rozwińzwiń

Klasa skrytobójców #5: Czas na talent

Okładka książki Klasa skrytobójców #5: Czas na talent autorstwa Yusei Matsui
Okładka książki Klasa skrytobójców #5: Czas na talent autorstwa Yusei Matsui
Yusei Matsui Wydawnictwo: J.P. Fantastica Cykl: Klasa skrytobójców (tom 5) komiksy
192 str. 3 godz. 12 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Klasa skrytobójców (tom 5)
Tytuł oryginału:
暗殺教室 (Ansatsu Kyoushitsu)
Data wydania:
2018-09-27
Data 1. wyd. pol.:
2018-09-27
Data 1. wydania:
2015-08-04
Liczba stron:
192
Czas czytania
3 godz. 12 min.
Język:
polski
ISBN:
9788374716253
Tłumacz:
Anna Piechowiak
Aby mieć pewność, że pan Niezabijski zostanie zlikwidowany, Ministerstwo Obrony wysyła do klasy E nowego nauczyciela, który zaczyna trenować uczniów zamiast Karasumy. Okazuje się jednak, że jego metody nauczania są dość nietypowe...
Średnia ocen
7,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Klasa skrytobójców #5: Czas na talent w ulubionej księgarniiPorównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Klasa skrytobójców #5: Czas na talent

Średnia ocen
7,7 / 10
44 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Klasa skrytobójców #5: Czas na talent

Sortuj:
avatar
590
489

Na półkach: , , , ,

Cała recenzja tutaj: https://recenzjemystic.blogspot.com/2019/01/yusei-matsui-klasa-skrytobojcow-t5-czas.html

Trochę przyjemności, mnóstwo emocji i kolejne nieoczekiwane zwroty akcji – tak można podsumować ten tomik. Już teraz mogę sobie spekulować i stwierdzam, że uczniowie mimo ogromnego zagrożenia zniszczenia planety, będą odkładali zabicie swojego wychowawcy do samego końca. To jeden z niewielu nauczycieli, który w pełni się dla nich poświęca, pomaga im oraz ich wspiera. Żaden inny nie zrobiłby dla nich tyle, co pan Niezabijski. Owszem są do tego zmuszeni, ale co stanie się, gdy jego już zabraknie? Nie będą już potrzebni, nikt nie będzie ich szkolił… będą tylko najgorszą klasą w szkole, bez żadnych perspektyw na przyszłość.

Cała recenzja tutaj: https://recenzjemystic.blogspot.com/2019/01/yusei-matsui-klasa-skrytobojcow-t5-czas.html

Trochę przyjemności, mnóstwo emocji i kolejne nieoczekiwane zwroty akcji – tak można podsumować ten tomik. Już teraz mogę sobie spekulować i stwierdzam, że uczniowie mimo ogromnego zagrożenia zniszczenia planety, będą odkładali zabicie swojego wychowawcy do samego...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1097
64

Na półkach:

Generalnie z Klasą Skrytobójców miałam małe problemy. Po przeczytaniu pierwszego tomu poczułam się trochę zawiedziona i nie mogłam się do końca z tym uczuciem pogodzić. Postanowiłam więc sprawdzić, czy po dalszych tomach będę miała podobne odczucia, czy też coś w tej kwestii się zmieni. Można powiedzieć, że miałam nosa, ponieważ Klasa Skrytobójców okazała się być mangą w typie im dalej w las tym więcej fanu. (...)

Całość recenzji na moim blogu (obejmuje ona tomy 1-5*): https://manga-no-tsuki.blogspot.com/2018/12/zabic-belfra-klasa-skrytobojcow-1-5.html
ZAPRASZAM! <3
* Oczywiście, gwiazdki dopasowane odpowiednio do tomów.

Generalnie z Klasą Skrytobójców miałam małe problemy. Po przeczytaniu pierwszego tomu poczułam się trochę zawiedziona i nie mogłam się do końca z tym uczuciem pogodzić. Postanowiłam więc sprawdzić, czy po dalszych tomach będę miała podobne odczucia, czy też coś w tej kwestii się zmieni. Można powiedzieć, że miałam nosa, ponieważ Klasa Skrytobójców okazała się być mangą w...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
499
245

Na półkach: , ,

Super jak każdy tomik!

Super jak każdy tomik!

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

92 użytkowników ma tytuł Klasa skrytobójców #5: Czas na talent na półkach głównych
  • 71
  • 21
59 użytkowników ma tytuł Klasa skrytobójców #5: Czas na talent na półkach dodatkowych
  • 29
  • 10
  • 7
  • 5
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1

Inne książki autora

Yusei Matsui
Yusei Matsui
Yuusei urodził się w mieście Iruma znajdującym się w prefekturze Saitama w Japonii. Pracował jako pomocnik Yoshio Sawai, autora mangi Bobobo-bo Bo-bobo. Jego prace pierwotnie były publikowane w magazynie Weekly Shōnen Jump. Dwie z nich, Klasa Skrytobójców oraz Neuro, doczekały się adaptacji w formie anime, z czego to pierwsze dostało także dwa filmy life-action.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Kakegurui - Szał Hazardu tom 1 Homura Kawamoto
Kakegurui - Szał Hazardu tom 1
Homura Kawamoto Toru Naomura
To tak jakby efekt motyla, że moje dotychczasowe ruchy, każde relacje, wydarzenia, zespoły danych i licznych powiązań, czyli wszystko to, co od jakichś dwóch lub trzech tygodni Wszechświat planował z najmniejszą, fundamentalną wręcz dokładnością dla egzystencji mojej osoby, sprowadzały się do doświadczenia pewnego Uniwersum w anime, a potem mangi, na podstawie, której ono powstało. Zresztą prawdopodobieństwo w tym Świecie popkultury odgrywa niezwykłą rolę, oj i to nie małą! Mogę to porównać do sytuacji, w której nie mam absolutnie żadnego wpływu na to, że natrafię w tym w tym momencie na ów tytuł i jego piękne Uniwersum, które okaże się absolutną rewelacją, zarówno w medium mangowym oraz jako serial anime. To tak jakby dużo więcej niż przeznaczenie z perspektywy fana i geeka. Wszechświat żyje, jest naszym sprawcą i obserwatorem, a jak widać również słucha naszych podświadomych potrzeb i pasji. Jest niczym wytrawny hazardzista, tak jak pewna produkcja anime i jej komiksowe źródło, o którym to już za chwile, do którego wszystko to co piszę w tym wywodzie się po prostu odnosi, jakby było mu przeznaczone. Zanim dostałem w swoje ręce tą właśnie dedykowaną mi przez ,, bawiące się w kotka i myszkę z inteligentnym życiem prawdopodobieństwo Wszechświata" książkę, a właściwie graficzną opowieść w konwencji japońskiej stylistyki i techniki, czyli mangi, najpierw wchłonąłem pierwszy sezon jego serialowej adaptacji, którą okazało się anime ,,Kakegurui. Szał hazardu". To tytuł, który - mówiąc dość delikatnie i bardzo, bardzo łopatologicznie - okazał się na tyle dla mnie prosty, ale tak pochłaniający i rewelacyjny, iż obecnie stanowi on jedną z ważniejszych pozycji w Kanonie moich ulubionych niekonwencjonalnych serii animacji, i to w których główną rolę odgrywają oszałamiająco dobrze nakreślone i mega zakręcone żeńskie postaci, co dla takiego wielbiciela typowych ,,akcyjniaków dla samców alfa", jak ja, zetknięcie się z ,,Kakeguri” było czymś niespodziewanym, ot prawie że uderzeniem jakiegoś archanielskiego objawienia. Los bierze moje pasje dalej w swoje ręce, kierując mą uwagę – no, chwała mu za to – do mangi, która dała serialowi jakiekolwiek podstawy by powstał! Tak, to ,,Szału Hazardu”, jednakże zanim przejdę dalej warto o samym anime tego Uniwersum napisać coś jeszcze: wydawać by się mogło z pierwszego punktu widzenia tej miałkiej hazardowej jego tematyki, iż mimo młodego wieku postaci, a także dość ograniczonego miejsca, w którym rozgrywa się akcja w tymże Świecie, po seansach 12 odcinków jego pierwszego sezonu, ,,Kakegurui” można śmiało uznać ze jeden z najbardziej intensywnych, zaskakująco dobrych w kreację napięcia w swojej niszy gatunkowej i tej namacalnej atmosfery potężnych emocji, produkcję w konwencji japońskiej animacji jaką kiedykolwiek widziałem! I tak też się dzieje, tak przedstawia się tu sytuacja, nie inaczej! Nie zdradzając zbyt wiele, w elitarnej szkole, w której ,,Szał Hazardu” faktycznie daje o sobie znać, gdzie blichtr, pozycja społeczna, gra o życie na granicy ryzyka i niszczenia pojęcia tego, iż tabu istnieje zawsze i dalej powino być tym czym jest, gdzie liczą się wpływy i tak zwane ,,plecy” i wysoko uniesiona głowa oraz spoglądanie ,,z wysoka na niżej usytuowanych” jest ważniejsze niż edukacja, króluje nieskrywana lubieżność, podniecenie samym faktem zaryzykowania i oczekiwania na wynik (bo przecież o to w hazardzie chodzi). Tak to bardzo nietypowe podejście do życia nie tylko w szkole gdzie rozgrywa się akcja ,,Kakegurui", ale i poza jej murami - bo przecież hazard uczy umiejętności zachowania ,,pokerowej twarzy", tam gdzie do jest istotne, i to zawsze: w polityce i władzy wszelkiego kalibru. i szkoły. Nie ukrywam, doświadczyłem tu swego rodzaju sodomicznej i celowo hiperbolizowanej niekiedy w przekraczające górne granice intensywności emocje opowieści: historii o pędzeniu przez życie na granicy zalewania organizmu masą adrenaliny i kortyzolu, także dopaminy, gdzie ryzyko stoczenia się na dno jest tak samo wysokie jak zyskanie absolutnie wszystkiego: od bogactwa i powodzenia aż po stabilność u szczytu hierarchii żyjących hazardem uczniów. To bardzo odważnie opowiadana produkcja (zarówno anime oraz manga, tom 1),w której to określić ich bohaterów jako tych, którzy wyznają zasadę ,,bez ryzyka nie ma zabawy”, to zdecydowanie za mało. We wszystko to, w tę specyficzną opowieść wkrada się ta iskra nieprzewidywalności tego, co się za chwilę wydarzy i jak zareagują ,,pokerowe twarze” naszych postaci. Podsumowuje to nie lada dopracowana i w punkt dobrana do wszelakich aspektów budujących wyjątkowość ,,Kakegurui” w wersji anime szata graficzna, która jest tak wylewna, tak nadinterpretowywana, tak przesadzona i potężna w emocje, że ciśnienie skacze u oglądającego za każdym razem, gdy się ma styczność z takimi właśnie scenami. Oszałamiająca seria, której kolejne odcinki jeszcze przede mną, która przesadnie dobrze uwydatnia oszałamiające podejście twórców do tego czym jest hazard, co robi z umysłami osób i w jakich grupach społecznych zbiera największe żniwo. A co w takim razie z mangą? Tylko jedna w tej kwestii zostaje odpowiedź: już wiem z jakiego powodu samo anime okazało się tak pysznie dobre! Homura Kawamoto, Toru Naomura – zapamiętajmy te nazwiska. Dwójka ta to w Polsce nie aż tak jak w kraju kwitnącej wiśni czy ogólnie w kulturze azjatyckiej znani mangacy, autorzy mangowej i pierwotnej wersji Uniwersum ,,Szału Hazardu”; rzecz jasna twórcy zarówno omawianego tomu 1, jak i kolejnych z całego cyklu. Prosto i krótko: wykonali oni – choć to dopiero pilotowy tom serii – kapitalną robotę. Najciekawsze jest to, że oprócz równie kapitalnego wydania mangi, czyli budowy zewnętrznej i jakości druku oraz kartek wewnątrz tomu 1, gdzie okładki i grzbiet są wykonane i namalowane w seksowny i intensywny sposób (tak, rysunek Yumeko na przedzie, z podkreśleniem jej cudownych szkarłatnych oczu, naprawdę robi niezapomniane wrażenie!),mocno na plus zaznacza się ta fizyczna objętość komiksu: to nie 180 czy 200 stron, a prawie 240, a to przy tego rodzaju nieskomplikowanej, ale za to napakowanej w odpowiednie emocje, suspens i dynamikę fabule, ma spore znaczenie – im więcej, tym dla intensywności ,,hazardowego szału” lepiej; w ten sposób manga ma szansę rozkręcić się w odpowiedni sposób i zaspokoić pragnącego górno-granicznych emocji mangowego geeka tak, aby by można było odczuć satysfakcję z lektury z jednoczesnym ,,uzależnieniem się od chęci sięgnięcia po kolejny tom, i to jak najszybciej!”, jak to zresztą w hazardzie, tym razem czytelniczym bywa. Sam początek mangowego rozdania ,,Kakegurui” z początku wydaje się być leciutko ospały, wita nas za to wrażeniem obcowania z Światem tego tytułu jako czymś bardzo dystyngowanym, pompatycznym, wytwornym i ultra-klasowym. Nie ukrywam, że do takiej estetyki samego miejsca i ukształtowania się hierarchii, która w niej panuje, a chodzi o eksplodujący zewsząd prestiż Prywatnej Akademii Hyakkao, w której wszystko to ma miejsce, intensywna akcja, ot tak z buta, od pierwszej do ostatniej kartki nie do końca pasuje. Autorzy mangi wprowadzili nas do tego młodzieżowego, skrytego przed rzeczywistością wymiaru hazardowej sodomy i gomory poprawnie: jest tu coś z Hitchcocka – tempo narracji, całej wylewności świata przedstawionego wzrasta odpowiednio i nie traci tempa tam, gdzie nie powinno. Stabilizatorem całości jest postać zakłócającej ,,święty” porządek hazardowej religii Akademii, Yumeko Jabami, która w placówce tej pojawia się po prostu nagle. Bez Yumeko nie było by niczego, co widzieliśmy w mandze, także w anime: wyzwala w ustawionym świecie hazardu potrzebny mu niepotrzebnie skrywany w gąszczu ,,akademickiej hierarchii” i pozornego porządku szał, tą dzikość i bestialskie wręcz pożądanie; jest osią fabuły i emocji – to od niej zależy tu cała historia, co w niniejszej mandze zostało podkreślone naprawdę dość wyraziście. O pannie Jabami można by rzec ,,jaka ona jest tajemnicza?! Jak trudno jest się przebić do jej wnętrza przez tą zewnętrzną słodką nastoletnią urodę i łagodne z pozoru oblicze i zrozumieć, co kryje się w jej prywatnym Ja, i co nią w ten sposób kieruje!”. Jednak tego samego nie można powiedzieć o fabule tomu: fakt, same rozgrywki, których zasady obrazowane są wizualnie na kadrach i tłumaczone w czytelny i klarowny na tyle, aby odpowiadało to tempie prezentowanej historii sposób, są intensywne, jednakże fabuła jest szybka, ale raczej jedynie jako lekko przewidywalna - to wtedy uwydatniają się same jej plusy. W większości jest ,,hazardowo", dziarsko, ale uważam że dość stabilnie: ta historia nie chce i nie musi za bardzo wyrywać się do przodu, nie zbaczać z kursu tej intensywnej na swój sposób hazardowej przygody i linii poznawania rzeczywistości tajemniczej Akademii z perspektywy Yumeko, której powód ,,zawitania” do jednej z ważniejszych placówek szkolnych w Japonii do końca nie jest znany. Nie dziwmy się temu, skoro prawie cała treść (jak na razie tomu 1) rozgrywa się wokół osoby Yumeko i wszystkiego tego, co po prostu sobą i swoją schematycznym ujęciem idei hazardu i nieszablonowym ukazywaniem w związku z tym emocji ,,rozsiewa” dookoła. I tak, najważniejsze dla czytelnika w Uniwersum Kakegurui, co tyczyć się powinno podobnego podejścia do treści tego Świata, które mamy w anime, powinno być nastawienie się nie na schematyczną, ale konkretną i stabilną oraz szybką fabułę, ale na nieprzewidywalne i nagłe hazardowe emocje, które dodatkowo o kilka stopni może zwiększyć nieprzewidywalna, niekiedy piekielnie agresywna, wręcz diabelska a innym razem potulna i zaskakująco cicha wspomniana już niniejszym postać Yumeko oraz towarzyszący jej Ryota, którego powinno się uznać za narratora w cyklu mang, co nie jest aż tak stricte oczywiste jak w przypadku serialu. Nie bawmy się w dziennikarzy, krytyków kultury masowej, bądźmy po prostu fanami – istotne jest to z perspektywy tomu 1 mangi ,,Szału Hazardu”, iż wydarzenia w nim prezentowane są proste, bez żadnej wyszukanej głębi i dramaturgii, i odpowiednio dynamiczne. Teoretycznie mamy do czynienia z szybką lekturą, w której większość zdarzeń, mniejszych i większych scen, zawsze owinięte jest wokół jakiejś gry. O dziwo nie możemy narzekać na nudę, gdyż przy rozgrywkach a’la ,,rasowe kasyna w Las Vegas" naszym głównym postaciom udziela się najwięcej emocji, ukazuje się przy tym ta ważna części ich osobowości – to jak postaci wypadną w ,,konflikcie przy stole" rzutuje na ich zachowanie w dalszej części historii, co udowadnia z kolei to, jak konsekwentnie w odpowiednim miejscu na osi fabuły nasi mangacy ustawili całą strukturę tudzież wątek gier hazardowych, jak i to czym niepisanym tak naprawdę hazard jest w rzeczywistości Akademii Hyakkaou. Grafika wszystko to, a także wiele innych aspektów, które przy omówieniu tej mangi także anime nakreśiłem, sądzę odpowiednio wydajnie tylko potwierdza: potrafi być ona ostra jak żyleta, niekiedy jednak przepełniona szarymi barwami, np. w kadrach z retrospekcjami, także nie sposób jej odmówić umiejętnego dostosowania się do szarpanych i bardzo energicznych, asymetrycznych kadrów na przestrzeni całego tomu, gdzie potrafi zalać czytelnika kreacjami bardzo ekspresyjnych sylwetek graczy podczas rozgrywek, w której aktywne są potężne, mięsiste kontury, z akcentami na oczy lub twarz. Yumeko Jabami to ,,szał hazardu”; to ta bezapelacyjnie bardzo indywidualna, znająca swoją wartość nastolatka ustawia całą rzeczywistość fabularną, jak i rzeczywistość hazardowej aktywności w Akademii do odpowiedniego pionu. Z ,,niby" potężnych członków Akademii robi zwykłe wycieruchy, ot pionki: to, jak ,,skończyła" z Meari i Yuriko zakrawa właśnie... na oryginalne tylko dla jej osobowości szaleństwo i potężną osobowość. Tak, szał równa się tu nie tylko emocje, ale i… skupienie! Musi on iść w parze z odpowiednym zimnem i wyrachowaniem, aby zawsze wyjść na swoje i być sobą tak jak się tego chce, tak jak to prezentuje Yumeko Jabami.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na81 rok temu
Odrodzony jako galareta #1 Fuse
Odrodzony jako galareta #1
Fuse Taiki Kawakami Mitz Vah
Anime, animu, animavi, animatum – o tak, ,,zajechało” łaciną, a to dlatego, że ostatnio ,,manganimeholizm” przybrał u mnie na sile. Ogarniam tyle tytułów do czytania czy oglądnięcia, na ile rzeczywiście mogę sobie pozwolić. Wiele z nich mam na na liście ,,must watch or read ASAP”, a stety bądź nie jakąś część z nich posiadam (i nie jest to powód do biadolenia i wstydzenia się tego rodzaju ,,błędu” fana) na swego rodzaju (anty)liście, którą nazwałem ,,kupką wstydu”, a inaczej to określając: chodzi o zestawienie tych tytułów czy to anime, czy mang, na które przez ostatnie 2 lata nie starczyło mi czasu bądź o których zapomniałem, że aż tak bardzo chcę je doświadczyć. I na obu listach ,,wisi” trochę tych produkcji (komiks bądź seria anime, rzadziej także film) do ,,ogarnięcia na wczoraj”, i oby zaświeciło nie jedno a z fazylion gwandylionów takich światełek, które dadzą mi nadzieję na zmianę takiej dziwnej fanowskiej sytuacji z ,,bolączką czytanio-oglądaniową”. I co ciekawe niedawno ,,czytnięte” i to z uwagą, której się nie spodziewałem, że akurat mi się ona udzieli przy doświadczaniu tego dzieła to wielkie duchem i pasją twórczą, choć nie aż tak doskonałe jak można by tego oczekiwać po zapoznawaniu się najpierw z wersją anime tego Uniwersum, zostało u mnie... mangowe dzieło w opcji pierwszego tomu swojej rzeczywistości, wymiaru i marki, którą reprezentuje, możliwe, że coś dzięki niemu się w moim mniemaniu na lepsze zmieni. Jednakże najpierw zacząłem, jak uwzględniam to w niniejszym materiale służącym jako recenzjo-opinia do mangi omawianego Świata, przygodę z tak dziwaczną Strukturą/Rzeczywistością od jej adaptacji, od sezonu 1-ego! I tak, 8 z kilkudziesięciu łącznie epizodów oryginalnie brzmiącego serialu japońskiej animacji, That Time I Got Reincarnated as a Slime, co polski dystrybutor i wydawca jego ,,mangowej” wersji tłumaczy ,,Odrodzony jako galareta”, już za mną. Może to zabrzmieć naprawdę dziwnie, ale sam ten tytuł w stosunku do swojego komiksowego archetypu stanowi swego rodzaju ,,rekomendację” przez wielkie R wobec swej pierwotnej mangi właśnie. I dzięki pierwszemu tomowi ,,Odrodzonego jako Galareta” jeszcze bardziej powinienem zmienić swój stosunek do tak eksperymentalnego swoim zamysłem fabularnym, również konceptem ,,amebowatego” samoświadomego bytu, w którego praktycznie niezniszczalnym ciele znalazł się po śmierci główny bohater całej serii odcinków czy rozdziałów mangi. Oglądanie pierwszego sezonu ,,,Odrodzonego…” napędza moje geekowskie pragnienie na zabranie się za lekturę kolejnych i jeszcze kolejnych potem tomów mangi z cyklu, jednakże czytanie tego komiksu i ,,wsłuchanie się”, co i jak on do mnie przemawia, sprawia, że jeszcze bardziej zaufałem sezonom 2 i 3, które w oglądaniu w tak ,,zdrowo pokićkanym” Wymiarze rozrywki niedługo zapewne będę doświadczał. That Time I Got Reincarnated as a Slime – powiedzieć w ogóle o tym fikcyjnym, ale jakże szerokim i bogatym wątkowo i fabularnie Świecie, że jest to tak samo w mandze, co anime oryginalną historią, to tak jakby nic nie powiedzieć. Cały świat naszej tytułowej ,,galaretki” to taki miks różnych gatunków, m.in. gatunku sensacji, dramatu, fantasy RPG, fantasy-przygodowo-baśniowego, przy czym Uniwersum reprezentuje gatunek zwany ,,Isekai”. Sama ,,kreska" w wersji anime przygód naszego świetnie kreowanego wizualnie i charakterologicznie ,,Slime’a” pasuje najbardziej do tego, co i jak opowiada sam serial. Jednakże patrząc na to z innej perspektywy: jakby tak spojrzeć na dany odcinek czy kadry tej ptofukcji, na styl i technikę animacji, także na jej reżyserie, to ogólnie, obraz sam z siebie nie jest aż tak dobry, jakby na ,,hip hip hura realizowany. Przynajmniej ,,w okolicy” postaci Slime’a, scen z jego udziałem, licznych zbliżeń czy oddaleń – grafika przyjmuje o wiele bardziej ,,miękko-ostre" wartości, z ,,pociągiem do nostalgii”. Szata graficzna pasuje więc tylko i wyłącznie do tego, co serial ma przekazywać, opowiadać, co sobą niesie. Pierwsze 8 odcinków ,,Odrodzonego jako galareta”, rzecz jasna piszę tu o opcji japońskiej animacji, cóż, dało mi mocno ,,po jajach!": nie spodziewałem się tak mnóstwa ,,contentu", tak sporej ilości kreowanej przestrzeni, rozbudowywanej cegła po cegle rzeczywistości, która na dodatek jest domem dla gatunku, który sobą prezentuje, dla tak zwanego założenia ,,Isekai”. I żeby nie było: równie mocno nie spodziewałem się tak specyficznej, mojej prywatnej, reakcji na to, ,,co mi tu tak dobrego się zobaczyło” w tychże początkowych epizodach ,,Slime’a”. A to dopiero początek – przede mną dziesiątki odcinków do oglądnięcia; a z czytania komiksów z tego Uniwersum: mnóstwo tomów do analizy i recenzowania. Mało tego, po watchingowej lekturze tego ,,animu”, zostałem ,,zauroczony” i ustrzelony jakimś pociskiem z dziwnym nektarem na łusce, który jak mnie tak dotknął mam tylko ochotę na kontakt z tym Światem: z jego uroczą i bardzo oryginalną na tle innych ,,isekaiowców”, które powstały w popkulturze na przestrzeni kilku-kilkunastu lat. I chyba nic tak naprawdę w tym względzie już mi nie potrzeba - teraz tylko czekać a potem oglądać kolejne i kolejne odcinki ,,Odrodzonego…”, a ,,jeszcze potem"... zabierać się za mangowe tomy i konfrontować: czy oba źródła treści Świata są tak samo dobre, czy któreś ,,zjada” któreś, i na ten przykład manga okazuje się po prostu lepsza od swojej adaptacji. ,,Odrodzony jako galareta", albo ,,That Time I Got Reincarnated as a Slime" – w życiu się nie spodziewałem, że poza swoją animacją, w mandze będzie to tak nietuzinkowe, zagadkowe, zabawne, niezalewające nas półprawdami, szczere i indywidualne Uniwersum. Zresztą nie wiem jak jeszcze inaczej mógłbym opisać i ocenić tak mocno ,,pozytywnie poryte” na swój sposób ,,to mangowe coś”, które w kwestii doświadczenia motywów Isekai w japońskiej popkulturze, cóż, wywarło na mnie z kwadrylion-fazylionów o wiele większe wrażenie od tego, co w tej geekowskiej sprawie zrobiło czytanie i oglądanie pierwszych rozdziałów i odcinków legendarnego isekaiowca, ,,Overlord”. Pilotowe rozdanie komiksu o sympatycznym i ,,rozgadanym” Slimie, tak samo odcinki anime: 1-3, już na starcie w odniesieniu do całości tego Wymiaru rozrywki (bo nie oszukujmy się... dopiero zaczynam przygodę i naukę specyfiki ,,isekai” i miksu gatunkowego tego galaretowatego Świata) kupiło mnie totalnie, ba!, zrobiło dobry humor i nastawienie na dalsze realizowanie się pasjowo z ,,Odrodzonym…”. A co do samej historii, jej budowy, ,,grafiki”, samego wkładu artystów: Mitz Vah, Taiki Kawakami, czy Fuse’a w wyłonienie tego a nie innego contentu w takiej a nie innej formie na ,,mangowe światło dzienne”, którego to przeżywamy świadectwo (bo takie to jest mocne i twórcze! Że nie jest zwykłym czytaniem, ale przeżywaniem świadectwa) w tomie 1 mangi, mogę śmiało napisać: jest oryginalnie, mocno ,,zaczepiście", i do tego stopnia, że sama transformacja MC do ,,innego wymiaru/Struktury", z postaci świadomości/duszy ludzkiej do... galaretowatego gluta, co w pilocie komiksu (oraz anime!) wizualnie ukazano baaaardzo pomysłowo – już na wstępie naszej znajomości z takim Uniwersum potrafi oszołomić totalnie! Ba kupić humor i dzień ostatecznie! Bo rzadko coś takiego w tych Innych Światach w Isekai, jak ta właśnie produkcja/manga dostaje się tak gustownie ,,opakowanego” na tacy, dla głodnego contentu ,,Isekai” geeka. Nie ma takiej opcji. Nie da się przejść obojętnie obok takiego ,,wirtuala” jak ten. Teraz sam ten gatunek/motyw w fantastyczno-naukowej odsłonie popkultury będzie kusił mnie jeszcze bardziej niż dotychczas, a inne ,,isekaiowce” będą stały jeszcze bardziej dla mnie otworem. Ta opowieść o Slimie, to ,,mangowy” absolut. Fizycznie w kwestii tomu no.1: jest skromnie – zwykła okładka, i gdzieś tam na jej tle ,,glut” z bohaterką obok. No ale w tej normalności kryje się cała magia: to wnętrze które to opisywałem wyżej. Za pilot mangi w polskim wydaniu odpowiada niezrównane J. P. Fantastica; mamy do dyspozycji około 240 stron solidnie drukowanych i oprawionych, z historią o wiele dynamiczniej się realizującą niż analogicznie kreowało to anime z Uniwersum. Koniec jest tak płynny jak początek; podejrzewam że historia z finiszu kolejnego tomu na 3-ci będzie przechodzić tak samo płynnie jak w tym przypadku: z tomu 1-ego na drugi. Czyżbym dostał na tacy coś, co jest odpowiednikiem Studia Ghibli dla tworów Isekai? No właśnie… To w końcu, jak… jak to młodzieży ostatnio zwykła mówić w ramach swoich nietuzinkowych reakcji: ,,pykło tu wszyćko... czy nie?. No, raczej pykło, i to co najmniej ,,bardzo pykło!”. Stosując inną łopatologię w używaniu określeń do reakcji na coś niespodziewanie dla nas wyjątkowego, podkreślę inaczej moje wrażenia z lektury tomu 1 ,,Odrodzonego…”: ,,Ale urwał... Ale to jest dobre!". Tym bardziej cała manga smakuje po tysiąckroć lepiej, gdy taki fan jak Ja dowiaduje się, że w czerwcu w polskich kinach pojawi się ,,kinówka” z tego Uniwersum. Cóż, osobiście nie oglądnąłem mini-teaserka do zapowiadanego filmu z cyklu - tak luknąłem tylko około połowy zawartości, żeby sobie za bardzo nie spolerować, bo nie dość że jestem w trakcie oglądania sezonu 1-ego ,,OJG", to właśnie, co widać po niniejszej recenzjo-opinii tej mangi, jestem po lekturze bardzo owocnego, ale miejscami zbyt memicznego komiksu, który otwierał Świat mangi z perspektywy realiów ,,Odrodzonego jako galareta”! Tak, zapewne do premiery filmu w Polsce zdążę nadrobić całe 3 sezony ,,animu" plus… co najmniej 3 lub 4 tomy: mangę, którą zamierzam kupować i wczytywać się z pasją i klasą fana!
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na81 miesiąc temu
Inspektor Akane Tsunemori #3 Akira Amano
Inspektor Akane Tsunemori #3
Akira Amano Gen Urobuchi Hikaru Miyoshi
Nie jest to możliwe, aby być miłośnikiem dość rozległej formami, podgatunkami, mediami, które ją opowiadają (a rozchodzi się głównie o fantastykę naukową) i nie twierdzić, że… zwana ona inaczej ,,Science-Fiction”, spełnia swą szczególną rolę jeśli chodzi o wybitne kreowanie poczucia życia w idealnym świecie, który z pozoru wydaje się być idyllą, a koniec końców okazuje się błędem, jałowością, koszmarem, z którego ciężko się wydostać, czymś co nie powinno być rzeczywiste. Nie da się wobec takiego elementu fantastyki naukowej przejść obojętnie – w takim futurystyczno-profetycznym akcencie, czy to w literaturze, czy to w mediach: filmie oraz serialach sprawdza się znakomicie, stanowiąc coraz częstszą tematykę do rozważań wśród współczesnych twórców niniejszego, wszechobecnego już gatunku, w którym autorzy mogą nie tylko opowiedzieć daną fikcyjną fabułę i całe jej tło wraz z postaciami, wydarzeniami etc., ale i nawiązać dialog z odbiorcą, rzucić mu wyzwanie, do czegoś zmusić, coś uświadomić. Sci-fi, tak rozległe jak tylko to można sobie wyobrazić i bodaj jeszcze, jeszcze dalej, owszem to ocean twórczych możliwości w popkulturze i niekończących się relacji na linii: ,,popyt-podaż”, jednakże z pewnego punktu widzenia, jest to ot niepewny, grząski grunt, w który nie można zbyt głęboko, jeśli chodzi o kreatorów w tym gatunku wdepnąć – w fantastyce naukowej z pierwiastkiem futurystycznym i profetyczno-wizjonerskim na dodatek, cóż, na pewno trzeba umieć wiedzieć jak powinno posługiwać się swoją wyobraźnią, talentem, technikami, stylem, aby ,,nie wypluć” jak z jakiegoś automatu czegoś co zniechęci odbiorcę w przyswojeniu i zrozumieniu tego, co chciało się przekazać jako ten ambitny reżyser, pisarz, scenarzysta, rysownik etc. Talentu i odwagi oraz rozsądku w tej kwestii na pewno nie zabrakło twórcom pewnego Uniwersum w obrębie anime oraz mangi, Świata Psycho-Pass. To w rzeczywistości tej produkcji i jej odsłony komiksowej fikcja wchodzi w tango z odniesieniem się do naszej, typowej znanej nam i namacalnej: rzeczywistości, będąc dość blisko owemu realizmowi. Najlepiej ,,Psycho-Pass” sprawdza się jako serial oraz filmy w konwencji anime – w tej formie Uniwersum to się dość dawno zakończyło, mając na swoim koncie wiele sezonów jako serialu i co najmniej 3 konkretne pełnometrażowe tytuły. Będąc czymś ,,żywym”, jako byt filmowo-serialowy ten Świat atakuje zmysły widza wieloma bodźcami naraz – cała ta opowieść o świecie rządzonym przez jednolity zdaje się i nadrzędny System cyber-informatyczny, Sybil, w formie animowanej kreuje się jako bardziej przystępna i akceptowalna dla odbiorcy – pokłosie tego, co Psycho-Pass prezentuje jest więc żywe i zapadające w pamięć; to o ten wydźwięk i ,,drugie dno”, ot omawiany profetyzm w tym wymiarze nie aż tak fikcyjnej jak by się mogło wydawać rozrywki jest w przypadki ,,P-P” najistotniejszy. A co ma do powiedzenia w takim razie manga Uniwersum? W przypadku bardzo popularnego Psycho-Passa, w Polsce dość szczególnie!, jako formie narracji obrazkowych, ten Świat zaczyna nabywać wtedy dziwnej właściwości: opowieść obrazem ,,zatrzymanym w ruchu” który w akceptowalny sposób spójnie pokrywa się z wydarzeniami z treści anime tegoż to Świata, to możliwość dłuższego obcowania z określonymi odcinkami danej serii anime – można to porównać do sytuacji, gdy dany tom mangi zawiera w sobie akcję z 3 odcinków, a my czytamy ów komiks, przykładowo, około dwóch godzin. Jest to o wiele dłuższe wyobrażenie sobie tego w projekcji naszego umysłu co przedstawia odcinek, a w przypadku tak trudnej i problematycznej w gatunku ,,future sci-fi” osnowy tematycznej Psycho-Passa: dłuższe zobrazowanie i analiza tego, co chciał przekazać autor i co ,,to coś” (jego idee, spostrzeżenia, lekcje dla nas samych) powinno oznaczać w kontekście realności ,,a gdyby tak… taki a taki motyw miał jednak mieć w naszym świecie miejsce”. Manga jest przystępniejsza w indywidualnym doświadczeniu tego, jak twórca opisuje – w przypadku omawianego Uniwersum - jaki jest i jak powinien wyglądać obecny XXI wiek, i kolejne przyszłe stulecia, czy to (choć nie wybrzmiewa to w mangach Psycho-Pass bezpośrednio; to czytelnik musi umieć to dostrzec),jakie czekają nas, ludzkość, w przyszłości wyzwania na drodze rozwoju gospodarczego, nauki, wzrostu (albo i nie!) poziom wiedzy, zmian religijno-politycznych, czy napotykanych po drodze przez Cywilizację epok postępu technologicznego. Dlatego też lepsza po raz kolejny, po raz trzeci w serii ,,psycho-passowych” mangowych tworów!, okazała się manga ,,Inspektor Akane Tsunemori”, a dokładniej rzecz biorąc jej niezwykły tom 3. Jak to się mówi ,,do trzech razy sztuka” – w przypadku tego tomu, tego rodzaju japońskiej formy popkultury, z takim zacięciem fantastyki-naukowej w tle, której na pewno nie powstydziłby się P. K. Dick, gdyby dziś żył, trzecie podejście okazało się tak samo cenne, tak samo obfite w pozytywne wrażenia z mangi, jak tomy 1 i 2, które nie aż tak dawno czytałem i recenzowałem. I mam nadzieję, że tak samo sprytnie fabularnie i dynamicznie w tempie akcji wydarzy się a’la ,,po raz czwarty” w czwartym tomie właśnie. Bo w ,,trójeczce” konsekwentność fabuły i jej odniesienie do naszej rzeczywistości (ta realność profetyczno-futurystyczna) dalej utrzymuje swój dość dobry poziom; ,,Nowy Świat” władany przez Sybil jest tak samo intensywny, trudny, w tej fikcji jałowy i inwigilowany jak to miało miejsce w poprzednich mangach z cyklu. Problemy z którymi jak się okaże w tym tomie ma zmierzyć się Akane i jej nazwijmy to ,,rówieśnicy po fachu” z typowej rządowej Agencji Bezpieczeństwa stają się jeszcze bardziej zawiłe (czasami odczuć można podczas lektury, że polityka, której trochę tu jednak jest, staje się tak samo fascynująca jak sceny dynamiczne – czy tak się nie pisze scenariusza, który ma być futurystyczny w sci-fi i bardziej realny dla naszej ,,normalnej życiowej przestrzeni”?),wymagające chociażby większego skupienia niż ,,przy typowej mandze, którą się przekartkuje, bo takie kolorowe obrazki i mało tekstu!”. I gdybym miał użyć jednego słowa, który określa główne postaci fabuły tomu, ich motywację i charakter: wyzwanie. To rzucenie się w tryb typowej pracy dla Agencji i częściowo wewnętrzna potrzeba wyjaśnienia problemów (z którymi zresztą Sybil ma sporo wspólnego),to cel nadrzędny dla najważniejszych postaci tomu! Bohaterowie, którym rzuca się wyzwanie sami napędzają fabułą, sami wypluwają z siebie nici, które łączą inne wątki i je wiążą ze sobą. Wyzwanie rodzi ,,pościg”, ,,pościg” ma wiele wspólnego z ,,tajemnicą”, a ta tajemnica z tomu 3 łączy się z działaniem (nie spoilerując) wiadomego nam Systemu Psycho-Passa i jego pewnego... pokłosia, o którym za chwilę. Rzeczywistość omawianego Uniwersum w takim wydaniu mangi to ani nie rozległy Wirutalny Świat, ani nie ,,fantasmagoryczna anty-utopia”; Psycho-Pass poprzez mangę kreuje się na polityczno-noir-thriller antyutopię, ale dość bliską nam samym, jakby z klimatem ,,true story”, ,,opartą na faktach”. Przekonać nas może do tego, choć to bardziej subiektywne spostrzeżenie, faktyczna objętość tomu 3 i jego jakość rysunku. To ponad, i ów ,,objętościowy fakt” dla serii mangi tego wydania Uniwersum Psycho-Pass (bo jeszcze mamy drugi cykl komiksów dla tej rzeczywistości, nazwany od jej tytułu) mnie co najmniej pozytywnie zaskoczył, bite 230 stron ,,mięska treści”, które można przyswajać, omawiać, analizować, poddać się swoistemu rozważaniu w kontekście futurologicznym, mimo iż owa futurologia może nie wydawać się niniejszym aż tak bezpośrednia, jakby to ująć, tak namacalna ,,na pierwszy rzut oka”. Surowe ,,future sci-fi” tańczy harmonijnie w parze z wartką thrillerową akcją, bo jak to przy Świecie Psycho-Passa bywa, i w tym tomie mangi pojawił się wątek śledczo-kryminalno-spiskowy, sądzę, nawiązujący delikatnie do serialowego ,,Hannibala” z Madsem Mikkelsenem w tytułowej, przerażającej i podstępnej roli. Dość specyficzne, ,,wysmakowane” z perspektywy mordercy zbrodnie, z rytualnie można by sądzić traktowanymi zwłokami ofiar – to chyba najbardziej niespodziewany wątek w tych 230 stronach cyklu no.3 z serii o odważnej choć delikatnie zdystansowanej w stosunku do świata ,,pisanego przez System Sybil” Inspektor Akane; to również wątek najbardziej przykuwający uwagę – czytelnik podświadomie może się zastanawiać, kto i dlaczego dokonuje tego rodzaju aktów zbrodni w czasach, w których moje, twoje, czy jego życie definiuje to, jaki ma się ,,kolor współczynnika ewentualnej zbrodni”, tak zwanego ,,wyznacznika Psycho-Pass”. Z biegiem fabuły, z jej rwanym troszku rozwojem, odbiorca może wpaść w swego rodzaju refleksję: ,,fakt, dowiedziałem się, że w tym Uniwersum trzeba uważać na wszystko, żeby nie zrobić dosłownie czegoś choćby minimalnie niepotrzebnego, co sprawiło by, że własny Psycho-Pass ulegnie zmętnieniu, a my staniemy się kandydatami do resocjalizacji, odrzucenia ze społeczeństwa bądź eliminacji”. Czy to oddział Tsunemori i Ginozy wraz z egzekutorami, czy to podstępni i chłodno kalkulujący ,,asystemowi” A-Sybilanci, złoczyńcy – wokół całej gamy postaci tomu orbituje jeden czynnik, z którymi – nazwijmy to – muszą oni na swój sposób sobie poradzić. Chodzi o dość istotny motyw, warunek, który zdaje się napędzać cały kocioł wydarzeń tomu – w Świecie, z którym się tu stykamy istnieje coś takiego jak ,,brak eustresu”. To choroba, bardziej nieoficjalna, o której niechętnie się mówi, wywoływana brakiem jakiegokolwiek stresu, chociażby minimalnego, motywującego do działania, do pracy nad sobą, do walki np. o lepszą posadę w pracy, na zawodach sportowych etc.. To powoduje u ludzi zapaść własnego istnienia, swego rodzaju degenerację, ot brak chęci do życia i rozwoju... powoduje zanik Psycho-Passa, a to nie przelewki! Tak, to ciekawa zagwozdka, ważna dla ewolucji fabuły serii ,,Inspektor Akane Tsunemori” – dzięki świadomości istnienia ,,eustresu” czytelnik lepiej przyswaja ciekawie prezentujące się treści w grafice tomu, gdy jej dynamika naprawdę zaskakuje, co w pewnym sensie jest pokłosiem walki ,,Agentów Biura” ze skutkami eustresu.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na81 rok temu
Akame ga Kill! #1 Takahiro
Akame ga Kill! #1
Takahiro Tetsuya Tashiro
Ocenię cały tytuł jako całość, dlatego moja opinia znajdzie się zarówno pod pierwszym jak i ostatnim tomem. Tytuł ten bardzo dobrze sprawdza się w roli brutalnego i mrocznego fantasy jak i battle shounena i dostarczył mi dokładnie tego, czego po nim oczekiwałem, a mimo to czegoś mi tu brakowało. Może problemem jest fakt, iż uważam tę historię za przygodę na raz, do której nie ma sensu później wracać, co zresztą po części niechcący potwierdziłem? Naszym głównym bohaterem jest niejaki Tatsumi i co by o nim nie mówić na samym początku poznajemy go jako typowego protagonistę anime. Jest wesoły, pełen energii, naiwny i niewinny i gdyby nie fakt bycia główną postacią, długo by nie pożył. No ale fabuła popchnęła go w szeregi Night Raid - drużyny zabójców, chcących uleczyć imperium przez wyrwanie z korzeniami toczącą je zgniliznę i korupcję. Oczywiście Tatsumi decyduje się do nich dołączyć. Co bardzo w nim fajne to fakt, że akcje jakie podejmuje i okropności jakich jest świadkiem mają na niego wpływ, zmieniają go. Ciekawym też jest, że mimo dostawania największej ilości czasu ze względu na bycie główną postacią, przez większą część historii nie wystaje przed szereg wśród swoich kompanów; oczywiście w okolicach finału dostaje dość potężnego boosta do mocy, ale do tego momentu inni bohaterowie od niego nie odstają a nawet, według mnie, byliby od Tatsumiego silniejsi, co w tym gatunku chyba nie jest często spotykane. Pozostali członkowie Night Raid też wypadają pozytywnie. Może i gdyby robić jakiś ranking najlepszych postaci, nawet typowo z mangi i anime, nikt z "Akame ga Kill!" by się w nim nie znalazł, nie można powiedzieć, że są źle napisani. Każdy jest inny, wyróżnia się i można z nimi sympatyzować. Najlepsze są momenty w których spędzają razem czas, śmieją się i sobie dogadzają. Nie tylko czuć w takich chwilach fajnie uchwycone relacje między członkami, ale i czuć, już u mnie nie u bohaterów, takie swego rodzaju napięcie. Za każdym razem gdy się bawili i świętotali ja miałem świadomość, że najprawdopodobniej ostatni raz oglądam ich w takim gronie, w takim składzie. Tu dochodzimy do ogromnej zalety "Akame ga Kill!" - brak giną. Każda walka, każda sytuacja zagrożenia generowała ogromne napięcie , ponieważ wiązała się z potencjalną utratą jednego z członków Night Raid. I te śmierci działają bardzo dobrze, uderzały we mnie bardzo mocno. Po części też dlatego, że każdy napisany był w taki sposób, by łatwo było go polubić, ale i dlatego, że były one mimo wszystko niespodziewane. Niestety to, co tak dobrze na mnie działało za pierwszym razem, za drugim właściwie po mnie spłynęło. Za pierwszym razem doczytałem do około 10 tomu, po czym z jakiegoś powodu przestałem czytać, pozostałe tomy dokupiłem dużo, dużo później i zacząłem lekturę od początku. Niby logiczne, wiedziałem kto, kiedy i w jaki sposób więc nie wywołało to u mnie takich emocji, ale mimo swojej wiedzy dwa zgony, które bardzo dobrze pamiętałem, ścisnęły mnie za gardło. Kolejnym mocnym elementem i obowiązkowym punktem każdego szanującego się battle shounena są walki, a te robią robotę nawet przy ponownej lekturze. Są dynamiczne, emocjonujące w związku z tym co napisałem powyżej i bardzo ciekawe za sprawą Teigu, czyli artefaktów, którymi posługują się nasi bohaterowie, a które mają różne, ciekawe zdolności. Zdarzały się pojedyncze kadry w których nie wiedziałem na co patrzę, ale większość pojedynków była czytelna, więc nie przeszkadzało mi to szczególnie. Co już wypadło gorzej to antagoniści. Ich motywacje zazwyczaj sprowadzały się do tego, że byli po prostu porąbani, aczkolwiek wypadałoby posłużyć się bardziej wulgarnym określeniem do oddania ich zepsucia. W większości przypadków nawet jeśli ktoś miał jakieś motywacje i smutną przeszłość, okazywało się że jest zły głównie dlatego, że ma nie po kolei w głowie. Szkoda, bo nawet w pewnym momencie powstała grupa antagonistów w odpowiedzi na Night Raid i oni są trochę niewykorzystanym potencjałem. Można by z nich zrobić swego rodzaju lustrzane odbicie grupy naszych zabójców - różnorodną i sympatyczną grupę, która mogłaby się z Night Raid w innych okolicznościach zaprzyjaźnić, ale że stoją po przeciwnych stronach barykady muszą się wzajemnie powyżynać. Szkoda, że autor nie poszedł w taką stronę, tym bardziej, że były podwaliny pod taką narrację. Niestety wyszło jak wyszło i finalnie szkoda mi było tylko jednego, dosłownie jednego, antagonisty, pozostali, nawet jeśli okazali się finalnie dobrymi osobami, to coś w ich wątkach po prostu nie zagrało. Na plus i minus wyróżnia się Esdeath, czyli główna antagonistka. W jej przypadku ta sadystyczna psychoza zdawała się naprawdę działać. Z nią główny problem mam taki, że jest zbyt potężna i to do przesady. Silni antagoniści mi nie przeszkadzają, nawet często wychodzi to na plus bo zmusza bohaterów do wymyślenia jakiegoś planu, ale tutaj... Przeszkadzać mi to tak na poważnie zaczęło od pewnej sceny, w której już ukazane zostało, że nawet całą grupą nikt nie ma z nią szans, a ona jeszcze dostała niedorzecznie potężnego asa w rękawie. Nie wiem, dlaczego aż tak mi to przeszkadzało, może chodziło o to, że jej moc sama z siebie zbyt bardzo górowała nad każdym innym Teigu? Albo o fakt, że nawet w retrospekcjach nie pojawiał się nikt będący dla niej autentycznym zagrożeniem. Bo nawet jeśli już ktoś był dość mocny stawić jej opór, to i tak okazywało się, że nie był nawet bliski zwycięstwa. Na szczęście pomijając aspekty niedorzecznego power level'a, jako postać sama w sobie sprawuje się dobrze. Jej sadyzm, poczucie wyższości i wieczne pragnienie walki fajnie współgrają z momentami, w których pokazywała swoją ludzką stronę. I to nie tak, że w głębi duszy była dobra, ale pojawiały się takie myśli, czy mogłaby przejść na stronę dobra. Zakończenie mi się nie podobało. Finalna bitwa bardzo fajna, ale jeśli narzekałem na zbyt duży poziom mocy u Esdeath, to bez spoilerów pod sam koniec autora poniosło jeszcze bardziej. Jeszcze mniej chyba podobał mi się happy end i to pomimo, że bardzo lubię historie z dobrym zakończeniem. Po prostu to tutaj nie tyle nie pasuje, co zostało zrobione na siłę, kosztem zepsucia odbioru niektórych scen, które nastąpił wcześniej. Na szczęście pomijając absurdy jakie się działy na koniec, samo zakończenie już po finalnej batalii mi się podobało, uważam je za bardzo dobre zamknięcie historii. Czy polecam? Tak, jak najbardziej. Pomimo wad, jakie wypisałem, bawiłem się świetnie. Akcja jest dobra, postacie da się lubić i można się zaangażować w ich losy a walk jest pod dostatkiem. No czego chcieć więcej od tego typu tytułu? Od siebie polecam, nawet jeżeli raczej nigdy do tego nie wrócę, chyba że do adaptacji anime, która z tego co widziałem parę urywków drastycznie zmienia parę wątków i kto wie, może naprawia pewne bolączki finału?
Foka_Na_Haju - awatar Foka_Na_Haju
ocenił na71 rok temu

Cytaty z książki Klasa skrytobójców #5: Czas na talent

Więcej

Najszczęśliwszą chwilą dla nauczyciela jest moment, w którym na instrukcje udzielone z wahaniem uczniowie odpowiadają wyraźnie i zdecydowanie.

Najszczęśliwszą chwilą dla nauczyciela jest moment, w którym na instrukcje udzielone z wahaniem uczniowie odpowiadają wyraźnie i zdecydowanie.

Yusei Matsui Klasa skrytobójców #5: Czas na talent Zobacz więcej
Więcej