Nowy Świat i okolice

Okładka książki Nowy Świat i okolice autora Tadeusz Konwicki, 9788367769839
Okładka książki Nowy Świat i okolice
Tadeusz Konwicki Wydawnictwo: Estymator literatura piękna
251 str. 4 godz. 11 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
e-book
Data wydania:
2023-11-27
Data 1. wyd. pol.:
1990-01-01
Liczba stron:
251
Czas czytania
4 godz. 11 min.
Język:
polski
ISBN:
9788367769839
Średnia ocen

6,9 6,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Nowy Świat i okolice w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Nowy Świat i okolice

Średnia ocen
6,9 / 10
90 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Nowy Świat i okolice

avatar
213
79

Na półkach:

Lubię ten typ literatury. Trochę zapiski pisarza, które jednak nie stały się dziennikiem. Bliskie to zapisowi strumienia świadomości. Na pewno jest to zapis pewnej epoki. Konwicki pozuje tu na starego człowieka, ale przecież ma dopiero 58 lat. W tamtych czasach średnio mężczyzna żył w Polsce około 64 lat. To znaczy, że dobiegając sześćdziesiątki, można było czuć kres życia. To zaś oznacza, że Konwicki nie pozował na zgrzybiałego starca. Czytając to dziś znamy dalszy ciąg sygnalizowanych przez autora wątków. Konwicki nigdy nie wyleczył się z Wileńszczyzny, mimo, iż wrósł w Warszawę. Sięgnąłem po tę książkę dla opisu tej Warszawy i tamtych czasów, które już sam pamiętam. To zresztą ciekawe, jak przypadkowo dobierane lektury układają się w jakiś sobie tylko wiadomy wzór. Nie spodziewałem się, że u Konwickiego "spotkam" Jarosława Rymkiewicza, a przecież ostatnio często wpada mi w ręce proza Rymkiewicza. Wygląda na to, że świat polskich artystów, był od zawsze mały. Wciąż przewija się parę tych samych nazwisk. Z tej perspektywy Warszawa zawsze była i pozostanie małym miastem. Nie tylko Warszawa. Konwicki wciąż napotykał ludzi z jego podwileńskiej młodości, od której oddzielały go przecież co najmniej dwa żywioły. Sowiecki kataklizm, który zalał tamte ziemie i nieubłagany upływ czasu. W jakiś sposób ten mały polski ciasny świat, staje się dla nas całym nieprzebytym wszechświatem.

Lubię ten typ literatury. Trochę zapiski pisarza, które jednak nie stały się dziennikiem. Bliskie to zapisowi strumienia świadomości. Na pewno jest to zapis pewnej epoki. Konwicki pozuje tu na starego człowieka, ale przecież ma dopiero 58 lat. W tamtych czasach średnio mężczyzna żył w Polsce około 64 lat. To znaczy, że dobiegając sześćdziesiątki, można było czuć kres...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
635
222

Na półkach: , ,

„Szarak wileński” a zarazem wnikliwy obserwator poczynań naszej rozbudowanej rodziny ludzkiej czyli Tadeusz Konwicki w dobrej formie, książka nie jest może tak świetna warsztatowo, jak „Kompleks polski”, gdzie pulsujący życiem i prawdą język na każdej stronie wibruje wileńską autoironią, jest giętki, soczysty i trudno się nim nasycić, nadal jednak jest to proza wartościowa, bogata w gorzką wiedzę, zaprawiona melancholijną rezygnacją, ujmująco autoironiczna.

„Nowy Świat i okolice” to książka ubrana w kostium dobrze znanej w wieku XIX wieczornej gawędy „przy kielichu, przy karafce, przy dzbanie”, zastępującej książki, kino, teatr, koncert, „jej właściwością, to znaczy jej smakiem, jej wdziękiem, powabem była swobodna kompozycja, a także pomieszanie materii, czyli epickiego budulca, może nawet jakiś pastiszowy ton, co oddawał sposób myślenia tych żubrów i odyńców puszczańskich. Ta pastiszowa inklinacja mnie też nie opuszcza i lubuję się nią, kiedy fałszywie, z litewska, piszę o swoich ułomnościach i niedolach.”

A zatem mamy opowieść o dolach i niedolach człowieczych, przyjaźniach dalekich i bliskich, literatach usiłujących przeskoczyć Szekspira i Dostojewskiego, Kolonii Wileńskiej - maleńkiej osadzie letniskowej na peryferiach Wilna, spacerach po Warszawie, wytwornej inteligencji Stanisława Cata-Mackiewicza, zwyczajach Iwana Konwickiego z domu Iwaszkiewicz czyli kota i samym życiu, co toczy się „niczym wiejski wóz po piaszczystej sierpniowej drodze”.

Z uwagi na lawinowy wzrost cen towarów i usług w naszym kraju, Tadeusz Konwicki stara się również pocieszyć czytelnika, zwracając uwagę na to, co nie kosztuje wiele ; )

„Przyglądając się pokraczności życia bliźnich dziwiłem się, że nie umieją powrócić na drogę prostoty, choć to takie łatwe. Że nie chcą żyć godnie, pięknie i rozumnie, choć to mało kosztuje.”

„Szarak wileński” a zarazem wnikliwy obserwator poczynań naszej rozbudowanej rodziny ludzkiej czyli Tadeusz Konwicki w dobrej formie, książka nie jest może tak świetna warsztatowo, jak „Kompleks polski”, gdzie pulsujący życiem i prawdą język na każdej stronie wibruje wileńską autoironią, jest giętki, soczysty i trudno się nim nasycić, nadal jednak jest to proza...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1389
1232

Na półkach:

Książka zawiera zapiski autora z połowy lat 80. Z tego powodu strawna będzie zapewne już tylko dla starszych czytelników. Najbardziej uderzające jest to, że autor wielokrotnie podkreśla, że czuje się staruszkiem, a nie ma wtedy nawet 60 lat (przeżył prawie 90!). To, oraz fakt, że w tym okresie swego życia spędzał czas samotnie, żona wyleciała na jakiś kontrakt do USA, no i żyje wtedy w czasach schyłku komuny, powodują, że lektura jest nie tylko refleksyjna ale i momentami depresyjna. Mimo wszystko czytało się dobrze, a kilka rozdziałów było naprawdę interesujących.

Książka zawiera zapiski autora z połowy lat 80. Z tego powodu strawna będzie zapewne już tylko dla starszych czytelników. Najbardziej uderzające jest to, że autor wielokrotnie podkreśla, że czuje się staruszkiem, a nie ma wtedy nawet 60 lat (przeżył prawie 90!). To, oraz fakt, że w tym okresie swego życia spędzał czas samotnie, żona wyleciała na jakiś kontrakt do USA, no i...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

245 użytkowników ma tytuł Nowy Świat i okolice na półkach głównych
  • 157
  • 88
60 użytkowników ma tytuł Nowy Świat i okolice na półkach dodatkowych
  • 46
  • 6
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Tadeusz Konwicki
Tadeusz Konwicki
Urodzony na wileńszczyźnie, polski prozaik, scenarzysta i reżyser. W latach 40-50. był jednym z głównych literatów i publicystów socrealistycznych, by już w połowie lat 50. odwracać się literacko i politycznie od socjalizmu i jego metod kontroli nad literaturą. Od lat 60. otwarcie zaczął narastać jego konflikt z komunistami i w końcu w 1966 zostaje wyrzucony z PZPR (do której wstąpił w 1952) za współudział w liście protestacyjnym do władz w związku z usunięciem z PZPR prof. Leszka Kołakowskiego. Po 1976 publikował w wydawnictwach II obiegu i londyńskich. Obecnie mieszka w Warszawie. Był członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Czytadło Tadeusz Konwicki
Czytadło
Tadeusz Konwicki
W powszechnym rozumieniu czytadło, to książka niezbyt wysokich lotów, którą zwykle zapomina się zaraz po przeczytaniu. Książka Konwickiego nie spełnia jednak tego kryterium do końca. Wprawdzie czyta się ją dość łatwo, ale pod powierzchnią zdań znajdują się głębsze znaczenia. Czy autor celowo nadał jej taki tytuł, który zniechęci przypadkowego czytelnika, a nieprzypadkowy doceni zawartość? Na początku tej książki czułam się zdezorientowana. Śledzimy losy pewnego niemłodego (ale i nie starego) mężczyzny, który trafia na imieniny znajomych. Tam poznaje młodą dziewczynę, która w wyniku pewnych wydarzeń ląduje martwa w jego mieszkaniu. Nie zdradzam tu zanadto fabuły, ponieważ czytelnik dowiaduje się o tym już na samym początku książki. Kto zabił? W wyniku tej zaskakującej dla bohatera śmierci, jego życie zaczyna się toczyć w równie zaskakujący sposób. Rano, po feralnej nocy, budzi go policja. Ale jak zorientowali się tak szybko, że dziewczyna nie żyje? Wszyscy wydają się wiedzieć o głównym bohaterze wiele, jeśli nie wszystko. Skąd? A przede wszystkim, kto zabił, bo przecież nie on. Kolejne wydarzenia teoretycznie rzucają coraz więcej światła na całą sprawę, a jednocześnie coraz bardziej zaciemniają sytuację. Absurdalne wydarzenia następują jedno po drugim. Bohater próbuje cokolwiek zrozumieć (także siebie). W końcu się poddaje i po prostu podąża za przypadkowo spotkanymi (a jednak nieprzypadkowymi) ludźmi, których poznaje w trakcie śledztwa na swój temat. Każdy napotkany człowiek okazuje się mieć drugą twarz, być kimś innym, niż się na początku wydawało. Komisarz policji, który prowadził sprawę tego morderstwa okazuje się być politycznym szurem. Prezydent, czyli kolega z celi o wyglądzie żula, przeradza się w filozofa, zaangażowanego politycznie podobnie jak policjant. I wszystko się ze sobą łączy, a wszyscy się znają. Polska lat 90. Absurd goni absurd. Cały czas miałam wrażenie, ze ledwo nadążam z fabułą, że gdzieś giną mi całe watki. Zupełnie jak głównemu bohaterowi. Ktoś jednego dnia nie żył, drugiego żyje. Później jednak się okazuje jeszcze coś innego. Komisariat policji przypomina miejsce schadzek, gdzie każdy ma wstęp. Wszyscy politykują, filozofują, dociekają. A ja ciągle miałam wrażenie, że pomiędzy słowami kryje się jakiś niedostępny dla mnie sens. Zdania mają podwójne znaczenia, które nie tylko odnoszą się do fabuły, ale i do czegoś więcej. Wydaje się, że wszystko jest jakimś odniesieniem do zmian politycznych w Polsce na początku lat 90. Zresztą wtedy Konwicki tę książkę napisał. Aluzje jednak nie były dla mnie zupełnie jasne. Jakby mi umykał główny sens. Kto zabił? Kogo? I po co? A może wcale nie muszę tego do końca rozumieć i faktycznie potraktować tę książkę jako czytadło?
PrzeCzytana - awatar PrzeCzytana
oceniła na64 lata temu
Życie towarzyskie i uczuciowe Leopold Tyrmand
Życie towarzyskie i uczuciowe
Leopold Tyrmand
Leopold Tyrmand to wyjątkowy pisarz, którego życie można by pomylić z legendą. Jazzman z krwi i kości, dandys na przekór epoce siermiężności, intelektualista z ostrzem zamiast pióra i w kolorowych skarpetkach. Jednak Tyrmand przede wszystim był nonkonformistą. Życie towarzyskie i uczuciowe pokazuje, że za tą powszechnie znaną maską krył się pisarz o czułej wrażliwości społecznej i odwadze, jakiej nie mieli jego rówieśnicy z warszawskich kawiarni, redakcji i salonów literackich. Ta książka jest zarówno kroniką, jak i moralnym aktem oskarżenia. Napisana wiele dekad temu, książka nie tylko nie zestarzała się, ale także dziś brzmi jeszcze dobitniej. Tyrmand pokazuje Warszawę powojenną, ale nie tę, którą odbudowywano z gruzów cegła po cegle. On portretuje „warszawkę”, czyli środowisko inteligencji twórczej, które zamiast odbudowywać kulturę, budowało sieć układów, donosów, przysług i zdrad. Autor bezwzględnie obnaża hipokryzję literatów, dziennikarzy i filmowców, którzy oddali ducha niezależności w zamian za skrawki prestiżu, talony na mięso i miejsce w kolejce do wydawnictwa. Tyrmand nie zostawia suchej nitki na nikim. Jego bohaterowie to groteskowe karykatury intelektualistów, którzy w trosce o własne bezpieczeństwo i wygodę byli lojalni wobec władzy. Każdy z nich to zbiór cech żenujących i tragicznych zarazem: sprzedajność, próżność, zawiść, płytkość emocjonalna. Jest to dzieło literacko dopracowane, ironiczne, pełne celnych, błyskotliwych obserwacji i znakomitej frazy. Styl Tyrmanda jest mistrzowski – skrzy się dowcipem, a jednocześnie uderza siłą moralnej diagnozy. Autor nie unika patosu, ale zawsze go równoważy sarkazmem. Każde zdanie tej powieści jest pelne celnej prawdy, czy to w opisie postaci, wnętrza kawiarni, czy rozmowy między prominentami. Tyrmand posiada rzadki dar: nie musi wymyślać postaci, by je ośmieszyć – wystarczy, że mówi prawdę. Prawda ta jednak nie jest przezroczysta – jest bolesna, wyostrzona, bezlitosna. W jego oczach nie ma litości, ale jest coś ważniejszego: niezgoda na kompromis moralny. Nie udało się wydać tej książki w Polsce Ludowej. To chyba najlepiej świadczy o jej sile. To była bomba podłożona pod fundamenty całego systemu wzajemnych zależności i milczeń, które cementowały ówczesną inteligencję. Jej fragment opublikowany w paryskiej „Kulturze” wywołał skandal, bo Tyrmand nie zadowalał się ogólnikami – pisał zbyt celnie, zbyt prawdziwie, zbyt boleśnie. Po lekturze tego fragmentu, każdy wiedział o kogo chodzi, kim jest dana postać. Dziś, znając nazwiska agentów, donosicieli, koniunkturalistów i moralnych oportunistów tamtych lat, czytamy tę książkę inaczej. Nie jako satyrę, lecz jako dokument epoki. A jednocześnie jest to bezlitosne świadectwo tego, jak łatwo środowiska twórcze porzucały etos na rzecz oportunizmu i wygody. Ta lektura boli – bo nie jest tylko opowieścią o tamtych czasach. To ostrzeżenie, że systemy upadają, ale mechanizmy konformizmu pozostają. W epoce mediów społecznościowych, w której „warszawkę” zastąpiły inne bańki wpływu i autopromocji, Życie towarzyskie i uczuciowe zyskuje nowy wymiar. Tyrmand pokazuje, że prawdziwe zniewolenie zaczyna się nie od cenzury, ale od kompromisu z własnym sumieniem. Ta powieść jest jak lustro – stawia pytanie: czy ty także nie sprzedałeś się za akceptację, lajki, miejsce przy stole? Szczególnie istotne teraz, po wyborach, w obliczu, tego co się dzieje w Polsce. Życie towarzyskie i uczuciowe to książka wyjątkowa. Nie tylko przez swoje literackie walory, ale przez odwagę i moralny ciężar. To świadectwo jednego z najinteligentniejszych buntowników polskiej literatury XX wieku. Tyrmand nie tyle opisuje rzeczywistość – on ją obnaża, stawia pytania, których nikt inny nie odważył się postawić. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć nie tylko PRL, ale i mechanizmy społecznej zdrady, które mogą działać w każdej epoce. Rzadko zdarza się książka, którą czyta się z zachwytem – i z bólem jednocześnie. Polecam, boleśnie aktualne. https://www.instagram.com/pasje_fascynacje_ksiazkowe/ https://www.facebook.com/profile.php?id=100063563404614
AnetaMaciejewska - awatar AnetaMaciejewska
oceniła na1010 miesięcy temu
Lekcja martwego języka Andrzej Kuśniewicz
Lekcja martwego języka
Andrzej Kuśniewicz
William Faulkner był pisarzem postępującej katastrofy, toksycznego koloidu przeszłości oraz teraźniejszości. W „Rodzinnej Europie” Czesław Miłosz celnie zauważył, że to zaważyło na estymie, jaką amerykański literat cieszył się (na czas pisania swojego skądinąd znakomitego eseju, tj. 1959; bo kto dzisiaj wie kto to był Faulkner?) nad Wisłą. Oczywiście zaciążyło to – wg wielu znawców – na sukcesie Włodzimierza Odojewskiego czy (w bliższej nam perspektywie czasowej) „Golema” Macieja Płazy, ale jako wielbiciel Faulknera nie do końca się z tą tezą zgadzam. Zarówno Odojewski jak i Płaza nie są epigonami; przekonywanie o wielkości pisarstwa Odojewskiego jest zbyteczne, z kolei Płaza, mimo używania podobnych narzędzi literackich co amerykański noblista, w przywołanej wyżej powieści jest też silnie singerowsko-lovecraftowski (to moja opinia, a także komplement). Dzięki temu obie pozycje operują w innych rejestrach, jakkolwiek serwują czytelnikowi podobnie przygnębiającą aurę postępującej degeneracji świata. Kuśniewicz na pierwszy rzut oka jest kolejnym z pogrobowców Faulknera. Obawiam się, że dla wielu literaturoznawców wystarczy stosowanie długich zdań, zredukowanie dialogów do absolutnego minimum (niekiedy oznaczającego zero) oraz poruszanie się w technice strumienia świadomości, by wysnuć takie porównanie. Cóż za krzywdzące uproszczenie; długimi zdaniami posługiwał się też Tomasz Mann, można pozornie zachować dialogi, które dialogami nie są (Witkacy w „Pożegnaniu jesieni),z kolei każdy strumień świadomości, z racji silnego intersubiektywizmu, jest czymś odrębnym od innego strumienia. „Lekcja martwego języka” to unikat, bowiem w swej strukturze tworzy pewien łańcuch impresji powiązanych dość luźną więźbą (np. gdy porucznik Kiekeritz widzi torbę konduktorską w przedziale wodzi ją daleko w przestrzeń i czas, po czym z kolejnego skojarzenia idzie w kolejne skojarzenie, itd. – dlaczego, zdradza niestety skandaliczny opis serwisu, który odsłania prawie wszystkie karty jeszcze przed lekturą, jak tak można). Jest unikatowa, bowiem tworzy kalejdoskopiczny obraz psychicznej i moralnej degradacji, nie wwiercając się tak głęboko w strukturę psychiczną bohatera (Odojewski),nie odnosi się ze szczególarskim pietyzmem do postaci drugoplanowych (Faulkner),nie wyjaśnia hermetycznego świata jego własnymi terminami (Płaza). Pejzaże okrucieństwa wymieszane z pełnymi wdzięku impresjami natury czy mitami tworzonymi w głowie porucznika (niewątpliwego estety w wąskim tego słowa sensie) to zaledwie migawki, piękne miniatury, szkatułka wspomnień i szkiców wspomnień pojawiających się niby bez celu, a tak naprawdę by naświetlić, z jak drobnych okruchów składa się człowiek stojący u progu gnijącego świata. „Lekcja martwego języka” przez obraz społecznego bankructwa I wojny światowej, podeptanych idei i skundlonych ludzi stawia pytanie ile po nas zostanie, ile warta jest sztuka, ludzkość, jednostka w kontekście Wielkiej Erozji. Kuśniewicz, poza pieczołowitym, do granic perfekcji wymuskanym językiem, doskonale opanował również technikę inwersji czasowej (i tu wreszcie można zestawić go z Faulknerem). Bo ile człowiek ma minut wiedząc że wszystko ginie i o czym myśli, licząc ostatnie sekundy? Czy w głowie zostają wielkie idee, figura efeskiej Diany, czy też pozornie bezcelowe migawki, które nie mają początku, końca, związku ani znaczenia? Co rodzi się w obliczu wszechogarniającej klęski? Dlaczego język, którym mówimy całe życie nagle okazuje się martwy? Upadek nie musi być stopniowy, jak w „Marszu Radetzky’ego” Rotha lub jedynie sygnalizowany jak w „Soli ziemi” Wittlina (powołując się na inne świetne pozycje dot. I wojny w cesarsko-królewskiej monarchii). Może być taki, że człowiek dosłownie w ostatniej chwili uświadamia sobie, że przegapił własne istnienie. „Andrzej Kuśniewicz swą pasję literacką realizował dwutorowo: lewą ręką ochoczo spisywał donosy na swoich kolegów, prawej używał zaś do tworzenia literatury rozumianej bardziej tradycyjnie” – że przytoczę cytat z jednego z wpisów na portalu. Prawicą uczynił przynajmniej jedną wybitną rzecz.
Yarek44 - awatar Yarek44
ocenił na91 rok temu
Zawał Miron Białoszewski
Zawał
Miron Białoszewski
" Jest 11 rano, 28 listopada. Strach? Pomyślałem, że może tym razem jeszcze nie umrę ". Tym razem rzeczywiście, autor jeszcze nie umarł, zmarł dopiero po kolejnym zawale w 1983 roku. Tym razem trafił do szpitala i następnie do sanatorium w Inowrocławiu. I o tym właśnie jest ta książka. Autor, poeta zdaje w niej relację, fabularyzowaną z pobytu tamże i tamże też. Książka dość ciekawa do przeczytania, dla tych, co znają tamte czasy, ale i dla tych, dla których kupowanie jedynego obecnego wzoru piżamy w całym mieście, czy jednego, jedynego kieliszka bez nóżki w sklepie, jest pewną egzotyczną impossible. Pan Miron opisuje więc szpital i zapasy przynoszone przez rodzinę i trzymane między oknami, bo brak lodówki i watę również przynoszoną przez rodzinę, bo szpital nie miał, którą pacjenci darowali szpitalowi do ustrojenia choinki na święta i inne pewnie, dla niektórych dziwne ciekawostki. Teraz trochę prywaty. Ta wata na choinkę przypomniała mi sytuację, tuż sprzed pandemii, kiedy moja ciocia leżała w szpitalu po zabiegu i szpital nie miał dla niej potrzebnych jej leków. Kuzyn dostał pięknie wypisaną przez lekarza receptę i sam musiał te leki kupić w aptece, oczywiście na własny koszt i zanieść do szpitala dla cioci... Zostawię ten fakt bez komentarza. Jednak nie samymi zabiegami i tematami ściśle leczniczymi człowiek przecież żyje. Opisuje więc Białoszewski to, co robił poza szpitalem. Spacery, wypad do teatru, parki i obserwowane w nich kaczki, gołębie. Sprawili sobie nawet taką atrakcję w sanatorium jak wywoływanie duchów. Pewnym "zapomnianym" już faktem jest zapewne wspomnienie autora, o rozbitej w oknie szybie i o tym jak to nie mógł się doprosić pracujących obok na korytarzu robotników, by mu tę szybę wstawili. Kiedyś fizyczny robotnik to był KTOŚ 😁 Na uwagę zasługuje też język autora, którym się posługuje, chociażby dla opisu, na przykład jednej z kuracjuszek: "Młodawa, duża pani w sweterku i w spodniach obciśniętych na wydatnym środku postaci, obracała się szybko w koło i na boki jak i jej szczupły młodawy partner. Najbardziej zdziwiło jej pochylenie z wypiętego profilu, szczupłe nogi, duży brzuch i pupa załapana w sylwetę ruchliwą, uważną. Stopy jej starannie kręciły się i dreptały dodatkowo luzem, trzymając się drewniaków. Popiersie tej pani, przy całej obrotności było nieruchome." Reasumując, fajnie przeczytać, ale gorzko skonstatować, że mimo upływu ponad 40 lat (pierwsze wydanie książki miało miejsce w 1977 r.) w tak zwanej "służbie" zdrowia nic się nie zmieniło, a jeśli nawet, to raczej nie na lepsze.
Żona_Pigmaliona - awatar Żona_Pigmaliona
oceniła na64 lata temu

Cytaty z książki Nowy Świat i okolice

Więcej
Tadeusz Konwicki Nowy Świat i okolice Zobacz więcej
Tadeusz Konwicki Nowy Świat i okolice Zobacz więcej
Tadeusz Konwicki Nowy Świat i okolice Zobacz więcej
Więcej