rozwińzwiń

Pożegnania

Okładka książki Pożegnania autorstwa Juan Carlos Onetti
Okładka książki Pożegnania autorstwa Juan Carlos Onetti
Juan Carlos Onetti Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Seria: Proza Iberoamerykańska literatura piękna
71 str. 1 godz. 11 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Proza Iberoamerykańska
Tytuł oryginału:
Los adioses
Data wydania:
1974-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1974-01-01
Liczba stron:
71
Czas czytania
1 godz. 11 min.
Język:
polski
Tłumacz:
Zofia Chądzyńska
Urugwajskie opowiadanie, lektura jeszcze z czasów „Literatury na peryferiach”. W klimacie chyba typowe dla południowoamerykańskiego macho-litu – surowe, pozbawione bujnych epitetów zdania budują scenki jak kadry niemego filmu, co jakiś czas przedzielone dopowiedzeniem narratora. Historia osadzona w świecie, w którym kobieta przyciąga wzrok jak fantom, ale pojawia się tylko w kontekście mężczyzny. O okrucieństwie życia przeglądającym się w oczach gapiów. O jego słodyczy – skrytej za pozorami, za milczeniem, w niedoręczonych kopertach.
Średnia ocen
6,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Pożegnania w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Pożegnania

Średnia ocen
6,7 / 10
21 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Pożegnania

Poznaj innych czytelników

64 użytkowników ma tytuł Pożegnania na półkach głównych
  • 36
  • 28
17 użytkowników ma tytuł Pożegnania na półkach dodatkowych
  • 9
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Pożegnania

Inne książki autora

Juan Carlos Onetti
Juan Carlos Onetti
Urugwajski powieściopisarz i autor opowiadań. Laureat Nagrody Cervantesa w 1980. Onetti większość swego życia spędził w dwóch miastach położonych nad La Plata: Montevideo i Buenos Aires, dlatego jego utwory czasem pojawiają się w antologiach pisarzy argentyńskich. W 1975, po puczu wojskowym z 1973, wyemigrował do Hiszpanii i zamieszkał w Madrycie (na emigracji pozostał nawet wtedy, gdy w Urugwaju nastąpił powrót do demokracji),gdzie zmarł w 1994. Został pochowany na Cmentarzu Almudena. Twórczość Onettiego nosi indywidualne piętno, uchodzi on za pisarza idącego pod prąd głównych nurtów latynoskiej prozy. W jego utworach można się doszukiwać wpływów francuskiego egzystencjalizmu i techniki pisarskiej Williama Faulknera, a mają one niewiele wspólnego z rozpowszechnioną na kontynencie koncepcją realizmu magicznego. Onetti zachowuje specyfikę Buenos Aires czy Montevideo, tworząc jednak własną, pesymistyczną i ponurą, wizję rzeczywistości.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Dziękuję za ogień Mario Benedetti
Dziękuję za ogień
Mario Benedetti
Tym razem w serii Prozy Iberoamerykańskiej przyszedł czas na Urugwaj. „Dziękuję za ogień” to powieść tamtejszego pisarza, Mario Benedettiego (generacja 45),w której przenosimy się do lat 60. XX wieku. Powieść - wyjąwszy kilka rozdziałów - jest w zasadzie introspekcją głównego bohatera, Ramona Budino, w której musi on zmierzyć się ze swoim nie do końca szczęśliwym życiem. Choć należy do wyższej warstwy średniej, ma żonę i syna, a zawodowo prowadzi dobrze prosperujące biuro podróży, nie odczuwa życiowej satysfakcji. Ciążą mu bowiem relację z jego ojcem, kiedyś kochanym Tatą, a teraz po prostu Starym. Urugwajski pisarz tworzy zatem sytuację wewnętrznego rozdarcia bohatera, na którym to tle odmalowuje ówcześnie aktualną sytuację społeczną w swoim kraju. A więc osią przewodnią powieści jest konflikt na linii syn-ojciec. Edmund Budino, senior rodu, to człowiek obdarzony niezwykłą charyzmą oraz siłą woli, co wykorzystuje do podporządkowania sobie otoczenia. To typ bezwzględnej persony, która tylko dzięki własnym zdolnościom doszła do ogromnego znaczenia w niewielkim Urugwaju. Inna sprawa, że nie zrobił tego do końca uczciwie. Wręcz przeciwnie - cała jego kariera była sztuką lawirowania i naginania prawa. Stary doskonale zna się na ludziach, potrafi czytać ich słabości, aby je następnie wykorzystać do własnych celów. Nie jest mu obcy szantaż, przekupstwo, groźby, a może i nawet stosowanie przemocy. Mamy zatem do czynienia z postacią cyniczną i pozbawioną wszelkich skrupułów. Ale ten obraz własnego ojca Ramon odkrywa z czasem, gdyż jego pierwsze wspomnienia związane z Tatą są bardzo pozytywne. Dopiero pewien incydent między ojcem a matką bohatera otwiera mu oczy. Właśnie wtedy Tata staje się Starym, a w Ramonie zaczyna kiełkować nienawiść do rodzica. Silna osobowość ojca żywo kontrastuje z bezbarwnymi postaciami jego dwóch synów. Hugon, młodszy brat Ramona, to kompletne rozczarowanie dla Edmunda, z którym nie wiąże on żadnych nadziei. Ma je w stosunku do starszego syna, gdyż dostrzega w nim inteligencję, ale jednocześnie widzi też kompletny brak charakteru i zdecydowania. Stary rozgrywa syna, który dzięki jego pieniądzom założył własny biznes i prowadzi dostatnie życie. Również główny bohater jest świadomy tego wewnętrznego konfliktu: z jednej strony, pogłębiającej się niechęci do ojca, a z drugiej - świadomości, że całe jego ustabilizowane życie zawdzięcza wypracowanej przez Starego renomie nazwiska Budino. To paląca zadra, która nie daje wewnętrznego spokoju i zatruwa mu życie. Jednocześnie komfort dostatniej egzystencji powstrzymuje go przed „rozpoczęciem wszystkiego od nowa”. Oto coś na kształt współczesnej odsłony kompleksu Edypa. Pod postacią rodziny Budino pisarz przedstawia świat urugwajskiej klasy średniej i wyższej (używając ówczesnej terminologii - burżuazji). Ukazując ich dostatnie życie pod względem materialnym, jednocześnie odsłania pustkę ich życia wewnętrznego. Kompleksy, zawiedzione nadzieje, brak prawdziwych celów życiowych itp. - te elementy możemy wyczytać z prozy Benedettiego. Ramon jest tutaj sztandarowym przykładem zagubionego dojrzałego mężczyzny, nie potrafiącego odnaleźć szczęścia w życiu zawodowym oraz małżeńskim i szukającego pocieszenia w płytkich, najczęściej seksualnych, relacjach z przypadkowo napotkanymi kobietami. Jest to zatem wątpliwy moralnie świat zaspokajania chwilowych zachcianek i pogoni za wydumanymi fantazjami, czego najlepszym przykładem jest relacja głównego bohatera z żoną własnego brata, o czym jeszcze wspomnę. Inną odsłoną pustki tej klasy społecznej jest pogardliwy stosunek do własnego kraju, z czym pisarz rozprawił się w rozpoczynającym powieść rozdziale rozgrywającym się w Nowym Jorku. Lata 60. XX wieku w Urugwaju to czas dyktatury wojskowych i narastania tendencji autorytarnych w kraju, który uchodził za najbardziej stabilny spośród państwa latynoamerykańskich („latynoska Szwajcaria”). W społeczeństwie zaczyna coraz większą popularność zdobywać lewica. Pisarz przedstawia trzy podejścia do tego zjawiska w rodzie Budino. Nie dziwi, że Stary, kapitalista starej daty, uważa socjalizm za stek szkodliwych bzdur i jest jego twardym przeciwnikiem. Ramon z kolei przeżył w młodości fascynację lewicową ideologią, ale jego chwiejny i niezdecydowany charakter uniemożliwił mu prawdziwe zaangażowanie w działalność polityczną lub społeczną. Będąc synem własnego ojca ogranicza się do cichego wsparcia, jakiego udziela własnemu potomkowi, Gustavo. Najmłodszy przedstawiciel rodu Budino to z kolei przykład młodzieży inteligenckiej, ostro atakującej ówczesną sytuację społeczno-ekonomiczną kraju z pozycji zbliżonych do lewicującego anarchizmu. Spór o idee jest tematem wielu rozmów między Gustavo i Starym, z których z reguły zwycięsko wychodzi senior rodu. Kierując się własnym doświadczeniem, bezlitośnie punktuje on naiwność i młodzieńczy zelotyzm swojego wnuka. Ramon w tym konflikcie skrycie wspiera syna, ale z drugiej strony nie może wyzbyć się swojego zachowawczego podejścia, starając się jednocześnie hamować młodzieńczy entuzjazm juniora dla sprawy. Pisarz nie kończy wątku Gustavo, a więc nie wiem, jaką ostatecznie drogę obierze najmłodszy z roku Budino. Kulminacyjnym momentem powieści jest finał romansu między Ramonem i jego szwagierką, która idzie z nim do łóżka, ale odmawia opuszczenia męża, czyli brata głównego bohatera. Tym samym kobieta wydaje wyrok na jednego z przedstawicieli rodu Budino. To punkt bez odwrotu, w którym Ramon traci ostatecznie jakiś inny cel, który mógłby nadać sens jego życiu, choć trudno jednocześnie uwierzyć, że odbicie żony własnemu bratu i porzucenie dla niej własnego małżeństwa rzeczywiście byłoby jakimkolwiek ratunkiem dla głównego bohatera. Należy to raczej traktować jako kolejny przejaw niedojrzałości i chwiejności bohatera, który poprzez idealizację Dolores próbuje wypełnić pustkę własnej egzystencji. To rozpaczliwy akt pogoni za niemożliwym do zrealizowania ideałem prawdziwego szczęścia. Ramon jednak nie zdaje sobie z tego sprawy, a odtrącenie przez kochankę uznaje za ostateczny powód do rozwiązania sporu ze Starym. Nie będę zdradzał, jak zakończy się konfliktu między ojcem i synem. Stanowi on zamknięcie powieści, w którym poznajemy prawdę o Edmundzie Budino. Ale czy na pewno? Czy Stary wobec własnej kochanki nie gra do końca tej samej roli? A może właśnie wtedy ukazuje siebie po raz pierwszy jako całkowicie bezbronnego i zranionego, co stałoby w sprzeczności z całym jego dotychczasowym życiem? Zakończenie intrygi przewodniej powieści przez urugwajskiego pisarza pozostaje pod tym względem pewne niedopowiedzenie, umożliwiając czytelnikowi własną interpretację postaci Starego. Podsumowując, „Dziękuję za ogień” to opowieść o międzyludzkich relacjach (nie tylko tych rodzinnych),ale również otwarta przez pisarza dyskusja o kształcie społeczeństwa urugwajskiego lat 60. XX wieku i trapiących je problemach. Benedetti nie mówi tutaj wprost, ukrywając treść społeczną pod płaszczykiem rodzinnego konfliktu. Ale znajomość historii Urugwaju odsłania „drugie dno” tego utworu, w którym to widać z wolna nadciągający kryzys, a więc upadek demokracji, narastające dysproporcje społeczne oraz narodziny ruchu Tupamaros, który do początku lat 70. będzie walczył z wojskową dyktaturą. Konflikt w rodzinie Budino jest zatem możliwy do odczytania jako konflikt społeczny, w którym stara i kapitalistyczna elita (skryta pod postacią Edmunda Budino) rządzi twardą ręką krajem. Ich dzieci (Ramon) zadowalają się materialnym bezpieczeństwem, gwarantowanym przez konserwatywne elity. Dopiero młode pokolenie w postaci Gustava dostrzega potrzebę zmiany, ale czy będzie w stanie ją dokonać? Tę kwestię pisarz pozostawia nierozstrzygniętą. Z perspektywy czasu możemy jednak odpowiedzieć na to pytanie - było, gdyż w latach 80. Urugwaj powrócił do demokracji.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na62 lata temu
Twórca bogów Francisco Rojas González
Twórca bogów
Francisco Rojas González
Rarytas literatury meksykańskiej, który zapewne nigdy nie doczekałaby się publikacji w Polsce, gdyby nie seria Prozy Iberoamerykańskiej Wydawnictwa Literackiego. O tym jak niszowe było gremium odbiorców tej pozycji, niech świadczy fakt, że egzemplarz, który wypożyczyłem z głębokich czeluści bibliotecznego magazynu, zachował się w niemal idealnym stanie, choć wydany został w roku 1978 (bez mała pół wieku temu). Nie może to dziwić, skoro na karcie terminu zwrotów (przed erą cyfrową każda książka takową kartę posiadała) nie ma ani jednej adnotacji o wypożyczeniu tej pozycji. Kto wie, może jestem pierwszym czytelnikiem od momentu wydania, który przeczytał ów konkretny egzemplarz. Chyba można zaryzykować stwierdzenie, że jest w tym jakaś literacka metafizyka. Ale to taka dywagacja na marginesie. Wróćmy do recenzji. „Twórca bogów” to zbiór trzynastu opowiadań meksykańskiego pisarza i etnologa, Francisco Rojasa Gonzaleza (1904-1951),w których mam zaprezentowaną szeroką paletę tematów i wątków związanych z życiem potomków rdzennej ludności Meksyku. O ile w kwestii literatury meksykańskiej mogę być czasami mało obiektywny, o tyle w kwestii literatury indygenistycznej - ten stan tylko się pogłębia. Tutaj też leży zapewne przyczyna, dla której tak bardzo przypadły mi do gustu zebrane w recenzowanej książce opowiadania. To, co mnie w tych utworach najbardziej zachwyca, to nieraz totalnie zaskakujący sposób postrzegania świata przez ich bohaterów, przeważnie prostych i niewykształconych Indian z pierwszej połowy XX wieku. Warto przy okazji wspomnieć, że Gonzalez był cenionym badaczem, a także autorem wielu publikacji naukowych o rdzennych mieszkańcach Meksyku, co zapewne dało mu ogromny materiał do późniejszej twórczości literackiej. Zebrany w tomie opowiadania są zapewne wynikiem wielu lat badań i obserwacji w ternie. Wyróżnikiem wszystkich opowiadań jest zastosowanie bardzo prostego i potoczystego języka, który idealnie pasuje nie tylko do takiego samego sposobu rozumowania przestawionych bohaterów, ale także do powszedniości opisywanych przez pisarza tematów. Gonzalez ukazuje bowiem swoich rodaków w szeregu scenek z życia codziennego, takich jak narodziny dziecka, śmierć i pogrzeb męża, ceremonia zaślubin, uroczystości religijne itp. Pisarz nie skupia się tutaj zatem na ozdobnikach, lecz na ukazaniu konkretnej rzeczywistości. Czuć, że w tych fikcyjnych opowiadaniach przemycone są prawdziwe i codziennie powtarzające się historie zaczerpnięte wprost z życia. Ich autentyzm ma na celu przede wszystkim ukazanie ludzi takimi, jakimi oni ówcześnie byli, z całym pakietem ich przesądów oraz zapatrywań na otaczający ich świat. Innymi słowy, w opowiadaniach meksykańskiego pisarza odnajdziemy zapis kulturowego synkretyzmu, w którym kolonialne naleciałości mieszają się ciągle z przedkolumbijską mentalnością. A trzeba przecież pamiętać, że Meksyk to bardzo duży kraj, w którym występuje wiele lokalnych społeczności lub plemion, czasami mocno różniących się od siebie, jak np. potomkowie Majów na półwyspie Jukatan i koczownicze plemiona pogranicza meksykański-amerykańskiego. Jakby tego było mało, w to wszystko z wolna wchodzi nowoczesność, ze swoją technologią i nauką, która nieraz stanowi poważny szok dla odizolowanych społeczności sprzed ery masowej komunikacji. Przejdźmy jednak do przykładów poruszanych w opowiadaniach tematów. Nie będę oczywiście szczegółowo streszczał tutaj ich fabuły, ale chwilę poświęcę dwóm, moim zdaniem, najlepszym utworom z zaprezentowanej w książce twórczości meksykańskiego pisarza. Pierwszym jest „Zemsta Carlosa Mango”, w której opisano religijne uroczystości ku czci Jezusa z Chalmy. Główny bohater, Tanilo Santos, jest przywódcą lokalnej społeczności Indian Mazahua, który przewodzi pielgrzymce do świętego sanktuarium w intencji pewnej nietypowej, ale ważnej dla wspólnoty sprawy. Rozmowa pisarza, który bardzo często w opowiadaniach wchodzi w rolę badacza-antropologa, z tym człowiekiem prowadzi czytelnika do totalnie zaskakującego finału, w którym dowiadujemy się, o co tak naprawdę wznoszą modły lokalni Indianie. Efekt końcowy tego opowiadania to doskonały przykład, jak różnie postrzegany był świat przez nas i przez nich. Chrześcijańskim z pozoru uroczystościom nadają oni bowiem dawną, jeszcze aztecką wykładnie, w której bóstwo było adresatem próśb lokalnych społeczności, a sam obrzęd religijny był postrzegany w ramach wymiany handlowej - w zamian za adorację i ofiary liczono na konkretne i pożądane działania siły nadprzyrodzonej (zresztą jeszcze lepiej ten element autochtonicznej mentalności religijnej pisarz zaprezentował w tytułowym opowiadaniu „Twórca bogów”). Natomiast w innym utworze, a mianowicie w „Hiculi Hualula”, odnajdujemy dowód na ogromną siłę tabu w życiu indygenów. I znowu pisarz występuje tutaj jako niestrudzony badacz lokalnej społeczności, który przypadkiem usłyszał dwa słowa z tytułu opowiadania, a nie wiedząc, co one oznaczają, za wszelką cenę chciał się tego dowiedzieć. Tym samym naruszył panującą wśród Indian zmowę milczenia odnośnie tajemniczego i groźnego Wujka. Zresztą postać ta jest bardzo charakterystyczna dla duchowości ludów prekolumbijskich i możemy odnaleźć ją także w andyjskich górach, gdzie mianem tym określano rozmaite duchy i bóstwa opiekuńcze lokalnych społeczności lub obiektów krajobrazu, takich jak rzeki, góry czy jeziora. Nęcony ciekawością i pasją badacza bohater opowiadania wkracza zatem na niebezpieczny dla siebie obszar tabu lokalnej społeczności, która za wszelką cenę chce ochronić tajemnicę wspólnoty przed obcym. Finał tego opowiadania, w mojej ocenie najlepszego z całego tomu, zawiera w sobie także domieszkę tej wspaniałej magicznej rzeczywistości prekolumbijskiej, która tak ostro kontrastuje z racjonalnością i materializmem naszego świata. Nie da się ukryć, iż zebrane w tomie opowiadania to rzecz mocno specyficzna i zapewne nie każdy z potencjalnych czytelników odkryje ich urok. Ale jeśli ktoś jest zainteresowany tą tematyką, opowiadania meksykańskiego pisarza będą fascynującą przygodą, w której walor literacki idealnie komponuje się z egzotyką i oryginalnością poruszanych tematów.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na81 rok temu
Bóg nie lubi szczęśliwych Griselda Gambaro
Bóg nie lubi szczęśliwych
Griselda Gambaro
Już po kilku stronach tej powieści odniosłem wrażenie, że gdzieś już coś podobnego czytałem. Chwilka zastanowienia, no tak - „Blaszany bębenek” Guntera Grassa. Oczywiście skojarzenie jest raczej co do ogólnego klimatu powieści niż stricte odnośnie treści, choć i tutaj występuje mały chłopiec, który może przypominać małego Oskara. Ale zasadniczo na tym podobieństwa się kończą, gdyż książka Grassa osadzona jest jednak mocno na historycznym gruncie, podczas gdy w wypadku powieści „Bóg nie lubi szczęśliwych” całość zanurzona jest „po uszy” w oniryzmie. Oto bowiem mamy wrażenie, że uczestniczymy w serii pokręconych snów głównych bohaterów powieści. Nie są to sny z gatunku koszmarów lub horrorów, ale raczej paranoiczne sny, które momentami w absurdalny sposób wykrzywiają rzeczywiste przeżycia. Wspomniałem już o Tristanie, chłopcu-sierocie, który bardzo pragnie śpiewać, choć w powieści sam prawie w ogóle nie mówi. W książce argentyńskiej pisarki, Griseldy Gambaro, odnajdziemy jeszcze tak naprawdę trzy główne postacie, wokół których powstało coś na kształt fabuły. Bo ta książka ma fabułę, choć wszystko się w niej miesza. Mimo to jakaś chronologia jest tutaj zachowana, co znacząco ułatwia czytelnikowi zanurzenie się w tę raczej niełatwą lekturę. Ale wróćmy do bohaterów. Oprócz Tristana główną bohaterką powieści jest Woltyżerka, artystka cyrkowa, która uważa się za wielką gwiazdę - choć co chwila jej cyrk ucieka od niej - i jednocześnie pragnie odnaleźć miłość swojego życia. Do kompletu mamy jeszcze Niemowlaka, który, paradoksalnie, jest najbardziej dorosłą i odpowiedzialną postacią w powieści. To właśnie ono troszczy się o pozostałą dwójkę, aby nie umarli oni z głodu, gdy Woltyżerka trawiona jest beznadziejną miłością do złodzieja bez kawałka brody. Dopełnieniem bohaterów jest Maria, przyjaciółka Tristana z dzieciństwa, która stanowi jego wyidealizowany obiekt tęsknoty w chwilach, gdy przestaje wielbić Woltyżerkę. I to właściwie tyle, pozostałe postacie, przewijające się przez karty powieści, są drugorzędne, jak na przykład dyrektorzy kolejnych cyrków Woltyżerki. Dyrektor zawsze pozostaje jednak typowym dyrektorem, a więc pakuje swój cyrk i odjeżdża w siną dal. Jak zatem widać po powyższym krótkim zestawieniu bohaterów, „Bóg nie lubi szczęśliwych” to dość pogmatwana powieść, w której pisarka za pomocą zdawałoby się mało poważnej formy chce przemycić bardzo poważne myśli. Ta w ogólnym rozrachunku nieco smutna powieść nawiązuje bowiem do odwiecznych ludzkich pragnień, których zaspokojenie niejako stanowi sens naszego życia. W onirycznych wizjach wykreowanych przez Gambaro możemy dopatrzyć się takich tematów jak poszukiwania akceptacji, pragnienia miłości i zrozumienia, wreszcie bólu z powodu własnej samotności. To także opowieść o wyobrażeniach, które każdy z nas nosi w sobie, a które tutaj nienaturalnie wykrzywione są przez senne majaki. Pożądanie, tęsknota, fascynacja, pogoń za sławą i uznaniem - to wszystko, i wiele więcej, odnajdziemy w powieści argentyńskiej pisarki. Warto jeszcze wspomnieć o walorach literackich tej książki, gdyż rzeczywiście jest tutaj czym się zachwycać. Już sama forma powieści, a więc senne marzenia wymaga na tyle precyzyjnego posługiwania się słowem, aby oddać wizje, w których nieprawdopodobne miesza się z prawdopodobnym. Jedno następuje po drugim całkowicie naturalnie, choć dla nas, gdy próbujemy to odbierać zdroworozsądkowo, wydaje się, że ciągle obracamy się w kręgach co najmniej absurdu. Ale jest w tym jednak jakaś magia, która zachęca do ukończenia rozpoczętej lektury. Tak naprawdę już po kilkunastu stronach wiemy, że fabuła urwie się równie gwałtownie, jak się zaczęła, ale w sumie w niczym to nie przeszkadza. Trzeba tylko dać się porwać oniryzmowi, który albo się lubi, albo nie. Nie oznacza to jednak, że podczas lektury możemy „przysnąć” i stracić czujność. Co to, to nie, byłaby to niepowetowana strata, gdyż argentyńska pisarka wplotła w swoją prozę zdania, których rzeczywistość i prawdziwość nie ma nic wspólnego ze snem. Wręcz przeciwnie, to krótkie i dosadne komentarze autorki do prawdziwego życia, jak na przykład przepiękna refleksja nad stołem jako meblem, który „żyje” razem z nami; na którym się kroi, opiera łokcie, razem spożywa posiłki. Stół jako cichy świadek ludzkiej egzystencji („Porysować stół nie nożami, a gestami, słowami, kłopotami, niepojętą rutyną życia, która uczy nas dojrzewania”, s. 161). Warto zatem zachować czujność, bo takich zdań - wtrąconych niby od niechcenia i niby przypadkiem - jest tutaj więcej i to one stanowią jedną z zasadniczych zalet tej książki. Pośród sennych wizji, są niczym realne głosy, które mówią do nas, gdy śpimy - choć nadal śnimy swój sen, zdarza się tak, że to, co do nas jest mówione, odnajduje drogę do naszej świadomości. „Bóg nie lub szczęśliwych” jest powieścią nawiązującą do tzw. realizmu magicznego, w którym życie człowieka tłumaczone jest za pomocą nieraz nieprawdopodobnych scen, nie mających na pierwszy rzut oka żadnego logicznego znaczenia, ale to tylko pozór, gdyż jest to tak naprawdę zabawa pisarza z odbiorcą, z której obie strony mają jakąś korzyść (warto jeszcze odnotować nawiązanie pisarki od słynnej sceny z klasycznego spaghetti westernu Sergio Leone „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”). Przyznam się szczerze, że oniryzm nie jest moją ulubioną formą poznawania prawd o rzeczywistości. O wiele bardziej wolę trzymać się praw logiki i rachunku prawdopodobieństwa, co wcale jednak nie oznacza, że nie ma w tym sposobie myślenia miejsca na małe eksperymenty. Tak też traktuję przeczytaną właśnie książkę - jako całkiem ciekawy eksperyment literacki.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na72 lata temu
Lustro i inne opowiadania Joaquim Maria Machado de Assis
Lustro i inne opowiadania
Joaquim Maria Machado de Assis
(www.bibliotekaswiata.blogspot.com) Assisa poznaliśmy już jako autora trzech powieści - „Wspomnień pośmiertnych Brasa Cubasa” i „Quincasa Borby” oraz uznawanej za najważniejszą brazylijską książkę, „Dom Casmurra”. Co ciekawe jednak, bardzo długo postrzegano go przede wszystkim jako wybitnego nowelistę – opowiadania pisał przez całe życie, a w dokonanym przez Janinę Z. Klave wyborze znalazło się 17 tekstów pochodzących z 5 różnych zbiorów powstałych na przestrzeni ćwierćwiecza. Choć poziom tekstów jest – jak zawsze w takich przypadkach – różny, to w pierwszej kolejności zdumiewa fakt, iż wszystkie one świetnie bronią się po ponad stu latach: charakteryzuje je swobodny styl, język, który w ogóle się nie zestarzał, budowanie niezwykle interesujących postaci, wreszcie upodobanie do przewrotnych, błyskotliwych zakończeń – trochę w stylu Dicka, ale w konwencji bliższej tekstom Poego i Czechowa. Z całego zbioru na uwagę zasługują przede wszystkim trzy opowiadania: „Galeria pośmiertna”, opowiadająca o śmierci powszechnie szanowanego obywatela, w rzeczach którego jego bliscy odnajdują dziennik, który odsłoni zupełnie inne oblicze jego autora (to historia ku przestrodze, by zadbać o swoje zapiski!),okrutnie zabawne „Korzystne małżeństwo”, będące historią mężczyzny, który znajduje tajemniczy liścik miłosny, który stanie się przyczynkiem do szeregu niespodziewanych zdarzeń (i bezbłędnego finału) oraz najdłuższy w stawce, bo liczący aż 50 stron, „Psychiatra”. I to jest już perełka najwyższych lotów, zasługująca na oddzielne wydanie i uznanie, tymczasem u nas jest zupełnie nieznana. Rzecz opowiada o Szymonie Bacamarte, powszechnie szanowanym lekarzu i miłośniku nauki, który w małym brazylijskim miasteczku Itaguai zakłada szpital psychiatryczny o nazwie „Zielony Dom”, do którego trafiać będą wszelkiej maści szaleńcy z całej okolicy. Szybko jednak okaże się, że jego pacjentami zostaną nie tylko oczywiste przypadki – czytelnik jednak nie jest gotowy na to, jak potoczy się historia, nie wyłączając znakomitego finału. Pomysłowość Assisa wznosi się tu na wyżyny – i choćby dla tego tylko tekstu trzeba sięgnąć po cały zbiór!
kunieczko - awatar kunieczko
ocenił na81 rok temu
Śmierć Honoria Miguel Otero Silva
Śmierć Honoria
Miguel Otero Silva
KRÓTKO "Śmierć Honoria" to historia o próbach zachowania człowieczeństwa, o potężnej mocy nadziei, wreszcie – o niesprawiedliwości społecznej i okrutności dyktatorskich reżimów. Narracja książki momentami przypomina reportaż i gdzieś tam w środku czujemy, że wiele z opisanych sytuacji Otero doświadczył na własnej skórze. Tym samym, ta intensywna, przejmująca i świetnie napisana wenezuelska powieść stała się dla mnie jednym z największych literackich zaskoczeń tego roku. *** DŁUŻEJ Aby napisać dobrą książkę o obaleniu reżimu dyktatorskiego w Wenezueli, trzeba być dobrym pisarzem. Ale tylko wyśmienity pisarz sprawi, że taka książka wciągnie czytelnika nieświadomego, który o historii Wenezueli wie tyle, co nic (na przykład mnie). Unikam książek podszytych polityką, ale "Śmierć Honoria" zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Już teraz mogę śmiało ogłosić, że jest to jedna z najlepszych powieści, jakie przeczytałem w tym roku. Jest to książka boleśnie autentyczna. Czytana z uwagą, podrapie Was do krwi, wzruszy – kto wie, może i do łez - a z pewnością nie pozostawi obojętnym. To garniec pełen emocji. Owa prawdziwość jest wielkim atutem tej powieści. Nie wzięła się ona znikąd: Otero Silva brał aktywny udział w obaleniu aż dwóch wenezuelskich dyktatur (1928 - Juana Vicente Gómeza, 1958 – Marcosa Péreza Jiméneza),więc dobrze wie, o czym pisze. Wie też, czego unikać: nie doświadczymy taniego patosu, nachalnego męczeństwa ani moralizatorskich pouczeń. Wenezuelski pisarz po prostu opowiada pewną historię. Ja uwierzyłem w każde napisane przez niego słowo. "Śmierć Honoria" jest krótką powieścią o kunsztownie przemyślanej strukturze. Bohaterami Otero uczynił pięciu mężczyzn: Księgowego, Lekarza, Dziennikarza, Fryzjera i Kapitana, stanowiących archetypy różnych warstw społecznych Wenezueli. Poznajemy ich podczas lotu samolotem, gdzie w milczeniu, skuci kajdanami, oczekują na lądowanie i dobrze wiedzą, że gdy tylko koła samolotu dotkną ziemi, zostaną osadzeni w więzieniu; oskarżeni o spiskowanie przeciwko władzy. Tak też się dzieje: ich nowym domem zostaje malutka cela, w której mieszczą się tylko prycze (i to z ledwością). Raz dziennie wyjście do latryny, paskudne jedzenie przygotowywane przez złośliwego Włocha Genaro oraz jego plugawą chochlę, wreszcie panujący w środku półmrok (wejście do celi zostało zabite kartonami) tworzą duszny, klaustrofobiczny klimat. Piekło rozciągnięte na piętnastu metrach kwadratowych. Aby urozmaicić nieznośnie wlokące się godziny, więźniowie opowiadają swoje losy. Każdy kolejny rozdział to historia jednego z nich. Wraz z pozostałymi towarzyszami niedoli poznajemy ich losy, miłostki, a przede wszystkim – powód, dla którego władza uznała ich za niebezpiecznych. Z tych opowieści, deklamowanych monotonnym, znużonym głosem w dusznej, ciemnej celi – tak sobie wyobrażam te sceny – dowiadujemy się, jak okrutnym torturom zostali poddani. Tortury to m.in. kilka dni bez jedzenia i picia, nakłuwanie i wyrywanie kawałków ciała igłą szewską, rażenie prądem męskiego przyrodzenia, wieszanie i podduszanie za pomocą sznura itp. Niektóre tortury były jeszcze gorsze – związane z ekskrementami czy rozerwaną moszną – ale ich nie będę tutaj cytować. Nawet nocami nie dało się odpocząć z racji na panującą duchotę oraz olbrzymie szczury, wydostające się z dołów kloacznych: "Były ogromne, o długich pyskach i nastroszonej sierści, istny pomiot łajna i padliny. Dokładałem wszelkich wysiłków, by uratować zranione genitalia (…). Kładłem się na brzuchu, by przycisnąć je do ziemi, choć w tej pozycji nity kajdanków wrzynały mi się w przeguby niczym tartaczne piły. Zajęty ochroną krocza przed żarłocznymi wrogami, wystawiałem im dobrowolnie na żer swoje ropiejące nogi, po których kąsały mnie zachłannie, a ja niemal nie czułem ich zębów". Opisy tortur więźniów zdecydowanie nie są przeznaczone dla czytelników o słabych nerwach. "Śmierć Honoria" jest dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Przykładowo, skoro akcja książki toczy się w więzieniu, autor dostosował do niej sposób prowadzenia narracji, który określiłbym także jako… więzienny. Rozdziały mają identyczną strukturę – są podobne do siebie jak dni w niewoli. Dla wzmocnienia efektu Otero Silva nie posługuje się datami. Jest to szczególnie widoczne w drugiej części książki, gdzie kolejne rozdziały nazywają się: „sierpień, poniedziałek”, „sierpień, inny poniedziałek”, czy „grudzień, następnego dnia” – podobnie świadomość bohaterów nie rejestrowała dokładnych dat, dni zlewały się w jedno, z ledwością można było odróżnić upływające miesiące. Otero Silva umiejętnie rozrzedza nachalną, opresyjną atmosferę opisując, jak więźniowie radzą sobie z nudą. Organizują coś na kształt szkoły: wygłaszają wykłady, dzieląc się swoją wiedzą i umiejętnościami z pozostałymi. Za pomocą tablicy i kredy opracowują metodę komunikacji z więźniami z innych cel. Pewnego dnia, dzięki niewytłumaczalnemu zbiegowi okoliczności, stają się świadkiem narodzin pięciu kurczaków (!). Myślę, że nieprzypadkowa jest liczba kurcząt (tyle samo, co więźniów),a jeden z nich - słabszy od pozostałych, chorowity – ochrzczony został mianem Zwariowanego Kurczaka. Czy wśród osadzonych także kryje się Zwariowany Kurczak? Tego nie zdradzę. Podczas lektury zachodziłem w głowę, dlaczego Otero Silva nazwał swoje dzieło jako "Śmierć Honoria". Przecież w chwili, gdy pojawia się tytułowy Honorio, od razu podejrzewamy, jak potoczą się jego losy. To potężny spojler. ALE. Wenezuelski pisarz doskonale wiedział, co robi; zaplanował ten zabieg z zimną premedytacją. Wszystko wyjaśnia się w genialnym zakończeniu – zaskakującym, przyklejającym do ust głośne: „ale jak!”. "Śmierć Honoria" to historia o próbach zachowania człowieczeństwa, o potężnej mocy nadziei, wreszcie – o niesprawiedliwości społecznej i okrutności dyktatorskich reżimów. Narracja książki momentami przypomina reportaż i gdzieś tam w środku czujemy, że wiele z opisanych sytuacji Otero doświadczył na własnej skórze. Tym samym, ta intensywna, przejmująca i świetnie napisana wenezuelska powieść stała się dla mnie jednym z największych literackich zaskoczeń tego roku. PS. Ciekawostka – malutki akcent polski. W jednej ze scen na fortepianie grane jest preludium Chopina.
MilczenieLiter - awatar MilczenieLiter
ocenił na81 rok temu
Macunaima Mário de Andrade
Macunaima
Mário de Andrade
(www.bibliotekaswiata.blogspot.com) „Macunaima” to książka niepodobna do jakiejkolwiek innej – uznawana za najważniejsze dzieło brazylijskiego modernizmu (którego Andrade jest czołowym przedstawicielem) wymyka się jakimkolwiek klasyfikacjom i może być dla polskiego czytelnika naprawdę trudnym wyzwaniem. Pierwszą przeszkodą jest język – Andrade łączy bowiem oficjalny portugalski, liczne w Brazylii regionalizmy, slang, archaizmy, zwroty z języków rdzennych mieszkańców, tworzy wreszcie własne słowa, miesza style i przeskakuje od fragmentów czysto kolokwialnych do stylizowanych na mit. To ogromne wyzwanie dla tłumacza, co szczegółowo wyjaśnia w posłowiu Janina Z. Klave. Problemów nastręcza też tytułowy bohater – zgodnie z podtytułem to postać bez charakteru, która jest równocześnie każdym i nikim: rodzi się jako czarnoskóry przedstawiciel plemienia Tapaniumas, później w wyniku magicznej kąpieli staje się biały, raz jest dzieckiem, raz dorosłym, umiera i zostaje ożywiony, w jednej scenie jest leniwym zbereźnikiem, w innej walczy z mitycznymi stworami. Fabuła, choć mocno pretekstowa (osią akcji jest próba odzyskania magicznego amuletu skradzionego przez olbrzyma),koncentruje się wokół pełnej niezwykłych przygód wędrówce po Brazylii, w trakcie której Macunaima poznaje różnych ludzi, spotyka postacie z wierzeń i mitów rożnych brazylijskich ludów, trafia do Sao Paolo, które ukazane jest jako miasto tyleż nowoczesne, co pełne nierówności i nieprzyjazne dla człowieka. Mimo licznych przypisów takie nagromadzenie nawiązań do brazylijskiej kultury, historii i folkloru jest chwilami trudne do zrozumienia, a stylistyczno-językowe wygibasy bywają tyleż efektowne, co nieczytelne. To jednak powieść, której pominąć nie można – Andrade tworzy bowiem niezwykłą metaforę Brazylii, pełnej sprzeczności i braku wspólnych wzorców (czego odzwierciedleniem są ciągłe przemiany Macunaimy). Co ciekawe, w Polsce bardziej znana jest adaptacja filmowa z 1969 – równie szokująca i przedziwna (wciąż pamiętam seans w poznańskiej Muzie na studiach – to było chyba moje najdziwniejsze wówczas przeżycie filmowe).
kunieczko - awatar kunieczko
ocenił na71 rok temu
Sen o bohaterach Adolfo Bioy Casares
Sen o bohaterach
Adolfo Bioy Casares
Mamy karnawał roku 1927. Emilio Gauna razem z grupą znajomych i pewnym wątpliwej renomy doktorem postanowił zabalować i przepuścić na uciechach całkiem sporą sumkę pieniędzy, którą właśnie wygrał na wyścigach konnych. Gdy po trzech dniach ostro zakrapianej alkoholem włóczęgi po barach i spelunkach na przedmieściach Buenos Aires dochodzi do siebie w zapomnianej chacie nad jeziorem pośrodku lasu, nie może pozbyć się wrażenia, że w jego pamięci są poważne luki. Bohater jest przekonany, że podczas świętowania karnawału wydarzyło się coś naprawdę ważnego, co ostatecznie wpłynie na jego przyszłe życie, ale za nic nie może sobie tego wyraźnie przypomnieć. Tak zaczyna się „Sen o bohaterach”, powieść argentyńskiego pisarza, Adolfo Bioy Casaresa, która okazał się być całkiem wciągającą lekturą, choć z początku można było mieć co do tego pewne wątpliwości. Zacznijmy od postaci głównego bohatera, Emilio Gauny, który przybył do stolicy Argentyny razem ze swoim przyjacielem, Larsenem, w poszukiwaniu pracy. Emilito to młody chłopak, który szybko nawiązuje więzi ze zdawałoby się na pierwszy rzut oka podobnymi mu młodzieńcami z dzielnicy Saavedera. Powstaje paczka znajomych, którzy wspólnie spędzają czas na ganianiu za dziewczynami oraz trwonieniu zarobionych pieniędzy. Ich wspólnym idolem jest doktor Valerga, znacznie od nich starszy mężczyzna, którego wspominki i anegdotki są słuchane z wielkim zainteresowaniem. Jego ulubionym tematem jest odwaga i narzekanie na wszystko, co w jego opinii nie przystoi prawdziwemu mężczyźnie. Generalnie środowisko, w którym rozgrywa się akcja powieści, nie należy do elitarnego, delikatnie powiedziawszy. Jesteśmy na robotniczych przedmieściach Buenos Aires, a pijackie perypetie grupki młokosów wydają się raczej mało ciekawym tematem na interesującą powieść. Właściwie tylko jedna rzecz podtrzymuje uwagę czytelnika, a mianowicie kwestia, co też tak niezwykłego mogło wydarzyć się bohaterowi podczas trzydniowego świętowania karnawału roku 1927. I tutaj właśnie Casares „doprawia” powieść szczyptą realizmu magicznego, która od razu dodaje jej literackiego „smaku”. Jak bowiem przystało na autora z Ameryki Łacińskiej, nie mogło zabraknąć nawiązań do strefy magicznej, nadprzyrodzonej, która jednak całkiem realnie wpływa na losy głównego bohatera. Kluczową postacią jest tutaj czarownik Taboada, którego córka, Klara, ze wzajemnością zakochuje się z głównym bohaterze. To właśnie czarownik widzi dokładnie los chłopca, który ten tylko przeczuwa na podstawie jakichś okruchów wspomnień z nocy karnawałowej. Innymi słowy, nad Emilito wisi fatum, które albo się wypełni, albo nie. To zależy do Klary, która rozpoczyna walkę o życie Gauny i tym samym o własne szczęście. Intryga, którą zaplanował sobie autor, wciąga stopniowo. Historia opowiadana jest raczej niespiesznie, tak jak nieśpiesznie toczyło się życie głównego bohatera przez trzy lata od pamiętnego karnawału - zdążył on się ożenić i przeprowadzić, a jego więzi z paczką z Saavedera znacznie się poluzowały. Aż do czasu, gdy na progu kolejnego karnawału ponownie wygrywa główną nagrodę na wyścigach. Choć teraz - jako zamężny mężczyzna - z pewnością mógłby ulokować lepiej te pieniądze, wiedziony jakąś tajemną siłą postanawia odtworzyć trasę zabawy sprzed trzech lat, aby odkryć prawdę o tym, co się wówczas wydarzyło. W całej przygodzie Emilia możemy odnaleźć jakieś echa kultury macho, męskiego świata silnych, ale psychicznie samotnych mężczyzn, których życie powinno być ciągłą walką, ciągłym zmaganiem się z przeciwnościami losu. Taki właśnie wydaje się być doktor Valerga, wbrew pozorom bardzo ważna postać w powieści, który stanowi uosobienie odwagi. Od razu dodajmy: odwagi szalonej, brutalnej oraz pozbawionej wszelkich zasad i skrupułów. To właśnie imponuje w nim chłopcom z Saavedera, którzy uwielbiają słuchać jego przechwałek z dawnych lat. Słucha też główny bohater, który zdaje się być na rozdrożu życiowych dróg: z jednej strony ma młodą żonę, widoki na lepsze życie, na bycie kimś, a z drugiej - imponujący młodości wzorzec pozbawionego zasad, ale niewątpliwie odważnego macho, z jego światem miejskiej dżungli, w której ostatecznym argumentem jest ostrze schowanego w kieszeni noża. Którą drogę wybierze? - to zdaje się być nieprawidłowo postawione pytanie. Lepsze brzmi - którą drogą przeznaczone mu jest podążyć? I co spotka na jej końcu? Oto kluczowe pytania w „Śnie o bohaterach”. Sny i wizje senne są jednym z głównych motywów powieści. Historia Gauny jest zatem zapisem pogoni za sennymi mirażami. Ale, jak to ze snami bywa, są one często wykrzywione, nieodpowiadające realnym możliwościom, często podszyte naszymi lękami, ale i najskrytszymi pragnieniami. Taka jest właśnie wyprawa bohatera na poszukiwanie przeżyć z przeszłości w trzy lata później od pamiętnego karnawału. Tym razem jednak nie może pozbyć się on uczucia rozczarowania, gdy powraca w te same miejsca, w których bawił się z kompanami przed laty, i nie znajduje tam nic, co przywróciłoby mu zatarte w pamięci wspomnienia. Choć zdaje sobie sprawę z beznadziejności swoich wysiłków, nie może powiedzieć stop i przerwać tej zdawałoby się coraz bardziej bezcelowej wyprawy. Skrycie pragnie wrócić do Klary, ale ciąży w nim jakieś wewnętrzne fatum, które nie pozwala mu się poddać i wycofać. Nie może też zawieść towarzyszących mu kompanów i doktora. Karnawałowy rausz trwa więc dalej, a nasz bohater ma nowy sen, w którym pojawia się... Jazon i Argonauci. Można się domyślać, że w zamyśle pisarza jest tutaj jakiś związek między mitologiczną wyprawą po złote runo, a pijacką eskapadą w pogoni za przeznaczeniem. Czyżby ta męska przygoda na przedmieściach stołecznej metropolii była współczesną formą bohaterstwa obdartego z mitologicznej otoczki? Współczesnym odwołaniem do mitu prawdziwego mężczyzny, mitu macho, który ponad wszystko ceni odwagę i męską przyjaźń, gardząc przy tym wszelką słabością i życiową stabilizacją? Czy tacy właśnie byli Argonauci z Jazonem na czele? Ciężko jednoznacznie powiedzieć, gdyż interpretacja „Snu o bohaterach” nie daje się zamknąć w ramach tego jednego wyjaśnienia. Pozostawiając już kwestię interpretacji fabuły książki, warto jeszcze zwrócić uwagę, że w powieści mamy bardzo wiernie i realistycznie oddane życie na przedmieściach Buenos Aires u schyłku lat 20. XX wieku. Widać, że autor wywodził się właśnie z tego środowiska. Liczne nawiązania do ówczesnej popkultury, opisy barów i nocnych klubów Buenos Aires, trosk życia codziennego, dylematów niezamożnych ludzi z wielkiej aglomeracji, tematów rozmów - to na pewno ciekawy obraz, który pozwala cofnąć się nam w czasie. Miasto zapewne się zmieniło, rozrywki pewnie też, ale czy codzienne troski jego mieszkańców nie są nadal te same? A gdzie w tym wszystkim jest sen o bohaterach? Kim są współcześni bohaterowie i jaką drogą podążają? Czy to szarzy, pracowici ciułacze, jakim zapewne mógł stać się Gauna u boku Klary, czy też podobni do doktora Valergi twardziele, którzy, wierni własnym ideałom męskości i odwagi, nie zważają na nic innego? Chyba każdy człowiek śni swój własny sen o bohaterstwie. W przypadku książki Adolfo Bioy Casaresa doskonale sprawdziła się sprawdzona metoda konstruowania powieści, polegająca na daniu czytelnikowi wabika, który rozbudzi jego ciekawość i zachęci do ukończenia lektury. Powieść, napisana dość oszczędnie w formie, pozbawiona w zasadzie dynamiki oraz nagłych zwrotów akcji, okazała się był całkiem wciągającą i zapadającą w pamięć lekturą z zaskakującym zakończeniem.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na72 lata temu
Ludzka miłość José María Arguedas
Ludzka miłość
José María Arguedas
Zbiór opowiadań Jose Marii Arguedasa, wydany w 1979 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy pod tytułem „Ludzka miłość”, to szeroki przekrój tej formy twórczości peruwiańskiego pisarza. Tomik otwierają jego trzy młodzieńcze opowiadania z lat 1933-1934, pierwotnie wydane pod tytułem „Woda” („Aqua”). Do tych opowiadań polski wydawca dołączył wybór kolejnych, pisanych już w latach 50. i 60. XX wieku. Zamknięciem tomu są natomiast zupełnie odmienne tematycznie opowiadania z cyklu „Ludzka miłość”, które Arguedas ukończył w roku 1966, parę lat przed swoją samobójczą śmiercią. W sumie w książce znajdziemy trzynaście opowiadań, z czego dziewięć przyporządkowano do zbioru „Woda”, a cztery do „Ludzkiej miłości”. Zanim przejdę dalej, koniecznie trzeba poświęcić kilka słów osobie peruwiańskiego pisarza, gdyż jego twórczość silnie nasycona jest wątkami autobiograficznymi, co szczególnie widać w pierwszych jego opowiadaniach. Arguedas był synem białego adwokata, ale swoje lata dziecięce spędził pośród Indian z plemienia Keczua. W okresie tym poznał nie tylko język, ale także chłonął oryginalną kulturę tego ludu (sposób myślenia, pieśni, podania, obyczaje). Co najbardziej zaskakujące, język hiszpański opanował on dopiero w wieku nastolatka, co nie przeszkodziło mu w zostaniu jednym z najsławniejszych pisarzy latynoamerykańskich. Zatem właśnie w trudnym dzieciństwie pisarza ukryte są korzenie głębokiej fascynacji kulturą ludu Keczua, której później stał się znakomitym badaczem i popularyzatorem. A wszystko zaczęło się właśnie od opowiadań, które zostały zaprezentowane polskiemu czytelnikowi w tłumaczeniu Andrzeja Nowaka. Zbiór „Woda” bierze swój tytuł od pierwszego z opowiadań, w którym centralną rolę pełni podział wody dokonywany przez lokalnego mistis, tj. bogatego białego latyfundystę, między indiańskich comuneros. Pisarz opisuje zajścia w miasteczku San Juan z punktu widzenia małoletniego chłopca o białym kolorze skóry, który żyje razem z członkami komuny. To bardzo częsta forma narracji, którą Arguedas przyjmuje w swoich opowiadaniach. Ów mały chłopiec o odmiennym od otoczenia kolorze skóry to oczywiste nawiązanie pisarza do wątków z własnego życia. Opowiadania zebrane w części „Woda” odsłaniają kilka popularnych motywów i tematów, które peruwiański pisarz poruszał w swojej twórczości. Jednym z najważniejszych jest ukazanie skrajnie nierównego stosunku między bogatymi kreolami, a lokalnymi wspólnotami Keczua. Rasizm, dyskryminacja, przemoc i zastraszanie - to smutny obraz świat, w którym jednostka, posiadająca bogactwo, władzę i poczucie bezkarności, potrafi zastraszać i terroryzować z reguły pokornych mieszkańców ayllu (gmina, wspólnota Indian). W konflikcie tym Arguedas mocno staje po stronie poniżanych Keczua, czego daje wyraz wkładając w myśli chłopca-narratora żarliwą nienawiść do krzywdzących lud mistis. Tchórzostwo i bierność Keczua to problem niemal stale istniejący w opowiadaniach Arguedasa, który dostrzega przedziwną uległość rdzennej ludności wobec przedstawicieli kreolskiej warstwy rządzącej („Comuneros to tchórze; tylu ich jest, a boją się jednego obywatela.”). W opowiadaniu „Orovilca” temat ten zakamuflowany jest pod postacią konfliktu dwóch chłopców w szkole, w którym przeciwnicy symbolizują sprzeczność świat Keczua oraz kreolskiej elity. I tutaj sympatia młodocianego narratora jest po stronie Salcedo, a nie jego prześladowcy - Wilstera. W innym opowiadaniu („Warma kuyay”) panicz-chłopiec stara się pobudzić „królicze” serca comuneros do stawienia oporu wobec władzy lokalnych bogaczy nad andyjskimi komunami. Bezskutecznie. Indianin Keczua o imieniu Kutu, bohater tego opowiadania, opuszcza hacjendę, aby uniknąć otwartego konfliktu o kobietę z jej właścicielem. Z biegiem czasu można jednak zaobserwować pewną ewolucję poruszanych przez Arguedasa tematów. W pierwszych opowiadaniach widać postawę młodzieńczego buntu wobec społecznej niesprawiedliwości i skrajnie niekorzystnego położenia rodzimej ludności w Peru. W kolejnych następuje jednak stopniowe odejście od tego nieco idealistycznego i młodocianego buntu na rzecz prezentacji duchowości i obyczajów Keczua, czego najpiękniejszym przykładem jest utwór „Zgon Rasu-Niti”. W opowiadaniu tym Arguedas w niezwykle mistyczny sposób przedstawił odejście dansak'a - indiańskiego tancerza natchnionego przez samego Wamani, boga gór w mitologii Keczua. Umierający Rasu-Niti podejmuje tutaj swój ostatni taniec, aby przekazać swojemu ziemskiemu następcy ducha, który mieszka w jego ciele i prowadzi go w tańcu. Odejście starego i nastanie nowego dansak'a można zatem odczytywać jako proces przekazywania z pokolenia na pokolenie tradycji oraz obyczajów ludu. Muzyka i nierozerwalny z nią taniec jest bowiem bardzo istotnym elementem kultury andyjskiej, co zresztą można obserwować w czasie corocznego karnawału. W mojej ocenie opowiadanie to jest najlepszym z całego cyklu, choć jednocześnie też najmniej zrozumiałym dla europejskiego odbiorcy. Całkowitą zmianę klimatu zapowiada ostatnie opowiadanie z części „Woda”, które można potraktować jak wstęp do cykl powiązanych tematycznie opowiadań „Ludzka miłość”. Cykl ten to późny etap twórczości pisarza. Choć narratorem nadal jest tutaj mały chłopiec o imieniu Santiago, to jednak nie wyraża on już dziecinnego buntu wobec społecznej niesprawiedliwości, ani fascynacji obyczajowością Keczua, ale odsłania przed czytelnikami proces stopniowej inicjacji seksualnej. Tytułowa ludzka miłość jest tutaj potraktowana w swoim czysto cielesnym charakterze. Arguedas w czterech opowiadaniach ukazuje świat właśnie takiej miłości, opartej tylko i wyłącznie na zaspokojeniu fizycznych potrzeb. Zapewne i tutaj pisarz przemyca do swojej twórczości jakieś obserwacje z lat dziecięcych, ukazując dalekie od romantycznej otoczki zaspokajanie chuci w komunach Keczua. Widoczna w tych opowiadaniach brutalność i całkowita przedmiotowość stosunku seksualnego uderza we współczesnego czytelnika najmocniej. Od strony warsztatowej proza Arguedasa jest dość specyficzna, gdyż pełno w niej „keczuanizmów”, a więc wyrażeń i określeń zaczerpniętych z języka keczua. Na szczęście polski tłumacz zamieścił słowniczek, który wyjaśnia znaczenie użytych określeń. Do tego styl narracji zastosowany w opowiadaniach, w którym, jak już wspominałem, najczęściej pojawia się postać małego chłopca, jest pełen zdrobnień i typowo dziecięcego sposobu wyrażania się. Natomiast cały urok tych utworów skryty jest, z jednej strony, w egzotyce i folklorze poruszanych tematów, a z drugiej - w bardzo plastycznym oddaniu andyjskiego świata. Peruwiański pisarz nie tworzy tutaj przesadnie rozbudowanych opisów, ale te, które wychodzą spod jego pióra, są niezwykle sugestywne i ukazują tak inny od naszego świat Keczua: zapadłych andyjskich miasteczek, głębokich wąwozów z rwącymi rzekami czy górskich szczytów pokrytych śniegiem, do których osiadli u ich podnóży ludzie wznoszą swoje modły o pomyślność dla całego ayllu. To mistyczny świat, do którego na krótką chwilę zaprasza nas Jose Marii Arguedas. Zdecydowanie warto z tego zaproszenia skorzystać.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na81 rok temu
Raj José Lezama Lima
Raj
José Lezama Lima
Na początku był chaos, lawina słów, która poniósłszy mnie w niższe rejony akceptacji prozy kubańskiej, porzuciła sponiewierany umysł gdzieś na granicy zdziwienia i nieufności. Jednak po jakimś czasie nadeszło odprężenie a wraz z nim zainteresowanie wyłaniającymi się z abstrakcji nieco bardziej wyraźnymi obrazami. Mój sposób odbierania wrażeń musiał przywyknąć do światła, którym po rozsunięciu ciężkich zasłon niewiedzy uraczył mnie José Lezama Lima. Bo chociaż wspomniałem o danym mi przez kubańskiego pisarza wytchnieniu, to jednak lektura "Raju" stanowi ciężki orzech do zgryzienia. Zanurzyć się w filozoficznym traktacie to powiedzieć zbyt mało. Stanąć u źródeł kultury, to brzmi lepiej i pełniej wyraża moje odczucia. Odsłaniając prekolumbijską Amerykę jednocześnie z tajemnicami starożytnej Grecji, Lima miesza produkty swojej erudycji. Jego dzieło jest mistrzostwem wieloznaczności i bliżej nieokreślonych idei i takim właśnie pozostanie w mojej pamięci. Można powiedzieć, że to ekscentryk, budujący swoim monumentalnym językiem zupełnie nową erotykę. Wręcz poetycko zbliża się niebezpiecznie blisko zagadek seksualności, o których większość bogobojnych wolałaby zapomnieć. Ci z Was, którzy pamiętając o swoich pruderyjnych obawach będą woleli uniknąć zgorszenia, mogą spokojnie odłożyć na półkę, posiadającą falliczne zakusy książkę. Jednak o jej wysokiej jakości wcale nie świadczy jedynie wcale nieukrywana temperamentność. Posiadając setki wariantów wyobraźni, Lima wymaga od czytelnika aby ten miał ich tysiące. Pisarz arogancko prowokuje, wytacza na arenę słowa do walki ze wszystkimi niedowiarkami. Z wyżyn wiedzy sypią się pociski a kto przyjmie ich trafienia, ten popłynie na tej samej fali, co pozbawiony poprawności Kubańczyk. Cieszę się, że na moim literackim firmamencie zabłysła zaludniona postaciami sztuki gwiazda. "Raj" stanowi ogromną strefę wolną od bylejakości. Tu słowo bywa orężem i zatacza kręgi wokół osób z historii świata. Może przypomina to nieco iluzję, ale w byciu jej elementem jest bardzo do twarzy tej niestarzejącej się powieści. Bo jak można mówić o procesie starzenia, kiedy mamy do czynienia z niemającą końca opowieścią o kulistym kształcie. José Lezama Lima tak sprytnie żongluje wątkami narodzin i śmierci, że z czasem tracimy pamięć o początku i końcu. Metaforyczny talent dzieła Limy objawia się popisami erudycji nie do podważenia. W świecie kreolskiej magii jest też miejsce dla barokowego przepychu, rozjaśnionego zmysłowością rokoko. Tworząc nieskończoną ilość rozgałęzień kubański pisarz chce nas zgubić, ale tylko po to, żebyśmy po wyjściu ze wspaniałego labiryntu dali świadectwo istnienia rozległych systemów jego wiedzy. Niektórzy mówią, że to przeładowany ornamentami gmach. Inni, że kunszt Limy ginie w rozpryskujących się na miliardy cząstek alegoriach. A ja twierdzę, że przenośny sens "Raju" jest jego skarbem, że przypominające stonogi zdania przewalają się nad czytelnikiem niczym burza, która prędzej czy później przyniesie świeży oddech. Ponieważ gdy wzejdzie już słońce zrozumienia, to przenikając swymi subtelnymi odblaskami skołatany umysł czytelnika, wniesie nowość a być może i zauroczenie rajskością "Raju". Tak więc nie oskarżajmy Limy o fanfaronadę i zbytnią skłonność do dygresji. To wszystko się jednak przydaje i dzięki temu z tej książki możemy czerpać jak z rogu obfitości. Moc różnorodności, znaczeń, kpiarska werwa przy wtórze łacińskich sentencji. Wystarczy tylko śledzić i podziwiać te wszystkie konstelacje, stworzone ręką kubańskiego pisarza.
czytający - awatar czytający
ocenił na85 lat temu
Biała zapaść Horacio Quiroga
Biała zapaść
Horacio Quiroga
Zafascynowana serialem "Sto lat samotności" nakręconym na podstawie powieści Gabriela Garcii Márqueza (nie, nie czytałam jej jeszcze, wszystko w swoim czasie i nie - nie zawsze wyznaję zasadę "najpierw książka, potem film),zaczęłam przeszukiwać zasoby internetu w poszukiwaniu informacji o literaturze iberoamerykańskiej w nurcie realizmu magicznego. Znalazłam kilka pozycji, które chciałabym znaleźć w swojej bibliotece, ale przypomniałam sobie również o kupionej (na szczęście!) bez większego przekonania niepozornej pod względem objętości książeczce nieznanego mi dotąd autora. Książeczką tą jest właśnie zbiór opowiadań "Biała zapaść" Horacia Quirogi - pochodzącego z Urugwaju pisarza, którego życiorys robić może wrażenie i na moje oko byłby doskonałym materiałem na niezwykły, choć przejmujący film. Quiroga zasłynął jako autor opowiadań - zarówno dla dzieci, jak i - tak jest w tym przpadku - dla dorosłych. Często bohaterami jego utworów były zwierzęta i pojawiają się one i tutaj. Nie ukrywam, że właśnie opowiadania o nich stały się moimi ulubionymi. Ich niezwykłość wynika z faktu, że nadane zostały im ludzkie cechy, a próba przysposobienia do pozornie cywilizowanych warunków zawsze okazywała zgubna. Za tymi historiami czai się rzecz jasna morał, a nawet kilka: ludzie bywają potworami, próżno walczyć z naturą, a sprawiedliwość bywa okrutna. Znacząco skracam i upraszczam, ale te opowiadania naprawdę zasługują na przeczytanie. Otwierają bowiem na refleksję o tym jak i kosztem czego człowiek zagarnął dla siebie tyle przestrzeni. Pozostałe historie ujęły mnie nieco mniej z wyjątkiem "Trzech pocałunków", "Białej zapaści" i "Pięknej i bestii", w których nie brakuje i przestrogi, i specyficznego humoru, i dawki absurdu. Sądzę, że z literaturą latynoamerykańską polubię się na stałe i cieszę, że książki ponownie pozwalają mi badać nieznane dotąd miejsca... https://www.instagram.com/justynaczytuje/?hl=pl https://www.facebook.com/JustynaCzytuje
justynazwanaruda - awatar justynazwanaruda
oceniła na71 rok temu
Zieleń wszelka zginie Eduardo Mallea
Zieleń wszelka zginie
Eduardo Mallea
Zapomniana argentyńska mini-powieść z 1943 roku. Od razu na początku odpalam straszaka: to nie jest książka dla każdego. Niewiele tu dialogów, brak jakiejkolwiek akcji, a narrację spowija chmura pesymizmu i dusznej samotności. "Zieleń wszelka zginie" jest mało przystępna, ale momentami przejmuje do szpiku kości. Świetna rzecz. *** To historia tragiczna, z równie tragiczną bohaterką. Argentyńską wersją Antygony jest Agata Cruz, od samego już dzieciństwa schwytana w bezlitosne szpony samotności. Agata całkowicie dominuje w opowieści, którą snuje Mallea. To 35-letnia, ładna kobieta, której – jak się szybko okaże - przeznaczeniem jest cierpieć. Agata już od dzieciństwa oswaja się z samotnością. Jej matka umiera wcześnie, a ojciec – lekarz większość dnia spędza poza domem. Nawet przy wspólnych wieczornych posiłkach, milczą przez większość czasu, niczym obcy sobie ludzie. Gdy uroda Agaty rozkwita, jej figura i twarz natychmiast zaczynają przyciągać męskie spojrzenia. Wycofana bohaterka daje się namówić na związek z okolicznym rolnikiem, Nicanorem Cruzem. Nie dlatego, że go pokochała, a dlatego, że był najbardziej uparty. Przeprowadza się do domu Cruza, położonym na obrzeżach miasta. To tereny, gdzie wiecznie świeci słońce, a deszcze zdarzają się niezmiernie rzadko. Nicanor jest człowiekiem uczciwym i pracowitym, choć także małomównym i upartym. Nie potrafi się przyznać do błędu; gdy plony zostają kolejny raz zniszczone przez upał, nie dopuszcza do siebie myśli, by zrezygnować lub wyprowadzić się. Próbuje do skutku, przez kilka lat planuje budowę studni, która ma rozwiązać wszystkie problemy z rolą. Nie rozwiązuje. Załamany tym faktem, zamyka się jeszcze bardziej w sobie. Agata przeżywa deja vu – znów dni upływają jej w okrutnej ciszy, a powrót najbliższej osoby do domu paradoksalnie ją tylko pogłębia. Gdy wymaga tego sytuacja, zwracają się do siebie bezosobowo: „trzeba pojechać do miasta”, „należy pilnie naprawić xxx”, i tak dalej. Jej jedyną rozrywką stają się wieczorne spacery i rozmowy z przydrożnymi krzewami, które uparcie nie odpowiadają. Zupełnie jak jej mąż. "Kiedy z upływem lat jego argumenty nie zmieniały się, poczuła jad owej strasznej daremności, owej strasznej jałowości, którym ją zatruwał. I współczucie znikło. Już nie cierpiała z nim. Otwarła dla siebie swój własny rachunek cierpienia. I odtąd te dwie gorycze już tylko rozwidlały swoje drogi". Druga – nieco gorsza - część książki to pobyt Agaty w mieście. I znów podobny schemat: wciąż jeszcze młoda Agata pozwala, by życie przeciekało jej przez palce. Zamyka się w pokoju hotelowym, obserwuje z okna ruch na ulicy, a jedyną jej rozrywką są spacery. Spacery bierne, apatyczne. Szczytem aktywności jest wejście do księgarni i wąchanie zapachu nowych książek (uwielbiam!). Bohaterka przypomina mi "Człowieka w futerale" Czechowa - zaskorupiała, zamknięta w swojej twierdzy, niewrażliwa na bodźce zewnętrzne. W hotelu przyczepia się do niej dwulicowa plotkarka, niejaka Ema de Volpe. To właśnie de Volpe poznaje Agatę z grupką znajomych, wśród których wyróżnia się doktor Sotero. W hermetycznym pojemniku, w jakim zamknęła się Agata, pojawia się wyłom… Zaczyna coraz więcej czasu spędzać z Sotero. Jednocześnie wciąż jest wycofana, bojaźliwa, analizuje każdy gest i każde słowo. Chciałaby być szczęśliwa i dać szczęście, ale paraliżuje ją strach przed jego utratą. Blokują ją własne życiowe doświadczenia, śmiejąc się ordynarnie do ucha i przypominając nieustannie, że nigdy nie będzie szczęśliwa. "Zieleń wszelka zginie" prowokuje do zadawania pytań o naturę samotności. Czy Agata sama była sobie winna, czy może to parszywy los zesłał jej tyle cierpienia? Ale to nie jest tak, że biedna pani Cruz budzi tylko litość i współczucie. Mnie momentami straszliwie irytowała. Jest to bohaterka rozmemłana, uwikłana w niekończące się wewnętrzne dramaty. Wiecznie posępna. W pewnym momencie miałem ochotę zakrzyknąć za doktorem Sotero: „- Jak można żyć tak poza rzeczywistością! Po jakie licho to ciągłe zatrzymywanie się i analizowanie wszystkiego? Lepiej zabijać czas wyrywając mu to, co niesie, niż tracić go na bezużyteczne domysły”. Innego dnia Sotero słusznie pytał: „Dlaczego pozwala Pani przemijać życiu?” Z pewnością cierpiała, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nie zrobiła wszystkiego, co w jej mocy, by się z tej matni wydostać i że samobiczowanie sprawiało jej autentyczną frajdę. Mówimy o kobiecie, która nawet gdy się uśmiechała, to ponuro. Stworzenie kreacji pełnej sprzeczności, budzącej cały wachlarz różnych emocji, świadczy o wielkim talencie argentyńskiego pisarza, który dodatkowo potrafił utrzymać zainteresowanie czytelnika książką pozbawioną akcji; książką, którą dałoby się streścić w dwóch-trzech zdaniach. Co ciekawe, podobno Mallea wplatał te same postacie do innych książek; Agata Cruz pojawia się jeszcze w "Los enemigos del alma" ("Wrogowie duszy" - szkoda, że polskiego przekładu brak). Ciekaw jestem, jak to zrobił – czy pokazuje ją w tym samym czasie, lecz z perspektywy innej osoby, czy może poznamy jej przyszłość? Być może w innych utworach Mallea sięgnął po którąś z ledwie zarysowanych postaci drugoplanowych "Zieleni". Jest ich tu kilka: wspomniana Ema de Volpe, pulchny, odpychający „dokuczliwy karzeł” Romo – wspólnik doktora Sotero, ich znajome siostry Berlin, czy rozmowny, sympatyczny Caligosa - sąsiad Agaty i Nicanora. Ostatnią z takich postaci jest Estaurofilo – wychudzony, przygłupawy i milczący (a jakże!) służący państwa Cruz. ** Nie da się w przekonujący sposób pisać o samotności, jeśli się samemu jej nie doświadczyło. Jestem pewien, że Mallea dobrze znał jej smak. Autobiograficznych smaczków jest tu z pewnością więcej, na przykład akcję drugiej części książki Mallea umieścił w Bahía Blanca – czyli mieście, w którym przyszedł na świat i w którym spędził wiele lat swojej młodości.
MilczenieLiter - awatar MilczenieLiter
ocenił na81 rok temu

Cytaty z książki Pożegnania

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Pożegnania