rozwińzwiń

Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 5

Okładka książki Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 5 autorstwa Akira Toriyama
Okładka książki Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 5 autorstwa Akira Toriyama
Akira Toriyama Wydawnictwo: J.P. Fantastica Cykl: Dragon Ball Full Color (tom 5) komiksy
248 str. 4 godz. 8 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Dragon Ball Full Color (tom 5)
Data wydania:
2022-03-31
Data 1. wyd. pol.:
2022-03-31
Liczba stron:
248
Czas czytania
4 godz. 8 min.
Język:
polski
ISBN:
9788374719506
Tłumacz:
Rafał Rzepka

Ta książka nie posiada jeszcze opisu.

Średnia ocen
8,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 5 w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 5

Średnia ocen
8,6 / 10
50 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 5

avatar
1014
664

Na półkach: ,

Przygoda spod znaku smoczych kul wciąż trwa i nie kończy się nigdy. Goku rusza na poszukiwania, które mają mu pomóc odnaleźć pamiątkę po swoim dziadku, a gdy dołączają do niego starzy znajomi — wiedzcie, że coś się wydarzy. Armia Czerwonej Wstęgi nie daje za wygraną i wysyła coraz to więcej ludzi, by doprowadzić naszych bohaterów do zguby. Kolejne zagrożenie jest już blisko.

Akcja piątego tomu rusza z kopyta, a Akira Toriyama przechodzi samego siebie w kreowaniu absurdów sytuacyjnych. Po dość wyważonej czwartej części przyszedł czas na powrót do komicznej strony Dragon Balla. Humoru sytuacyjnego i erotycznego jest tu co niemiara, a momentami przenikające się uniwersa różnych mang wręcz powalają swoją intensywnością. Ta zagrywka ze strony Toriyamy mogła wynikać z chęci jeszcze większego namieszania w świecie smoczych kul, ale wolę myśleć, że był to zabieg mający spotęgować dystans do własnych dzieł i nadać im luźniejszy ton.

Choć ten tom opiera się głównie na humorze, nie brakuje mu przygodowego zacięcia, które od pierwszych stron wylewa się z kart komiksu. Taki schemat daje sporo miejsca postaci Bulmy, robiącej tradycyjnie wiele zamieszania już samą swoją obecnością. Jeśli dodać do tego jeszcze Żółwiego Pustelnika, Lunch i Kurrina, można liczyć co najmniej na grubą akcję. Warto też zaznaczyć, że echo sagi Armii Czerwonej Wstęgi odbije się w późniejszych tomach na taką skalę, iż przyniesie kolejnych wrogów gotowych położyć kres naszemu Son Goku.

Manga ta może się poszczycić również niepoprawnym politycznie kreowaniem postaci drugiego planu, takich jak na przykład Generał Niebieski, który irytuje swoim sposobem bycia na każdym kroku — a każdy, kto przeczyta, będzie wiedział, co autor miał na myśli. Osobiście cenię sobie takie spojrzenie, dlatego żarty Toriyamy tym bardziej trafiają w moje gusta.

Oczywiście nie mogło zabraknąć też walk, i choć nie ma ich tu szczególnie dużo, wciąż stanowią obiecujące preludium do nadchodzących batalii na śmierć i życie.
Niech więc ta przygoda trwa nadal, by historia mogła spokojnie zmierzać ku momentom, na które tak bardzo czekam.

Przygoda spod znaku smoczych kul wciąż trwa i nie kończy się nigdy. Goku rusza na poszukiwania, które mają mu pomóc odnaleźć pamiątkę po swoim dziadku, a gdy dołączają do niego starzy znajomi — wiedzcie, że coś się wydarzy. Armia Czerwonej Wstęgi nie daje za wygraną i wysyła coraz to więcej ludzi, by doprowadzić naszych bohaterów do zguby. Kolejne zagrożenie jest już...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
534
170

Na półkach:

Kolejny dobry tom, który warto mieć w kolekcji.

Kolejny dobry tom, który warto mieć w kolekcji.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
811
773

Na półkach: ,

Tom 5 serii Dragon Ball Full Color Saga 1 to prawdziwa nostalgiczna podróż, gdyż przywraca do akcji dobrze znanych bohaterów, takich jak Bulma, Lunch i Mistrz Roshi. Powrót tych postaci wprowadza do historii sporo humoru i interakcji, które są esencją oryginalnego Dragon Balla. To właśnie te postacie nadają tomowi lekkości i pozwalają na chwilę wytchnienia wśród intensywnych walk Goku.

Wprowadzenie świata Aralki, postaci z innego komiksu Akiry Toriyamy (Dr. Slump),to interesujący i niespodziewany crossover, który pokazuje wieloaspektowość uniwersum stworzonego przez autora. Ten element dodaje świeżości i lekkiego humoru, typowego dla wczesnych części Dragon Balla, oraz pozwala czytelnikom poczuć, jak szeroki jest świat Toriyamy.

Jednym z głównych wątków tego tomu jest walka Goku z Generałem Niebieskim, która, choć prosta fabularnie, ukazuje wzrost umiejętności Goku i jego determinację w pokonywaniu coraz silniejszych przeciwników. Walka nie jest przesadnie skomplikowana, ale spełnia swoje zadanie jako rozrywkowy element, pełen dynamicznych starć i humorystycznych momentów.

Główne plusy tego tomu to właśnie prostota fabuły, która nie przytłacza, lecz sprawia, że czyta się go szybko i przyjemnie. Powrót znanych bohaterów oraz wprowadzenie postaci z Dr. Slump dodaje różnorodności i humoru, a walka z Generałem Niebieskim zapewnia odpowiednią dawkę akcji. Wprowadzenie świata Aralki, chociaż intrygujące, nie do końca przypadło mi do gustu. Łączenie tych dwóch uniwersów wydaje się nieco wymuszone i mogłoby wprowadzić zamieszanie w fabule.

Jedynym minusem może być fakt, że niektóre wątki, choć ciekawe, są nieco zbyt uproszczone i mogą wydawać się zbyt lekkie w porównaniu do późniejszych, bardziej złożonych przygód Goku. Mimo to, tom ten świetnie wpisuje się w charakter wczesnego Dragon Balla i dostarcza sporo frajdy dla fanów serii.

Tom 5 serii Dragon Ball Full Color Saga 1 to prawdziwa nostalgiczna podróż, gdyż przywraca do akcji dobrze znanych bohaterów, takich jak Bulma, Lunch i Mistrz Roshi. Powrót tych postaci wprowadza do historii sporo humoru i interakcji, które są esencją oryginalnego Dragon Balla. To właśnie te postacie nadają tomowi lekkości i pozwalają na chwilę wytchnienia wśród...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

95 użytkowników ma tytuł Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 5 na półkach głównych
  • 66
  • 26
  • 3
51 użytkowników ma tytuł Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 5 na półkach dodatkowych
  • 31
  • 9
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 5

Inne książki autora

Akira Toriyama
Akira Toriyama
Akira Toriyama urodził się 5 kwietnia 1955 roku w Kiyosu (prefektura Aichi, Japonia). Jest jednym z najpopularniejszych twórców mangi na świecie. Swoją karierę rozpoczął dzięki filmowi Walta Disneya „101 dalmatyńczyków” . Młody wówczas Toriyama był wręcz zafascynowany kreską i wkrótce potem sam zaczął rysować. Nie myślał jednak, iż stanie się tak popularnym rysownikiem. Rozpoczął naukę w Wyższej Szkole Przemysłowej, po czym podjął pracę w reklamie. Ta jednak nie pozwalała mu na realizację marzeń i w krótkim czasie porzucił ją dla rysowania. Swoje pierwsze dzieło „Wander Island” opublikował w japońskim magazynie „Shūkan Shōnen Janpu”. Sukces odniósł jednak dopiero publikując w 1980 roku mangę Dr. Slump, a wkrótce potem rozpoczął prace nad serią Dragon Ball, której pierwszy tom ukazał się w grudniu 1984 r, a serial na jej podstawie niecałe dwa lata później. Był to wręcz niesamowity sukces. Akira zawarł w nim wszystko to, co charakteryzowało jego dzieła, czyli dynamiczną akcję, zróżnicowanych bohaterów i całą masę humoru. Była to też pierwsza z jego mang, na której wpływ mieli fani, bowiem jak przyznał sam mistrz, niektóre wątki zmieniał, bądź też pisał na nowo właśnie ze względu na listy od fanów, czego przykładem jest Vegeta. (Początkowo miał się pojawić tylko jako czarny charakter, dzięki fanom pozostał jednak w serii).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Dragon Ball Super #15: Moro - pożeracz światów Akira Toriyama
Dragon Ball Super #15: Moro - pożeracz światów
Akira Toriyama Toyotarou
Ten tom powinien być czystą satysfakcją, bo okładka obiecuje dokładnie to, czego się spodziewam, Goku w opanowanym ultra instynkcie kontra Moro, a jednak podczas czytania mam w głowie więcej tarcia niż triumfu, bo seria robi kilka decyzji, które są jednocześnie efektowne na stronie i podejrzane na poziomie sensu. Pierwsze wrażenie jest czytelne, rozkład walki jest prosty, kadry często idą w duże, szerokie ujęcia, żeby pokazać dominację ruchu i to, że Goku w tej formie porusza się inaczej, bardziej „płynnie”, z mniejszą ilością zbędnych gestów, co rysunkowo wygląda dobrze, bo ciało ma spójny kierunek, a przejścia między ujęciami nie gubią osi, tylko prowadzą wzrok jak po sznurku, ale im dłużej trwa ta przewaga, tym mocniej drażni mnie klasyczny nawyk Goku, czyli karmienie przeciwnika fasolką z założeniem, że skoro jest silniejszy, to może sobie pozwolić na „uczciwą” walkę. Fabularnie rozumiem, po co to jest, ma podbić stawkę i zrobić miejsce na zwrot, ale jako zachowanie postaci zaczyna mi się robić nudne i naiwne, bo to jest schemat, na którym on albo ktoś obok zawsze płaci, i tu też czuję, że to nie trzyma się kupy, bo w tej sadze zagrożenie jest zbyt drapieżne, zbyt bezwzględne, żeby takie rozdawanie oddechu miało sens. Druga rzecz to kopiowanie mocy, a dokładniej możliwość sięgania po umiejętności anioła przez Moro dzięki temu, co przejął przez Seven-Three, i to jest dla mnie w tym tomie największy zgrzyt, bo narzędzie, które działało jako sprytna kradzież pakietu technik, nagle zaczyna zahaczać o poziomy, które powinny stać poza tym mechanizmem, i w mojej głowie od razu pojawia się równia pochyła, skoro da się anioła, to równie dobrze dałoby się kopiować kolejne absoluty, Wielkiego Kapłana, Beerusa, a nawet wyżej, i wtedy cały system świata robi się dziurawy. Dlatego cieszę się, że sam komiks w końcu to domyka i potwierdza, że pełne „pójście na skróty” jest niemożliwe, bo inaczej skala przestałaby cokolwiek znaczyć, a stawka zamieniłaby się w loterię mechanik. W tym wszystkim dostaję jednak dwa motywy, które naprawdę mnie kupują, po pierwsze Uub, bo jego wejście ma smak dobrego mostu, zaskakuje świeżością i daje nadzieję na rozwinięcie, nawet jeśli mam z tyłu głowy, że anime ustawia to inaczej, z tym klasycznym poznaniem na turnieju Tenkaichi Budokai, ale jako impuls na dalszą drogę to jest bardzo trafione, bo otwiera przyszłość bez dokładania kolejnej formy. Po drugie przejście między sagą Moro a tym, co idzie dalej, jest zrobione wyjątkowo sprawnie, sceny u Zenō mają lekko zabawny ton, który nie rozwala napięcia, tylko daje oddech, a potem prawdziwym majstersztykiem jest spięcie wątków postacią Seven-Three, bo to jest ten rodzaj łącznika, który nie wygląda jak doklejka, tylko jak konsekwencja wcześniejszych decyzji. Wprowadzenie Granoli też wypada dobrze, bo wreszcie dostaję wojownika, którego profil jest inny, bardziej snajperski, lepsza technika przy relatywnie słabszej surowej sile, co daje potencjał na sceny o precyzji, a nie tylko o przepychaniu, a przy okazji dostaję kawałek historii Saiyan pod rządami Freezera w dawce, która mnie nie męczy, bo nie mam ochoty na setny „filer” o tym samym, wolę, kiedy to jest podane jako tło, które pcha motywację, a nie jako nostalgia dla nostalgii. Najbardziej jednak trzyma mnie na końcu obietnica rozdzielenia dróg głównych bohaterów, Beerus jako nauczyciel Vegety to świetny ruch, bo nagle robi się wyraźny podział, uczeń boga i uczeń anioła, dwie filozofie siły, dwie metody, i wreszcie przestaję patrzeć na nich jak na duet, który goni tę samą metę innymi krokami. Ten tom jednocześnie mnie wciąga walką i wytrąca schematem fasolki oraz zbyt szerokim użyciem mechaniki kopiowania, ale na szczęście zostawia po sobie mocne zaczepienie na następny etap, mocniejsze niż samo „kto był silniejszy”.
Bob - awatar Bob
ocenił na71 rok temu
Kapitan Tsubasa #1 Yoichi Takahashi
Kapitan Tsubasa #1
Yoichi Takahashi
Kapitan Tsubasa Tom 1. W latach 90. codziennie z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnego odcinka Kapitana Jastrzębia, tak jak każdy z moich ówczesnych kolegów. Później graliśmy jeszcze w Tsubasę na Pegazusie. Była to tekstowa przygodówka, w całości po japońsku 🙂. Już samo to pokazuje, jak ogromnym fenomenem była ta seria w moim dzieciństwie. Po tylu latach pojawiło się więc pytanie: czy manga Kapitan Tsubasa jest jeszcze w stanie wzbudzić we mnie jakiekolwiek emocje? O rany, tak! I to jakie. Ta kultowa manga to oczywiście historia chłopca, który pragnie zostać najlepszym piłkarzem na świecie. Tsubasa Ōzora, bo o nim mowa, już od najmłodszych lat wykazuje się niezwykłym talentem do futbolu. Od pierwszego tomu bije niesamowity optymizm, który momentalnie zaraża czytelnika. W dzisiejszych czasach jest to lektura wręcz nietypowa. Bohaterowi wszystko od początku się udaje, a on sam przez cały czas pozostaje uśmiechnięty i zadowolony. I wiecie co? Przy tej szarówce za oknem takie podejście jest czymś absolutnie wspaniałym. Ale jak to! Zapytacie, nie musi on brnąć przez porażki z zaciśniętymi zębami, by coś osiągnąć? Ano nie musi! Jasne, wszystko jest tu przerysowane, jednak ciepło i pozytywna energia, jakie biją z tej historii, to czyste złoto. Na koniec nie sposób nie wspomnieć o rewelacyjnie nakreślonych postaciach oraz świetnych, dynamicznych ilustracjach, które doskonale oddają emocje boiskowej rywalizacji. Perełka, po prostu. Mangę możesz zarobaczyć na moim Instagramie: Lukkegeek https://www.instagram.com/p/DTcV3tQDF4J/?igsh=czhzdjU5djh0bWs2
LukkeGeek - awatar LukkeGeek
ocenił na93 miesiące temu
Dragon Ball Super #14: Son Goku z Galaktycznego Patrolu Akira Toriyama
Dragon Ball Super #14: Son Goku z Galaktycznego Patrolu
Akira Toriyama Toyotarou
Ten tom ma dla mnie jedną świetną rzecz, jedną obrzydliwą rzecz i jeden stary nawyk bohatera, który znowu mnie wytrąca z napięcia w najgorszym możliwym momencie, więc czytam go na zmianę z satysfakcją i z irytacją. Okładka faktycznie może zmylić, ta dziwna twarz Goku i sugestia „strażnika” poza Ziemią wygląda jak obietnica innego miejsca i innej osi, a ja od pierwszych stron wiem, że i tak będziemy tkwić w ziemskiej bitwie z Moro, przez co okładka jest bardziej dekoracją niż uczciwym sygnałem, chociaż sam motyw Galaktycznego Patrolu nadal robi mi klimat i porządkuje stawkę, bo to wreszcie nie jest tylko prywatna wojna kilku nazwisk. Największy plus to Vegeta, bo jego przewaga nie wynika wyłącznie z kolejnej warstwy „mocy”, tylko z tego, że technika i kontrola Ki z Yardrat zaczynają realnie zmieniać język walki, widzę inne tempo, inne decyzje w kadrze, więcej pracy na dystansie i na rozbrajaniu przeciwnika niż na klasycznym przepychaniu, a to jest dla mnie rozwój postaci, który lubię, bo Vegeta staje się skuteczny nie tylko jako silniejszy, ale jako mądrzejszy w działaniu, i to widać na stronie w tym, jak rysunek pokazuje jego pewność i to, że walczy „narzędziowo”. Druga dominanta jest odwrotna, bo scena pożarcia Seven-Three przez Moro w akcie desperacji jest dla mnie najobrzydliwszym momentem w całym Dragon Ballu, nie ze względu na samą przemoc, tylko przez sposób, w jaki kadr to podaje, jakby ciało i tożsamość były surowcem do natychmiastowego przerobienia na przewagę, a ja mam tu odruchowe porównanie do wchłaniania Buu, które było bardziej „komiksowe” i jakoś dziwnie mniej odpychające, nawet jeśli w treści bywało równie mroczne. Zaraz po tym pojawia się mój problem ze skalą konsekwencji, bo moc, jaką Moro zdobywa dzięki temu przejęciu, jest dla mnie przesadzona, to jest skok, który ryzykuje rozklejenie stawki i robi z całej dotychczasowej pracy sceny coś, co można jednym ruchem przeskalować do dowolnego poziomu, i wtedy zamiast czuć ciężar starcia, zaczynam myśleć o tym, czy seria nie używa za łatwego skrótu. Do tego dochodzi wtrącenie Merusa, które rozumiem na poziomie konstrukcji, bo ma to uderzyć jak klasyczny impuls do przekroczenia granicy, w Twojej głowie nawet jak śmierć Krillina na Namek, tylko że emocjonalnie mi to nie leży, bo mam wrażenie, że scena zostaje przestawiona z konfliktu na przycisk, a ja wolę, kiedy konsekwencje wynikają z decyzji bohaterów w walce, a nie z „wejścia” postaci, która ma uruchomić dalszą eskalację. Krótki kadr wspomnienia treningu Goku z Merusem jest dobrym dodatkiem, bo przypomina, że ich relacja nie jest tylko narzędziem fabularnym, ma rytm, ma korektę ruchu, ma coś intymniejszego niż zwykłe przekazywanie formułek. Najbardziej jednak drażni mnie powrót starego zachowania Goku, tego odruchu, że jeszcze spróbuje kogoś „uratować” albo dać mu przestrzeń, bo chce mieć z kim walczyć, i wiem, że to czasem w tej serii kończy się dobrze, że Vegeta, C17 czy Piccolo potrafią na tym skorzystać, ale z Moro to jest inna liga zagrożenia, bardziej drapieżna, mniej honorowa, i takie miękkie podejście nie pasuje do stawki, którą rysunek próbuje mi sprzedać jako krytyczną. Po lekturze zostaje mi mocny obraz Vegety jako kogoś, kto wreszcie ma przewagę przez technikę, oraz niechęć do tego, jak szybko seria podbija suwak okrucieństwa i suwak mocy jednym ruchem, przez co napięcie robi się mniej wiarygodne, bo wygrywa nie praca sceny, tylko nagły dopalacz. Ten tom pokazuje, jak łatwo w tej sadze założyć bohaterom plombę na rozsądku, kiedy fabuła potrzebuje kolejnego skoku.
Bob - awatar Bob
ocenił na81 rok temu
Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 4 Akira Toriyama
Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 4
Akira Toriyama
Dragon Ball Full Color: Saga 1, Tom 4 to zdecydowanie pozytywny rozdział całej serii, pełen niezapomnianych chwil i doskonale ilustrowanych emocji, które tylko wzmacnia kolorowa szata graficzna. Tom ten prezentuje widowiskowy finał walki podczas turnieju Tenkai Budokai, będącego ukoronowaniem intensywnych zmagań Goku i jego przeciwników. Starcia są dynamiczne, napięcie wzrasta z każdą stroną, a detale w kolorze pozwalają jeszcze mocniej wczuć się w klimat tej historii. Saga rozszerza się również o nowy wątek: pojedynek z Red Ribbon Army, czyli legendarnej organizacji, która stanie się jednym z głównych wyzwań dla Goku. Różnorodność lokacji, jak np. mroźne, zimowe tło podczas ratowania sołtysa, nadaje fabule świeżości i dodaje wyzwań, z jakimi nasz bohater musi się zmierzyć. Scena w zimowej scenerii stanowi świetny kontrast dla bardziej tropikalnych i gorących lokacji z wcześniejszych części, co wzmacnia wrażenie przygody i eksploracji. Wprowadzenie postaci androida Ósemka dodaje opowieści kolejny wymiar, wprowadzając motywy przyjaźni, lojalności i współpracy, tak charakterystyczne dla uniwersum Dragon Balla. Ósemek wyróżnia się nie tylko wyglądem, ale również osobowością, tworząc ciekawą przeciwwagę dla pozostałych antagonistów. Podsumowując, tom ten dostarcza świetnie napisanej akcji, ale i różnorodnych emocji – od humoru po dramatyczne, bohaterskie momenty. Połączenie intensywnej fabuły z wyjątkową kolorystyką sprawia, że jest to obowiązkowa lektura dla fanów Dragon Balla, którzy poszukują dynamicznej i wizualnie imponującej rozrywki.
Bob - awatar Bob
ocenił na91 rok temu
Akira - edycja specjalna tom 6 Katsuhiro Ōtomo
Akira - edycja specjalna tom 6
Katsuhiro Ōtomo
Mam problem z zakończeniem serii, a przez to z całą (całym?) Akirą, bo to jest dobra historia i ciekawe postacie, ale jednocześnie tyle tu jest niezamkniętych wątków i pewnych luk fabularnych, że nie można nad tym przejść do porządku dziennego. Cały czas ubolewam nad tym, że w historii większy nacisk niż na filozofię ostatecznie postawiono na wojsko i ciągłe potyczki. Nie do końca rozumiem motywacje wielu osób i stronnictw, a przydałoby się nadać temu tło. O co w sumie chodziło dzieciakom? Jaka naprawdę była moc Akiry i Tetsuo? Co chciała osiągnąć Miyako? Skąd moce u Kei i paru innych osób spoza laboratorium? Itd., itp. Z jednej strony te rzeczy gdzieś delikatnie są wspomniane, ale to więcej domysłów niż rzeczy powiedzianych wprost. Końcówka była całkiem poruszająca i uważam, że na gruncie emocji i wrażeń Akira dobrze działa, ale cały czas mi tu czegoś nie starcza. Może to mi brakuje pewnych umiejętności interpretacyjnych, ale wolałabym jednak, żeby większość kwestii była jakoś wyjaśniona, choćby nadal bardziej mgliście niż wprost. Można oczywiście spojrzeć na całość, jak na pewne zwierciadło japońskiego społeczeństwa, jego lęków, aspiracji, potrzeb, w tym zwłaszcza odniesienia do Hiroshimy i Nagasaki (mamy tu kilka eksplozji wyglądających jak po atomówce, w tym na samym początku). Wydaje się jednak, że jest to tylko jeden ze sposób, na jaki można Akirę analizować, ale absolutnie nie najważniejszy ani jedyny. PS Zaskakuje mnie, jak mało w sieci jest interpretacji i dyskusji nt. mangi. O filmie można znaleźć sporo, a jest on jednak pewną interpretacją i wycinkiem z mangi, który absolutnie nie wyczerpuje wszystkiego, co autor chciał przekazać.
Weronika - awatar Weronika
oceniła na77 miesięcy temu
Kajko i Kokosz - Złota Kolekcja. Tom 3 Janusz Christa
Kajko i Kokosz - Złota Kolekcja. Tom 3
Janusz Christa
Zbój Łamignat siedzi oparty o drzewo i narzeka: “Pies z kulawą nogą nie odwiedza tego kraju. Jak tak dalej pójdzie, odbiorą mi koncesję i wyślą na emeryturę.” Ale traf chciał, że akurat po długiej przerwie w odwiedziny do Mirmiłowa zmierza książę Wojmił, brat Mirmiła. Łamignat więc goni go wołając “Zaczekaj, rycerzu! Kwartał się kończy, a ja nie wykonałem jeszcze planu!”. Te, w cudowny sposób wyśmiewające realia PRL-u ramki są jednymi z otwierających cykl “Woje Mirmiła”. Jest to ostatnia seria, jak Christa publikował w wersji czarno-białej na łamach “Wieczoru Wybrzeża” (później nadejdzie czas koloru i "Świata Młodych"). O czym traktuje? Składa się z kilku wątków, od przyjazdu Wojmiła i jego wpływu na księcia Mirmiła, przez relację Łamignata i ciotki-wiedźmy Jagi, po niecny plan kanclerza królewskiego, którego celem jest oddanie Mirmiłowa w ręce jego brata - Dajmiecha, któremu pomaga wojski Niesław. I to ten ostatni po jakmiś czasie staje się tym wiodącym. Jak zwykle przygody Kajka i Kokosza obfitują w liczne zwroty akcji, wyraziste postaci, splapstickowy dowcip i zawoalowaną krytykę systemu Demoludów. Historia zdaje się samoistnie i dość swawolnie meandrować bez trzymania się z góry określonego planu, co może być zarówno minusem, jak i plusem. W wydaniu Złotej Kolekcji Egmontu, jak zwykle czytelnik dostaje mnóstwo dodatków i didaskaliów do samego komiksu: od pierwszych szkiców postaci i planów, przez unikalne dodatkowe historyjki, alternatywne wersje okładek czy inne komiksy Christy, po świetne wywiady przeprowadzone z autorem. Jak zawsze - gratka, nie tylko dla fana Kajka i Kokosza, ale ogólnie każdego pasjonata komiksów. Choć historia moim zdaniem nie dorównuje Szrankom i Konkurom, to humor w Wojach Mirmiła niezmiennie przedni. Jak choćby w takiej, niepozornej zupełnie scence, gdy drużyna Niesława zwołana przezeń celem wyjaśnienia im kolejnego planu pozbycia się Kajka i Kokosza chórem odpowiada: “Rozkazuj Niesławie! Dla pieniędzy gotowi jesteśmy do największych poświęceń!” Po czym jeden z wojów uśmiechając się rezolutnie dodaje “I łajdactw!”. Jak tu nie lubić Kajka i Kokosza?!
Maro - awatar Maro
ocenił na71 rok temu
Dragon Ball: Odrodzony jako Yamcha Akira Toriyama
Dragon Ball: Odrodzony jako Yamcha
Akira Toriyama dragongarow LEE
Główny bohater jest wielkim fanem Dragon Balla. Pewnego dnia dość pechowo spada ze schodów i… budzi się w świecie swojej ulubionej mangi. (Nie)stety odradza się jako Yamcha. Musi zrobić wszystko, żeby skończyć lepiej, niż zostało to przedstawione w oryginalnej historii. 🐉 Yamcha to synonim porażki. Definicja pecha. Przykład złośliwości losu. Postać-mem. Tutaj jednak dostaje szansę i właśnie dzięki temu powstało takie „co by było, gdyby…”. I wyszło fajnie. 🐉 Krótka historia, pełna żartów i świetnych, typowo dragonballowych rysunków - przedstawia historię, która jest ciekawą odskocznią od oryginalnej fabuły. Yamcha… a właściwie to nie dosłownie on, ma tę możliwość, że może kierować własnym losem, znając przyszłe wydarzenia. Kusząca perspektywa. Jednak tu nie o same walki chodzi. Najważniejsza jest Bulma i fakt, że trzeba przeszkodzić jej w spotkaniu z Vegetą. 🐉 Główny bohater podróżuje po lokacjach znanych z oryginalnej mangi. Wyprzedza wszystkie wydarzenia, by finalnie… i tak mu się nie udało. Taki przerywnik w historii Smoczych Kul to jedna z najfajniejszych rzeczy. Kilka zwrotów akcji, odnośniki do gier, przedziwne zrządzenia losu i karykaturalna fuzja dwóch słabych wojowników sprawiły, że naprawdę chciałbym więcej takich historii, bo: a) spojrzałem łagodniej na postać Yamchy i zrozumiałem, w jak beznadziejnym położeniu musiał się znaleźć, niezależnie ile pracy włożyłby w trening; b) zapomniałem o pierwszych pięciu odcinkach anime DBS; c) seria z innymi postaciami „Odrodzony jako…” mogłaby być mega ciekawym pomysłem; d) fuzja na końcu mangi to najlepsza rzecz w świecie Smoczych Kul! ig: multiverse_hunter
Multiverse_Hunter - awatar Multiverse_Hunter
ocenił na85 miesięcy temu
MASHLE #2 Hajime Koumoto
MASHLE #2
Hajime Koumoto
Nie ma to tamto, kocham być popkulturowo nakręcony. Nie inaczej, oglądam, czytam, wchłaniam, po prostu doświadczam to czego i co chcę, a nie wszystko ,,co nowe, łatwe i przyjemne, no bo to każdy ogląda, nawet Pan Janusz z trzeciego piętra". Bez ogródek dodam: ,,,tiaaaa, nie chcę być jak inni, mam swój styl w podejściu do popkultury właśnie; ponad wszystko uwielbiam się nią jarać, choć rzecz jasna z umiarem”. To taki powód ,,sam przez się” do ciągłego i ciągłego podtrzymywania pasji, do poszukiwania jeszcze szerszy i rozleglejszych połaci niezwykłości w ,,masówce”, w popkulturze, które rozszerzą moje fanowsko-pasjowe horyzonty, dając przy okazji kolejne powody do zwyczajnej radości, do cieszenia się, z tego, że w ogóle posiada się ,,jakiekolwiek zainteresowania!”, że właściwy dla siebie sposób spędzania się z nimi czas wolny. Tak, to właśnie japońska ,,masówka” znalazła odbicie w tego rodzaju podejściu do moich zainteresowań ,,poza pracą i obowiązkami”, które stały się czymś szerszym poza takim ogólnym schematem ich celowości. W ten sposób dochodzimy do ciekawego doświadczenia, które w popkulturze z kraju kwitnącej wiśni ostatnimi miesiącami mi się przytrafiło, i które nakierowuje moje podejście do tworów ,,masówki” z tego obszaru, bo przecież ,,kultura Made In Japan” jest jedną z najbardziej oryginalnych na świecie. ,,Nakierowuje”, czyli mówiąc inaczej wprowadza w stan równowagi i trzymania ciągłego respektu dla tego rodzaju rozrywki i dóbr. Cóż, stary byk to ja jestem, ale nie ukrywam, że właśnie niedawno zrobiłem sobie swego rodzaju ,,re-watch" (powolutku, bez pośpiechu; sam serial traktuję jako raczej ciekawostkę i guilty pleasure, które muszę po prostu oglądnąć niż coś bardzo, ale to bardzo ambitnego!) pierwszego sezonu ,,Mashle’a” - ,,doooooość” specyficznego (to mało powiedziane) anime z gatunku fantastyki naukowej z elementami przygody, groteski i kawałka tortu w postaci przeładowania super-mocami głównego bohatera. I to co mogę o całości powiedzieć to jedno: to taka współczesna beko-genna wersja anime, niosąca (owszem) jakieś wartości i ,,morale", ale będąca idealną do oglądania dla starych geeków głównie dla samej ,,kreski" i dla tej odjechanej do reszty specyfiki całości Uniwersum, a przede wszystkimi całości projektu Masha Burnedeada: jego wyglądu, zachowania, stosunku siebie samego i swojej fizycznej siły do ,,uzdolnionych” magicznie postaci i temu podobne. Co najważniejsze dzięki ponownemu obejrzeniu anime ,,Mashle”, za co twórcom, Studiu, animatorom i reżyserom animacji, którzy siedzieli i łamali sobie głowy przy tym tytule… który to jak wiemy ma dwa kapitalne sezonicha, a który stworzono na podstawie mangi o tym samym tytule… serdeczne i wielkie ,,dziękuję!” - zdołałem zebrać się w sobie i ponownie otworzyć się na popkulturę ,,Made In Japan”, by doświadczyć tegoż to właśnie ,,nakręcenia” się na świat rozrywki ze wschodu dzięki czytaniu mangi ,,Mashle’a” w postaci tomu numer 2. I dzięki takiej decyzji, ba!, dzięki w ogóle pełnym zaangażowaniu w lekturę tomu, odniosłem wrażenie, że nabyłem co nieco z tej zdrowej popkulturowej energii do działania. To właśnie japoński komiks, rzecz jasna, zwany popularnie mangą jest jednym z najlepszych wyznaczników jakości i przepastnej wręcz różnorodności tego, co daje nam rozrywka prowadzona ,,pod szyldem” japońskiej swobody twórczej, której każdy z nas, szczególnie tych mocno popkulturowo szajbniętych pozytywnie nerdów, powinien doświadczyć (i na pewno już to zrobił) choć raz w życiu, w takiej właśnie ,,mangowej” konwencji. I Ja ponownie, po raz prawie że niezliczony ,,enty z kolei” wziąłem kolejną, tym razem ,,sequelową”, po pilocie odsłonę z danego mi tematycznie Uniwersum ,,na swą geekowską klatę" i zagłębiłem się w dość szajbnięty świat przeciętności zarazem, jak i niezłomności i dziwnej fizycznej genialności – w Świat rzeczywistości Mashle. Manga w wydaniu no.2 (to samo tyczy się anime i pilota serii komiksu, ale w nieco innym względzie) to potwierdzenie tego jak forma tego biało-czarnego komiksu potrafi być cudownym i sprawdzającym się na wielu polach wymiarem rozrywki, który zapewne zadowoli otwartych na nowe doznania, a nie tych wybrednych ,,anime-mangocholików”. Już od pierwszych stron i dymków dialogowych tomu 2, Mash zdaje się ewoluować: chodzi o jedno – jego przemiana, ta wzrastająca ambicja, świadomość tego, co i jak chce się osiągnąć, i co na ten cel poświęcić jest bardziej widoczna w całości omawianego tomu niżeli w oglądanych kilku odcinkach sezonu 1-ego z rzędu. Tak, on wciąż (choć to bardziej subiektywna opinia) jest taki nieco oderwanym od rzeczywistości z jednoczesnym nieoderwaniem od niej... z jednoczesnym skupieniem na celu, jakim jest stanie się Boskim Wizjonerem, żyjącym we własnym mikrokosmosie ,,nerdem zbzikowanym na punkcie bycia normalnym, ale z umożliwieniem sobie ciągłego ćwiczenia i ćwiczenia… i rozwijania swojego organizmu ku większemu poziomowi, ku większej sile”, co w ostatecznym rozrachunku ma zapewnić mu solidną przyszłość i dobre powodzenie i zdrowie własnej rodzinie. Wciąż Mash jest taki z lekka niepoważny i zarazem zabawny, ale i potrafiący oczarować swoim skupieniem się na celu, swoją pasją. Już od początku pierwszych stron – prawie że tak samo jak w pierwszym tomie mangi z tej serii – przedstawia się wydarzenia tu zawarte z nieco ,,innawej”, bardziej dynamicznej i komicznej, niż stricte konkretnie fabularnej perspektywy. Mash nie zjawia się nagle w kadrze, jakby zabrany gdzieś ,,zza offu” i wstawiony do akcji komiksu; nawet nie przedstawia się go tak samo turbo komicznie, co w pilocie mangi, jako tego odróżniającego się od reszty ,,odmieńca”, tego ,,grzybogłowego Masha”. Zresztą każdy czytelnik powinien się o tym przekonać po pierwszych kilkudziesięciu stronach lektury. Żyćko toczy się dalej... no szkoda, bo przygoda z lekturą tomiszcza drugiego zleciała tak szybko, że aż trudno uwierzyć, że ,,trzeba odejść od popkulturowego życia” i wracać do codziennej szarugi. Ale… to był tak dobrze spędzony czas, że aż mogę sobie to napisać: takie rozdanie mangi ,,Mashle” pozwala nam zatrzymać się w miejscu, zwolnić, dać ujść stresowi i ,,nerwicom współczesnej cywilizacji”; pozwala nam oddać się pasji, jaką jest japońska popkultura. Tak, to dzięki tak ,,skrejzolowanym” twórcom, którym to w tej branży jest Hajime Koumoto – tajemniczy ,,Miszcz" o tajemniczej osobowości, powstaje tak dziwna, wspaniała swą prostotą i wyjątkową ,,kreską”, coś również jednak dla nas znacząca i coś nas ucząca, manga, jak ta, którą niniejszym omawiam i recenzuję. Świat byłby biedny, twardy i tylko z surowymi emocjami bez tak niekonwencjonalnej i kochającej łamać liczne schematy, nazwijmy to ,,twórczo-wizyjno-społeczne”, serii komiksów, którymi są dwa pierwsze (jak na razie, i to z mojej perspektywy – przede mną jeszcze lektura kolejnych wydań) numery mangi o przygodach słynnego ,,grzybogłowego” ultra-potężnego, ale normalnego jegomościa, który nie chciał zmieniać świat, ale chciał tylko uczynić go normalnym, szczerym i prawdziwym. Co istotne ,,Mashle” wyróżna się znacząco spośród oceanu wszystkiego co w popkulturze tworzy nam kultura masowa ,,Made In Japan”. A mnie osobiście ów cykl w rozdaniu no.2 wciągnął mnie w ten szaleńczy przez wielkie S Świat jeszcze bardziej niż pilot mangi, a zrobił to prawie tak samo dobrze jak sumarycznie jak cały pierwszy sezon ,,Mashle” - kilkanaście świetnych odcinków animowanej wersji tej rzeczywistości. Nie inaczej, żyjemy w świecie, w którym mamy dostęp prawie do wszystkiego, i to na wyciągnięcie ręki. A najciekawsze jest to, że wystarczy, że sięgniemy po tak prostą, zabawną, naturalną, mającą w sobie tyle dobrej ludzkiej energii mangę, którą są tomy 1 i 2 ,,Mashle”, a nasze życie stanie się przynajmniej na czas lektury o wiele, wiele prostsze. Przygoda z tym komiksem to taki detoks od współczesnej cywilizacji, zanurzonej w oceanie konsumpcjonizmu. To taka podróż przez powagę, jak i komizm, oraz ironię wobec tego, z czym zmagamy się w dzisiejszych czasach. Sam główny bohater zalicza sporego plusa z tego tytułu, a to dlatego, że całym swoim Ja udowadnia, co w życiu powinno być najważniejsze; problem w tym, że do takiej interpretacji Masha trzeba chcieć się dokopać, a z tym może być u nas różnie. ,,Kreska”, montaż kadrów, cała historia tomu, fakt, na to pozwalają, ale to subiektywna analiza komiksu zadecyduje ostatecznie o jego ,,pocieszności” lub ,,kiczowatości”. Na tym polega cud ,,specyfiki” Pana Grzybka w jego mega-dziwacznie napisanych przygodach. Nic tu nie jest na pewno proste, na pewno nie dla głównego bohatera – powinno się trochę wsiąść w jego skórę i inaczej popatrzeć na to ,,wszyćko” w materii tak nadnaturalnego, pisanego czernią, szarością i bielą (co absolutnie nie jest niniejszym jakkolwiek odczuwalne. Styl Koumoto to rekompensuje!) komiksu, ba, w całym Uniwersum, nawet w wersji dwusezonowego anime! Co istotne, mandze, którą przyszło mi przeczytać, nie brakuje subtelności; przygoda i cała ta ,,mashowość”, fakt faktem ma swój energiczny ton i odpowiednie tempo wyzwalania u czytelnika szalonych emocji, ale niekiedy te istotniejsze bardziej dramatyczne momenty potrafią się mimo wszystko jakoś tam drobno… zaakcentować, np. w momencie – nie spoilerując – gdy nasz ,,grzybogłowy” staje do walki z wieloma wrogami, czy to w ramach egzaminu, czy nagłego testu, gdy wtedy przyparty do muru potrafi pokazać nieco bardziej konkretne i ,,skoncentrowane” oblicze. Uogólniając, jak dla mnie tom 2 przygód ,,Masha w wersji mangi jest prima sort, ba, jest jak miodzik najsłodszej miary. A dlaczego? Pierwszy tom był jedynie swego rodzaju nauką o Mashe’u, m.in. o jego spojrzeniu na rzeczywistość niby zwykłego świata z perspektywy niezwykłego młodzieńca Burnedeada. A drugi, to już coraz większa jazda bez trzymanki z równoczesnym trzymaniem się poziomu, nie szalenia nie wiadomo jak bardzo z głupotkami i memicznością osoby Mashe'a.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na924 dni temu
One-Punch Man tom 23 - Autentyczność Yusuke Murata
One-Punch Man tom 23 - Autentyczność
Yusuke Murata ONE
Poprzedni tom wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie na tle pozostałych dotyczących wojny z potworami. Liczyłem więc, że kolejny również mnie nie zawiedzie. Czy rzeczywiście tak się stało? Tym razem tom skupia się przede wszystkim na Atomowym Samuraju i jego uczniach, którzy walczą z potworami w podziemiach. W tym samym czasie Saitama i Cesarzątko opuszczają podziemia z uwolnionym zakładnikiem. Natomiast Pysio-Pasio musi się zmierzyć z przemienionymi więźniami. Wątek Atomowego Samuraja i jego ekipy w pewnym momencie robi się nużący. Za łatwo pokonują kolejne przeciwności. Robi się bardziej interesująco dopiero w momencie starcia z Czarną Spermą czy Bezdomnym Imperatorem. Są to postacie o naprawdę pomysłowych umiejętnościach i starcia z nimi są bardzo kreatywne. Wątek Saitamy i Cesarzątka to tak naprawdę jeden wielki dowcip. Wielka szkoda, że nie wynika z niego nic ciekawego. Również pewna rozmowa Cesarzątka z zakładnikiem wypada bardzo sztucznie. O wiele lepszym żartem okazuje się walka Pysio-Pasia. Bohater nie jest do końca świadomy powagi sytuacji i zachowanie swoich przeciwników interpretuje w błędny sposób. Tutaj jednak też nie podobało mi się, że tak naprawdę nikt nie stanowi wyzwania dla herosa. Historia poboczna skupia się na specyficznym herosie Świniobogu. Jednakże nie jest to historia jego genezy, ale próba zmiany swojego wizerunku. Wyszedł z tego dosyć średni dowcip. Duże wrażenie robią w tym tomie projekty antagonistów. Wyglądają bardzo różnorodnie i mogą budzić podziw swoją pomysłowością. Szczególnie w pamięć zapadł mi Budynkowy Detonator. Główną wadą tomu jest zrobienie bohaterów zbyt potężnych. Nie ma tutaj dla nich żadnego wyzwania. Jednakże same pojedynki są bardzo spektakularne.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na62 lata temu
Punisher. Marvel Knights Tom 2 Garth Ennis
Punisher. Marvel Knights Tom 2
Garth Ennis Steve Dillon Joe Quesada Tom Mandrake
Drugi tom przereklamowanej serii "Punisher Marvel Knights" przynosi nam 9 różnej długości opowieści, czego tylko dwie są warte uwagi. Pierwsza z nich to rewelacyjna 11-to stronnicowa opowieść "Kanał" z świetnymi i dokładnymi rysunkami Joe Quesady. To oryginalnie napisana i narysowana historia, która wybija się zdecydowanie ponad przecietność. Druga z nich to 3-częściowa opowieść o policjantach. Głównymi bohaterami jest para policjantów, a opowieść skupia się na ukazaniu ich problemów, charakterystycznych dla tej formacji. Problemów z radzeniem sobie ze stresem, z piciem, przemocą i korupcją. To opowieść o słabościach, honorze, odwadze i powołaniu. Całość jest naprawdę bardzo dobrze napisana i nawet kreska Dillona mi tutaj nie przeszkadzała, a wręcz nawet pasowała do opowieści. Dobry kawałek komiksu, bez nieprawdopodobnych akcji i innych wygłupów scenarzysty, gdzie Punisher jest w zasadzie postacią drugoplanową. A kończy tę opowieść również dość ciekawy finał. (7/10) Pozostałe historie są na poziomie przeciętnym lub średnim. Nie wyróżniają się ani scenariuszem, ani rysunkiem, ani glebią opowieści, ani realizmem. Mam wrażenie że Marvel Knights to to takie przeciętne opowieści dla młodzieży, z niezbyt wyszukanym humorem, z minimalizowaną przez mało realistyczny rysunek przemocą i dość prostą jednoliniową fabułą. Dla mnie to za mało i już Punishery od Tm-Semic były ciekawsze od tego. Jako minus mogę zapisać tutaj gościnny występ Wolverine'a, który został tutaj zaprezentowany fatalnie. Dużym plusem tego wydania jest natomiast dołączony na końcu książki scenariusz do jednej z opowieści. Fajna sprawa dla wszystkich zainteresowanych tym, jak takie scenariusze się tworzy.
mika_el - awatar mika_el
ocenił na62 lata temu

Cytaty z książki Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 5

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Dragon Ball Full Color Saga 1 tom 5