Dolina pomieszania

Okładka książki Dolina pomieszania autora Friedrich Dürrenmatt, 8308026702
Okładka książki Dolina pomieszania
Friedrich Dürrenmatt Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie Seria: Pisarze języka niemieckiego literatura piękna
134 str. 2 godz. 14 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Pisarze języka niemieckiego
Tytuł oryginału:
Durcheinendertal
Data wydania:
1997-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1997-01-01
Liczba stron:
134
Czas czytania
2 godz. 14 min.
Język:
polski
ISBN:
8308026702
Tłumacz:
Krzysztof Jachimczak
Średnia ocen

6,4 6,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dolina pomieszania w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Dolina pomieszania

Średnia ocen
6,4 / 10
10 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Dolina pomieszania

Sortuj:
avatar
1525
1500

Na półkach:

Niestety, zupełnie odmienna książka Mistrza niż wszystkie wcześniejsze, które wzbudzały mój zachwyt. Spore to zaskoczenie, a precyzyjniej – rozczarowanie…

Gdzież tu „Kraksa”, Wizyta starszej pani”, „Sędzia j jego kat”, „Grek szuka Greczynki” - gdzie i rosnące napięcie, pasjonująca narracja, wybitna inteligencja, znakomici bohaterowie i inne czytelnicze frykasy...?

Czemu na koniec swej twórczości (o czym, gwoli prawdy, wiedzieć nie mógł),Durrenmatt wybrał taki surrealistyczny międzygatunkowy miszmasz?

To świat przedstawiony, w którym debilni, jedni gorsi od drugich, gangsterzy z USA mieszkający w rzekomo nieczynnym domu zdrojowym w tytułowej dolinie, kretyńscy miejscowi policjanci i urzędnicy łatwi do pomylenia z przestępcami, matołkowaci mieszkańcy alpejskich wiosek, sporo mizoginii i seksizmu, zbiorowy gwałt, biedny pies będący obiektem polowania, a nad wszystkim czuwający swoisty Bóg Ojciec….

Owszem, można tu się doszukać krytyki Szwajcarii jako tak czy inaczej dobrego schronienia dla bogatych łajdaków z całego świata, gdzie nikt ich nie pyta(ł),skąd te pieniądze na konta numeryczne wpłacane i czemu takie brudne i śmierdzące… To największa, a i raczej jedyna – przynajmniej dla mnie - wartość tej opowiastki.

Gdzieś tam wyczytałem, że to gogolowsko-kafkowska przewrotna opowieść, ale chyba ktoś za bardzo uległ modzie pisania o każdej wydanej/czytanej książce jako wybitnym dziele.

Żyjemy i czytamy wszak w czasach, gdy w zasadzie nie ma rzeczy słabszych, miernych czy beznadziejnych, a zarazem wydaje się, że nie ma również prawdziwej krytyki - istnieje jest zaś wyłącznie, a nawet dominuje, niczym jakaś caryca, Jej Wysokość Promocja.

Ale może ja się mylę i Autor ma tzw. świętą rację, bo świat po prostu wygląda, jak wielka dolina pomieszania. „Nie ma sprawiedliwości w Dolinie Pomieszania, powiadał, mieszkańcy gminy muszą się z tym wreszcie pogodzić” – wtedy byłby to najważniejszy cytat.

Nieco innych:

„Przybrani rodzice, których jako sierota długo uważał za prawdziwych, byli pijakami, ale nigdy nie prali mu skory, tylko bili się ze sobą tak bardzo, że brakowało im sił, by sprać jeszcze i jego”.

„Zaliczał się do owych tuzinkowych postaci, które wszyscy wciąż mylą z innymi tuzinkowymi postaciami”.

„Błogosławieni są tylko ubodzy w duchu człowieka, ubodzy, albowiem duch człowieka to pieniądz, po łacinie pecunia, co się wywodzi od pecus, bydło. Pieniądz ma bydlęcy rodowód”.

„Mafiosi, którzy jeszcze pamiętali włoski, bezradnie kartkowali +Boską komedię+, +Orlanda szalonego+ czy +Oblubieńców mediolańskich”. Irlandzcy gangsterzy gasili cygara na +Finnegans Wake+, zbiry z Zachodniego Wybrzeża próbowały sylabizować Szekspira i +Raj utracony+”.

„Oprócz podrabianych obrazów, co do których dawał do zrozumienia, że być może są autentyczne, sprzedawał także autentyki, o których powiadał, że są podrobione”.

„W hallu domu zdrojowego stała choinka tak gęsto obwieszona ozdobami, że ledwo było ją widać. Lecz nie wisiały na niej ozdoby choinkowe – drzewko przystrojono rewolwerami i pistoletami maszynowymi, a w ich lufy wetknięto zapalone świeczki (…) umocował w charakterze bombek kilka ręcznych granatów”.

Niestety, zupełnie odmienna książka Mistrza niż wszystkie wcześniejsze, które wzbudzały mój zachwyt. Spore to zaskoczenie, a precyzyjniej – rozczarowanie…

Gdzież tu „Kraksa”, Wizyta starszej pani”, „Sędzia j jego kat”, „Grek szuka Greczynki” - gdzie i rosnące napięcie, pasjonująca narracja, wybitna inteligencja, znakomici bohaterowie i inne czytelnicze frykasy...?...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
235
35

Na półkach: ,

Kapitalna rzecz, ale dla mnie za mało uniwersalne. Wole Durrenmatta z jego wcześniejszych rzeczy

Kapitalna rzecz, ale dla mnie za mało uniwersalne. Wole Durrenmatta z jego wcześniejszych rzeczy

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

47 użytkowników ma tytuł Dolina pomieszania na półkach głównych
  • 33
  • 14
9 użytkowników ma tytuł Dolina pomieszania na półkach dodatkowych
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Dolina pomieszania

Inne książki autora

Friedrich Dürrenmatt
Friedrich Dürrenmatt
Szwajcarski dramaturg, prozaik, eseista i teoretyk teatru, piszący w języku niemieckim. Jego dramaty szczególnie charakteryzuje groteska, deformacja rzeczywistości i stawianie w swych utworach ważnych pytań moralno-filozoficznych. Twórca słuchowisk (znanych także w Polsce),powieści i nowel kryminalnych.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Powiedz mi, jak dawno odszedł pociąg James Baldwin
Powiedz mi, jak dawno odszedł pociąg
James Baldwin
W „Powiedz mi..." Baldwin bawi się czasem i przeszłością tak samo, jak pamięć potrafi bawić się z nami w berka. Pretekstem do snucia wspomnień i powrotu do młodości jest najzwyklejszy zawał serca. Niespodziana przypadłość dopada słynnego Leo Proudhammera, czarnoskórego aktora, podczas ostatniego aktu sztuki. Wielbiony za swój talent czterdziestolatek odwieziony zostaje do szpitala. Tam, otoczony wianuszkiem najbliższych, ma czas, by ponownie przeżyć swoje życie: od dzieciństwa chłopca z Harlemu, przez rasizm, naukę bycia aktorem i mężczyzną, po dorosłość i ciągłe borykanie się z niesprawiedliwością białych, których nienawidzi. To wciągająca opowieść o dojrzewaniu ale i walce z uprzedzeniami – jest ich tak wiele, że doszedłem do przekonania, że nasz świat stoi na fundamentach z nich zbudowanych. Doświadczający agresji ze strony bladoskórych obcych i pogardy najbliższych z uwagi na wybory, jakie podjął, Leo uczy się, czym jest Duma i jak żyć, by jego nazwisko nabrało znaczenia, stało się prawdą. Ciekawe są wątki dwuznacznej bliskości z bratem (i ścieżki życiowej Kaleba),Barbary, z którą Leo nawiąże romans oraz odkrywania, że jest w nim także drugie oblicze, serce przepełnione ogniem skierowanym ku mężczyznom. Do tego Nowy York lat czterdziestych, jeszcze nie taki liberalny, pełen jednak dziwaków i upadłych gwiazd kina. Całość przypomina sztukę teatralną, tak samo zresztą jak życie, które wypełnia ciągła gra, oczekiwanie na oklaski, akceptację i pozbycie się pustego gniewu. Jest w prozie Baldwina coś zaskakującego, jakaś świeżość spojrzenia i obserwacji. Potrafi zaskoczyć spostrzeżeniem, jak wtedy, gdy na wieść o zakończeniu wojny i zrzuceniu bomb atomowych Leo stwierdza, że nie spadły one na Niemców dlatego, że ci, w przeciwieństwie do „żółtobrzuchych <Japońców>”, są biali. Cel wybrany z uwagi na kolor skóry. Czarni będą następni. Powrót do prozy Baldwina był otrzeźwiający i orzeźwiający. Plus jedyne wydanie z 1971.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na79 miesięcy temu
Grek szuka Greczynki Friedrich Dürrenmatt
Grek szuka Greczynki
Friedrich Dürrenmatt
Początkowo przypuszczałem, że będzie to jakąś odwrotność „Wizyty starszej pani”, tymczasem na koniec okazało się, że czytałem niemal Witkacego. Durrenmatt nie przestaje mnie zadziwiać i zaskakiwać. Niemal w każdej książce jest zupełnie innym pisarzem, a jednocześnie zawsze równie zaskakujący, a może nawet lekko bezwzględny – i dla swych bohaterów, i czytelników. Dlatego, gdy przed tytułowym Grekiem, skromnie żyjącym niepozornym trybikiem w paryskiej korporacji z lat 50., gnieżdżącym się w podłej mansardzie przegrywem, w ciągu jednego dnia otwiera się wielki świat, od razu czujemy, że coś tu się nie klei i że wszystko może się skończyć wielką, no może choćby małą, katastrofą (a jednak zakończenie otwiera optymistyczną perspektywę).… Bo skoro nie czytamy bajki dla grzecznych dzieci - a z pewnością nie jest nią ta lektura - to jak zrozumieć sekwencje zdarzeń, w której na ogłoszenie matrymonialne bohatera odpowiada tak zjawiskowa, jak i tajemnicza Chloe (tytułowa Greczynka),we wrednej, już wtedy, korporacji awansuje z nizin hierarchii na dyrektora generalnego, staje się osobą powszechnie znaną, chce go malować największy twórca (piękna beka ze sztuki nowoczesnej),kłania mu się ambasador USA, na jego widok kapelusza uchyla prezydent Francji, staje się właścicielem wytwornego pałacyku, ślubu udzieli biskup jego wyznania (rzecz jasna: staronowoprezbiteriańskiego!),itp., itd. Nie chcąc nikomu psuć wyjątkowej słodko-gorzkiej przyjemności, jaką niesie ze sobą ta niepozorna książeczka, tym razem wyjątkowo powstrzymam się przed moim ulubionym spoilerowaniem. Ważne jedynie, by nie ulec wrażeniu, że to tylko purenonsensowa historyjka, bo jest tu podanych wiele poważnych spraw, a jedna z najważniejszych jest faktyczna nienaruszalność hierarchii społecznej i jej nieuchronna dyktatura, dająca o sobie znać w momencie przekroczenia jej granic. Znajdziemy tu wspaniałe, prześmiewcze - czasem bynajmniej nie do śmiechu - epizody, jak np. pierwszą rozmowę z szefem jego korpo, podczas której nie nazywa go on tak, jak powinien był, czyli Arnolfem Archilochosem, lecz Anaksagorasem, Artakserksesem, a nawet Anaksymandrem… Czy – już na początek – można nie zachwycić się takim zdaniem? „W małej knajpce we mgle i deszczu stał się cud. Do tego grubawego, starszego kawalera i nieśmiałego przyjaciela ludzkości, uwięzionego na śmierdzącej mansardzie, zabarykadowanego za mlekiem i wodą mineralną, do tego obładowanego zasadami i objuczonego urazami pomocnika zastępcy buchaltera z jego wiecznie przemoczonymi i podartymi skarpetkami, z niewyprasowaną koszulą, z nazbyt krótkimi garniturami, ze znoszonymi butami i z opacznymi poglądami – przyszła tak czarująca istota, tak iście baśniowa piękność i gracja”. Aha, bardzo to z ducha francuska opowiastka, godna Pereca czy innego Queneau. Inne cytaty: „Wiedział, że jest więźniem bezlitosnego mechanizmu i nie ma możliwości spełnienia cudu, który mu się objawił”. „Powietrze było stęchłe. Ale smród z wychodków dawał się bardziej we znaki niż zazwyczaj. (…) Szum wody w klozetach wydawał mu się coraz bardziej złośliwy i odrażający”. „Była na swój sposób dobrą katoliczką, która chodziła do kościoła – a zdarzało się, że chodziła, aby się żarliwie wypłakać (tak samo żarliwie szlochała w kinie)”. „Pańskie wątpliwości wynikają z obawy, że nie sprosta pan zadaniom dyrektora. Najmilszy, najdroższy przyjacielu. Zadaniom dyrektora potrafi sprostać każdy – mówiąc w zaufaniu, każdy dureń to potrafi”. „To dobrze, że obok przedmiotów, które wyprawiają ludzi na tamten świat, fabrykujemy także przedmioty, które ich na ten świat sprowadzają”. „Chrześcijanin może się zaniepokoić, myślę, kiedy naraz wali się na niego jedno nieszczęście za drugim (…) Kiedy jednak zdarza się coś przeciwnego, kiedy szczęście nie ma granic, wtedy, sądzę, istnieje niechybnie powód do niepokoju”. „Powinien pan przyjąć te wydarzenia z taką pokorą, z jaką pan by je przyjął, gdyby to były nieszczęścia.(…) Może czeka pana osobliwie trudna droga, droga szczęścia, która tylko dlatego nie jest przeznaczona większości ludzi, że byłaby dla nich trudniejsza niż droga nieszczęścia”. „Nieszczęście nie zaskakuje nas, lecz zdarza się dlatego, że musi się zdarzyć, ale szczęście jest dziełem przypadku i boję się, że nasze szczęście skończy się tak samo szybko, jak się zaczęło, a wszystko jest tylko jakimś kaprysem, który igra tobą i mną”. „- Z początku wszyscy tak krzyczą – powiedział. – Jak gdyby można było zmienić świat bez mordu”. „- Jeśli istnieje człowiek, któremu zazdroszczę, to tylko pan, a jeśli istnieje ktoś, o którego się lękam, to także tylko pan”. „Była ona królową w ciemnym państwie żywiołów. Była kurtyzaną. Najsłynniejszą w mieście”. „Mam wrażenie, jakbym ja nawrócił świat, a on mnie, tak że w końcu nic się nie zmieniło i wszystko było niepotrzebne”. „- Nie wolno nam ustawać w poszukiwaniu bogini miłości – szepnęła – w przeciwnym razie ona nas opuści”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na811 miesięcy temu
Niezwykłe przygody Julio Jurenity Ilja Erenburg
Niezwykłe przygody Julio Jurenity
Ilja Erenburg
Ilia Erenburg, pupilek Stalina, zaczynał jako komunista i bolszewik jeszcze przed rewolucją. W tamtych czasach wiara komunistów była żywa i jędrna. „Julio Jurenito”, powierzchownie powieść satyryczna, ma według mnie znacznie głębszy przekaz. W dużym stopniu jest ona anty-ewangelią, albo lepiej, ewangelią komunistyczno-nihilistyczną. Dlaczego ewangelią? No, przecież mamy tutaj Mistrza, który zbiera swoich licznych (nieprzypadkowo siedmiu) uczniów po zakątkach ziemi. Erenburg wyraźnie sugeruje na samym początku, że Julio to szatan. Dalej, mamy wędrówki Mistrza z uczniami przeplatane jego przypowieściami, naukami i też specyficznymi cudami. Mistrz rozsyła również swoich uczniów, żeby spróbowali swoich sił, potem znowu ich gromadzi. Mamy scenę ostatniej wieczerzy, kiedy Julio dzieli między uczniów chleb (bułkę, w tym przypadku) i daje im ostatnie posłanie. W końcu mamy dobrowolne wydanie się Mistrza na śmierć oraz uroczyste złożenie jego ciała do grobu przez najwierniejszych uczniów. Erenburg jasno wzoruje siebie samego (narratora) na św. Jana, najwierniejszego, najskromniejszego ucznia, który na koniec napisze ewangelię. Wszystko to oczywiście w wersji wynaturzonej, przekręconej i prześmiewczej. Jakie mniej więcej nauki daje Mistrz? Oto próbka: „doszedł do wniosku, że kultura jest złem i że należy walczyć z nią wszelkimi środkami, ale nie nędznymi nożami pastuchów Zapaty, lecz narzędziami przez nią samą wytworzonymi. Nie atakować, lecz pielęgnować należy ogniska tej zarazy, rozpełzające się i gotowe pożreć na pół zgniłe ciało”. Albo: „Mistrz nienawidził instytucji naszego małżeństwa, stawiając od niej wyżej nawet współczesną prostytucję”. Julio skupia się na krytyce religii, głównie katolickiej, stosując nudne jak flaki z olejem zarzuty o materializm i hipokryzję. „Rozprawia” się również z tradycyjną rodziną, zasadami kultury, antysemityzmem itp. Zadziwiające jest to, że argumenty te można by żywcem przenieść do dzisiejszego „dyskursu” liberałów. Julio Jurenito, „wielki prowokator”, to apostoł antykultury. Nie wiem, czy Krzysztof Karoń czytał tę książkę, ale ja jestem świeżo po lekturze Karonia i przekaz książki Erenburga jest dla mnie jasny. Dorzućmy do tego, że wstęp do pierwszego wydania napisał sam Bucharin i że Erenburg twierdził, że to jego najlepsza książka. Na koniec dajmy, że książka ta zainspirowała kilka co najmniej innych utworów literatury rosyjskiej. Proszę porównać Ostapa Bendera z „12 krzeseł” – „wielki kombinator” to parodia Julia Jurenity. A pierwsza scena z „Mistrza i Małgorzaty”, ta na Patriarszych Prudach, przypomina, w klimacie, nie w szczegółach, scenę spotkania Erenburga z Juliem (tu i tu czuć siarką, tu i tu diabeł mówi językami i toczy się dyskusja o bycie itp. No, i w obydwu przypadkach diabeł to główny bohater pozytywny). Polecam jako lekturę uzupełniającą do Karonia. Woda święcona niezbędna!
Pierogi_i_Pączki - awatar Pierogi_i_Pączki
ocenił na67 lat temu
Zwierzę obdarzone rozumem Robert Merle
Zwierzę obdarzone rozumem
Robert Merle
Kupiłem tę książkę wieki temu na jakiejś promocji, i tak przeleżała na półce aż do lipca 2025 r. Więc w końcu przyszedł czas, aby się z nią zmierzyć. I chyba zrobiłem to o jakieś 20 lat za późno. Na podstawowym poziomie „Zwierzę obdarzone rozumem” jest historią kilkuletnich badań zespołu profesora Harry'ego Sevilli nad metodami komunikacji z delfinami; inspiracją dla fabuły były rzeczywiste badania Johna C. Lilly'ego dotyczące tego właśnie zagadnienia. Nie jest to jednak książka stricte naukowa. Otóż mamy tu elementy political fiction, science fiction, thrillera szpiegowskiego, powieści sensacyjnej, a nawet francuskiej nowej powieści. Kilka teorii spiskowych i obrazków z II wojny światowej też się znajdzie. Do tego narracja zmienia się co jakiś czas ze standardowej, trzecioosobowej na – nie wiem jak to nazwać – bezkropkową z elementami mowy pozornie zależnej? Podobny zabieg zrobił chociażby Jerzy Andrzejewski w „Bramach raju”. Cytowane są też listy i protokoły z przesłuchań – takie nowatorstwo rodem z 1967 roku, bo wtedy wydano tę książkę po raz pierwszy. No i nie czyta się tego źle. Fabuła wartko płynie, chociaż aż do ostatnich rozdziałów niewiele tutaj akcji, bo większość wydarzeń czy zagadnień poznajemy dzięki wypowiedziom bohaterów. Ci są w moim odczuciu niezbyt charakterystyczni, w zasadzie z wyjątkiem profesora Sevilli dość pretekstowi. O wiele więcej życia w sobie mają delfiny, które rzeczywiście różnią się od siebie charakterologicznie. Postaci kobiece też mogłyby być czymś więcej niż rekwizytami, ale może czegoś nie zrozumiałem. Osobne zagadnienie dotyczy tego, jak ta książka wytrzymała próbę czasu. I muszę przyznać, że wyszło całkiem dobrze. Owszem, z perspektywy prawie sześciu dekad niektóre sceny trącą naiwnością – na przykład te dotyczące działań służb specjalnych lub odpowiedzialności polityków za swoje decyzje. Tym niemniej przedstawienie działań medialnej machiny propagandowej czy też kwestie dotyczące militarnej zależności Europy od USA wypadają niepokojąco aktualnie. Bo chociaż czas akcji książki przypada na sam środek zimnej wojny, motywacje „łobuzów od historii” nie zmieniły się nic a nic aż do dnia dzisiejszego. Podsumowując: „Zwierzę obdarzone rozumem” jest jedną z tych książek, które warto przeczytać w wieku nastoletnim lub jako młody dorosły. Wiem, że gdybym wówczas sięgnął po tę powieść, zrobiłaby ona na mnie ogromne wrażenie, o wiele większe, niż dzisiaj. Tym niemniej nawet obecnie nie bawiłem się źle. W sumie polecam.
Tristero - awatar Tristero
ocenił na68 miesięcy temu
Poddany Henryk Mann
Poddany
Henryk Mann
"Poddany" jest pierwszą częścią trylogii zatytułowanej "Cesarstwo". Akcja utworu rozgrywa się w latach 1896 - 1897. Główny bohater Diederich Hessling to właściciel fabryki i radny miasteczka Netzig. Dzięki retrospekcjom czytelnicy są świadkami jego szkolnej edukacji, w czasie której dzieci są poddawane indoktrynacji. Obserwujemy też jego poczynania w junkierskiej korporacji i cesarskim wojsku, gdzie jak mówi narrator, człowiek "spadł gwałtownie i nieuchronnie do roli wszy". Jesteśmy świadkami pierwszych wiernopoddańczych uniesień i wyczynów, którymi młody Hessling pragnie udowodnić swoje uwielbienie dla cesarza Wilhelma II. Hessling to prowincjonalny ultrapatriota o wąskich horyzontach, przeciętny pod każdym względem, odrażający i słaby moralnie, fanatyk silnej i bezwzględnej władzy. Przed taką władzą pada na twarz i w imię takiej władzy sam niszczy słabszych oraz uzależnionych od siebie, tyranizuje własną rodzinę, haniebnie uciska i wyzyskuje robotników pracujących w jego fabryce. Jest przykładem kapitalisty identyfikującego rzekome dobro ojczyzny z własnymi brudnymi interesami. Tropiąc na każdym kroku domniemanych czy rzeczywistych przeciwników tak zwanej "wielkości Niemiec", utrąca konkurentów handlowych przy pomocy politycznej denuncjacji i tą drogą dochodzi do fortuny oraz zaszczytów. Kreśląc portret swojego bohatera Mann sięgnął po satyrę, ironię a nawet groteskę. Książka jest momentami zabawna, ale też przerażająca. Gdy czytamy o Hesslingu przyklejającym się do ludzi i spraw nadających wartość jego banalnej egzystencji, zdajemy sobie sprawę, że czytamy o przeczuciu pisarza, który wykreował postać będącą prototypem przeciętnych ludzi, którzy dojdą do władzy w czasach panowania faszyzmu w Niemczech. Pisarz przedstawił też członków lokalnej społeczności prezydenta miasta, urzędników, wojskowych, bogatych przedsiębiorców mieszkających w Netzig, które jest jak mała dżungla, triumfują w nim siła i podłość, a uczciwość nie uchodzi bezkarnie. Powieść jest zjadliwą satyrą na rodzący się wówczas w Niemczech ultrapatriotyzm i nacjonalizm, który ostatecznie miał doprowadzić to państwo do błotnistych okopów I wojny światowej i katastrofalnej przegranej. Jest też satyrą na kult wodza i pychę narodowych ambicji terytorialnych, które doprowadziły do wybuchu II wojny światowej. Po dojściu Hitlera do władzy Henryk Mann wyemigrował z Niemiec, a jego książkę "Poddany", uznawaną wtedy za antyniemiecką, hitlerowcy palili na stosach.
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na71 rok temu
Koncert barokowy Alejo Carpentier
Koncert barokowy
Alejo Carpentier
Barokowy jest nie tylko tytułowy koncert, ale i język tej uroczej miniaturki. Kolejna cudowna książka, no dobra: książeczka, mojego ulubionego Alejo Carpentiera o możliwym wszak wspólnym graniu Georga Friedricha Haendla, Antonia Vivaldiego i Domenica Scarlattiego (mistrz z Halle – mój ukochany, of course). Jak w poprzednich sześciu innych (niemal wszystkie to arcydzieła) największą wartością u Carpentiera jest język. Gęsty niczym tropikalna dżungla, porywający melodyjnością, nawet już nie w tempie allegra, ale prestissima. Zachwycające barokowym nadmiarem wielokrotnie złożone zdania. Nierzadkie są tu takie np. ślicznoty (wdzięczność dla tłumaczki Kaliny Wojciechowskiej): „Zelżywszy swego przeciwnika, zmęczywszy go i pozbawiwszy tchu…”. Wspaniałe poczucie humoru, a na koniec: przemieszanie czasów, na jakie może sobie pozwolić tylko ponadczasowa muzyka. Fabuła jest żadna: bogacz z Meksyku rusza w podroż do Europy, głównie po to, by odwiedzić Mekkę muzyki –Włochy, a konkretnie Wenecję. W czasie podróży, na Kubie umiera mu sługa („I oto Pan został bez sługi – jak gdyby pan bez sługi mógł być prawdziwym panem”). Angażuje zatem nowego, Mulata mającego pojęcie o muzyce, co się okaże ważne dla narracji. „Ciągnij twoją historię w linii prostej, bez zataczania kółek i biegów na przełaj, bo na to, żeby wyświetlić prawdę, trzeba wielu prób i dowodów” – to rada. dla nowego sługi. „Walencja podobała się im, bo tu odnaleźli rytm życia nie trzymający się zegarka, co im przypominało rodzinne hasło: +Nie rób jutro tego, co możesz zrobić pojutrze+”. Przepiękne realia ówczesnej opery, dziś niestety głównie dla wyfraczonych sztywniaków… „Między śpiewem sopranu i chórem dei castrati publiczność kręciła się tu i tam, zjadając pomarańcze po zażyciu tabaki, popijając napoje chłodzące, odkorkowując butelki, czasem nawet grając w karty w kulminacyjnym punkcie tragedii. Nie mówiąc już o tych, co w lożach przepełnionych miękkimi poduszkami oddawali się miłości tak dalece, że dziś wieczorem, podczas patetycznego recitativo Nerona, na czerwonym aksamicie poręczy ukazała się noga kobieca w pończosze zsuniętej aż po kostkę i pantofel spadł na środek widowni, ku wielkiej uciesze widzów, którzy zapomnieli nagle o tym, co się dzieje na scenie”. „Georg Friedrich zaczął wychwalać publiczność w swoim kraju, ludzi, co słuchali muzyki, jakby znajdowali się w kościele, przejmując się szlachetnym patosem arii, oceniając i śledząc ze zrozumieniem wspaniały rozwój fugi”. Genialne wspólne granie mistrzów: „Antonio Vivaldi rzucił się w symfonię z bajecznym impetem, gdy tymczasem Domenico Scarlatti (...) rozwijał zawrotne gamy na klawicymbale, a Georg Friedrich Haendel oddawał się olśniewającym wariacjom, które naruszały wszelkie normy basso continuo”. „+Pokaż, co umiesz, przeklęty Saksończyku+ – krzyczał Antonio. +Zaraz zobaczysz, kurewski mnichu+ – odpowiadał tamten, porwany własnym cudownym zmysłem odkrywczym”. „+Nie ma rady na tego diabelnego Saksona+” – ryknął Antonio, rozpaczliwie młócąc fortissimo. +Mnie w ogóle nie słychać+ – krzyczał Domenico, wzmacniając akordy”. Fajne tu intertekstualne wtręty: „+Wszystkie instrumenty na opak+ - powtarzał Georg Friedrich. – Coś jakby symfonia fantastyczna+”. „+Kserksesa już mnie zostaw - powiedział Georg Friedrich z przekąsem. – Nieźle sam sobie radzę+”. „Ale… kto kiedy widział, żeby główny bohater opery był Murzynem? – powiedział Saksończyk”. Po wspólnym muzykowaniu sługa Pana mówi: „Ja bym raczej powiedział, że to było coś niby jam session”, co spotyka się z oburzeniem muzyków…. Sporo tu drwin z opery Vivaldiego „Montezuma” (pierwszej o Nowym Świecie),w której władca Meksyku nie zostaje zamordowany przez Hiszpanów, tylko składa przysięgę na wierność królowi i oddaje swa córkę za żonę jednemu z konkwistadorów. Na uwagę, że Montezumę zabito, Vivaldi replikuje: „To bardzo brzydkie zakończenie opery. Dobre może dla Anglików, którzy w epilogu wprowadzają na scenę morderstwa, marsze żałobne i karawaniarzy”. Od pewnej chwili Autor, puszczając cugli swej nieorganicznej wyobraźni, postmodernistycznie miesza epoki i style. I tak na wyspie-cmentarzu San Michele bohaterowie spotykają grób pochowanego tu Igora Strawińskiego. Zaraz potem widzą eksportację zwłok zmarłego tutaj Richarda Wagnera i jak mówi z podziwem jeden z nich, u niego „syreny śpiewały na dnie rzeki”. A gdy przychodzi czas wyjazdu, dotychczasowy czarny sługa rusza pociągiem na podbój Paryża, zapowiadając że nie obejrzy wieży Eiffla. Pytany, czy nie popłynie na Kubę, odpowiada, ze tam ciągle byłby „tylko Murzynem”. I cytat na koniec: ”A czego szukamy w złudzeniu scenicznym, jeśli nie tego, by wyjść z własnej skóry, uciec stąd, gdzie jesteśmy, i znaleźć się tam, dokąd nie moglibyśmy pójść z własnej woli?”. Kończy się zaś trąbką Louisa Armstronga… PS Tylko jedna uwaga, do wydawcy: flażolety figurują tu jako „flazolety”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na91 rok temu
Gwiazda filmowa Muriel Spark
Gwiazda filmowa
Muriel Spark
Muriel Spark nie daje się lubić łatwo. Jej styl to precyzyjny chłód, a bohaterowie często przypominają figury, nie ludzi. I Gwiazda filmowa tylko to potwierdza. Ale mimo dystansu trudno oderwać się od tej cichej katastrofy, która rozgrywa się na oczach kamer i prasy. Annabel Christopher, aktorka bez talentu, ale z perfekcyjnie wykreowanym wizerunkiem, żyje w świecie fleszy, strategii PR i publicznych wyobrażeń. Nie ma w niej dramatyzmu, jest tylko milcząca skuteczność. A jednak to wokół niej dzieją się rzeczy najbardziej skrajne: rozpad małżeństwa, medialna nagonka, śmierć małżonka. Muszę przyznać, że nie zespoliłam się z bohaterami. Byli dla mnie zbyt płascy, zbyt chłodni, zbyt... odklejeni. Annabel nie wzbudziła współczucia, Fryderyk jedynie niepokój może niezrozumienie. Chyba o to Spark chodziło, ale dla mnie jako czytelniczki to był dystans nie do przeskoczenia. Czułam się bardziej jak widzka niż uczestniczka tej historii. Zostaje obraz świata, w którym prawda nie istnieje jest tylko jej reprezentacja, wersja wygładzona, zaplanowana, „podana”. Spark pisze o tym, jak kobieta może stać się swoją własną reklamą i jak bardzo to ją odczłowiecza. Najmocniejszy moment? List samobójczy Fryderyka. Nie dlatego, że wzrusza. Dlatego, że pokazuje, jak głęboko można nienawidzić obrazu, który przysłania człowieka. Dla mnie list Fryderyka to coś więcej niż prywatna zemsta. To symboliczny atak patriarchalnego świata na kobietę, która nie potrzebuje mężczyzny jako centrum swojego życia. Fryderyk nie może znieść, że Annabel ma władzę nad narracją. Że nie potrzebuje jego opinii, jego języka, jego potwierdzenia. Spark tutaj nie moralizuje. Ale pokazuje, jak męska duma potrafi obrócić się w ostateczny akt przemocy, skierowanej nie w ciało kobiety, ale w jej wizerunek. A to, w medialnym świecie, może boleć jeszcze bardziej. Cenię precyzję Spark, widzę jej ironię i temat, który brzmi dziś wręcz proroczo. Ale nie czuję z nią literackiej bliskości. To była chłodna, intelektualna podróż, nie emocjonalna. I choć cieszę się, że ją odbyłam, nie zostanę w tym świecie na dłużej.
Leliwaj - awatar Leliwaj
ocenił na69 miesięcy temu

Cytaty z książki Dolina pomieszania

Więcej
Friedrich Dürrenmatt Dolina pomieszania Zobacz więcej
Friedrich Dürrenmatt Dolina pomieszania Zobacz więcej
Friedrich Dürrenmatt Dolina pomieszania Zobacz więcej
Więcej