Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny

Okładka książki Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny autora Jakub Gałęziowski, 9788367075350
Okładka książki Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny
Jakub Gałęziowski Wydawnictwo: Krytyka Polityczna Seria: Seria Historyczna [Krytyka Polityczna] reportaż
512 str. 8 godz. 32 min.
Kategoria:
reportaż
Format:
papier
Seria:
Seria Historyczna [Krytyka Polityczna]
Data wydania:
2022-10-19
Data 1. wyd. pol.:
2022-10-19
Liczba stron:
512
Czas czytania
8 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
9788367075350
Średnia ocen

7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny

Średnia ocen
7,3 / 10
40 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny

avatar
3
1

Na półkach:

Spodziewałam się więcej insightu, ustnych przekazów i świadectw, jednak książka skupia się na archiwach i dokumentach. Doceniam i podziwiam pracę autora jednak trudno się czyta książkę pisaną tak, jak praca licencjacka/magisterska. Jeżeli ktoś tak jak ja, poszukuje czegoś w rodzaju reportażu to w tej pozycji tego nie znajdzie.

Spodziewałam się więcej insightu, ustnych przekazów i świadectw, jednak książka skupia się na archiwach i dokumentach. Doceniam i podziwiam pracę autora jednak trudno się czyta książkę pisaną tak, jak praca licencjacka/magisterska. Jeżeli ktoś tak jak ja, poszukuje czegoś w rodzaju reportażu to w tej pozycji tego nie znajdzie.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
2810
1396

Na półkach: ,

Bardzo mocna, rzetelna i zarazem poruszająca pozycja. O dzieciach urodzonych z powodu wojny, zwłaszcza w wyniku gwałtu, mało się mówi, a przecież dla wielu z nas to element rodzinnej historii (moja prababcia też wróciła z robót w Niemczech jako samotna matka). Gałęziowski przywraca ludzkie historie i pokazuje poplątane losy. Co więcej - pozycja jest naprawdę obiektywna, nie daje się wciągnąć w wojny światopoglądowe i pokazuje różne spojrzenia na takie problemy jak właśnie urodzenie dziecka z gwałtu, aborcja, sterylizacja, stanowisko Kościoła. Bardzo polecam.

Bardzo mocna, rzetelna i zarazem poruszająca pozycja. O dzieciach urodzonych z powodu wojny, zwłaszcza w wyniku gwałtu, mało się mówi, a przecież dla wielu z nas to element rodzinnej historii (moja prababcia też wróciła z robót w Niemczech jako samotna matka). Gałęziowski przywraca ludzkie historie i pokazuje poplątane losy. Co więcej - pozycja jest naprawdę obiektywna, nie...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
105
105

Na półkach:

Książka historyczna, bardzo wymagająca i szczegółowa w swojej formie, co wyraźnie spowolniło moje czytanie. Same kwestie dotyczące uszczegółowienia definicji zajmują 100 stron- doceniam tytaniczną pracę autora, pracę ze źródłami i docieranie do tych wszystkich informacji, ale skłamałbym mówiąc, że dobrze mi się to czytało. Na pewno warto się przekonać na własną rękę, bo jednak temat jest do tej pory nieobecny z szerszym dyskursie, a autor dobrze tłumaczy wszystkie zawiłości i uwarunkowania historyczne.

Książka historyczna, bardzo wymagająca i szczegółowa w swojej formie, co wyraźnie spowolniło moje czytanie. Same kwestie dotyczące uszczegółowienia definicji zajmują 100 stron- doceniam tytaniczną pracę autora, pracę ze źródłami i docieranie do tych wszystkich informacji, ale skłamałbym mówiąc, że dobrze mi się to czytało. Na pewno warto się przekonać na własną rękę, bo...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

301 użytkowników ma tytuł Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny na półkach głównych
  • 245
  • 50
  • 6
34 użytkowników ma tytuł Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny na półkach dodatkowych
  • 9
  • 6
  • 5
  • 4
  • 4
  • 3
  • 3

Inne książki autora

Okładka książki Wyłom w systemie? Firmy polonijne w PRL Jakub Gałęziowski, Martin Gumiela, Krzysztof Jasiecki, Mariusz Jastrząb, Jerzy Kochanowski, Lars Fredrik Stöcker, Stephanie Weismann
Ocena 0,0
Wyłom w systemie? Firmy polonijne w PRL Jakub Gałęziowski, Martin Gumiela, Krzysztof Jasiecki, Mariusz Jastrząb, Jerzy Kochanowski, Lars Fredrik Stöcker, Stephanie Weismann

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Czternasta od końca. Opowieści o współczesnej Ukrainie Mykoła Riabczuk
Czternasta od końca. Opowieści o współczesnej Ukrainie
Mykoła Riabczuk
W swojej książce „Czternasta od końca. Opowieści o współczesnej Ukrainie”, Mykoła Riabczuk – jeden z najbardziej przenikliwych ukraińskich intelektualistów – kreśli obraz ojczyzny stojącej na krawędzi dwóch światów. Autor, rezygnując z chłodnego dystansu badacza, wybiera formę osobistego eseju, który pulsuje emocjami i aktualnymi lękami. Obserwacje i treść rozdziałów Riabczuk buduje narrację z krótkich, lecz gęstych znaczeniowo tekstów. Każdy rozdział to inna perspektywa na ukraińską codzienność, w którą brutalnie wdziera się Wielka Historia. Autor zaczyna od analizy tytułowych rankingów – owa „czternasta lokata od końca” w zestawieniach dotyczących m.in. szczęścia czy dobrobytu staje się pretekstem do rozważań nad zbiorową traumą i postkolonialnym kompleksem niższości. Rozdziały poświęcone językowi i kulturze pokazują dramatyczne zmagania z rosyjską dominacją, podczas gdy fragmenty o „europejskich aspiracjach” odsłaniają naiwność, ale i determinację społeczeństwa. Riabczuk z chirurgiczną precyzją rozcina tkankę ukraińskiej mentalności, pokazując, jak trudno wykorzenić nawyki odziedziczone po systemie radzieckim. Kluczowym wnioskiem autora jest stwierdzenie, że Ukraina nie jest już „młodszą siostrą” Rosji, ale pełnoprawnym, choć wciąż krwawiącym organizmem, który w bólach rodzi swoją nową tożsamość. Riabczuk dowodzi, że wojna, choć niszczycielska, paradoksalnie stała się fundamentem jedności narodowej. Jego diagnoza jest słodko-gorzka: Ukraina to kraj gigantycznego potencjału ludzkiego, który wciąż musi walczyć z wewnętrznym „cieniem” korupcji i marazmu. Plusy i minusy (Ocena: 7/10) Mocne strony: Intelektualna uczciwość: Riabczuk nie ucieka w patriotyczny patos; jest wobec własnego narodu surowy, co nadaje książce ogromną wiarygodność. Aktualność i kontekst: Doskonale tłumaczy polskiemu czytelnikowi niuanse, których nie wyłapią media informacyjne – np. dlaczego kwestia języka jest kwestią bezpieczeństwa narodowego. Eseistyczna swoboda: Książkę czyta się lekko, mimo ciężaru poruszanych tematów. Słabe strony: Brak spójności: Jako zbiór tekstów pisanych w różnym czasie, książka bywa nieco chaotyczna i brakuje w niej jednej, domykającej klamry. Publicystyczny charakter: Niektóre diagnozy mogą zestarzeć się szybciej niż klasyczna literatura faktu, tracąc na znaczeniu wraz ze zmianą sytuacji na froncie. Podsumowując, to lektura obowiązkowa dla tych, którzy chcą wyjść poza nagłówki gazet i zrozumieć duszę współczesnej Ukrainy. Choć bywa niespójna, nadrabia to pasją i trafną analizą procesów społecznych.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na71 miesiąc temu
Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym Jakub Szymczak
Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym
Jakub Szymczak
„A nie jest to zwykły sąd. Nie może skazać na więzienie, karę śmierci, grzywnę pieniężną. Może za to potępić. Wydalić ze społeczności żydowskiej. Dać naganę. Dla niektórych to o wiele gorsze niż śmierć”*. Druga wojna światowa jeszcze trwała, gdy na wyzwolonych terenach, Centralny Komitet Żydów w Polsce powołał Żydowski Sąd Społeczny. Celem jego działania było (ewentualne) piętnowanie tych, którzy w czasie okupacji splamili się współpracą z Niemcami. Sprawy rozpatrywane przez Żydowski Sąd Społeczny, w pewnym sensie sąd honorowy, nie dotyczyły zwykłych przestępstw, którymi zajmowały się sądy zwyczajne, państwowe, ale spraw zasadniczych: dobra i zła, dopuszczalnej granicy walki o przetrwanie. Ten niespotykany nigdzie indziej sąd dysponował własnymi, szczególnymi rodzajami kar: a) upomnienie, b) nagana, c) napiętnowanie, d) zawieszenie w prawach na okres od jednego roku do trzech lat, oznaczające utratę prawa wybieralności i wybierania do instytucji samorządu żydowskiego, e) wykluczenie ze społeczności żydowskiej. Autor przedstawia w swojej publikacji głównie i obszernie sprawę Michała Weicherta, działacza Żydowskiej Samopomocy Społecznej (problem w tym, że tę organizację powołali do życia Niemcy),sprawę Wiery Gran (śpiewaczka, występująca w getcie),sprawę Szapsela Rotholca, znanego przed wojną boksera i żydowskiego policjanta, tzw. odemana, w getcie, oraz krócej wiele, wiele innych. Na każde żądanie Niemców odemani byli zobowiązani dostarczyć na Umschlagplatz (niem. punkt przeładunkowy, tu: miejsce zgromadzenia Żydów wysyłanych z getta do obozu) określoną liczbę osób – liczono je zwykle „od łebka”, bo nie było ważne, czy są młodzi, czy starzy, kobiety, czy mężczyźni, dorośli, czy dzieci – i tak odjeżdżali zwykle do pieców krematoryjnych w jakimś bozie koncentracyjnym; liczyła się liczba sztuk. Podczas procesów przed Żydowskim Sądem Społecznym wszyscy lub prawie wszyscy odemani twierdzili, że tego rozkazu Niemców nie wypełniali, łebków na Umschlagplatz nie doprowadzali. Wydaje się to w oczywisty sposób niemożliwe, transporty przecież odjeżdżały, ale to nie jest i nie może być dowodem w sprawie konkretnej osoby. A świadkowie? Większość dawno straciła życie. Zasygnalizuję jeszcze jeden problem w ocenie i sądzeniu spraw z czasów okupacji i gett. „Nie udało mu się uciec, gdy likwidowano getto. Jego kryjówkę wykryto, natychmiast trafił do Auschwitz. Był sprytny, wciąż młody i sprawny. Znalazł sobie pracę. W jednej z fabryk w obozie był odpowiedzialny za nadzór nad suwnicą. Sam opowiadał później o tym, jak jeden z więźniów doprowadził do awarii i groziła mu śmierć. Chaskiel najpierw uprosił niemieckiego żołnierza, by nie zabijał tego więźnia, bo przyda się on do pracy, a następnie demonstracyjnie go skatował. Ale ocalił mu życie. Sam również dzięki pracy przeżył do końca istnienia obozu w Auschwitz”*. Czy Chaskiel bił więźnia? – Owszem, tak. Czy Chaskiel uratował więźniowi życie? – Owszem, tak. A jeżeli umowy z Niemcem nie słyszał lub nie rozumiał żaden świadek ani zainteresowany więzień (bo może stał za daleko, może nie znał niemieckiego),to kto w tych warunkach zdecyduje, czy Chaskiel był bohaterem, czy kanalią i szują? Czyja wersja będzie się liczyć bardziej? Tego typu dylematów opisanych jest w książce Szymczaka wiele. Żydowski Sąd Społeczny przy pierwszych swoich sprawach był niezwykle surowy, nawet jeśli sąd państwowy uwolnił oskarżonego od winy i kary. Szybko jednak jego członkowie stracili rezon i pewność siebie w szafowaniu wyrokami, bo wiele postaw i zachowań Żydów nie było ani proste, ani jednoznaczne. Czasy i warunki też odbiegały zdecydowanie od jakiejkolwiek normalności. Publikacja nie jest może porywająca, ale dostarcza solidnej wiedzy o czasach, okolicznościach, postawach, wyborach Żydów wobec innych Żydów podczas wojny i okupacji. --- Jakub Szymczak, „Ja łebków nie dawałem”, wyd. Czarne, rok 2022.
Meszuge - awatar Meszuge
ocenił na73 miesiące temu
Pieprzyć wstyd. Historia rewolucji seksualnej Ewa Wanat
Pieprzyć wstyd. Historia rewolucji seksualnej
Ewa Wanat
Na taką książkę Polacy, niezależnie od tożsamości płciowej, czekali przez dziesięciolecia. I doczekali się! Ewa Wanat, znana dziennikarka napisała w 2022 roku przełomową książkę pt. „Pieprzyć wstyd. Historia rewolucji seksualnej”, wydaną dzięki zaangażowaniu Wydawnictwa Filtry, która w prosty i przystępny sposób przeprowadzi Nas przez dziesięciolecia przemian w pojmowaniu seksualności aż do czasów tytułowej rewolucji, która zaczęła się na Zachodzie, ale objęła swoim zasięgiem znacznie większe obszary. Amerykańskie korzenie rewolucji seksualnej sięgają lat 60.-tych XX wieku, jednak na Naszym kontynencie zaczęła się ona nieco później, w mieście zwanym „burdelem Europy”. To Berlin nadał tempa przemianom w niemieckiej mentalności i właśnie o tych przeobrażeniach przeczytamy na kartach tej wyjątkowo pieprznej narracji. Nie brak tu m.in. odniesień do amerykańskiego „Lata miłości”, opisów popularnych komun, funkcjonujących również w Europie, informacji dotyczących akceptowanego niegdyś zjawiska pedofilii czy rozważań na temat roli rodziny i jej seksualności na przestrzeni wieków. Dziennikarka posłużyła się wyjątkowo fachowym słownictwem. Precyzyjnie nazwała różne orientacje seksualne, wspomniała o rozmaitych parafiliach, zręcznie oddzieliła erotyzm od pornografii i, co ważne, wykazała się ogromną wiedzą na temat crossdresserów i ich życia w świecie zdominowanym przez uprzedzenia. Jako mieszkanka Berlina wiele danych do tej książki pozyskała niemal „z pierwszej ręki” a o seksie opowiadała tak ciekawie, że, ku mojemu zdumieniu, wprost nie mogłam się oderwać od lektury. I będę ją polecać każdemu, kto szuka rzetelnej, opatrzonej imponującą bibliografią pozycji, w której seks nie jest tematem tabu a źródłem inspiracji do rozważań na temat kondycji współczesnego społeczeństwa. Jeśli chcecie sięgnąć po tę książkę, musicie najpierw porzucić tytułowy wstyd i stereotypy na temat seksu, by móc czerpać prawdziwą przyjemność z tej ważnej dla zjawiska seksualności lektury. I choć narracja pewnie nie raz wprawi Was w osłupienie, to koniecznie przeczytajcie ją do końca, bo zdecydowanie jest tego warta!
z_kultury_ - awatar z_kultury_
ocenił na101 rok temu
Dookoła. Pieszo po obrzeżach Berlina Paul Scraton
Dookoła. Pieszo po obrzeżach Berlina
Paul Scraton
Miasto pośrednie – berlińskie obrzeża „To podczas martwych dni między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, gdy Berlin wydaje się opuszczony, zanim wszyscy wrócą na wystrzałowego i hucznego sylwestra, kupiłem mapę. Rozłożyłem ją na kuchennym stole i zacząłem wytyczać przybliżoną trasę. Dziesięć wędrówek. Dziesięć tygodni. Wydawało się to niezbyt skomplikowane”. Każde miasto ma swoje charakterystyczne miejsca, z których jest najbardziej znane. Ich zobaczenie stanowi punkt obowiązkowy każdej szkolnej wycieczki, na ich tle niezliczone tłumy turystów robią sobie zdjęcia. Wszyscy wiemy, co mam na myśli. Most Karola w Pradze, Sukiennice i Wawel w Krakowie, Koloseum w Rzymie, kolumna Zygmunta w Warszawie. Trudno sobie wyobrazić wizytę w którymś z tych miast i nie zobaczyć właśnie tych miejsc. Co by się jednak stało, gdybyśmy mieli czas i możliwość zwiedzić każde z tych miast, spacerując po jego obrzeżach? Czy nadal bylibyśmy zachwyceni niepowtarzalnym klimatem Pragi, Krakowa czy Rzymu? Czy nie poczulibyśmy raczej rozczarowania, widząc zaniedbane dzielnice, zaśmiecone chodniki i szare osiedla? Właśnie na taki pomysł wpadł Paul Scraton, angielski pisarz i dziennikarz. Chociaż już od długiego czasu mieszkał w Berlinie, to pewnego dnia uświadomił sobie, że być może słabo zna to miasto. Postanowił więc obejść Berlin pieszo. Efektem tych wędrówek jest reportaż pod tytułem „Dookoła. Pieszo po obrzeżach Berlina”. Ukazała się ona nakładem wydawnictwa Czarne w serii Sulina. Myśląc o Berlinie, mimowolnie przychodzi na myśl słynny Mur i Brama Brandenburska. Jak jednak stolica Niemiec wygląda z innej perspektywy? Z perspektywy przedmieść, które – jak zauważa autor – jeszcze nie są miastem, choć już nie są wsią? Wyrusza więc zatem w dziwną podróż, chcąc doświadczyć Berlina w pełni. Nie tylko poznać jego centrum, lecz także peryferia. Jezioro Tegel, Spandau, pogranicze berlińsko-poczdamskie. Czy miejsca te okażą się ciekawe? Jaką historię skrywają? Czy autor nie będzie zawiedziony realizacją swojego pomysłu? Co znajdzie na końcu linii U-Bahnu? Czy uchwyci istotę podmiejskich blokowisk? Nie ukrywam, że dla mnie najciekawsze były fragmenty nawiązujące do historii. Mur berliński, który na długie lata podzielił miasto i stał się symbolem żelaznej kurtyny – do dziś jego ślady są widoczne w niemieckiej stolicy. Paul Scraton przywołuje ludzi, którzy stracili życie próbując przedostać się na upragnioną zachodnią stronę. Pisze także o słynnej willi, w której odbyła się konferencja dotycząca „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Berlin z reportażu Scratona to miejsca niezbyt spektakularne. To miejsca, na tle których tłumy turystów nie robią sobie selfie. Czy jednak te miejsca nie są esencją zwykłego, codziennego życia? Warsztaty samochodowe, myjnie, markety i magazyny, hale produkcyjne. To właśnie tam zmierzają codziennie tysiące ludzi aby pracować i skorzystać z podstawowych usług. Jeśli chcecie poznać mniej znaną twarz stolicy Niemiec, to razem z Paulem Scratonem wyruszcie „Dookoła. Pieszo po obrzeżach Berlina”. Wojciech Sobański
Wojtek - awatar Wojtek
ocenił na611 miesięcy temu
Najgłębsze Południe. Opowieści z Natchez, Missisipi Richard Grant
Najgłębsze Południe. Opowieści z Natchez, Missisipi
Richard Grant
Miasteczko Natchez w stanie Missisipi udowadnia, że w Stanach Zjednoczonych można sprzedać dosłownie wszystko. Wliczając w to także dawno minioną świetność. Wystarczy tylko odpowiednia porcja marketingu, aby wykreować atrakcję turystyczną, która przyciągnie rzesze zwiedzających, gotowych zostawić swoje ciężko wypracowane dolary, by choć na chwilę przenieść się do „starych, dobrych czasów”, gdy dzieci radośnie tańczyły wokół słupa majowego, eleganccy mężczyźni paradowali w konfederackich mundurach, a kobiety w bajkowych krynolinach dbały o wystawne posiadłości elit Głębokiego Południa. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden, malutki szkopuł, który burzy ten sielankowy i idealistyczny obraz - otóż nieopodal centrum Natchez, na rozwidleniu dróg (Forks of the Road) Waszyngtona i Wolności (czyżby okrutny rechot historii?),przez dziesięciolecia funkcjonował drugi co do wielkości w Stanach Zjednoczonych (tuż po Nowym Orleanie) targ czarnoskórych niewolników. Ten mało chwalebny fakt z historii Natchez rodzi jednak pytanie, czy z tego powodu powinno się zrezygnować z „kultywowania wspólnego dziedzictwa” i „radosnego odtwarzania przeszłości”? Brytyjski dziennikarz, Richard Grant, zaprasza nas do prawdopodobnie jedynego takiego miasta w USA, w którym przeszłość stanowi fundament teraźniejszego funkcjonowania lokalnej społeczności, ciągle na nowo próbującej pogodzić sprzedaż mirażu dawnego blasku secesyjnego Południa z mroczną stroną własnej historii. W szczytowym okresie swojego rozwoju w Natchez zamieszkiwało wielu z najbogatszych Amerykanów. Źródłem owego bogactwa był wspomniany już handel niewolnikami oraz zyski czerpane z ich przymusowej pracy przy uprawie bawełny i cukru. Handlarze i wielcy plantatorzy nie szczędzili centa, aby ukazać własną zamożność i powodzenie. Efektem były powstające nad Missisipi, niczym przysłowiowe grzyby po deszczu, neoklasycystyczne rezydencje w stylu Antebellum (dodajnym, że co bardziej ekstrawaganccy właściciele niewolników w tym samym stylu budowali pomieszczenia dla swojego „żywego inwentarza”, których zewnętrzny przepych dramatycznie kontrastował z nędznym wyposażeniem wnętrza - koniec końców nie chodziło przecież o wygodę niewolników, ale o to, aby ulać trochę żółci rywalom i zaimponować sąsiadom). Tak właśnie narodziła się legenda „złotego wieku” Natchez, ale wszystko co dobre, musi kiedyś przeminąć (najlepiej z wiatrem). Zniesienie niewolnictwa po wojnie secesyjnej, a następnie Wielki Kryzys lat 30. XX wieku, zmusiły wielu właścicieli owych okazałych posiadłości do ich sprzedaży lub znalezienia innych źródeł ich utrzymania. Właśnie wtedy do akcji wkroczyły dostojne matrony z Natchez, które postanowiły uchylić drzwi swoich okazałych rezydencji dla przyjezdnych, gotowych zapłacić za oprowadzenie po wypełnionymi po brzegi antykami pokojach przy akompaniamencie lokalnych opowiastek. W swoim reportażu Richard Grant wciela się właśnie w takiego podglądacza nie tylko cudzych domów, ale także zbiorowych wyobrażeń o tym, kim byliśmy kiedyś, oraz kim jesteśmy dzisiaj. A w Natchez wyobrażenia te są skrajnie sprzeczne, gdy z jednej strony mamy potomków tych, którzy w łańcuchy zakuwali, a z drugiej - tych, których przodków zakuwano. Zatem dla jednych te wspaniałe posiadłości są namacalnym dowodem dawnej świetności, dla innych natomiast wręcz przeciwnie - to wstydliwy symbol wyzysku i upodlenia. Czy da się pogodzić te dwa całkowicie przeciwstawne poglądy? Grant próbuje to sprawdzić bezpośrednio na miejscu, gdzie nie tylko nawiązuje kontakty z lokalnymi elitami, co dla białego dziennikarza z brytyjskim akcentem nie jest rzeczą specjalnie trudną, ale także z przedstawicielami czarnoskórej populacji, którzy walczyli - i może nadal walczą - o równe prawa i równe obowiązki. Bo Natchez to miasto odrobinę schizofreniczne, w którym wciąż jest pielęgnowany blichtr starego Południa, przez co bardzo niechętnie dopuszcza się tu jakiekolwiek nowinki związane z niewolnictwem. Wszak to złe dla interesów. Ale jednocześnie miastem zarządza czarnoskóry burmistrz, większość radnych również jest czarnoskóra, a tutejsza społeczność zaskakuje tolerancją wobec odmienności, o czym wielokrotnie - i chyba z lekką przesadą - przypomina Grant na przykładzie lokalnych gejów. Reportaż napisany jest w dość lekkim stylu, ale nie zmienia to faktu, że dotyka bardzo poważnych kwestii równości i sprawiedliwości społecznej we wciąż straszliwie podzielonym społeczeństwie amerykańskim. W Natchez przejawia się to w tym, że potomkowie owych matron z lat 30. ubiegłego stulecia nadal sprzedają turystom własną wizję historii nie tylko samego miasteczka, ale także całego Południa Stanów Zjednoczonych. Bo turystyczne Natchez to nie tylko szereg imponujących posiadłości otwartych dla zwiedzających, ale także coroczne tableaux (z francuskiego „tableau vivant”, co oznacza „żywy obraz”). Są to inscenizowane przedstawienia, w których lokalne elity prezentują własną wizję przeszłości miasta - od momentu jego założenia aż do współczesności. Jeśli dobrze poszukamy na YouTube, można znaleźć tam film prezentujący tableaux z roku 2012 (osiem lat przed wydaniem reportażu),w którym doskonale widać, jak skrajnie jednostronna jest tu narracja o historii Natchez, które przecież swoje bogactwo zyskało dzięki istnieniu niewolnictwa. Tymczasem owa inscenizacja wspomina o wszystkim, nawet o indiańskich tubylcach, niegdyś zamieszkujących ten obszar, tylko nie o losie czarnoskórych niewolników, którzy byli sprzedawani na tutejszym rynku, a następnie w pocie czoła pracowali dla swoich białych panów. Grant dostrzega zatem ogromną dysproporcję między faktyczną przeszłością miasta, a wizją, jaką na potrzeby turystycznego biznesu wytworzyły kółka ogrodowe lokalnej śmietanki towarzyskiej. Właśnie na przykładzie tableaux ukazuje on, jak ciężko pogodzić prawdę historyczną z biznesem historycznym, bo przecież biali turyści z innych stanów nie po to przybywają do Natchez, aby słuchać o niewolnictwie i dyskryminacji Afroamerykanów, ale po to, aby przyjemnie i pożytecznie spędzić czas. Po co zatem o tym mówić i po co do tego wracać, skoro tak piękne wille i rodowe siedziby czekają na zwiedzających, aby ukazać im chwałę dawnego Południa? Właśnie takie jest Natchez - ekscentryczne, zakłamane i pełne sprzeczności. I prawdopodobnie taka jest jakaś część Ameryki jako takiej, a w szczególności stany, które aktualnie stanowią bastiony ruchu MAGA. Jeśli ktoś poszukuje praźródeł sukcesów aktualnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, z jego całą bezsensowną paplaniną o bezwarunkowej wspaniałości i wielkości Ameryki, to znajdzie je właśnie w miasteczkach takich jak to, gdzie trudna do zaakceptowania prawda wciąż ustępuje miejsca wyidealizowanej wizji własnej wspaniałej przeszłości. Warto także wspomnieć, że uzupełnieniem reporterskiej opowieści o współczesnym Natchez jest zaprezentowana przez Granta autentyczna i niesamowita historia księcia Fulanów - Abd al-Rahmana Ibrahima. Pojmany w niewolę w Afryce młody arystokrata zostaje sprzedany na statek niewolniczy, na którego pokładzie (a dokładniej - pod pokładem) przybywa do Nowego Orleanu, a stamtąd do Natchez. Tu afrykańskiego księcia nabywa lokalny farmer, który na jego sumiennej pracy i autorytecie roztaczanym wśród innych niewolników zbija niemałą fortunę. Przypadkowo rozpoznany przez znanego mu jeszcze z Afryki białego człowieka, Ibrahim stacza dramatyczną walkę o wolność własną oraz swoich dzieci, a jego sprawa ociera się o najwyższych polityków w ówczesnych Stanach Zjednoczonych. Ta fascynująca historia najsławniejszego niewolnika z Natchez dowodzi prawdziwości starego porzekadła, że życie kreśli czasami najlepsze scenariusze. Ale dla Granata to nie tylko ciekawa opowieść o pewnym wyjątkowym wypadku z przeszłości, ale także sposób na ukazanie realiów epoki niewolnictwa, które z takim trudem przebijają się do współczesnej świadomości mieszkańców miasta. A zatem podsumowując: „Najgłębsze Południe. Opowieści z Natchez, Missisipi” to ciekawy, choć typowo amerykański reportaż, w której raczej ślizgamy się po faktach i zjawiskach niż rzeczywiście się w nie zagłębiamy. W przypadku książki Grant czuć aż za bardzo, że była to rzecz, która powinna się dobrze sprzedać, co oznaczało, że nie należało zrazić do siebie żadnej ze stron toczącego się sporu. Właśnie z tego powodu lokalne dziwactwa i snobizm elity Natchez oraz różnego rodzaju mądrości generowane po kilku drinkach zajmują równie wiele miejsca, co relacje Afroamerykanów z ich dramatycznej walki o własne prawa. Ale mimo wszystko czytało się to dobrze, szczególnie te poważniejsze tematycznie fragmenty dostarczają sporo ciekawych informacji odnośnie przeszłości i teraźniejszości Głębokiego Południa Stanów Zjednoczonych, choć daleko tu do wyczerpania tematu. Jeśli jedna ma ktoś okazję, można sięgnąć, bo Natchez to rzeczywiście przedziwne miejsce, warte literackiego poznania.
PureLogos - awatar PureLogos
ocenił na62 miesiące temu
Rodziewicz–ówna. Gorąca dusza Emilia Padoł
Rodziewicz–ówna. Gorąca dusza
Emilia Padoł
Rozczarowała mnie ta książka. Autorka, Emilia Padoł, podeszła do tematu bardzo rzetelnie, dotarła do mnóstwa materiałów pisanych i innych relacji, wywiadów, listów, wypowiedzi samej Rodziewiczówny i osób, które miały z nią jakąkolwiek styczność, wreszcie do obfitej działalności literackiej pisarki. W książce zamieszczone są wszystkie dostępne fotografie Marii Rodziewicz, która nie lubiła się fotografować i unikała styczności z kamerą i aparatem dosyć skutecznie. I tu uwaga: stare fotografie czarno-białe naprawdę wymagają retuszu, by można było na nich coś zobaczyć; w wielu wypadkach jedynie opis autorki tekstu pozwalał dojrzeć szczegóły, na oko niewidoczne. A jednak – rozczarowanie. Rodziewiczówna była autorką niezwykle płodną, pisała łatwo i wydawała swoje książki jedna za drugą. Cieszyły się one dużym zainteresowaniem, miały liczne wznowienia i bez wątpienia dochód z tych publikacji stanowił znaczny udział w budżecie pisarki. Moim zdaniem, ich poczytność brała się nie tyle z wnikliwości i odkrywczego oglądu rzeczywistości, ale – wprost przeciwnie – z niemal baśniowej aury, ckliwie romansowego charakteru, mało pogłębionej psychologii postaci bohaterów, wyraźnie podzielonych na stuprocentowo pozytywne i całkowicie negatywne, ogólnej poczciwości opisanego świata. Najcenniejszym wkładem pisarki jest zanurzenie świata przedstawionego w opisach przyrody na polskich kresach, lasów, zwierząt, ptaków, mokradeł, błot… W tej dziedzinie Rodziewiczówna spokojnie może konkurować ze swą wielka poprzedniczka Elizą Orzeszkową. Świat przedstawiony w książkach Rodziewiczówny jest jednak niesłychanie anachroniczny, jak z czytanek dla dzieci. Reprezentuje ona poglądy bardzo tradycjonalistyczne, uparcie broniąc sprawy z góry przegranej, czyli utrzymania polskości i katolickości Kresów i panującego tam porządku. Niechętnie i bez zrozumienia odnosi się do aspiracji emancypacyjnych chłopów poleskich, do wyznania prawosławnego, nie mówiąc już o Żydach czy innych nacjach. Ignoruje przy tym fakt, że Polacy i katolicy są tam grupą mało liczną (25% Polaków wobec 42% Białorusinów, 18% Ukraińców, 10% Żydów, zgodnie ze spisem powszechnym z roku 2021). 79% mieszkańców Polesia wyznawało prawosławie, 12% - judaizm, ledwo 8% katolicyzm. Ale to Polacy byli głównymi właścicielami ziemi, to Polacy pełnili urzędy w odrodzonej Rzeczpospolitej. Autorka biografii do tej anachroniczności nie przywiązuje zbyt wielkiej wagi. Rodziewiczówna jako urodzona społecznica buduje kościoły katolickie, sprowadza relikwie, pomaga klasztorom, zakłada szkółki wiejskie z językiem polskim. Słowem – po wiekach rusyfikacji tych ziem zabiera się ochoczo za ich polonizację. To się musiało skończyć tragedią. I skończyło się, kiedy to biedni, ciemni, ograniczeni i upośledzeni społecznie chłopi masowo przestąpili do rzezi i rabunku z chwilą, kiedy polskie Kresy zajęła Armia Czerwona. Maria Rodziewiczówna aż do ostatnich chwil życia nie zdobyła się na refleksję; przeciwnie, w wielu wypowiedziach podkreśla narodowo-katolickie prawa do Kresów, do posiadania tam ziemi i rzędu dusz. Krytykuje nawet zabiegi rządów II RP w kierunku parcelacji dużych dóbr ziemskich, uważając to za rabunek i złodziejstwo, ewentualnie godząc się na to, by w parcelacji wzięli udział wyłącznie Polacy. Potępia wojewodę wołyńskiego Józewskiego, który starał się o porozumienie z Ukraińcami; pochwala wojewodę poleskiego Kostka-Biernackiego, który ostro i stanowczo rozprawiał się z białoruskimi „komunistami”. Zbyt napięta struna pęka! – tego pisarka nie dostrzegła. Autorka biografii Rodziewiczówny niewspółmiernie większą wagę przywiązuje do niebinarności pisarki. Rodziewiczówna wglądała jak mężczyzna, krótko ścinała włosy, nosiła ubrania o wyraźnie męskim charakterze, koszule, marynarki, krawaty, buty (zresztą oksfordy dobrej jakości). Nigdy nie wyszła za mąż, mieszkała przez lata z przyjaciółkami, Jadwigą Skirmuntt i Heleną Weychert. Sama, przy pomocy przyjaciółek i służby, prowadziła duże gospodarstwo rolne, hodowała warzywa, owoce, krowy, owce, pszczoły. Narzekała na to, że podatki od gospodarstwa są za wysokie, ale nie sprzedała ani nie chciała oddać ani jednego ara ziemi. Miała ożywione kontakty z różnymi organizacjami powstałymi podczas tworzenia się zrębów odrodzonego państwa polskiego. Na dłużej związana była jednak głównie z organizacjami katolickimi, chrześcijańską demokracją, zakonem urszulanek itp. Emilia Padoł nie znalazła ani jednego świadectwa pisanego, które świadczyłoby o seksualności, feminizmie czy w ogóle bardziej wywrotowych poglądach pisarki na tzw. kwestię kobiecą. Owszem, przytacza rozmaite plotki, anegdoty, a nawet fragment szopki politycznej z 1937 roku. Wydaje się jednak, że sprawę nieheteronormatywności Rodziewiczówny usiłuje koniecznie umieścić w jakimś kontekście, szuka potencjalnych kontaktów z pierwszymi polskimi feministkami, i to jej nie bardzo wychodzi. Podobnie wygląda sprawa przypisywania Rodziewiczównie na siłę jakichś pozytywnych poglądów. Szczególnie rażące były próby powiązania jej z organizacjami pomagającymi Żydom. Ponieważ pisarka kontaktowała się z Zofia Kossak-Szczucką, a więc „na pewno” miała udział w akcji pomocy uciekinierom z getta, mimo że nie ma na ten temat żadnych dowodów. Niestety, jest wręcz przeciwnie: Rodziewiczówna w czasach okupacji mieszkała na rogu Marszałkowskiej i Królewskiej, tuż przy granicy getta, i to nawet podczas tragicznego powstania w kwietniu 1943 roku. I na ten temat ani razu się nie wypowiedziała. Pomagała, owszem, ale Polakom. Nie sposób wytłumaczyć tego inaczej, jak uprzedzeniami narodowościowymi. Dobrze, ze Emilia Padoł o tym napisała; szkoda, że nie skomentowała. Książkę czyta się dość mozolnie. Męczące są przeskoki czasowe, wtręty objaśniające kontekst historyczny w szerokim aspekcie, czasem zdecydowanie na wyrost. Mimo wszystko przeczytać warto. Polecam.
Ewa Szulc - awatar Ewa Szulc
ocenił na610 miesięcy temu
Dzieci Nilu. Reporterska podróż przez Afrykę Xavier Aldekoa
Dzieci Nilu. Reporterska podróż przez Afrykę
Xavier Aldekoa
Książka Xaviera Aldekoi „Dzieci Nilu. Reporterska podróż przez Afrykę” to pozycja, która wymyka się klasycznym ramom literatury podróżniczej. To nie jest kolejny dziennik z wyprawy „białego człowieka” do egzotycznego kraju, lecz głęboko humanistyczny portret ludzi żyjących wzdłuż najdłuższej rzeki świata. Moja ocena to solidne 7/10, co w mojej skali oznacza książkę bardzo dobrą, wartościową, choć momentami wymagającą od czytelnika dużego skupienia. Największą siłą Aldekoi jest jego uważność. Autor nie skupia się na statystykach, konfliktach zbrojnych czy wielkiej polityce w sposób podręcznikowy. Zamiast tego oddaje głos tym, którzy zazwyczaj są go pozbawieni: rybakom, matkom, dzieciom i uchodźcom. Każdy rozdział to osobna mikropowieść, w której Nil jest nie tylko tłem, ale niemal żywym organizmem, determinującym losy bohaterów. Aldekoa ma rzadki dar opisywania tragedii bez popadania w tani sentymentalizm czy „pornografię biedy”. Jego styl jest surowy, a jednocześnie pełen empatii. Dzięki temu czytelnik może poczuć kurz sudańskich dróg czy wilgoć brzegów Jeziora Wiktorii, nie czując się przy tym jak intruz. Fragmentaryczność: Momentami odnosi się wrażenie, że reportaż jest zbiorem luźno powiązanych ze sobą artykułów prasowych. Brakuje tu nieco mocniejszej klamry kompozycyjnej, która płynniej spajałaby podróż od źródeł do ujścia. Tempo: Niektóre fragmenty są niezwykle dynamiczne, inne zaś nużą nadmiarem opisów, co sprawia, że rytm lektury bywa nierówny. Kontekst polityczny: Choć skupienie na ludziach jest atutem, momentami brakuje szerszego nakreślenia skomplikowanej sytuacji geopolitycznej regionu, co mogłoby pomóc mniej zorientowanemu czytelnikowi lepiej zrozumieć przyczyny opisywanych dramatów. „Dzieci Nilu” to lektura obowiązkowa dla osób, które chcą wyjść poza stereotypowy obraz Afryki. Xavier Aldekoa udowadnia, że kontynent ten to nie tylko miejsce kryzysów, ale przede wszystkim przestrzeń niezwykłej odporności ludzkiego ducha. To książka, która zostaje w głowie na długo po jej zamknięciu, zmuszając do refleksji nad tym, jak bardzo nasze życie zależy od zasobów, które uznajemy za oczywiste.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na717 dni temu

Cytaty z książki Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny

Więcej
Jakub Gałęziowski Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny Zobacz więcej
Więcej