Kraksa. Historia jeszcze możliwa

- Kategoria:
- literatura piękna
- Format:
- papier
- Tytuł oryginału:
- Die Panne. Eine noch mögliche Geschichte
- Data wydania:
- 1963-02-01
- Data 1. wyd. pol.:
- 1963-02-01
- Liczba stron:
- 61
- Czas czytania
- 1 godz. 1 min.
- Język:
- polski
- Tłumacz:
- Andrzej Wirth
Ta książka nie posiada jeszcze opisu.
Kup Kraksa. Historia jeszcze możliwa w ulubionej księgarni
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Opinia społeczności
Kraksa. Historia jeszcze możliwa
Misterne, klasyczne opowiadanie szwajcarskiego mistrza – o winie orzeczonej, a także uświadomionej, bynajmniej nie w ramach proceduralnej sprawiedliwości, ale też i o karze, również prawem nieprzewidzianej. Ani żaden to „kryminał”, ani też pozycja wyłącznie dla miłośników tematyki sądowniczej. To gęsta od znaczeń psychologiczna przypowieść, ale głównie uniwersalny moralitet. Czy przypadkiem nie o każdym z nas….? Ten błyskotliwy tekst można odczytywać na wiele rożnych sposobów: jako krytykę nieskuteczności „normalnego” procesu karnego; jako afirmację swoistej „prywatyzacji” wymiaru sprawiedliwości, choćby przez prawników na emeryturze – a może właśnie i sprzeciw wobec niej? Albo to prostu „sąd boży”, bo mocno wszystko nierealne. Wszelkie odczytania są tu możliwe - na tym polega wielkość tej małej nowelki. Fabuła wydaje się - na początku – banalna. Ot komiwojażer w podroży ma kłopoty z autem, musi gdzie zanocować i trafia przypadkiem na nocleg u emerytowanego prawnika. Właśnie wydaje on przyjęcie dla kilku kolegów po fachu, podczas którego dla zabawy (?) odgrywają z przygodnym gościem symulowany (?) proces „na niby” (?). „Wczoraj był pewien poseł, który we wsi wygłosił przemówienie wyborcze i przegapił ostatni pociąg. Został skazany na 14 lat wiezienia za szantaż i przekupstwo” – zachęca gospodarz. „Ja byłem kiedyś sędzią, pan Zorn prokuratorem, a pan Kummer adwokatem, zabawiamy się zatem w sąd. - Ach tak. - Traps zrozumiał i pomysł wydał mu się możliwy do przyjęcia. A może jednak wieczór nie był jeszcze całkiem stracony”. „Weźmie udział w zabawie, powiedział, to zaszczyt dla niego zająć osierocone stanowisko oskarżonego”. „Może obejdzie się bez uczonej i nudnej atmosfery, zapowiada się, że będzie wesoło” - myśli sobie nasz bohater. No i na początku jest wesoło: „Agent zaczął rozpytywać się z ciekawością o zbrodnie, która mu teraz zostanie przypisana. - To bez znaczenia - odpowiedział prokurator wycierając monokl - zbrodni zawsze można się doszukać. Wszyscy się roześmieli”. I zaczyna się zabawa w sąd, suto zakrapiana, przy jeszcze bardziej suto zastawionym stole. A dokładnie „zabawa”, skoro na koniec nikomu nie będzie do śmiechu, a czytelnik na długo pozostaje w osłupieniu... „Najlepiej będzie, jeśli pan Traps od razu wyzna mu swoje przestępstwo. Wtedy on mógłby zagwarantować, że i w sądzie jakoś to pójdzie. Sytuacja nie jest wprawdzie groźna, ale nie należy jej bagatelizować” – mówi bohaterowi „sprzyjający” mu adwokat. I wyjaśnia: „To wielce ryzykowne, mówiąc łagodnie, obstawiać przy niewinności przed naszym sądem. Przeciwnie, byłoby najrozsądniej od razu obwinić się o jakieś przestępstwo” tłumaczy, objaśniając: „Nie może pan już wybrać sobie winy, lecz musi pan pozwolić na narzucenie jej sobie”. „Wyzwoliliśmy się od niepotrzebnego zalewu formułek, protokołów, papierków i ustaw i od całego tego kramu, który ciąży na naszych sądach. My sądzimy, nie wdając się w szmatławe kodeksy i paragrafy” (w naszych realiach brzmi to już, na szczęście nieaktualne). Można się tu doszukiwać – tak jak np. ja - odniesień do stalinowskiej zasady o przyznaniu się podsądnego jako tzw. korony dowodów. Wobec tego śledztwo koncentrowało się tylko na tym, a nie jałowym w tej sytuacji zbieraniem innych dowodów. No cóż, t a m mało kto się nie przyznawał, no a nikt nie częstował nikogo wykwintnym jadłem i takimże wypitkiem, jak w tym opowiadaniu… „Szczególny urok naszej gry polega na tym, jeśli wolno mi jako początkującemu wyrazić swoje bardzo niekompetentne zdanie, że biorący w niej udział czuje się nagle nieswojo i przenika go dreszcz strachu. Zabawa grozi przerodzeniem się w rzeczywistość” – mówi gość. Na swe obiekcje słyszy: „My tutaj mamy do czynienia z prawodawstwem prywatnym”. I rzeczywiście, relacje między stronami odbiegają od zwyczajowych. „Wspomnijmy tylko czasy, kiedy w służbie państwa uprawiało się ponure rzemiosło. Nie jako przyjaciel, stawał wówczas przed nami oskarżony, lecz jako wróg; tego, którego powinniśmy przycisnąć do piersi, odpychaliśmy od siebie. Niech cię więc przygarnę do piersi!”. „ - Goniliśmy kiedyś od sprawy do sprawy, od zbrodni do zbrodni, od wyroku do wyroku; teraz spokojnie uzasadniamy, wysuwamy kontrargumenty, referujemy, dysputujemy, mówimy i zgłaszamy sprzeciw, dobrodusznie, wesoło, bez pośpiechu; uczymy się szanować oskarżonego, kochać go, cieszymy się jego sympatią, bratamy się wzajemnie. Z chwilą gdy to nastąpiło, wszystko toczy się dalej łatwo, zbrodnia traci wagę, wyrok nie jest już bolesny”. Sprawa rozwija się nie po myśli obrońcy, bo podsądny za dużo gada. „- Niech pan się nie obawia, drogi sąsiedzie. Kiedy przesłuchanie się już zacznie, nie stracę głowy. W pokoju śmiertelna cisza jak przed chwilą. Nie usłyszysz najcichszego mlaskania, najlżejszego chrząknięcia - Nieszczęśniku - jęknął obrońca. - Cóż pan przez to rozumie: “Kiedy przesłuchanie się już zacznie”? - Czyżby - rzekł przedstawiciel generalny zgarniając na talerz sałatę - już coś się zaczęło ? Starcy uśmiechnęli się, spojrzeli po sobie porozumiewawczo, przebiegle, zachichotali radośnie”. „Jesteśmy na najlepszej drodze, aby z kretesem przegrać nasz proces!” – przestrzega adwokat.„Wciąż nie chce pan porzucić swojej fałszywej taktyki i dalej chce pan grać niewinnego? Czy wciąż pan jeszcze nic nie rozumie? Trzeba się przyznać, czy się chce, czy nie, a zawsze znajdzie się coś, do czego należałoby się przyznać, przecież powinno to panu już wreszcie zaświtać w głowie!”. I chcąc, nie chcąc, podsądny faktycznie się do czegoś przyznaje. „Takiemu oskarżonemu nie można po prostu mieć niczego za złe – sędzia i prokurator tańczyli wokół pokoju, łomotali w ściany, potrząsali sobie ręce, włazili na krzesła, tłukli butelki, wyprawiali z zadowolenia najbardziej niedorzeczne figle”. „- Świetnie, to mi na razie wystarczy - powiedział prokurator. - Mamy szczęście. Wygrzebaliśmy trupa, a to ostatecznie najważniejsze. Wszyscy się roześmiali”. „- Najzabawniejsze w tym naszym kawalerskim wieczorku, najbardziej udane jest chyba to - powiedział podnosząc kieliszek, nie wstając jednak z krzesła - żeśmy natrafili na trop mordu z takim wyrafinowaniem uknutego, że wymknął się oczywiście państwowemu wymiarowi sprawiedliwości”. A nasz gość? „Rozkoszował się, że przebywa w rozumnym gronie, że może być szczery, może być samym sobą, że nie ma już żadnej tajemnicy, bo żadna już nie była mu potrzebna, że jest doceniany, kochany, zrozumiany, i myśl że popełnił morderstwo, docierała coraz głębiej do jego świadomości, wzruszała, przemieniała jego życie, czyniła je bardziej ważkim, bardziej bohaterskim, bardziej cennym”. Fragment ustnego uzasadnienia wyroku - pisemnego nie sporządzono): „Zamordował, wprawdzie nie powodowany szatańskim zamiarem, bynajmniej, lecz dlatego tylko, że przyswoił sobie bezmyślność świata, w którym przyszło mu żyć. (…) Zabił, bo to wydawało mu się właśnie najbardziej naturalne, aby drugiego przyprzeć do muru, bez skrupułów iść do naprzód; niech będzie, co ma być”. Wyrok mógł być tylko jeden, a czy został wykonany, to już trzeba doczytać… PS: Lektura przypomniała mi genialny film „Czysta formalność”, Giuseppe Tornatore z niezapomnianymi rolami Depardieu i Polańskiego. Mimo licznych różnic, ma on z tym opowiadaniem chyba więcej podobnego niż można by się spodziewać, tylko że tam przesłuchanie podejrzanego toczyło się aż do świtu….
Oceny książki Kraksa. Historia jeszcze możliwa
Poznaj innych czytelników
393 użytkowników ma tytuł Kraksa. Historia jeszcze możliwa na półkach głównych- Przeczytane 232
- Chcę przeczytać 157
- Teraz czytam 4
- Posiadam 33
- 2014 4
- 2021 4
- Literatura szwajcarska 3
- Ulubione 2
- Literatura niemieckojęzyczna 2
- XX / Współczesna 1



















































OPINIE i DYSKUSJE o książce Kraksa. Historia jeszcze możliwa
Wielostronne, wieloaspektowe przyglądnięcie się historii jednego wypadku.
Wielostronne, wieloaspektowe przyglądnięcie się historii jednego wypadku.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo niesamowite jak w tak krótkim opowiadaniu można zawrzeć tyle elementów. Świetnie się to czyta!
To niesamowite jak w tak krótkim opowiadaniu można zawrzeć tyle elementów. Świetnie się to czyta!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJawiły mu się obrazy blade, twarzyczka synka, w półmroku wioska, przy której zdarzyła się kraksa, jasna wstęga szosy, pagórek z kościołem, szumiący dąb, olbrzymi, zalesione wzgórza, świecące w górze niebo - wszędzie, bez końca...przeciętny człowiek w bezmyślnej poniewierce co prze przez życie, bo chce mieć lepiej. Nie bacząc na innych, osiąga sukces - w przemyśle tekstylnym. Występki, szwindle, cudzołożenie. Los figle płata - awaria Studebakera, trzeba we wsi przenocować. A tam, impreza życia - wykwintne sery, dymiące półmiski, Bordeaux w koszyczkach - z emerytowanymi przedstawicielami prawa. Wielkie żarcie. I co się dzieje? Bierze udział w zabawie, grze, procesie, niewinny przecież - tym upojony - wyznaje co nieco przed groteskowym sądem. Za oknem wisi późny księżyc, cieniutki sierp, lekki szum drzew. W kieliszkach iskrzy się Château Pavie 1921. Uświadomiono mu, mniema, że poznał siebie. Ach doceniony, kochany, głębszym człowiekiem się czuje, godnym szacunku, przyjaźni uczonych i wykształconych mężów (teraz koniaku z pękatych kieliszków). Jakby zawierał znajomość z człowiekiem, którym sam jest, a którego spotkał gdzieś tam kiedyś tylko przelotnie. I okazało się, że zaplanował coś pięknego i dokonał tego, takie szczęście (szampana polejcie). Więc jednak żył prawdziwym życiem, był bohaterem, co za tym idzie (na czworakach) wyzbywa się pragnień - cóż pozostaje? Ktoś jednak zepsuł wspaniałe przyjęcie... gwiazdy blednące od dalekiego wschodu słońca, ostry krzyk ptaków, rześkość i rosa.
Jawiły mu się obrazy blade, twarzyczka synka, w półmroku wioska, przy której zdarzyła się kraksa, jasna wstęga szosy, pagórek z kościołem, szumiący dąb, olbrzymi, zalesione wzgórza, świecące w górze niebo - wszędzie, bez końca...przeciętny człowiek w bezmyślnej poniewierce co prze przez życie, bo chce mieć lepiej. Nie bacząc na innych, osiąga sukces - w przemyśle...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMisterne, klasyczne opowiadanie szwajcarskiego mistrza – o winie orzeczonej, a także uświadomionej, bynajmniej nie w ramach proceduralnej sprawiedliwości, ale też i o karze, również prawem nieprzewidzianej.
Ani żaden to „kryminał”, ani też pozycja wyłącznie dla miłośników tematyki sądowniczej. To gęsta od znaczeń psychologiczna przypowieść, ale głównie uniwersalny moralitet. Czy przypadkiem nie o każdym z nas….?
Ten błyskotliwy tekst można odczytywać na wiele rożnych sposobów: jako krytykę nieskuteczności „normalnego” procesu karnego; jako afirmację swoistej „prywatyzacji” wymiaru sprawiedliwości, choćby przez prawników na emeryturze – a może właśnie i sprzeciw wobec niej? Albo to prostu „sąd boży”, bo mocno wszystko nierealne. Wszelkie odczytania są tu możliwe - na tym polega wielkość tej małej nowelki.
Fabuła wydaje się - na początku – banalna. Ot komiwojażer w podroży ma kłopoty z autem, musi gdzie zanocować i trafia przypadkiem na nocleg u emerytowanego prawnika. Właśnie wydaje on przyjęcie dla kilku kolegów po fachu, podczas którego dla zabawy (?) odgrywają z przygodnym gościem symulowany (?) proces „na niby” (?).
„Wczoraj był pewien poseł, który we wsi wygłosił przemówienie wyborcze i przegapił ostatni pociąg. Został skazany na 14 lat wiezienia za szantaż i przekupstwo” – zachęca gospodarz. „Ja byłem kiedyś sędzią, pan Zorn prokuratorem, a pan Kummer adwokatem, zabawiamy się zatem w sąd. - Ach tak. - Traps zrozumiał i pomysł wydał mu się możliwy do przyjęcia. A może jednak wieczór nie był jeszcze całkiem stracony”.
„Weźmie udział w zabawie, powiedział, to zaszczyt dla niego zająć osierocone stanowisko oskarżonego”. „Może obejdzie się bez uczonej i nudnej atmosfery, zapowiada się, że będzie wesoło” - myśli sobie nasz bohater. No i na początku jest wesoło: „Agent zaczął rozpytywać się z ciekawością o zbrodnie, która mu teraz zostanie przypisana. - To bez znaczenia - odpowiedział prokurator wycierając monokl - zbrodni zawsze można się doszukać. Wszyscy się roześmieli”.
I zaczyna się zabawa w sąd, suto zakrapiana, przy jeszcze bardziej suto zastawionym stole. A dokładnie „zabawa”, skoro na koniec nikomu nie będzie do śmiechu, a czytelnik na długo pozostaje w osłupieniu...
„Najlepiej będzie, jeśli pan Traps od razu wyzna mu swoje przestępstwo. Wtedy on mógłby zagwarantować, że i w sądzie jakoś to pójdzie. Sytuacja nie jest wprawdzie groźna, ale nie należy jej bagatelizować” – mówi bohaterowi „sprzyjający” mu adwokat.
I wyjaśnia: „To wielce ryzykowne, mówiąc łagodnie, obstawiać przy niewinności przed naszym sądem. Przeciwnie, byłoby najrozsądniej od razu obwinić się o jakieś przestępstwo” tłumaczy, objaśniając: „Nie może pan już wybrać sobie winy, lecz musi pan pozwolić na narzucenie jej sobie”.
„Wyzwoliliśmy się od niepotrzebnego zalewu formułek, protokołów, papierków i ustaw i od całego tego kramu, który ciąży na naszych sądach. My sądzimy, nie wdając się w szmatławe kodeksy i paragrafy” (w naszych realiach brzmi to już, na szczęście nieaktualne).
Można się tu doszukiwać – tak jak np. ja - odniesień do stalinowskiej zasady o przyznaniu się podsądnego jako tzw. korony dowodów. Wobec tego śledztwo koncentrowało się tylko na tym, a nie jałowym w tej sytuacji zbieraniem innych dowodów. No cóż, t a m mało kto się nie przyznawał, no a nikt nie częstował nikogo wykwintnym jadłem i takimże wypitkiem, jak w tym opowiadaniu…
„Szczególny urok naszej gry polega na tym, jeśli wolno mi jako początkującemu wyrazić swoje bardzo niekompetentne zdanie, że biorący w niej udział czuje się nagle nieswojo i przenika go dreszcz strachu. Zabawa grozi przerodzeniem się w rzeczywistość” – mówi gość.
Na swe obiekcje słyszy: „My tutaj mamy do czynienia z prawodawstwem prywatnym”. I rzeczywiście, relacje między stronami odbiegają od zwyczajowych.
„Wspomnijmy tylko czasy, kiedy w służbie państwa uprawiało się ponure rzemiosło. Nie jako przyjaciel, stawał wówczas przed nami oskarżony, lecz jako wróg; tego, którego powinniśmy przycisnąć do piersi, odpychaliśmy od siebie. Niech cię więc przygarnę do piersi!”.
„ - Goniliśmy kiedyś od sprawy do sprawy, od zbrodni do zbrodni, od wyroku do wyroku; teraz spokojnie uzasadniamy, wysuwamy kontrargumenty, referujemy, dysputujemy, mówimy i zgłaszamy sprzeciw, dobrodusznie, wesoło, bez pośpiechu; uczymy się szanować oskarżonego, kochać go, cieszymy się jego sympatią, bratamy się wzajemnie. Z chwilą gdy to nastąpiło, wszystko toczy się dalej łatwo, zbrodnia traci wagę, wyrok nie jest już bolesny”.
Sprawa rozwija się nie po myśli obrońcy, bo podsądny za dużo gada.
„- Niech pan się nie obawia, drogi sąsiedzie. Kiedy przesłuchanie się już zacznie, nie stracę głowy. W pokoju śmiertelna cisza jak przed chwilą. Nie usłyszysz najcichszego mlaskania, najlżejszego chrząknięcia - Nieszczęśniku - jęknął obrońca. - Cóż pan przez to rozumie: “Kiedy przesłuchanie się już zacznie”? - Czyżby - rzekł przedstawiciel generalny zgarniając na talerz sałatę - już coś się zaczęło ? Starcy uśmiechnęli się, spojrzeli po sobie porozumiewawczo, przebiegle, zachichotali radośnie”.
„Jesteśmy na najlepszej drodze, aby z kretesem przegrać nasz proces!” – przestrzega adwokat.„Wciąż nie chce pan porzucić swojej fałszywej taktyki i dalej chce pan grać niewinnego? Czy wciąż pan jeszcze nic nie rozumie? Trzeba się przyznać, czy się chce, czy nie, a zawsze znajdzie się coś, do czego należałoby się przyznać, przecież powinno to panu już wreszcie zaświtać w głowie!”. I chcąc, nie chcąc, podsądny faktycznie się do czegoś przyznaje.
„Takiemu oskarżonemu nie można po prostu mieć niczego za złe – sędzia i prokurator tańczyli wokół pokoju, łomotali w ściany, potrząsali sobie ręce, włazili na krzesła, tłukli butelki, wyprawiali z zadowolenia najbardziej niedorzeczne figle”.
„- Świetnie, to mi na razie wystarczy - powiedział prokurator. - Mamy szczęście. Wygrzebaliśmy trupa, a to ostatecznie najważniejsze. Wszyscy się roześmiali”.
„- Najzabawniejsze w tym naszym kawalerskim wieczorku, najbardziej udane jest chyba to - powiedział podnosząc kieliszek, nie wstając jednak z krzesła - żeśmy natrafili na trop mordu z takim wyrafinowaniem uknutego, że wymknął się oczywiście państwowemu wymiarowi sprawiedliwości”.
A nasz gość? „Rozkoszował się, że przebywa w rozumnym gronie, że może być szczery, może być samym sobą, że nie ma już żadnej tajemnicy, bo żadna już nie była mu potrzebna, że jest doceniany, kochany, zrozumiany, i myśl że popełnił morderstwo, docierała coraz głębiej do jego świadomości, wzruszała, przemieniała jego życie, czyniła je bardziej ważkim, bardziej bohaterskim, bardziej cennym”.
Fragment ustnego uzasadnienia wyroku - pisemnego nie sporządzono): „Zamordował, wprawdzie nie powodowany szatańskim zamiarem, bynajmniej, lecz dlatego tylko, że przyswoił sobie bezmyślność świata, w którym przyszło mu żyć. (…) Zabił, bo to wydawało mu się właśnie najbardziej naturalne, aby drugiego przyprzeć do muru, bez skrupułów iść do naprzód; niech będzie, co ma być”.
Wyrok mógł być tylko jeden, a czy został wykonany, to już trzeba doczytać…
PS: Lektura przypomniała mi genialny film „Czysta formalność”, Giuseppe Tornatore z niezapomnianymi rolami Depardieu i Polańskiego. Mimo licznych różnic, ma on z tym opowiadaniem chyba więcej podobnego niż można by się spodziewać, tylko że tam przesłuchanie podejrzanego toczyło się aż do świtu….
Misterne, klasyczne opowiadanie szwajcarskiego mistrza – o winie orzeczonej, a także uświadomionej, bynajmniej nie w ramach proceduralnej sprawiedliwości, ale też i o karze, również prawem nieprzewidzianej.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAni żaden to „kryminał”, ani też pozycja wyłącznie dla miłośników tematyki sądowniczej. To gęsta od znaczeń psychologiczna przypowieść, ale głównie uniwersalny...
Groteskowy moralitet, prawnicza abrakadabra w stylowym anturażu.
Polecam rewelacyjną włosko-francuską ekranizację: film z 1972 r. w roli oskarżonego bałamuta zawadiacki Alberto Sordi.
Groteskowy moralitet, prawnicza abrakadabra w stylowym anturażu.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPolecam rewelacyjną włosko-francuską ekranizację: film z 1972 r. w roli oskarżonego bałamuta zawadiacki Alberto Sordi.
Przeczytać w wolnej chwili, potem albo jeszcze później.
Seria z kolibrem to była dobra seria: krótka ale zazwyczaj trafna próbka danego autora.
Agent tekstylny rzucony na żer znudzonego kółka geriatrytcznego albo literatura siermiężnego niepokoju moralnego. Powstała w czasach, kiedy moralność miała cień znaczenia, choć wielkimi krokami wkraczało powojenne "nowe". Kolejny precedens tego, iż prawo częściej bywa dominium diabła niż boskiej sprawiedliwości. Dla miłośników tematyki sądowniczej.
Przeczytać w wolnej chwili, potem albo jeszcze później.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSeria z kolibrem to była dobra seria: krótka ale zazwyczaj trafna próbka danego autora.
Agent tekstylny rzucony na żer znudzonego kółka geriatrytcznego albo literatura siermiężnego niepokoju moralnego. Powstała w czasach, kiedy moralność miała cień znaczenia, choć wielkimi krokami wkraczało powojenne "nowe"....
To krótkie opowiadanie zaliczam do wybitnych. Przeczytaj, a nigdy nie pozostaniesz tą samą osobą. Każdy z nas nosi w sobie tajemnice albo nawet wspomnienia zwyklych przeżyć o nieuzmyslowionej istotności. Może już jutro spotkasz człowieka, który porozmawia z Toba o tym i odmieni Twoje życie? Wstrząsająca lektura.
To krótkie opowiadanie zaliczam do wybitnych. Przeczytaj, a nigdy nie pozostaniesz tą samą osobą. Każdy z nas nosi w sobie tajemnice albo nawet wspomnienia zwyklych przeżyć o nieuzmyslowionej istotności. Może już jutro spotkasz człowieka, który porozmawia z Toba o tym i odmieni Twoje życie? Wstrząsająca lektura.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMoże to niewielka formatem nowela, ale z jakim potencjałem i głębią przemyśleń. Zaczyna się niewinnie, od defektu samochodu, kończy zaś na procesie przeprowadzonym w zaciszu domowym. Dla mnie największe wrażenie zrobił wywód prokuratora Zorna, niby bazujący tylko na przypuszczaniach, ale zaskakujący precyzją wywiedzionych wniosków z przedstawionego stanu faktycznego. Dla osoby nieobeznanej z prawem to pouczająca nauka, jak wiele mogą znaczyć pozornie nic nieznaczące gesty, słowa, okoliczności. Jak bardzo trzeba uważać, bo… wszyscy jesteśmy winni. Z mojej strony może to pewne nadużycie, ale zauważam spore podobieństwo do innego słynnego procesu, autorstwa Franza Kafki. Nie jest to może typowo wakacyjna lektura, lecz z pewnością godna przeczytania.
Może to niewielka formatem nowela, ale z jakim potencjałem i głębią przemyśleń. Zaczyna się niewinnie, od defektu samochodu, kończy zaś na procesie przeprowadzonym w zaciszu domowym. Dla mnie największe wrażenie zrobił wywód prokuratora Zorna, niby bazujący tylko na przypuszczaniach, ale zaskakujący precyzją wywiedzionych wniosków z przedstawionego stanu faktycznego. Dla...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toUtwory Dürrenmatta to jedna z lepszych rozrywek, jakie człowiek może sobie zaserwować, jednak nie jest to literatura wybitna, do której się ciągle powraca i którą się smakuje. Częściej się ją cytuje; wyłuskuje się z niej mądre zdania i zapisuje w notatkach albo podaje dalej, do ludzi.
Jest w tej prozie spora dawka inteligencji, jest niezaprzeczalna rzeczowość, jest pieczołowicie tkana fabuła: lekka, ale i konsekwentna; są: komedia i tragedia, makabra i humor, gwałtowność i rozwaga, jest dziwactwo i absurd.
Jest więc ogromna różnorodność pewnie ujęta w ramy żelaznej logiki, a jednocześnie wszystko to bywa mało oryginalne, infantylne, nużące, czasami jałowe. Bo Dürrenmatt, stety albo nie, należy do tych autorów, którzy wręcz skazują swoich bohaterów na dyskursywną aforystykę.
Mnie to nie przeszkadza, bo jak już mówiłam: ja go lubię, kupuję go z całym tym osobliwym warsztatem i umiem go czytać z pominięciem tych niedoskonałości. To akurat zasługa spektakli teatralnych i Teatru Telewizji, które zakarbowały mi w pamięci sposób podawania i „obrobienia” dürrenmattowskich tekstów przez największych polskich aktorów i aktorki. Dzięki temu wiem, że utwory te są świetne, kiedy pozbywa się z nich tych efekciarskich naleciałości i podaje się je na surowo, ale z nieodzowną nutką ironii i swobodną parodią.
Zresztą, sam Dürrenmatt to był niezły prześmiewca, który uwielbiał teatr, ochoczo pisał dla teatru i pasjami bawił się w teatr. Bo tylko teatr pozwalał mu na nicowanie powszechnych prawd w ich przeciwieństwa.
I właśnie tak skonstruowana jest też „Kraksa”. Utwór na bazie arcyciekawej fabuły dobitnie pokazuje, że zło wcale nie jest w odwrocie ani w mniejszości, wręcz przeciwnie: czai się wszędzie, nawet w dostatniej willi położonej u podnóża bajkowych szwajcarskich gór; okrucieństwo wypływa z ludzi w najbardziej banalnych sytuacjach, a porządni obywatele nieświadomie stają się mordercami. Trzeba być czujnym, trzeba ufać swojemu sumieniu i…
Trzeba czytać Dürrenmatta!
Utwory Dürrenmatta to jedna z lepszych rozrywek, jakie człowiek może sobie zaserwować, jednak nie jest to literatura wybitna, do której się ciągle powraca i którą się smakuje. Częściej się ją cytuje; wyłuskuje się z niej mądre zdania i zapisuje w notatkach albo podaje dalej, do ludzi.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJest w tej prozie spora dawka inteligencji, jest niezaprzeczalna rzeczowość, jest...
Książka, a właściwie książeczka, na którą natknęłam się zupełnie przypadkiem. Wydawać by się mogło, że myszką będzie trącić strasznie. Toć przecież akcja dzieje się w latach pięćdziesiątych, gdzieś na zapadłej wsi. Cóż ciekawego może się w takim miejscu wydarzyć?! A gdy dodam jeszcze, że głównymi bohaterami jest czterech staruszków, by nie rzec starców, to już zupełnie stracicie do niej serce. Tymczasem byłby to sąd pochopny. Otóż, ta krótka nowelka pokazuje w jaki sposób analiza naszego życia dokonana przez przypadkowych ludzi może całkowicie zmienić nasz światopogląd. Co więcej może sprawić, że zobaczymy samych siebie w zupełnie innym świetle. Mowa prokuratora świetna. Obrońca też znakomicie się spisał. Jedynie oskarżony mógłby być bardziej wyrazisty. Gdyby bardziej obawiał się kary tudzież wyroku, może nie byłby taki jednostronny. Niemniej jednak całkiem zgrabna nowelka, nie przeszkadza nawet to, że język odrobinę niedzisiejszy. Polecam. Jako przestrogę, by nie uczestniczyć w grach z nieznajomymi i by nie ufać, że bezpłatny nocleg rzeczywiście nic nie kosztuje.
Książka, a właściwie książeczka, na którą natknęłam się zupełnie przypadkiem. Wydawać by się mogło, że myszką będzie trącić strasznie. Toć przecież akcja dzieje się w latach pięćdziesiątych, gdzieś na zapadłej wsi. Cóż ciekawego może się w takim miejscu wydarzyć?! A gdy dodam jeszcze, że głównymi bohaterami jest czterech staruszków, by nie rzec starców, to już zupełnie...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to