rozwiń zwiń

Charaktery dawne i ostatnie

Okładka książki Charaktery dawne i ostatnie
Zofia Nałkowska Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy literatura piękna
131 str. 2 godz. 11 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
1948-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1948-01-01
Liczba stron:
131
Czas czytania
2 godz. 11 min.
Język:
polski
Średnia ocen

                7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Charaktery dawne i ostatnie w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Charaktery dawne i ostatnie

Średnia ocen
7,1 / 10
16 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
449
419

Na półkach:

Chociaż jest to, o ile mi wiadomo, osobne dziełko, to przypomina mi ono rodzaj wprawek (zbyt krótkie są one, żeby nazwać je etiudami literackimi) pisarza, który przed opowiadaniem lub powieścią "przepracowuje" sobie swoje postaci pod kątem ich charakterów i osobowości.

Nałkowska stworzyła obrazki skondensowane aczkolwiek całkiem dogłębne, sprawiające wrażenie przenikliwych, bardzo różnorodne i psychologicznie sensowne.

A jednak... dla mnie są to właściwie niemal tylko takie właśnie wprawki, zatem trzy, cztery, dziesięć można przeczytać, bo napisane są całkiem dobrze, także w sensie literackim. Jednak cała sprawa nie wykracza, według mnie, poza to, o czym mowa... Dlatego na dłuższą metę, staje się to nużące - chciałoby się któreś z tych postaci wreszcie zobaczyć w akcji: w jakichś wzajemnych relacjach ze sobą, pośród interesującego splotu wydarzeń i w jakiejś określonej "scenografii". Niestety nic z tego, bo zdaje się, że zamysł autorki polegał na takim właśnie ograniczonym charakterze tego co stworzyła.

Można przeczytać, nawet na wyrywki (wydaje mi się, że bez straty dla objęcia całości), jednak doczytanie do ostatniej kartki nie będzie aż tak trudne jedynie ze względu na niewielki rozmiar książeczki.

Chociaż jest to, o ile mi wiadomo, osobne dziełko, to przypomina mi ono rodzaj wprawek (zbyt krótkie są one, żeby nazwać je etiudami literackimi) pisarza, który przed opowiadaniem lub powieścią "przepracowuje" sobie swoje postaci pod kątem ich charakterów i osobowości.

Nałkowska stworzyła obrazki skondensowane aczkolwiek całkiem dogłębne, sprawiające wrażenie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

75 użytkowników ma tytuł Charaktery dawne i ostatnie na półkach głównych
  • 50
  • 25
10 użytkowników ma tytuł Charaktery dawne i ostatnie na półkach dodatkowych
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Charaktery dawne i ostatnie

Inne książki autora

Zofia Nałkowska
Zofia Nałkowska
Polska pisarka, publicystka i dramatopisarka, posłanka do Krajowej Rady Narodowej oraz na Sejm Ustawodawczy i Sejm PRL I kadencji, członek Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju w 1949 roku. Ukończyła pensję w Warszawie. Studiowała historię, geografię, ekonomię i językoznawstwo na tajnym Uniwersytecie Latającym. Działaczka organizacji kobiecych. Od 1933 członkini Polskiej Akademii Literatury, działaczka PEN Clubu i ZZLP, Towarzystwa Opieki nad Więźniami Patronat, współzałożycielka i członkini grupy literackiej Przedmieście (1933–1937). W latach 1939–1944 współdziałała z podziemiem kulturalnym. W latach 1945–1947 posłanka do Krajowej Rady Narodowej, w latach 1947–1952 posłanka do Sejmu Ustawodawczego (bezpartyjna), działaczka Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce Oddział Łódzki, redaktorka tygodnika Kuźnica. Zadebiutowała w 1898 na łamach Przeglądu Tygodniowego jako poetka. W 1906 ogłosiła powieść Kobiety. Nałkowska debiutowała jako poetka, mając 14 lat w Przeglądzie Tygodniowym z 1898 wierszem Pamiętam. Wiersze swoje zamieszczała w warszawskich czasopismach, m.in. w modernistycznej Chimerze. Szybko jednak porzuciła poezję dla prozy. Jej debiut prozatorski przypada na rok 1904, kiedy to ukazuje się jej powieść Lodowe pola (pierwsza z trylogii Kobiety) drukowana w Prawdzie. Od połowy pierwszej dekady XX wieku publikowała swoje powieści – Kobiety, Książę. Ich tematyka była silnie związana z nurtem młodopolskim – było to najczęściej teoretyzowanie na tematy niemające bliższych związków z rzeczywistym życiem. Z czasem jednak autorka zaczęła coraz większą wagę przywiązywać do strony psychologicznej człowieka, do ludzkich uczuć w różnych sytuacjach życiowych. Momentem zwrotnym w twórczości pisarki był czas I wojny światowej. Szczególne dążenie do poznania psychiki ludzkiej ujawniła Nałkowska w Charakterach – cyklu szkiców, które kontynuowane były przez wiele lat – pierwsze ukazały się w 1922, kolejne – w 1948. Autorka została nagrodzona wieloma wyróżnieniami. Za swoje najsłynniejsze dzieło okresu międzywojennego – Granicę (główny bohater: Zenon Ziembiewicz) – otrzymała w 1935 Państwową Nagrodę Literacką. Powtórnie przyznano jej tę nagrodę w 1953. Otrzymała też Złoty Wawrzyn Akademicki Polskiej Akademii Literatury. Została pochowana w Alei Zasłużonych na cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Decyzją Międzynarodowej Unii Astronomicznej jeden z kraterów na Wenus został nazwany Nałkowska, a w Lublinie (na Wrotkowie) upamiętniono jej nazwisko w nazwie spółdzielni mieszkaniowej (Spółdzielnia Mieszkaniowa im. Wacława i Zofii Nałkowskich), w nazwie osiedla mieszkaniowego (Osiedle Nałkowskich) i ulicy (ul. Nałkowskich). W nazwie innej ulicy w tej samej dzielnicy upamiętniono jej ważne dzieło Medaliony (ul. Medalionów). W różnych miastach i wsiach Polski znajdują się ulice nazwane jej imieniem i nazwiskiem. W Wołominie pod Warszawą znajduje się Muzeum im. Zofii i Wacława Nałkowskich.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Matka Joanna od Aniołów Jarosław Iwaszkiewicz
Matka Joanna od Aniołów
Jarosław Iwaszkiewicz
Kiedy ksiądz Suryn "trzęsąc się po okropnej drodze w niewygodnej najtyczance" zmierza ku klasztorowi "panien urszulanek" w Ludyniu, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak znamienna w skutkach dla niego to będzie podróż. I nie chodzi nawet o to, że cieniem na jego duszy kłaść się może przepowiednia pewnej Cyganki brzmiąca "Horbatu polubisz", co jakiś innego rodzaju "smętek wewnętrzny", który "radość wolnego powietrza" i "wolnej ptaszki" zmienia w jakiś wewnętrzny"mąt" duszy, wrzucając go "w orbitę nieznanych zdarzeń", będących źródłem mąk dla serca i umysłu. . "Małe jądro ciemności", które gości gdzieś na dnie duszy jego, pod wpływem zderzenia się z "ponadrzeczywistą rzeczywistością" Matki Joanny od Aniołów rozrasta się, infekując kolejne dni jego pobytu w klasztorze snami pełnymi zmor i walk z samym sobą, robiąc z niego "igraszkę najpotężniejszych sił zła", choć wydaje się początkowo, że teologiczna wiedza i szczera modlitwa to skuteczny oręż w walce z wszelkiej maści demonami. Ale być może najbardziej niebezpieczny demon to ten, który kryje się w nas samych, a u podłoża wszystkiego, co "zgubić potrafi snadnie" każdego, nawet duchownego - leży... MIŁOŚĆ. Bo "człowiek to dziwna ptaszka" jednak... . Pisząc to opowiadanie (które ze względu na swoją objętość można uznać nawet za krótką powieść) czerpał inspirację Iwaszkiewicz z lektury dziejów jezuickiego egzorcysty, który w XVII w. oskarżony został o opętanie zakonnic i matki przełożonej klasztoru Urszulanek w Loudun. Tutaj zamiast Francji mamy Ludyń pod Smoleńskiem, a pod fabułą kryją się elementy autobiograficzne, dotyczące podobno relacji Iwaszkiewicza ze swoją żoną Anną. Pomimo tytułu sugerującego, że literackie światło padać będzie na Matkę Joannę - to ksiądz Suryn jest tutaj postacią, wokół której skupia się obraz tej wewnętrznej walki z siłami zła. Stąd także ta warstwa psychologiczna jest bardzo rozbudowana, a my otrzymujemy obok opisu zdarzeń zapis myśli księdza Suryna, będący rekonstrukcją jego duchowej przemiany, prowadzącej do zaskakującego, pełnego dramatyzmu zakończenia. . Urzekł mnie tutaj klimat, zachwycił literacki język stylizowany na staropolski, ale bardzo przystępny, często też zmuszający, by zatrzymać się nad pojedynczym słowem czy całym wyrażeniem. Jest w tym także nuta humoru, co zdecydowanie przełamuje wspomniany wyżej dramatyzm. Opowiadanie to okazało się także o wiele bardziej wielowarstwowe, niż się początkowo wydawało. Temat opętania to tylko naskórek, pod którym znajdziemy próbę odpowiedzi na pytania odnośnie natury zła, pojęcia prawdy, grzechu, istoty miłości, ofiary, pragnienia wyjątkowości. Bardzo polecam.
Ananke144 - awatar Ananke144
ocenił na 8 4 miesiące temu
Zmierzchy i poranki Piotr Szewc
Zmierzchy i poranki
Piotr Szewc
🔰"Baldachimy suchych koprów drżały na krańcach zagonów, słoneczniki nie miały siły, by podnieść ciężkie, utrudzone głowy. Nad ogrodami i ulicami przelatywały wróble. Coś dźwięczało w ciszy, szeptało, do czegoś nawoływało czy przed czymś przestrzegało. Coś niewidzialnego i nieuchwytnego. Coś, co nie dawało o sobie zapomnieć." Powieść Piotra Szewca "Zmierzchy i poranki" to subtelna i wyjątkowo klimatyczna proza poetycka przywodząca na myśl utwory Marcela Prosta czy Brunona Schulza. Opowiada o jednym zwyczajnym dniu w środku upalnego, słonecznego lata na prowincji. Pisarz zabiera nas na kilkanaście godzin w podróż po przedwojennym, polsko-żydowskim Zamościu i jego najbliższych okolicach. Zwykli bohaterowie (kupcy, drobni rzemieślnicy i urzędnicy) zajęci są zwyczajnymi sprawami – jak co dzień wykonują swoje obowiązki. Autor z pieczołowitością odtwarza niemal każdy detal tego uniwersum: ludzi, ich codzienne sprawy, zwierzęta i krajobrazy. Oglądamy kolorowe pola, jadący wśród nich parowóz, rzekę Łabuńkę łagodnie przecinającą zielone pastwiska oraz zadbane sklepy położone w obrębie Rynku Dolnego i ulic Pereca oraz Krasnobrodzkiej. Fajga w swej budce przygotowuje na sprzedaż precle z makiem i placki z cebulą, Alina potajemnie spotyka się z żonatym młynarzem Romanem Mazurem, w zakładzie zegarmistrzowskim Chaim szuka części, aby naprawić zepsuty zegarek. W czasie gdy Bina Hechtkopf czekała na klientów w swoim sklepie kolonialnym wdychając upojne zapachy goździków i cynamonu, Salomea Goldman, po wyjściu kochanka doktora Tarnowskiego, patrząc w lustro i rozmyślała nad upływem czasu. A narrator przeczuwał, że bezlitosna kolej rzeczy przyniesie definitywnie kres tego harmonijnego świata. Odeśle w nieistnienie tamten stary Zamość, symbolizujący polską przedwojenną prowincję - mityczną Arkadię, gdzie współistniały zgodnie obok siebie i gdzie mieszały się polskie oraz żydowskie żywioły etniczne - ku obopólnemu wzbogaceniu. 🔰"Pani Salomea nie zgodziłaby się, że upływający czas sumował przeszłe z teraźniejszym i że to, co się oddalało, przeobrażało się tylko, w niczym nie umniejszając tego, czym było kiedyś. Minione było, więc dla niej zgasłym lub dopalającym się światłem, resztką żaru, którego nie sposób na nowo rozdmuchać, płowiejącą barwą, znikającym kształtem, sfałszowanym przez upływ czasu smakiem i zapachem. Szept jej męża, Barucha, brzmiał wytłumiony i nieswój, mimo, że pani Salomea mocno pragnęła, by powracał w pełni, więc najprawdziwiej." Przeczytane w ramach wyzwania lipcowego 2025. (2) Książka, której zdarzenia dzieją się latem.
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na 7 8 miesięcy temu
Życie na niby Kazimierz Wyka
Życie na niby
Kazimierz Wyka
🔰"nasze myślenie, nasza wyobraźnia operuje zastanymi schematami dużo częściej, niż o tym wiemy, a momenty całkowitego zagubienia historycznego polegają zazwyczaj na tym, że przedawniony schemat wyobrażeń okazuje swoją nieskuteczność, a wyobraźnia mimo to czepia się go w sposób rozpaczliwy." " Życie na niby. Pamiętnik po klęsce" to zbiór esejów powstałych pomiędzy 1939 a 1945 rokiem, w których prof. Kazimierz Wyka zawarł swoje spostrzeżenia dotyczące drugiej wojny światowej oraz dosyć krytyczną ocenę mentalności rodaków. Spędzając okupację w Krzeszowicach i pracując w rodzinnym tartaku, pisał o ludziach uwikłanych w paradoksy historii, balansujących pomiędzy bohaterstwem, rezygnacją i obojętnością, altruizmem i skupieniem na sobie, egoizmem i skrajną bezdusznością. Eseje ukazałay się dopiero po Październiku ’56, ale nawet wówczas zostały mocno pocięte przez cenzurę. Teksty poszczególnych szkiców wzajemnie się dopełniają, pokazując, jak wielkim wstrząsem była klęska wrześniowa (a potem również klęska Powstania Warszawskiego) dla całego pokolenia ludzi, którzy dorastali w II Rzeczypospolitej. Prof. Wyka bezkompromisowo rozlicza przedwojennych przywódców odrodzonej Polski z propagandy karmiącej naród bogoojczyźnianymi mitami, bezwartościowymi frazesami oraz nacjonalizmem, który w 1938 r. kazał Polakom połakomić się na marny ochłap Zaolzia. Autor bezlitośnie obnaża mizerię, krótkowzroczność, porażającą niefrasobliwość i egoizm ludzi obozu władzy. Zadaje kłopotliwe pytania i bez litości wystawia im rachunek: 🔰 "Jak to się mogło stać? Jak się mogło stać, że w przeciągu kilkunastu dni rozpadło się państwo niepoślednie, obfite w obszar i mieszkańców". 🔰"Tydzień wystarczył, ażeby rząd tego kraju stał się wędrowcem, jak każdy jego najlichszy obywatel. Gnany bombami wroga, oburzeniem podwładnych, przemykał się zatłoczonymi drogami, aż w błahej mieścinie pokuckiej porzucił swoje granice, skoro od wschodu ruszyło plemię drugie. Prezydent na obcej ziemi ukazał cudzoziemski paszport. Marszałek wojsk zgubił gdzieś buławę. Kardynał dusz nieśmiertelnych pobłogosławił je przez graniczny szlaban. Ja nie szydzę, tylko wspominam. Szydziła historia." Wiele w tym zbiorze fragmentów uderzających ostrością widzenia, do których warto sięgnąć zwłaszcza dziś, gdy odżywają rozmaite stereotypy, a czas okupacji przedstawiany bywa przez niektóre gremia, mi od kilku jako gra wojenna, w której "nasi" zwyciężają. U Wyki mamy opisaną z jednej strony dwulicowość przedwojennej polityki europejskich mocarstw, krótkowzroczność polityków II RP, przerażającą planowość niemieckich zbrodni i polityki wobec okupowanego narodu polskiego — z drugiej demoralizujące skutki, jakie okupacyjne zawieszenie wszelkich praw i "życie na niby" wywołało w społeczeństwie polskim. 🔰"w Monachium, rzucając Hitlerowi na pastwę Czechosłowację, wyraźnie dano (...) do zrozumienia, że ostrze ekspansji niemieckiej powinno iść na Wschód, że nadszedł czas zużytkowania jego potęgi militarnej w tym kierunku, gdzie towarzyszyć jej będzie przychylność świata kapitalistycznego. W kierunku na Związek Radziecki. (...) Polityka ZSRR w świetle tej sytuacji była jasna. Nie wolno było dopuścić, ażeby impet pierwszego uderzenia niemieckiego skierował się na Związek Radziecki. Nie wolno też było dopuścić, ażeby pozycje niemieckie dla grożącego konfliktu tak zostały poprawione, by mogło się to stać groźne. Niemcy, zajmując bez oporu całą Polskę w jej granicach wschodnich 1939 roku, wasalizując ewentualnie ten kraj — bo i z tym należało się liczyć! — stwarzaliby sobie takie pozycje wyjściowe. Posunięcie z 17 września przekreślało te rachuby, osadzało armię niemiecką na linii Sanu, Bugu i Narwi. Posunięcie zaś to zrozumiałe jest jedynie w kontekście dyplomatycznym monachijskim." Świetny esej o "Gospodarce wyłączonej" opisuje mechanizmy, które funkcjonowały nie tylko pod rządami niemieckimi, a ich późne refleksy obserwujemy jeszcze nawet do dzisiaj. "Gospodarka wyłączona" powstała jako samoobrona przed wrogiem. Można ją nazwać gospodarką z przetrąconym kręgosłupem etyki pracy, bo jest zdeprawowana, wyłączona od odpowiedzialności społeczno - państwowej. Niestety, jej skutki były dalekosiężne i nie ograniczyły się jedynie do czasów okupacji. A nade wszystko była to gospodarka z pustym miejscem po Żydach, które natychmiast zajęli Polacy: Profesor Wyka zauważa z ironią: 🔰"wyłączono Żydów i nareszcie powstał kupiec >narodowy<". Zaraz jednak stawia ważkie pytania: 🔰"czy formy, w jakich się ta eliminacja dokonała, i sposób, w jaki społeczeństwo nasze pragnęło i pragnie ją zdyskontować, były i moralnie, i rzeczowo do przyjęcia? Otóż, chociażbym tylko za siebie odpowiadał i nie znalazł nikogo, kto by mi zawtórował, będę powtarzał — nie, po stokroć nie. Te formy i nadzieje były haniebne, demoralizujące i niskie. Skrót bowiem gospodarczo-moralnego stanowiska przeciętnego Polaka wobec tragedii Żydów wygląda tak: Niemcy mordując Żydów popełnili zbrodnię. My byśmy tego nie zrobili. Za tę zbrodnię Niemcy poniosą karę, Niemcy splamili swoje sumienie, ale my — my już teraz mamy same korzyści i w przyszłości będziemy mieli same korzyści, nie brudząc sumienia, nie plamiąc dłoni krwią. Trudno o paskudniejszy przykład moralności jak takie rozumowanie naszego społeczeństwa. A głupcy, którzy przy nim trwają, niech pomną, że wyniszczenie Żydów było tylko pierwszym etapem oczyszczenia Weichselraumu, po którym miała przyjść na nas kolej. Powtórzyła się zatem, ale tym razem na skalę większą, choć czysto psychologiczną, sytuacja, która już raz w niedawnej historii Polski miała miejsce. Tej zgagi moralnej, jaką budziło odzyskanie Zaolzia, nikt nie nazwał wówczas trafniej od Churchilla: z plecaka żołnierza niemieckiego zajmującego Sudety Polska wyciągnęła Zaolzie. Tym razem spod miecza niemieckiego kata, dokonującego niewidzianej w dziejach zbrodni, sklepikarz polski wyciągnął klucze od kasy swego żydowskiego konkurenta i uważał, że postąpił jak najmoralniej. Na Niemców wina i zbrodnia, dla nas klucze i kasa. Sklepikarz zapominał, że „prawne” wyniszczanie całego narodu jest fragmentem procesu tak niespotykanego, że na pewno nie po to go historia zainscenizowała, by zmienił się szyld na czyimś sklepiku." 🔰"Formy, jakimi Niemcy likwidowali Żydów, spadają na ich sumienie. Reakcja na te formy spada jednak na nasze sumienie. Złoty ząb wydarty trupowi będzie zawsze krwawił, choćby już nikt nie pamiętał jego pochodzenia. Dlatego nie wolno dozwolić, by ta reakcja została zapomniana lub utajniona, bo jest w niej tchnienie małostkowej nekrofilii." Kazimierz Wyka poświęca też sporo uwagi okupowanej Warszawie i nastrojom jej mieszkańców oraz analizuje przesłanki, które sprawiły, że mieszkańcy miasta tak licznie włączyli się w wybuch powstania. 🔰"Warszawa, chociaż nie grały w niej działa, była właściwie przez lata okupacji w stanie permanentnego powstania. Nie dlatego, że strzelano na jej ulicach częściej niż gdziekolwiek w GG. Dlatego, ponieważ miasto nigdy nie przyjęło do wiadomości klęski i okupacji. Nie przyjęło przede wszystkim w swoim obyczaju codziennym, w poczuciu pewności własnej, w zaufaniu wobec nadchodzącego losu. Warszawa była znów bohaterska i nadal z Wiecha." 🔰"Niemcy, znający dobrze stosunki okupacyjne, Warszawy nienawidzili. Jeździli do niej niechętnie. Powiedzenie zaś, że znajdowała się w stanie permanentnego powstania, nie jest moim wynalazkiem. Zawdzięczam je pewnemu kwaterującemu w moim mieszkaniu urzędnikowi z Arbeitsamtu, który, wybrawszy się na pół roku przed powstaniem do stolicy, wrócił zgnębiony: "Das ist eine verrückte Stadt. Immer im Aufstand." ["To jest zwariowane miasto. W stanie ciągłej insurekcji (powstania)."]— powtarzał." Profesor przedstawia losy warszawiaków po stłumieniu powstania. Bowiem mieszkańcy stolicy, którzy nie zginęli i nie zostali wywiezieni z Dulagu 121 w Pruszkowie do obozów koncentracyjnych lub na roboty przymusowe do Rzeszy, w większości znaleźli się na prowincji w GG m.in. w podkrakowskich wsiach. Wraz z ich przybyciem diametralnie zmieniła się sytuacja miejscowej ludności i pojawiły się niespotykane dotąd napięcia społeczne. Kazimierz Wyka ma odwagę mówić o "anormalnej moralności konspiracji". O próżni moralnej, jaka powstała po zawaleniu się przedokupacyjnego porządku, o bezduszności i zaskorupieniu społeczeństwa, bo jak twierdzi, chociaż tego nie usprawiedliwia: 🔰"pojemność uczestnictwa w cierpieniu drugich ma swoje granice". Nie uchodzi też jego uwagi kolaboracja militarna i ideologiczna Narodowych Sił Zbrojnych z okupantem oraz wycofanie się Brygady Świętokrzyskiej z frontem niemieckim. Autor nie mitologizuje narodowego bohaterstwa, jest zaniepokojony kondycją moralną rodaków. Czasem stawia przejmujące pytania i diagnozy: 🔰"A jeśli naprawdę małość polska od samego szatana jest silniejsza?". 🔰"Gdybyśmy siłę przewidywania i rozsądnego spokoju choć w części posiadali tak wielką, jak mamy siłę regeneracji, jakim wielkim bylibyśmy narodem. Lecz my jesteśmy jak człowiek, który już nieraz odrąbywał sobie dłoń i przekonywał się ze zdumieniem, że przeciwnie niż u pozostałych ludzi, dłoń mu odrasta. Nabrał przeto obyczaju, by zawsze dłonie swoje rąbać. Tym razem odrąbał całą rękę. Na pewno odrośnie." To chyba najtrafniejsza ocena polskiego mitu powstańczego, który sprawia, że Polacy tak beztrosko szafują własnym życiem pod dyktando mitów narodowego poświęcenia i patriotyzmu. Eseje przeczytałam dzięki Wolnym Lekturom. Ale w 2010 roku w stulecie urodzin profesora Wydawnictwo Uniwersitas postanowiło je wznowić w wersji powiększonej o eseje, których cenzura nie dopuściła do druku w wydaniach z 1956 i 1984 roku. Polecam, bo ważna to lektura. Uprzedzał jednak, że będzie ona trudna do przełknięcia dla tych, którzy z dumą wszem i wobec głoszą wśród fanfar, przy pomnikach upamiętniających akty narodowego męczeństwa, że są "prawdziwymi polskimi patriotami". Bo pochwały takiego właśnie patriotyzmu w tych esejach nie znajdą.
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na 9 4 miesiące temu
Przed nieznanym trybunałem Jan Józef Szczepański
Przed nieznanym trybunałem
Jan Józef Szczepański
Interesujące eseje z 1975 r., zawierające etyczne credo Jana Józefa Szczepańskiego (rocznik nie byle jaki– 1919), jednego z lepszych polskich pisarzy, ostatniego prezesa Związku Literatów Polskich, zlikwidowanego przez Spawacza w stanie wojennym. Najciekawszy wydaje się tekst „W służbie wielkiego armatora” – czyli Ojczyzny (dziś już nie da się nie dodać: i Synczyzny z Córczyzną). Opisując zbiorowy portret swego pokolenia, Autor wspomina niby rzecz oczywistą, ale jakże gorzką w kontekście tego wszystkiego, co już czekało za progiem dorosłości i trwało aż do wieku mocno dojrzałego. „Dwadzieścia lat bez garbu owej wyjątkowości narodowego losu – bez piętna przekleństwa i świętości, w przekonaniu że już za nami cała ta atmosfera pokuty i misji, anielstwa i diabelstwa, infantylizmu i wzniosłości, które z historii naszej uczyniły rodzaj misterium – patetycznego i (jakeśmy to chyba odczuwali) nieco histerycznego zarazem”. „Byliśmy pierwszym normalnym, zdrowym psychicznie pokoleniem Polaków od paru stuleci. Więc i sztandary nasze musiały być inne. Inne gesty. Inny styl gry na dziejowej scenie”. „Stąd zapewne Conrad. Ledwo zauważany dotychczas - jeden z klasyków w bibliotece. (…) I nagle odkrycie: aktualniejszy niż wszyscy. Jak gdyby czekał na ten czas, żeby wyznaczyć nam kurs na mapie”. Chodzi oczywiście o etykę wierności - sobie i zasadom - która wyznawało i generalnie jednak zachowało pokolenie Szczepańskiego. Autor nigdy się w Peerelii nie zeszmacił, wręcz przeciwnie – pamiętam go jako autorytet i nie byle jaka osobowość. I pamiętam też jego niewielkie, wstrząsające opowiadanie „Buty” – o wymordowaniu ”na zimno” przez AK oddziałku azerskich kolaborantów, którzy nie chcieli już walczyć po stronie Niemców, a tylko przeżyć, i przyłączyli się do partyzantki. Było ono jednym z pierwszych (1956), a raczej nielicznych, tekstów o tym, co naprawdę się działo podczas wojny, a nie kolejną malowanką dla grzecznych przedszkolaków na rocznicową akademię wypichconą. Mam zaś problem z tekstem z tego zbioru o o. Maksymilianie Kolbe. Jego czyn był heroiczny, jak żadne inne samobójstwo, bo także i w tych kategoriach można rozpatrywać to, co uczynił w tamtym antyświecie – samobójstwa, aby Inny przeżył. Istotę obozu Autor ujmuje w kilku mistrzowskich zdaniach: „Obozy koncentracyjne służyły nie tylko represji i eksterminacji +elementów niepożądanych+. Ich zadaniem było między innymi wskazanie fikcyjności etyki ludzkiego braterstwa – zasady podważającej najoczywiściej roszczenia rasowego elitaryzmu. Podludzie powinni byli ginąć wdeptywani w błoto jak robaki – masowo, lecz samotnie, anonimowo, bez godności należnej ofiarniczemu cierpieniu, w upodleniu i hańbie, o ile możności przykładając się sami do własnej zagłady”. „Stąd szczególna pogarda, z jaką odnosili się do wszelkich głosicieli humanitaryzmu. Intelektualiści, księża, przedstawiciele doktryn politycznych, opartych na założeniach uniwersalizmu, poddawani byli w obozach specjalnemu reżimowi poniżeń. Bo to była próba prawdy. +I gdzie wasza ludzkość? Gdzie się podziała, kiedy skaczecie sobie do gardeł o skórkę chleba, kiedy na rozkaz kapo okładacie się kijami?+ W pewnym sensie obozy koncentracyjne były fragmentem ostatecznej światopoglądowej debaty”. „Kosztem dobrowolnej ofiary z życia, złożonej przez jednego człowieka, ocalony został drugi człowiek. Obcy. Niepowiązany ze swym wybawcą innymi więzami, jak tylko więzy ludzkiego braterstwa. Abstrakcyjne hasło ludzkości odzyskiwało widomą treść. Życie okupione śmiercią znów nabierało ceny”. Ale była i druga strona zakonnika (przed wojną nawet pierwsza): nienawiść do Innych. Owszem, Szczepański tego nie ukrywa: „Klerykalne fobie, antysemityzm, system podejrzeń, wiodący do upatrywania szatańskiego spisku w manifestacjach każdego odmiennego stanowiska”. I tylko pytanie, czy dlatego nie pisał o tym moralnym brudzie mocniej czyli prawdziwie, bo byłaby to tzw. „woda na młyn komuny” (świetnie taki mechanizm pamiętam)? Autorowi być może udziela się coś z tej postawy, za to we mnie niestety ma wielkiej wyrozumiałości wobec tamtej postawy Świętego (a czytałem teksty „Małego Dziennika”, ohydnego, prostackiego, szczującego brukowca), czyli kogoś, kto „krzyż miał na piersi a nienawiść w sercu” - nawet po jego wielkim czynie z Auschwitz. Z kolei tekst o bandzie Mansona niczym nie zachwycił, zwłaszcza że Autor podjął chyba zbyt łatwą próbę zrozumienia i wytłumaczenia tego zjawiska, bo chyba nie fenomenu. I tylko dziwne, że tak głęboki umysł podsumował swe wywody w tak płytki sposób: „Pierwszym jednak warunkiem umożliwiającym Chrystusowi-diabłu połów dusz był klimat intelektualny i moralny młodzieżowej rewolucji lat 60. Klimat protestu przeciw wynaturzeniom cywilizacji, identyfikowanym z każdą postacią oficjalnego autorytetu”. Wszystko jest napisane wspaniałym językiem, który najlepiej byłoby określić mianem przedwojennego, w najlepszym tego słowa rozumieniu. J.J. Szczepańskiego znałem jako wybitnego moralistę. Z tym większym, niekoniecznie miłym, zaskoczeniem było dla mnie posłowie Naczelnego Moralizatora RP (różnica obu pojęć oczywista) Jego Najwyższej Przemądrzałości Krzysztofa Zanuddziego. ”Konrad nie chce zejść ze sceny” – tematem sztuki Jerzego Zawieyskiego sprzed lat nie był wprawdzie Wielki Reżyser (ostatni dobry film nakręcił kilka dobrych dekad temu), ale mógłby być. A nawet powinien…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 6 1 rok temu

Cytaty z książki Charaktery dawne i ostatnie

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Charaktery dawne i ostatnie