Najgłębsze Południe. Opowieści z Natchez, Missisipi
Miasteczko Natchez w stanie Missisipi udowadnia, że w Stanach Zjednoczonych można sprzedać dosłownie wszystko. Wliczając w to także dawno minioną świetność. Wystarczy tylko odpowiednia porcja marketingu, aby wykreować atrakcję turystyczną, która przyciągnie rzesze zwiedzających, gotowych zostawić swoje ciężko wypracowane dolary, by choć na chwilę przenieść się do „starych, dobrych czasów”, gdy dzieci radośnie tańczyły wokół słupa majowego, eleganccy mężczyźni paradowali w konfederackich mundurach, a kobiety w bajkowych krynolinach dbały o wystawne posiadłości elit Głębokiego Południa. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden, malutki szkopuł, który burzy ten sielankowy i idealistyczny obraz - otóż nieopodal centrum Natchez, na rozwidleniu dróg (Forks of the Road) Waszyngtona i Wolności (czyżby okrutny rechot historii?),przez dziesięciolecia funkcjonował drugi co do wielkości w Stanach Zjednoczonych (tuż po Nowym Orleanie) targ czarnoskórych niewolników. Ten mało chwalebny fakt z historii Natchez rodzi jednak pytanie, czy z tego powodu powinno się zrezygnować z „kultywowania wspólnego dziedzictwa” i „radosnego odtwarzania przeszłości”? Brytyjski dziennikarz, Richard Grant, zaprasza nas do prawdopodobnie jedynego takiego miasta w USA, w którym przeszłość stanowi fundament teraźniejszego funkcjonowania lokalnej społeczności, ciągle na nowo próbującej pogodzić sprzedaż mirażu dawnego blasku secesyjnego Południa z mroczną stroną własnej historii.
W szczytowym okresie swojego rozwoju w Natchez zamieszkiwało wielu z najbogatszych Amerykanów. Źródłem owego bogactwa był wspomniany już handel niewolnikami oraz zyski czerpane z ich przymusowej pracy przy uprawie bawełny i cukru. Handlarze i wielcy plantatorzy nie szczędzili centa, aby ukazać własną zamożność i powodzenie. Efektem były powstające nad Missisipi, niczym przysłowiowe grzyby po deszczu, neoklasycystyczne rezydencje w stylu Antebellum (dodajnym, że co bardziej ekstrawaganccy właściciele niewolników w tym samym stylu budowali pomieszczenia dla swojego „żywego inwentarza”, których zewnętrzny przepych dramatycznie kontrastował z nędznym wyposażeniem wnętrza - koniec końców nie chodziło przecież o wygodę niewolników, ale o to, aby ulać trochę żółci rywalom i zaimponować sąsiadom). Tak właśnie narodziła się legenda „złotego wieku” Natchez, ale wszystko co dobre, musi kiedyś przeminąć (najlepiej z wiatrem). Zniesienie niewolnictwa po wojnie secesyjnej, a następnie Wielki Kryzys lat 30. XX wieku, zmusiły wielu właścicieli owych okazałych posiadłości do ich sprzedaży lub znalezienia innych źródeł ich utrzymania. Właśnie wtedy do akcji wkroczyły dostojne matrony z Natchez, które postanowiły uchylić drzwi swoich okazałych rezydencji dla przyjezdnych, gotowych zapłacić za oprowadzenie po wypełnionymi po brzegi antykami pokojach przy akompaniamencie lokalnych opowiastek.
W swoim reportażu Richard Grant wciela się właśnie w takiego podglądacza nie tylko cudzych domów, ale także zbiorowych wyobrażeń o tym, kim byliśmy kiedyś, oraz kim jesteśmy dzisiaj. A w Natchez wyobrażenia te są skrajnie sprzeczne, gdy z jednej strony mamy potomków tych, którzy w łańcuchy zakuwali, a z drugiej - tych, których przodków zakuwano. Zatem dla jednych te wspaniałe posiadłości są namacalnym dowodem dawnej świetności, dla innych natomiast wręcz przeciwnie - to wstydliwy symbol wyzysku i upodlenia. Czy da się pogodzić te dwa całkowicie przeciwstawne poglądy? Grant próbuje to sprawdzić bezpośrednio na miejscu, gdzie nie tylko nawiązuje kontakty z lokalnymi elitami, co dla białego dziennikarza z brytyjskim akcentem nie jest rzeczą specjalnie trudną, ale także z przedstawicielami czarnoskórej populacji, którzy walczyli - i może nadal walczą - o równe prawa i równe obowiązki. Bo Natchez to miasto odrobinę schizofreniczne, w którym wciąż jest pielęgnowany blichtr starego Południa, przez co bardzo niechętnie dopuszcza się tu jakiekolwiek nowinki związane z niewolnictwem. Wszak to złe dla interesów. Ale jednocześnie miastem zarządza czarnoskóry burmistrz, większość radnych również jest czarnoskóra, a tutejsza społeczność zaskakuje tolerancją wobec odmienności, o czym wielokrotnie - i chyba z lekką przesadą - przypomina Grant na przykładzie lokalnych gejów.
Reportaż napisany jest w dość lekkim stylu, ale nie zmienia to faktu, że dotyka bardzo poważnych kwestii równości i sprawiedliwości społecznej we wciąż straszliwie podzielonym społeczeństwie amerykańskim. W Natchez przejawia się to w tym, że potomkowie owych matron z lat 30. ubiegłego stulecia nadal sprzedają turystom własną wizję historii nie tylko samego miasteczka, ale także całego Południa Stanów Zjednoczonych. Bo turystyczne Natchez to nie tylko szereg imponujących posiadłości otwartych dla zwiedzających, ale także coroczne tableaux (z francuskiego „tableau vivant”, co oznacza „żywy obraz”). Są to inscenizowane przedstawienia, w których lokalne elity prezentują własną wizję przeszłości miasta - od momentu jego założenia aż do współczesności. Jeśli dobrze poszukamy na YouTube, można znaleźć tam film prezentujący tableaux z roku 2012 (osiem lat przed wydaniem reportażu),w którym doskonale widać, jak skrajnie jednostronna jest tu narracja o historii Natchez, które przecież swoje bogactwo zyskało dzięki istnieniu niewolnictwa. Tymczasem owa inscenizacja wspomina o wszystkim, nawet o indiańskich tubylcach, niegdyś zamieszkujących ten obszar, tylko nie o losie czarnoskórych niewolników, którzy byli sprzedawani na tutejszym rynku, a następnie w pocie czoła pracowali dla swoich białych panów.
Grant dostrzega zatem ogromną dysproporcję między faktyczną przeszłością miasta, a wizją, jaką na potrzeby turystycznego biznesu wytworzyły kółka ogrodowe lokalnej śmietanki towarzyskiej. Właśnie na przykładzie tableaux ukazuje on, jak ciężko pogodzić prawdę historyczną z biznesem historycznym, bo przecież biali turyści z innych stanów nie po to przybywają do Natchez, aby słuchać o niewolnictwie i dyskryminacji Afroamerykanów, ale po to, aby przyjemnie i pożytecznie spędzić czas. Po co zatem o tym mówić i po co do tego wracać, skoro tak piękne wille i rodowe siedziby czekają na zwiedzających, aby ukazać im chwałę dawnego Południa? Właśnie takie jest Natchez - ekscentryczne, zakłamane i pełne sprzeczności. I prawdopodobnie taka jest jakaś część Ameryki jako takiej, a w szczególności stany, które aktualnie stanowią bastiony ruchu MAGA. Jeśli ktoś poszukuje praźródeł sukcesów aktualnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, z jego całą bezsensowną paplaniną o bezwarunkowej wspaniałości i wielkości Ameryki, to znajdzie je właśnie w miasteczkach takich jak to, gdzie trudna do zaakceptowania prawda wciąż ustępuje miejsca wyidealizowanej wizji własnej wspaniałej przeszłości.
Warto także wspomnieć, że uzupełnieniem reporterskiej opowieści o współczesnym Natchez jest zaprezentowana przez Granta autentyczna i niesamowita historia księcia Fulanów - Abd al-Rahmana Ibrahima. Pojmany w niewolę w Afryce młody arystokrata zostaje sprzedany na statek niewolniczy, na którego pokładzie (a dokładniej - pod pokładem) przybywa do Nowego Orleanu, a stamtąd do Natchez. Tu afrykańskiego księcia nabywa lokalny farmer, który na jego sumiennej pracy i autorytecie roztaczanym wśród innych niewolników zbija niemałą fortunę. Przypadkowo rozpoznany przez znanego mu jeszcze z Afryki białego człowieka, Ibrahim stacza dramatyczną walkę o wolność własną oraz swoich dzieci, a jego sprawa ociera się o najwyższych polityków w ówczesnych Stanach Zjednoczonych. Ta fascynująca historia najsławniejszego niewolnika z Natchez dowodzi prawdziwości starego porzekadła, że życie kreśli czasami najlepsze scenariusze. Ale dla Granata to nie tylko ciekawa opowieść o pewnym wyjątkowym wypadku z przeszłości, ale także sposób na ukazanie realiów epoki niewolnictwa, które z takim trudem przebijają się do współczesnej świadomości mieszkańców miasta.
A zatem podsumowując: „Najgłębsze Południe. Opowieści z Natchez, Missisipi” to ciekawy, choć typowo amerykański reportaż, w której raczej ślizgamy się po faktach i zjawiskach niż rzeczywiście się w nie zagłębiamy. W przypadku książki Grant czuć aż za bardzo, że była to rzecz, która powinna się dobrze sprzedać, co oznaczało, że nie należało zrazić do siebie żadnej ze stron toczącego się sporu. Właśnie z tego powodu lokalne dziwactwa i snobizm elity Natchez oraz różnego rodzaju mądrości generowane po kilku drinkach zajmują równie wiele miejsca, co relacje Afroamerykanów z ich dramatycznej walki o własne prawa. Ale mimo wszystko czytało się to dobrze, szczególnie te poważniejsze tematycznie fragmenty dostarczają sporo ciekawych informacji odnośnie przeszłości i teraźniejszości Głębokiego Południa Stanów Zjednoczonych, choć daleko tu do wyczerpania tematu. Jeśli jedna ma ktoś okazję, można sięgnąć, bo Natchez to rzeczywiście przedziwne miejsce, warte literackiego poznania.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny
Spodziewałam się więcej insightu, ustnych przekazów i świadectw, jednak książka skupia się na archiwach i dokumentach. Doceniam i podziwiam pracę autora jednak trudno się czyta książkę pisaną tak, jak praca licencjacka/magisterska. Jeżeli ktoś tak jak ja, poszukuje czegoś w rodzaju reportażu to w tej pozycji tego nie znajdzie.
Spodziewałam się więcej insightu, ustnych przekazów i świadectw, jednak książka skupia się na archiwach i dokumentach. Doceniam i podziwiam pracę autora jednak trudno się czyta książkę pisaną tak, jak praca licencjacka/magisterska. Jeżeli ktoś tak jak ja, poszukuje czegoś w rodzaju reportażu to w tej pozycji tego nie znajdzie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo mocna, rzetelna i zarazem poruszająca pozycja. O dzieciach urodzonych z powodu wojny, zwłaszcza w wyniku gwałtu, mało się mówi, a przecież dla wielu z nas to element rodzinnej historii (moja prababcia też wróciła z robót w Niemczech jako samotna matka). Gałęziowski przywraca ludzkie historie i pokazuje poplątane losy. Co więcej - pozycja jest naprawdę obiektywna, nie daje się wciągnąć w wojny światopoglądowe i pokazuje różne spojrzenia na takie problemy jak właśnie urodzenie dziecka z gwałtu, aborcja, sterylizacja, stanowisko Kościoła. Bardzo polecam.
Bardzo mocna, rzetelna i zarazem poruszająca pozycja. O dzieciach urodzonych z powodu wojny, zwłaszcza w wyniku gwałtu, mało się mówi, a przecież dla wielu z nas to element rodzinnej historii (moja prababcia też wróciła z robót w Niemczech jako samotna matka). Gałęziowski przywraca ludzkie historie i pokazuje poplątane losy. Co więcej - pozycja jest naprawdę obiektywna, nie...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka historyczna, bardzo wymagająca i szczegółowa w swojej formie, co wyraźnie spowolniło moje czytanie. Same kwestie dotyczące uszczegółowienia definicji zajmują 100 stron- doceniam tytaniczną pracę autora, pracę ze źródłami i docieranie do tych wszystkich informacji, ale skłamałbym mówiąc, że dobrze mi się to czytało. Na pewno warto się przekonać na własną rękę, bo jednak temat jest do tej pory nieobecny z szerszym dyskursie, a autor dobrze tłumaczy wszystkie zawiłości i uwarunkowania historyczne.
Książka historyczna, bardzo wymagająca i szczegółowa w swojej formie, co wyraźnie spowolniło moje czytanie. Same kwestie dotyczące uszczegółowienia definicji zajmują 100 stron- doceniam tytaniczną pracę autora, pracę ze źródłami i docieranie do tych wszystkich informacji, ale skłamałbym mówiąc, że dobrze mi się to czytało. Na pewno warto się przekonać na własną rękę, bo...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNa książkę Jakuba Gałęziowskiego warto było czekać i nie piszę tych słów w euforii, lecz po wewnętrznej bitwie myśli, jaką wywołała każda ze stron „Niedopowiedzianych biografii”. Wierzę, że efekty tytanicznej pracy autora dotrą do jak najszerszego grona czytelników, którzy szczątkowo zetknęli się z poruszonymi reportażem kwestiami, a co odzwierciedla stosunek współczesności do wczesnego okresu powojennego. Wiele spraw nie doczekało się wyjaśnienia. Niektóre z nich zamieciono pod dywan, czego przykładem są historie polskich dzieci urodzonych z powodu wojny. Autor poszerza zakres swoich poszukiwań badawczych o losy ich matek, co dziwić nie powinno, albowiem nie sposób przejść obojętnie obok kobiet, dla których poród w tamtym czasie nie zwiastował niczego dobrego. „Niedopowiedziane biografie” traktują o dzieciach niechcianych, będących dla świata utrapieniem, a innym razem używanych jako karta przetargowa w politycznych rozgrywkach zwycięzców i przegranych minionej wojny. Jakub Gałęziowski opisuje dziejowe zawirowania ze szczególną starannością, a przyjęta przez niego forma przekazu, jak również styl wypowiedzi zbliżają reportaż do wyważonej, przemyślanej i doprecyzowanej rozprawy naukowej. „Nieodpowiedziane historie” można uznać za kompendium wiedzy, w jaką należałoby wyposażyć każdego czytelnika, aby poczuł pełną satysfakcję z powodu obcowania z marginalizowanym fragmentem historii ludzkości. Reportaż Jakuba Gałęziowskiego przypomniał mi o przysłowiowej złej baletnicy, której przeszkadza rąbek u spódnicy, co najtrafniej oddaje tłumaczenia twórców nieudanej literatury non-fiction. Przyczyną ich niepowodzenia nie są przeszkody w zdobyciu niezbędnych informacji, lecz braki warsztatowe, nieumiejętność wnikliwej analizy materiałów źródłowych oraz nieświadomość doniosłości prezentowanego tematu. „Niedopowiedziane biografie” nie mają w sobie niczego wadliwego. Jakub Gałęziowski stworzył pozycję totalną, która zostanie ze mną na długi czas.
Na książkę Jakuba Gałęziowskiego warto było czekać i nie piszę tych słów w euforii, lecz po wewnętrznej bitwie myśli, jaką wywołała każda ze stron „Niedopowiedzianych biografii”. Wierzę, że efekty tytanicznej pracy autora dotrą do jak najszerszego grona czytelników, którzy szczątkowo zetknęli się z poruszonymi reportażem kwestiami, a co odzwierciedla stosunek współczesności...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to