Trzeci najazd Marsjan

Okładka książki Trzeci najazd Marsjan autora Marek Oramus, 9788372784445
Okładka książki Trzeci najazd Marsjan
Marek Oramus Wydawnictwo: Media Rodzina fantasy, science fiction
390 str. 6 godz. 30 min.
Kategoria:
fantasy, science fiction
Format:
papier
Data wydania:
2010-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2010-01-01
Liczba stron:
390
Czas czytania
6 godz. 30 min.
Język:
polski
ISBN:
978-83-7278-444-5
Średnia ocen

6,3 6,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Trzeci najazd Marsjan w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Trzeci najazd Marsjan

Średnia ocen
6,3 / 10
45 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Trzeci najazd Marsjan

avatar
134
54

Na półkach: ,

Bardzo fajnie się rozkręca. Wciągnęła mnie mocno.

Bardzo fajnie się rozkręca. Wciągnęła mnie mocno.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
40
9

Na półkach:

Ciekawy pomysł wizji końca świata chociaż po treści spodziewałem się trochę innego zakończenia. Warto przeczytać, ale nie ma rewelacji.

Ciekawy pomysł wizji końca świata chociaż po treści spodziewałem się trochę innego zakończenia. Warto przeczytać, ale nie ma rewelacji.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
137
74

Na półkach:

To moja druga książka Marka Oramusa. Po pełnym zawiedzeniu na Święcie Śmiechu ta książka poprawiła opinię o autorze. Przede wszystkim było SF, chociaż soft SF. Książka do przeczytania, szału się proszę nie spodziewać. Nie wiem czy poleciłbym ją znajomemu do przeczytania, ale była na pewno ciekawsza niż Święto Śmiechu.

To moja druga książka Marka Oramusa. Po pełnym zawiedzeniu na Święcie Śmiechu ta książka poprawiła opinię o autorze. Przede wszystkim było SF, chociaż soft SF. Książka do przeczytania, szału się proszę nie spodziewać. Nie wiem czy poleciłbym ją znajomemu do przeczytania, ale była na pewno ciekawsza niż Święto Śmiechu.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

131 użytkowników ma tytuł Trzeci najazd Marsjan na półkach głównych
  • 72
  • 59
40 użytkowników ma tytuł Trzeci najazd Marsjan na półkach dodatkowych
  • 24
  • 6
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Mars. Antologia polskiej fantastyki Leszek Błaszkiewicz, Eugeniusz Dębski, Rafał Dębski, Mirosław Piotr Jabłoński, Krzysztof Kochański, Kacper Kotulak, Paweł Majka, Jan Maszczyszyn, Tadeusz Meszko, Andrzej Miszczak, Marek Oramus, Tadeusz Oszubski, Romuald Pawlak, Anna Sikorska, Wojciech Szyda, Marek Żelkowski, Andrzej Zimniak
Ocena 6,8
Mars. Antologia polskiej fantastyki Leszek Błaszkiewicz, Eugeniusz Dębski, Rafał Dębski, Mirosław Piotr Jabłoński, Krzysztof Kochański, Kacper Kotulak, Paweł Majka, Jan Maszczyszyn, Tadeusz Meszko, Andrzej Miszczak, Marek Oramus, Tadeusz Oszubski, Romuald Pawlak, Anna Sikorska, Wojciech Szyda, Marek Żelkowski, Andrzej Zimniak
Okładka książki Fantastyczne opowieści wigilijne Orson Scott Card, David Gerrold, Joe Haldeman, Janet Kagan, Krzysztof Kochański, Marek Oramus, Łukasz Orbitowski, Robert Reed, Rudy Rucker, Kristine Kathryn Rusch, Mirosława Sędzikowska, Connie Willis
Ocena 6,6
Fantastyczne opowieści wigilijne Orson Scott Card, David Gerrold, Joe Haldeman, Janet Kagan, Krzysztof Kochański, Marek Oramus, Łukasz Orbitowski, Robert Reed, Rudy Rucker, Kristine Kathryn Rusch, Mirosława Sędzikowska, Connie Willis
Marek Oramus
Marek Oramus
Polski pisarz fantastyki i publicysta. Ukończył studia na Politechnice Śląskiej (specjalność energetyka jądrowa) i Pomagisterskie Dzienne Studium Dziennikarstwa UW. Pracował w Tygodniku Studenckim "Politechnik" (kierownik działu i sekretarz redakcji),a od 1981 r. w "ITD" (publicysta w dziale kultury). W jesieni 1981 wybrany na zastępcę redaktora naczelnego, ale nigdy nie zatwierdzony przez wydawcę (MAW). Po stanie wojennym zweryfikowany negatywnie, do 1990 r. pozostawał bez pracy. Uczestniczył w zakładaniu dziennika "Czas Krakowski", początkowo jako kierownik działu, potem publicysta. Od jesieni 1990 zatrudniony w miesięczniku "Fantastyka" jako kierownik działu publicystyki (krytyka, nauka),po 14 latach złożył rezygnację z powodu różnicy zdań z nowym właścicielem na temat formuły pisma. Od stycznia do kwietnia 2004 w dziale opinii "Życia". Występował w kilku filmach dokumentalnych (m.in. o Zbigniewie Herbercie) i wielu programach TV. Autor czterech powieści science fiction (Senni zwycięzcy, Arsenał, Dzień drogi do Meorii, Święto śmiechu),dwóch zbiorów opowiadań (Hieny cmentarne, Rewolucja z dostawą na miejsce) i dwóch tomów publicystycznych (Wyposażenie osobiste, Rozmyślania nad tlenem). Pracuje nad powieścią "Trzeci najazd Marsjan" i zbiorem poświęconym twórczości Lema pt. "Bogowie Lema". Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Specjalizuje się w zagadnieniach cywilizacyjnych, popularyzacji nauki i literaturze popularnej. Współpracuje z miesięcznikami "Świat Techniki" i "Nowe Państwo" jako publicysta oraz "Świat Nauki" jako recenzent.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Herrenvolk Sebastian Uznański
Herrenvolk
Sebastian Uznański
Przypuśćmy, że niczym bohater kultowej serii „Powrót do przyszłości” wpadacie w dziurę kontinuum czasoprzestrzennego i nagle – dysponując wiedzą niedostępną dla maluczkich – stoicie przed możliwością zmiany biegu ważnych wydarzeń w dziejach świata. Pozwolicie biec historii utartym już torem czy raczej – powiedzmy, że dla dobra swojego kraju – skusicie się na ingerencję w „teraźniejszość”, zdając sobie jednak doskonale sprawę, iż długoterminowe konsekwencje będą na dobrą sprawę nie do przewidzenia? Przed podobnym dylematem stanął główny bohater książki Sebastiana Uznańskiego „Herrenvolk”. To druga – po „Żałując za jutro” – powieść w dorobku autora, z wykształcenia psychologa. Uznański fanom fantastyki jest znany przede wszystkim jako autor opowiadań, drukowanych między innymi w „Nowej Fantastyce” czy „Czasie Fantastyki”. Z dobrym przyjęciem spotkały się zwłaszcza dwa – „Cerebro i Elfka” oraz „Świt czarnego słońca”, nominowany w 2005 roku do nagrody Nautilus. Omawiana powieść miała się ukazać już trzy lata temu nakładem Fabryki Słów. Ostatecznie jej wydaniem zajęło się rzeszowskie Fox Publishing. Autorami ilustracji są Dariusz Kocurek (okładka) i Mariusz Gandzel (w książce). Artur Sosnowski, student germanistyki z Krakowa, w bliżej nieokreślonych okolicznościach przenosi się w czasie z XXI wieku do 1940 roku, do początku okupacji hitlerowskiej. Dość szybko z zimnego bruku w Krakau trafia do Berlina, gdzie udaje mu się przekonać – także elity III Rzeszy – że przybył z przyszłości. Tytułowi Herrenvolk w walce o panowanie nad Europą nie zamierzają wypuścić z rąk okazji na zdobycie bezcennej wiedzy o przyszłości, a i sam Polak postanawia na tym skorzystać. Choć trudno nazwać go patriotą, zdając sobie sprawę z losów swojego kraju w trakcie i po wojnie, pośrednio sugeruje Hitlerowi utworzenie wasalnego państwa ze stolicą w Warszawie. Tak rodzi się Cesarstwo Polskie z regentem, niejakim Szeleszczyckim, na czele. To dzięki podpowiedziom głównego bohatera Wehrmacht dokonuje udanego desantu na Wielką Brytanię, a Związek Radziecki pada – chwilowo – na kolana. Naziści wcielają w życie nawet rzucane mimochodem przez Sosnowskiego uwagi, że Tygrys to naprawdę dobry czołg, a Rommel jest świetnym dowódcą. Dzięki Sosnowskiemu III Rzesza dokonuje ogromnego skoku cywilizacyjnego – latające dyski są tylko jednym z licznych na to dowodów – a przecież nie o to mu chodziło… Gdy dodamy do tego kłopoty Artura z dwiema pięknymi kobietami, będziemy mieli pełny obraz rozdarcia wewnętrznego głównego bohatera. Postępująca w rytm rozwoju technologicznego inwigilacja ludności, kuriozalne operacje plastyczne mające na celu upodobnienie się do aryjskiego ideału piękna (źrenice o kształcie swastyk to tylko mały „pikuś”…),zakładane na głowę urządzenia zagłuszające wolną wolę i myśli sprzeczne z wytycznymi Führera. Wizja niemieckiego społeczeństwa to jeden z ciekawszych wątków powieści. Jednak nie wszyscy Niemcy to bezwolne „maszyny”, zbrodniczy nazistowscy doktrynerzy czy zwykli karierowicze ogrzewający się przy ogniu militarnych sukcesów. Dwie osobowości wybijają się ponad tę zbieraninę. Jedna to profesor Hoffmann, próbujący pomóc Sosnowskiemu w powrocie do jego świata; dla niego rozmowy z naukowcem są odskocznią od brutalnej rzeczywistości. Druga interesująca postać to esesman Gerhard Weiner, oficer „prowadzący” Artura, rozdarty między krytycyzmem wobec nazizmu a patriotyzmem i chęcią ochronienia rodziny przed chorym systemem. Zdaniem wydawcy świat wykreowany przez Uznańskiego nie jest gorszy od tego, co stworzyli Philip K. Dick czy Jacek Dukaj. Porównanie może trochę na wyrost, ale trzeba oddać autorowi, że jego wizja nazistowskich Niemiec jest niebanalna i zaskakująca. Ze względów czysto fabularnych może trochę podejrzany jest zbyt szybki postęp technologiczny, ale zamiast skupiać się na pseudonaukowych dywagacjach, lepiej czerpać przyjemność z produktu wyobraźni pisarza. Osoby szukające w powieści kanonicznej wersji historii raczej nie mają po co po nią sięgać. To przyzwoitej jakości literatura SF, z wyraźną domieszką political fiction, lekko „posypana” ezoteryką rodem z tematyki spotkań Towarzystwa Thule.
mitobrave - awatar mitobrave
ocenił na62 lata temu
2312 Kim Stanley Robinson
2312
Kim Stanley Robinson
„2312” to jeden wielki manifest ekologiczny z rozszerzeniem na cały Układ Słoneczny. Plus dylematy moralne i tęsknota za gwiazdami, do których mamy małe szanse dotrzeć (autor wylicza nam proporcje w odległościach, żebyśmy „zeszli na Ziemię” z oczekiwaniami). Do tego dochodzi jeszcze ewolucja człowieka – podział na tych z przestrzeni i na Ziemian (różnice są zarówno w budowie jak i sposobie myślenia). Natomiast dla wszystkich są możliwe terapie wydłużające życie (jednak warunkiem długowieczności dla przestrzennych są wizyty na Ziemi),a radykalne zmiany w sferze płci skutecznie usunęły wszelkie (przestarzałe) nieporozumienia w tej kwestii. Równie fascynująca jest strona technologiczna opisanej rzeczywistości. Życie w tak odmiennych warunkach - od rozpalonego Słońcem Merkurego, poprzez zasiedlenie meteorytów, po lodowe księżyce Saturna - wymusiło nowatorskie rozwiązania i zmieniło samych ludzi (najbardziej zdawkowo potraktowany jest Mars - zapewne autor doszedł do wniosku, że po szczegóły czytelnik może zajrzeć do jego marsjańskiej trylogii). Interesujące są również rozwiązania na podróże po Systemie Słonecznym . Nie będę psuć radości z odkrywania ciekawostek, ale jedno było wyjątkowo inspirujące – zazdroszczę surfowania po pierścieniach Saturna ewentualnym przyszłym przestrzeniowcom. Wśród tych wszystkich oryginalnych rozwiązań, pomiędzy wewnętrznymi i zewnętrznymi planetami, jest nasza biedna „Ziemia – planeta smutku”, jak głosi tytuł jednego z rozdziałów. To tutaj właśnie zostały nierozwiązane ekologiczne problemy, tutaj nękają ludzi odwieczne problemy społeczne. I na dodatek jeszcze SI, która chce być człowiekiem. Dużo wątków i zagadnień do ogarnięcia jak na jedną powieść. Lekturę „2312” najlepiej oddaje cytat z jednej ze stron: jest jak „Impreza w suchej przystani podczas wieczornego sztormu nad pustym morzem”... Wydarzenia przeplatane są wątkami, które nabiorą sensu dopiero w zakończeniu, bohaterów poznajemy stopniowo (ale dzięki temu lepiej możemy zrozumieć ich odmienność),na dodatek autor konsekwentnie przytacza esencję całego kulturalno-filozoficznego dorobku ludzkości wplatając ją w przyszłe osiągnięcia. Czyli nie za bardzo wiemy o co chodzi, ale zabawa i tak jest niezła. Co my, teraźniejsi Ziemianie, możemy rozumieć z problemów zasiedlania Układu Słonecznego? Pewnie niewiele, ale Kim Stanley Robinson cierpliwie nam pomaga w poznawaniu jeszcze niepoznanego. Jednocześnie przestrzega przed roznoszeniem naszych nierozwiązanych problemów w Kosmos - bo to nic dobrego nie przyniesie. Dla nikogo.
SumErgoCogito - awatar SumErgoCogito
ocenił na82 lata temu
Opowieści praskie Tomasz Bochiński
Opowieści praskie
Tomasz Bochiński Redakcja bookazine SF
(recenzja pierwotnie ukazała się na Szortal.com) Nasi prawobrzeżni, niesamowici Indianie… Hubert Przybylski Choć termin „urban fantasy” powstał dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku, to magiczno-miejskie historie są dużo, dużo starsze. Choćby takie opowieści o bazyliszku, czy złotej kaczce. Albo o budynkach, w których tajemniczo znikają ludzie, albo „coś straszy”. Spora część z nich ma korzenie w epoce wiktoriańskiej, gdyż to właśnie wtedy twórcy zauważyli w miastach potężny magiczny potencjał. Od tamtej pory opowieści tego typu nieustannie ewoluowały, po części wzbogacając się wraz z przybywaniem wydarzeń mniej lub bardziej historycznych, po części wraz z rozwojem nauki, a także nadążając za zmianami w gustach czytelników/słuchaczy. Ta ewolucja spowodowała, że czasami trudno jest dzisiaj wydzielić jednoznaczną granicę pomiędzy gatunkami literackimi i odróżnić urban fantasy od New Weird, paranormal fiction, powieści grozy czy zwykłego horroru. Ale akurat w przypadku „Opowieści praskich” Tomasza Bochińskiego takiego dylematu nie ma. „Opowieści praskie” to przedostatnia książka autorstwa Bochińskiego (ostatnią jest dopiero co wydana, a napisana w duecie z żoną, Agnieszką Chodkowską-Gyurics, powieść kryminalna „Pan Whicher w Warszawie”). Jest to zbiór opowiadań, których akcja toczy się na warszawskiej Pradze. Ostatniej dzielnicy miasta, która zachowała choć ślad ducha dawnej Warszawy. I to właśnie ten duch, ten zanikający dziś klimat Starej Pragi jest głównym bohaterem tekstów. Dzięki temu możemy poznać mieszkających tam ludzi, ich mentalność i zwyczaje, życie codzienne, stosunki społeczne i wierzenia. Nie brak w tych tekstach odniesień do wydarzeń historycznych, takich jak rzeź Pragi z 1794, obie okupacje, hitlerowska i sowiecka, czy do przemian ustrojowych po roku 1989, co pozwala nam troszkę lepiej zrozumieć stosunek mieszkańców Pragi do samych siebie i ludzi z zewnątrz, obcych. To, że głównym bohaterem zbioru jest zanikający duch Starej Pragi spowodowało, że książka jest niesamowicie nostalgiczna. Przez cały czas ciąży nad czytelnikiem widmo nieuchronnych zmian i odchodzenia „starych, dobrych czasów”. Ale nie jest to męczące, płaczliwe błaganie o cud, który sprawi, że te „stare, dobre czasy” wrócą, tylko raczej zaproszenie do tego, żeby sobie usiąść i w doborowym gronie, może przy kieliszku czegoś mocniejszego, powspominać przeszłość i nabrać przy tym sił, żeby następnego dnia, z podniesionym czołem, stawić czoła przyszłości. Gdybym miał klimat i wydźwięk ogólny tego zbioru do czegoś porównać, to chyba najbardziej by mi tu pasowały stare powieści o Indianach, takie jak „Ziemia Słonych Skał” Sata Okha (Stanisława Supłatowicza),cykl o Tacumsehu Longina Jana Okonia, czy „Złoto Gór Czarnych” Szklarskiego. Zwłaszcza, że w/w Autorzy, oprócz nostalgii za odchodzącymi czasami, identycznie jak Bochiński przedstawili ludzi –ze wszystkimi ich wadami i przywarami, ale bez jakiegokolwiek ich osądzania, pozostawiając to zadanie czytelnikom. Kolejną rzeczą wspólną, która łączy Bochińskiego z tymi Twórcami, jest łatwość w uśmiercaniu bohaterów. Choć może jest to bardziej wynik przyjaźni Autora z Feliksem W. Kresem, niż czytanych w młodości lektur. No tak, jest nostalgia, są postacie z krwi i kości i jest Praga, a gdzie jest w tym wszystkim fantasy? Właśnie o to chodzi, że jest dosłownie we wszystkim. Na kartach książki pojawiają się wiedźmy, bóstwa i bogowie, anioły i demony, czary i klątwy, duchy i potwory. Niesamowitość i groza na każdym kroku. Jednym słowem – jest wszystko to, czego urban potrzebuje, żeby zostać fantasy… Niestety, zbiór ma w sobie także trochę z rural fantasy, gdyż oprócz miodku jest też i dziegieć. Jedną z dwóch rzeczy, które mi się najbardziej w tym tomie opowiadań nie podobały, jest wykorzystanie starych tekstów. Zbiór składa się z czterech krótszych opowiadań i pięciu dłuższych i to właśnie trzy z tych ostatnich były już wcześniej opublikowane (jedno w „SFFiH”, dwa w antologiach). Daje to ponad sto stron tekstu, czyli prawie połowę zbioru. Dla kogoś, kto mało czyta, to może nie być przeszkodą, ale ja się do takich osób nie zaliczam. Podobnie miałem przy okazji czytania „Aparatusa” Andrzeja Pilipiuka i tak jak wtedy, muszę za to odjąć ocenie końcowej punktów. Drugą wadą zbioru, jest niechlujna korekta tekstu. Najgrubsze błędy pojawiają się w napisanym przez Tomasza Kołodziejczaka wstępie, ale jest ich stosunkowo mało i można je uznać za zwykłe przejęzyczenie. Natomiast powszechnie występujące w opowiadaniach literówki oraz braki przecinków i kropek może nie są poważne, ale jest ich naprawdę dużo. I przez to cokolwiek drażnią przy czytaniu. Dwa i pół punktu odpadło za „odgrzewanie” tekstów, pół za słaba korektę i stąd moja ocena końcowa to 7/10. A „Opowieści praskie” gorąco polecam, bo to świetny kawał swojskiej fantastyki i chyba raczej nikt się na nich nie zawiedzie.
ilcattivo13 - awatar ilcattivo13
ocenił na79 lat temu
Wielka Księga Science Fiction, t.1 Peter F. Hamilton
Wielka Księga Science Fiction, t.1
Peter F. Hamilton Philip K. Dick Greg Egan Connie Willis Robert Sheckley Eric Brown Kim Stanley Robinson Robert Reed Damon Knight Mark Clifton Frank Lillie Pollock George C. Wallis
Zazwyczaj w antologii każdy znajdzie coś dla siebie. W tym wypadku, pomimo dużej liczby znanych autorów (Dick, Sheckley, Hamilton, Egan, Willis),nie było to takie oczywiste. Największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie autora mniej znanego nad Wisłą - Marka Cliftona. "Co ja zrobiłem" to utwór któremu daje 10/10. Główny bohater ma dar rozpoznawania obcych, którzy rozpoczęli inwazję na Ziemię. Kosmici postawili mu ultimatum: albo tak ich upodobni do Ziemian (w sferze zachowania),że wszystko przebiegnie powoli, spokojnie i niezauważalnie, albo koniec ludzkości będzie szybki i pewnie bolesny. Jak nieuchronną porażkę przekuć w zwycięstwo, cóż wystarczy przeczytać opowiadanie, które mimo optymistycznego zakończenia niesie gorzkie wnioski z obserwacji nas samych. Całkiem poważne i mądre spostrzeżenia podane w konwencji literatury pulpowej. Z subiektywnego punktu widzenia warte przeczytania jest też opowiadanie "Bilet na Tranai" - znowu duża dawka niezbyt pochlebnego obrazu ludzi, podana, jak to zwykle u Sheckleya, w ironicznej formie. I wreszcie staroć z 1906 roku - "Finis" Pollocka. Biorąc pod uwagę rok powstania, to zaskakująco dobra wizja zagłady ludzkości. Sceny kolejnych klęsk dotykających Ziemię, jak w superprodukcjach made in Hollywood. Co z resztą opowiadań? Ponieważ lubię SF to przeczytałem bez większego bólu, ale i bez większych emocji. Ot, takie sobie.
Tomek - awatar Tomek
ocenił na65 lat temu
Podróż Turila Michael Marcus Thurner
Podróż Turila
Michael Marcus Thurner
Pierwszy raz powieść „Podróż Turila”, autorstwa Michaela Marcusa Thurnera, przeczytałem sześć lat temu i wtedy zmieniła mój pogląd na s-f. Po lekturze patrzę na ten gatunek literacki zupełnie innym, wyrozumiałym okiem a sam, wraz z tytułowym Turilem, przeżyłem swoiste katharsis. Nie wiem czy sprawił to styl autora, czy fenomenalna fabuła powieści, ale książka Thurnera stała się dla mnie czymś w rodzaju drzewa bodhi, pod którym dostąpiłem literackiego oświecenia. No ale zacznijmy od początku… Do przeczytania powieści zachęcił mnie, krążący w sieci, fragment rozdziału pierwszego w którym Kitarzy dokonują zagłady planety Domiendram. Styl autora wydał mi się lekki i jak na s-f, podejrzanie epicki i kojarzący się z fantasy. Ochoczo zabrałem się za lekturę całości i „połknąłem” powieść w kilka dni. Efekt już znacie. Tytułowy Turil to nie tyle kosmiczny grabarz (informacje z okładki mogą zmylić, i to bardzo),co doświadczony i przeszkolony Tanatolog, wirtuoz zagłady i mistrz ceremonii śmierci. Należy on do poważanej w całej galaktyce kasty neutralnych humanoidów, którzy wykonują zlecenia polegające na wyszukanej i teatralnej eutanazji. Każdy Tanatolog jest fizycznie i mentalnie powiązany ze swoim statkiem kosmicznym, obdarzonym inteligentną sferą. Przygoda życia Turila zaczyna się w momencie, gdy ma pozbawić życia Pramaina Bożyczego, władcę planety Domiendram. Ceremonia zostaje przerwana nagłym atakiem na planetę, którego dokonują Kitarzy, bezwzględna nacja szarańczopodobnych istot, która sieje spustoszenie w galaktyce Łysego Wora. Los Turila i Kitarów zostanie nierozerwalnie połączony a sam bohater przeżyje wiele przygód oraz na zawsze zmieni swoje życie. Niech was nie zmyli zabawna nomenklatura powieści. „Podróż Turila” nie jest bynajmniej kosmiczną komedią w stylu „Autostopem przez galaktykę”, nie przypomina również humoru Pratchett’a. Jest to raczej klasyczna powieść s-f z wyraźnie zarysowanymi elementami filozoficznymi i metafizycznymi. W kilku miejscach autor zmusza nas do refleksji oraz poważnie zaskakuje swoją pisarską dojrzałością. W fabule „Podróży…” intryga goni intrygę a czytelnik co jakiś czas odkrywa nowe zwroty akcji i jest notorycznie zaskakiwany. Język powieści to istny majstersztyk a polscy tłumacze, Katarzyna i Michael Sowa, odwalili kawał dobrej roboty. Cała kosmiczna nomenklatura galaktyki Łysy Wór przypomina język stosowany przez Stanisława Lema a słowa w stylu „kreawatar”, „synowoj” czy „medwróżka” dodają powieści niesamowitości i oryginalnego uroku. Jeśli chodzi o bohaterów stworzonych przez Thurnera, to przypominają oni pomnożoną przez sto i wzbogaconą o wspaniałe opisy, znaną z „Gwiezdnych wojen” kantynę z Mos Eisley. Ludzi w galaktyce Łysy Wór raczej nie spotkamy a jedyne człekopodobne istoty określane są mianem Humanów. I tu właśnie roztacza się prawdziwy urok powieści, który wraz z genialną fabułą i wspaniałym stylem tworzy mieszankę idealną. Dziesiątki stworów, wykreowanych przez autora, zapadają nam na długo w pamięć a ich genialne zachowania, słownictwo i styl życia sprawiają, iż „Podróż Turila” nie nudzi nawet przez minutę. Co więcej, wszystkie te owadopodobne lub mackowate istoty, obdarzone są wyjątkową inteligencją a na ich przykładach, Thurner, bezwstydnie demaskuje nieszczęścia, przywary i wady naszego gatunku. Doskonałym przykładem jest tu fanatyzm religijny Karantyków z planety Faurum czy tragiczny los, kopulujących bez wytchnienia, owadzich Axtarsów. Genialne pomysły i futurystyczne rozwiązania to ostatni aspekt, który chciałbym opisać w niniejszej recenzji, bo są to cechy, które z pewnością wyróżniają „Podróż Turila” z książkowego tłumu. Nie wiem czemu, ale przez cały czas gdy czytałem powieść Thurnera, przed oczami miałem wysmakowane, komiczne dzieło Luca Besson pt. „Piąty Element”. Może dlatego, iż tak jak film Bessona, „Podróż…” jest niesamowicie nowatorska i aż pulsująca fantazją. W świecie Turila niemal wszystko jest możliwe, począwszy od rozłożenia danej istoty na czynniki pierwsze (i powtórnego złożenia) a skończywszy na pośmiertnym, holograficznym zapisie jej jaźni w postaci, cytowanego już, kreawatara. Ponadto, dwie sztucznie wychodowane, perfekcyjne istoty Sorollo i Ofernau , w których ciałach żyje kilka świadomości („branż”),jednoznacznie kojarzą się z Bessonowską Leeloo (Milla Jovovich). Reasumując, „Podróż Turila” to świetna, pasjonująca powieść, której fabuła i zaskakujące, mądre zakończenie wnosi wiele do nudnego, literackiego świata, gdzie królują albo licealne wampiry albo skarby templariuszy. Sądzę, że powieść powinna przypaść do gustu wszystkim miłośnikom fantastyki, a szczególnie tym, którzy od literatury wymagają, oprócz rozrywki, refleksji oraz pewnego przesłania. „Podróż Turila” to powieść „z kluczem” do której mam zamiar wracać nie jeden jeszcze raz i która przekonała mnie ostatecznie do tego typu lektury. Jedynym mankamentem, który psuje lekturę, jest całe mrowie literówek, zjadanych i przestawianych wyrazów i innych "chochlików drukarskich".
Maynard - awatar Maynard
ocenił na88 lat temu
Inwazja Michaił Achmanow
Inwazja
Michaił Achmanow
Niedawno powstałe wydawnictwo Almaz jawi się jako twór niezwykle ciekawy na polskim rynku. A jego flagowy projekt – magazyn „SF”, w którym w formie czasopisma ukazują się pełne książki, to rzecz nietuzinkowa i budująca. Przynajmniej biorąc pod uwagę realia, w których jedno z większych pism o tematyce fantastycznej (jakim niewątpliwie było SFFH) niespodziewanie zawiesza działalność. Serce rośnie, że w obliczu tych dosyć pesymistycznych okoliczności, wciąż znajdują się ludzie, mający ochotę podjąć to ryzyko i dać fanom fantastyki powody do radości. Do tej pory na łamach „SF” ukazały się dwie książki: wyczekiwana przez fanów powieść Grzegorza Drukarczyka „Bogowie są śmiertelni” i pierwszy tom „Trylogii Prawdopodobieństwa” autorstwa Nancy Kress. W trzecim numerze pisma dostajemy z kolei pierwszy tom cyklu „Przybysze z Ciemności” - zakrojonej na 10 części rosyjskiej space opery. A jako, że jest to gatunek darzony przeze mnie sympatią, nie mogłem przejść koło książki Achmanowa obojętnie. Fabuła „Inwazji” przenosi nas do roku 2088. Ludzie w końcu spotykają obcą cywilizację, jednak kontakt nie przebiega tak, jakbyśmy sobie tego życzyli. Już na samym początku powieści, Achmanow pokazuje czytelnikowi kosmiczne starcie pomiędzy okrętem obcych a ziemską flotą, zakończone sromotną porażką Ziemian. Następnie akcja cofa się o parę miesięcy, by przedstawić jak doszło do takich a nie innych wydarzeń. Poznajemy losy podporucznika Pawła Litwina, który w wyniku splotu okoliczności dostaje się na statek obcych i gdy dowiaduje się, że ci nie przybywają w pokoju, zaczyna tak mocno jak tylko jest w stanie uprzykrzać życie przybyszom. O tym, że „Inwazja” to pierwszy z 10 tomów, dowiedziałem się dopiero trzymając książkę w rękach. Przyznam szczerze, że nieco mnie ta informacja zaniepokoiła, zazwyczaj bowiem wystrzegam się cyklów aż tak długich. Uważam, że w takich przypadkach istnieje duże ryzyko, że nie wszystkie części trzymają równy poziom, a intensywność fabuły rozmywa się w opisach i niepotrzebnie poszerzanych relacjach między bohaterami. Jednak gdy wziąłem się za lekturę, uprzedzenia odpłynęły gdzieś daleko. Bowiem pierwszy tom kosmicznej sagi Achmanowa to rzecz bardzo solidna. Mocną stroną „Inwazji” jest przedstawienie losów głównego bohatera – podporucznika Pawła Litwina. Jego macierzysta jednostka zostaje zniszczona, a on sam, wraz z dwojgiem kompanów, trafia na frachtowiec należący do bino faata – tak się bowiem nazywają tytułowi „przybysze z ciemności”. Tam podporucznik dowie się więcej o celach obcych i będzie miał okazję czynnie wpłynąć na losy Ziemi, na którą bino faata kierują swój okręt. Tempo jego przygód i ich duża intensywność to jedna z głównych atrakcji „Inwazji”. Perypetie głównego bohatera od czasu, gdy wraz z załogą okrętu „Skowronek” przypadkiem natrafia na statek obcych, z całą pewnością wciągną niejednego czytelnika. Fabuła powieści skupia się głównie na akcji, jednak potrafi zainteresować czytelnika także innymi rzeczami. Ciekawym zabiegiem jest przedstawienie obcej rasy. Przybysze są wyjątkowo podobni do ludzi, ale jednak różni od nas w niektórych dosyć ważnych szczegółach. Wydaje się, że szansa na porozumienie pomiędzy rasami jest wysoka, ale bino faata mają swoje własne plany i niekoniecznie chcą brać pod uwagę życzenia Ziemian. Potrafią ukrywać swoje prawdziwe zamiary i spiskować równie dobrze jak ludzie. Taki stan rzeczy daje autorowi duże pole do popisu, dzięki temu relacje na linii ludzie – obcy, nabierają sporego kolorytu. „Inwazję” czyta się bardzo szybko i z niekłamaną satysfakcją. Dzieje się tak głównie dzięki płynnemu stylowi i wyczuciu autora. Mimo, że w paru miejscach dosyć szczegółowo skupia się czy to na politycznej sytuacji na Ziemi, czy na technicznych szczegółach, to takie opisy nie przyćmiewają fabuły i nie straszą nadmierną ilością niestrawnych dla laika szczegółów. Wszystko opisane jest prosto, zwięźle i zrozumiale. Fakt, że cykl „Przybysze z Ciemności” liczy sobie aż 10 tomów może powodować, iż w czytelniku pojawi się obawa, czy kolejne części będą tak samo udane jak powieść inaugurująca tę serię. Sam zastanawiałem się nad tym na początku lektury, lecz wraz ze zbliżaniem się do końca książki, obawy malały. Lektura „Inwazji” sprawiła, że dałem się wciągnąć przygodzie i z dużym żalem odkładałem książkę, gdy przewróciłem ostatnią stronę. To chyba najlepsza rekomendacja, jaką mógłbym dać. Szkoda tylko, że zgodnie z zapowiedziami wydawniczymi Almazu, na kolejne tomy przyjdzie nam czekać do przyszłego roku. Chętnie zapoznałbym się z kolejnymi perypetiami Pawła Litwina dużo wcześniej. (Recenzja napisana oryginalnie w 2012 roku dla serwisu Szortal.)
Marek Adamkiewicz - awatar Marek Adamkiewicz
ocenił na71 rok temu

Cytaty z książki Trzeci najazd Marsjan

Więcej
Marek Oramus Trzeci najazd Marsjan Zobacz więcej
Marek Oramus Trzeci najazd Marsjan Zobacz więcej
Marek Oramus Trzeci najazd Marsjan Zobacz więcej
Więcej