tych esejach nie znajdą.
Opinia
Chociaż jest to, o ile mi wiadomo, osobne dziełko, to przypomina mi ono rodzaj wprawek (zbyt krótkie są one, żeby nazwać je etiudami literackimi) pisarza, który przed opowiadaniem lub powieścią "przepracowuje" sobie swoje postaci pod kątem ich charakterów i osobowości.
Nałkowska stworzyła obrazki skondensowane aczkolwiek całkiem dogłębne, sprawiające wrażenie przenikliwych, bardzo różnorodne i psychologicznie sensowne.
A jednak... dla mnie są to właściwie niemal tylko takie właśnie wprawki, zatem trzy, cztery, dziesięć można przeczytać, bo napisane są całkiem dobrze, także w sensie literackim. Jednak cała sprawa nie wykracza, według mnie, poza to, o czym mowa... Dlatego na dłuższą metę, staje się to nużące - chciałoby się któreś z tych postaci wreszcie zobaczyć w akcji: w jakichś wzajemnych relacjach ze sobą, pośród interesującego splotu wydarzeń i w jakiejś określonej "scenografii". Niestety nic z tego, bo zdaje się, że zamysł autorki polegał na takim właśnie ograniczonym charakterze tego co stworzyła.
Można przeczytać, nawet na wyrywki (wydaje mi się, że bez straty dla objęcia całości), jednak doczytanie do ostatniej kartki nie będzie aż tak trudne jedynie ze względu na niewielki rozmiar książeczki.
Chociaż jest to, o ile mi wiadomo, osobne dziełko, to przypomina mi ono rodzaj wprawek (zbyt krótkie są one, żeby nazwać je etiudami literackimi) pisarza, który przed opowiadaniem lub powieścią "przepracowuje" sobie swoje postaci pod kątem ich charakterów i osobowości.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNałkowska stworzyła obrazki skondensowane aczkolwiek całkiem dogłębne, sprawiające wrażenie...