Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia

Okładka książki Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia autora Agata Napiórska, 9788365780775
Okładka książki Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia
Agata Napiórska Wydawnictwo: Marginesy biografia, autobiografia, pamiętnik
320 str. 5 godz. 20 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Data wydania:
2018-02-07
Data 1. wyd. pol.:
2018-02-07
Liczba stron:
320
Czas czytania
5 godz. 20 min.
Język:
polski
ISBN:
9788365780775
Średnia ocen

7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia



książek na półce przeczytane 2402 napisanych opinii 731

Oceny książki Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia

Średnia ocen
7,3 / 10
81 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia

avatar
554
551

Na półkach:

Bardzo dobrze napisana książka o wspaniałym Twórcy. Ciekawa, inspirująca i pięknie wydana!

Bardzo dobrze napisana książka o wspaniałym Twórcy. Ciekawa, inspirująca i pięknie wydana!

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
206
167

Na półkach:

Znakomity ilustrator, cudowny człowiek, mądre, optymistyczne życie.

Znakomity ilustrator, cudowny człowiek, mądre, optymistyczne życie.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
208
49

Na półkach:

Przyjemny, w gawędziarskim stylu wywiad. Do tego bardzo obszernie ilustrowany zdjęciami i pracami Wilkonia, co stanowi największy atut książki. Całość pozostawia jednak u mnie pewien niedosyt.

Przyjemny, w gawędziarskim stylu wywiad. Do tego bardzo obszernie ilustrowany zdjęciami i pracami Wilkonia, co stanowi największy atut książki. Całość pozostawia jednak u mnie pewien niedosyt.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

197 użytkowników ma tytuł Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia na półkach głównych
  • 102
  • 95
57 użytkowników ma tytuł Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia na półkach dodatkowych
  • 26
  • 9
  • 5
  • 4
  • 4
  • 4
  • 3
  • 2

Tagi i tematy do książki Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia

Inne książki autora

Agata Napiórska
Agata Napiórska
Urodzona w Grudziądzu w 1983 roku, dziennikarka i tłumaczka, autorka książki Jak oni pracują. Na co dzień redaktorka naczelna i wydawczyni magazynu "Zwykłe Życie". Mieszka w Warszawie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Latawiec z betonu Monika Milewska
Latawiec z betonu
Monika Milewska
Gdański falowiec, kształtem przypominający morską falę to najdłuższy budynek mieszkalny w Polsce. Wybudowany w latach 1970-1973 dla jednych jest architektonicznym koszmarem PRLu , dla innych stał się obiektem kultowym. 860 metrów długości, 32 metry wysokości, 13 metrów szerokości. 11 kondygnacji, 16 klatek, 1792 mieszkań dla blisko 6 tysięcy lokatorów. Do mieszkań wchodzi się z otwartych galerii. Kiedyś można było tymi zewnętrznymi galeriami przejść z jednego końca budynku na drugi. To był spacer :) Przez 50 lat opierał się wiatrom morskim i wichrom historii, więc sam w sobie przeraża, fascynuje i przyciąga. Ile mógłby opowiedzieć …. i w pewien sposób robi to poprzez książkę Moniki Milewskiej „Latawiec z betonu”. To satyryczna lekcja historii, nie pozbawiona elementów komediowych. Zabawna i przewrotna. Jest rok 1975. Twórca budynku, 35letni inżynier, dumny ze swego dzieła rusza galeriami wzdłuż falowca. Odkrywa, że zakrzywił czasoprzestrzeń i każda kolejna klatka przenosi go w przyszłość. Wraz z nim odbywamy podróż w czasie, tyle że dla naszego bohatera to przyszłość , dla nas to już przeszłość. Przeskakujemy w przełomowe wydarzenia dla Polski – wybór Polaka na papieża, stan wojenny, tworzenie Solidarności, śmierć Jana Pawła II. Czytamy o Kaszpirowskim hipnotyzującym masy, odbiornikach telewizyjnych marki Rubin które wybuchały, o kolekcjach kolorowych puszek ustawianych na meblościankach oraz rewolucji technologicznej, narkotykach, krowie na balonie i karpiach w wannie, Ikei, e-mailach, notebookach. Oczami naszego bohatera obserwujemy zmiany które dokonały się na przestrzeni lat. Zmiany mentalne, ekonomiczne, demograficzne i krajobrazowe. Oraz co istotne poznajemy historie zwykłych ludzi, mieszkańców falowca. Ich życie które zmienia się w zależności od dokonywanych wyborów. Oraz ich opinie na temat miejsca w którym mieszkają. Nietuzinkowa opowieść. Polski realizm magiczny. Warto się w nim zanurzyć i poddać się falom historii. Ja bawiłam się wyśmienicie.
Ewa - awatar Ewa
oceniła na76 miesięcy temu
Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955 -1996 Wisława Szymborska
Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955 -1996
Wisława Szymborska Zbigniew Herbert
O tym, że poeci umieją pisać listy. Mam trochę etyczny problem z czytaniem listów, bo wydaje mi się to jakimś strasznym naruszeniem prywatności i z lekturą takich rzeczy czuję się nie do końca komfortowo. No i, to być może niepopularna opinia, uważam, że im mniej się wie o autorze prywatnie, tym lepiej się odbiera jego twórczość. Tutaj mamy do czynienia z korespondencją w dużej mierze zawodową, choć przy tym bardzo serdeczną, przyjacielską i dowcipną. Nie jest to aż tak intymne i osobiste, jak dajmy na to listy miłosne, więc się człowiek czytający przynajmniej nie czuje jak ostatni oblech podglądacz. Poza tym trzeba przyznać, że jest to książka wybitnie pozbawiona jakiejkolwiek treści (szczerze mówiąc nie do końca czuję sens wydawania tego drukiem). Nazywanie większości z tych tekstów "listami" wydaje się wręcz lekkim nadużyciem - to bardziej liściki, króciutkie, często tylko kilkuzdaniowe, pozdrowienia na pocztówkach, dedykacje w książkach. Nie dowiadujemy się z tego zbyt wiele o autorach, ale otrzymujemy za to bardzo ciepły obraz łączącej ich relacji. No i nie da się ukryć, że literacko jest to perełeczka - napisana pięknie i uroczo, skrząca się od dowcipu i licznych literackich aluzji. Bardzo miła, przyjemna książka. Można przeczytać, ale chyba wyłącznie dla wrażeń estetycznych (bo i treść i wydanie urodne są wielce),i ewentualnie dla podniesienia na duchu.
niedź - awatar niedź
ocenił na77 miesięcy temu
Ortodroma Mateusz Janiszewski
Ortodroma
Mateusz Janiszewski
Relacje z podroży ciekawią mnie jedynie o tyle, o ile autor nieprzesadnie opisuje to, co widzi; gdy interesuje go szczegół przez innych pomijany, no i gdy niekoniecznie robi z siebie gieroja. Najlepiej zaś, gdy sięga w głąb siebie i pod podszewkę świata. A jeśli ponadto pisze wspaniale nieoczywistym, a powściągliwym stylistycznie, acz gęstym językiem, to już niemal mój ideał, do którego Janiszewskiemu bardzo blisko. „Złudzeniu znajdowania się w konkretnym miejscu towarzyszy bowiem ułuda przebywania w określonej chwili” – to tylko jedno z wielu kunsztownych zdań Autora, który tak naprawdę pisze zajmującą filozoficzną rozprawkę o świecie, bliską poezji, a nie banalnej prozie podróżnej. Podobni są w tym do niego Michał Książek i Adam Robiński (polecam wszystkie ich rzeczy),poruszający podobne tematy, a zdaje się, że to jedno pokolenie. Scenografią tej książki jest mało przyjazny habitat. Świat nieprzyjazny, to nic nie powiedzieć. Czytamy wszak o zakątku będącym krańcem świata, najpierw najdalszej Patagonii, a potem o wściekłym morzu antarktycznym, które przypomina potwora pragnącego pożreć jacht z narratorem i innymi. W tym kontekście świetnym zabiegiem jest antropomorfizacja rzeczy nieożywionych (zaraz, zaraz czyżby?): „Otwieram oczy i patrzę prosto w morze, ono patrzy prosto we mnie”. Nawiązania do szalonej wyprawy Shackletona - idola mojego dzieciństwa - która teoretycznie nie mogła się powieść, są tu jak najbardziej zasadne. No i te znakomite odniesienia do tekstów kultury, np. Melville’a, Conrada , czy bliższego nam Chatwina oraz do śmiałych wypraw z minionych wieków. Ponadto nieznana mi poruszająca historia zastrzelenia podczas wojny o Falklandy argentyńskiego marynarza z łodzi podwodnej przez durnego Anglika (tylko czemu aż pięć kul?). I jego opuszczony grób, ”którego nigdy nie odwiedził nikt z jego rodziny”. W opinii niektórych ta rzecz jest męcząca, a nawet i nudna (!). Ale chyba jeszcze bardziej męczące były zmagania Autora z morzem, zimnem i wilgoci, a zatem pretensje o to, że opisał to, co przeżył, tak jak sam to widział, mogą się wydawać lekko chybione. "Jedyną męką przewyższającą pisanie jest pozostawienie rzeczy nienapisanymi" - pisze słusznie Autor.... Tylko cóż w takim razie powiedzieć o frapujących, a licznych książczynach prozy jak najbardziej podróżnej dla grzecznych dziatek np. w serii pewnej ”blondynki”, jak się sama definiuje, już nie mówiąc o jej b. „mężu”…. Jedyne, co mnie tu lekko irytowało, to zbyt częste obce słowa typu „atraktor” czy „film wilgotnej śniedzi” (w mało znanym znaczeniu „błona”, „powłoka”). PS Aż wstyd się przyznać, że – będąc birdwatcherem i (amatorskim) fotografem ptaków - nie wiedziałem, iż pionier polskiej fotografii przyrodniczej Włodzimierz Puchalski zmarł w polskiej stacji badawczej na Antarktydzie. Parę cytatów: Prawie wszystko jest tu doskonałe. Oprócz mnie. Twarze (….) gnane tą samą potrzebą, by dotrzeć jeszcze dalej, nawet, a zwłaszcza jeśli nie będzie tam niczego, przede wszystkim zaś nikogo. Już nie ma pionów ani poziomów, tylko niekończący się łańcuch negocjacji między tymi pojęciami. Przylądek Horn (…) który nie wyróżnia się niczym prócz szczególnego opisującego go ciągu cyfr współrzędnych geograficznych. Nic, co jest w nim szczególne, nie wypływa z niego samego, wszystko zaś z nas. Sępy zaczynają się przyglądać z nadzieją na chwilę mojej słabości. Dalekie południe jest pustką, w której umiera perspektywa, i o którą nie ma jak zahaczyć języka. Dołączam do pielgrzymki tych, którzy przemieszczają się, by się zatrzymać. Wdrapuję się z trudem na grzbiety kwarcowych kaszalotów, balansuję na porośniętych kłującą zeschniętą trawą brzuszyskach orek, ledwo utrzymuję równowagę na śliskich od pyłu bokach pustynnych finwali. Docieram na przystanek między światami (…). Krąży też tam cała armia milczących ludzi o zakurzonych twarzach, których aż tutaj zagnała nieobca mi nieumiejętność zatrzymywania się.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na72 lata temu
A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945. Dzieje mojej rodziny Sacha Batthyany
A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945. Dzieje mojej rodziny
Sacha Batthyany
Ciekawa acz dyskusyjna forma autoterapii Autora po objawieniu, że ciotka była hitlerowską entuzjastką zamordowania grupy Żydów w austriackim Rechnitz w marcu 1945 r., a pradziadek zatuszował taka małą zbrodnię wobec żydowskiej pary kilka miesięcy wcześniej w swym węgierskim majątku. Kolejna rzecz o tym, jak wiele jest pułapek pamięci, którą kształtując, deformujemy. „Przeszłość zdołamy pokonać tylko wtedy, jeśli będziemy bez końca przypominali to, co się wydarzyło” – to zdanie wydaje się dobrym mottem dla Batthyany’ego, potomka dwóch wielkich węgierskich rodów, bo babka de domo Esterhazy (”Bardzo dobrze” - jak mawiał Gombrowicz). No i Autor przypomina, nie kryjąc zbrodni swych rodaków, nie tylko z tamtego czasu, bo też i mało ich nie było. Pisze np. o kilkumiesięcznej obronie Budapesztu przed hordami ze Wschodu na przełomie 1944-1945 w sojuszniczym braterstwie broni tak wielbionych „bratanków” z SS i Wehrmachtem: „A co działo się z ludźmi, którzy obserwowali, jak budapesztańscy Żydzi - kobiety, dzieci i starcy, skuci ze sobą kajdankami - wpadali w lodowate nurty Dunaju? Rozstrzeliwano tylko pierwszego, który pociągał całą resztę za sobą. Dlaczego przechodnie nie zaczynali krzyczeć?”. Odpowiada mi sylwiczność tej opowieści, co robi dobrze nie tylko synapsom, ale i całej książce. Bo różne tu formy pisarskie, w tym pasjonujące pamiętniki babki oraz cudem ocalałej z Auschwitz Żydówki, córki właściciela sklepu obok jej majątku. Na losach obu kobiet rozciągnie jest cała narracja. Z jedną z nich Batthyany zdąży się jeszcze spotkać, ale…. Jest tu sporo dobrych miejsc, ale mimo wszystko, liczyłem na coś lepszego, bo do zagadnienia Holokaustu ta pozycja niewiele jednak wnosi. A ponadto kogoś tu za dużo – czyli Autora, a zwłaszcza jego psychoanalizy. Z drugiej jednak strony podoba mi się, że Autor nie oszczędza nie tylko swej rodziny - co najmniej za tchórzostwo w udzieleniu pomocy prześladowanym w czasie II wojny, choć można i należy zarzucić o wiele więcej - ale i samego siebie. „Bo wszystko zależy od tego, co człowiek sam jest gotów o sobie ujawnić. Co sam o sobie opowiada. Jaką prawdę na swój temat buduje. Którą prawdę zamierza innym przekazać, a którą woli przemilczeć”. „Moi krewni nikogo nie torturowali, do nikogo nie strzelali, nad nikim się nie znęcali. Oni byli tylko świadkami i nie reagowali, bo przestali myśleć, zapominając o własnej ludzkiej egzystencji, chociaż ze wszystkiego zdawali sobie sprawę”. Autor oskarża też i samego siebie, chyba słusznie, że wszystko, co robił dla ujawnienia gorzkiej prawdy i przekazania jej argentyńskiej rodzinie potomków ofiar - robił dla siebie samego. „Na tym polega ów tajemny pakt, zawierany przez nas, potomków, niezależnie od tego, czy jesteśmy wnukami sprawców, czy wnukami ofiar – my wszyscy czegoś dla siebie szukamy, przekopując ziemie i licząc na najcenniejszy kruszec, po czym zabieramy go sobie”. Końcówka wywarła na mnie duże wrażenie, bo na tytułowe pytanie odpowiedział bardziej niż uczciwie: „Otworzyłem mój notatnik, przeczytałem datę, którą zapisałem w hali odlotów na czystej kartce w lewym rogu. Obok umieściłem pytanie: "Czy zdobyłbyś się na ukrywanie Żydów?". A pod spodem odpowiedź: +Nie+". W jednym tylko narrator mocno się myli: gdy pisze, że ze Szwajcarii (gdzie od lat mieszka) „nikogo nie deportowano”. Owszem, Szwajcarzy w czasie istnienia III Rzeszy ochoczo i lojalnie wydawali swym niemieckim kuzynom wszystkich - jak to się dziś modnie mówi, nb. nie tylko w reżymowych mediach - „nielegalnych imigrantów”. Akurat nie odbywało się to w formie nieludzkich pushbackow, tylko eleganckiego odstawiania na przejście graniczne, gdzie już czekali stęsknieni za nimi Niemcy w czarnych mundurach…. A propos. Nie jest przypadkiem, że dawne węgierskie wiezienie Kistarcsa, gdzie węgierscy naziści więzili Żydów, a potem komuniści – „wrogów ludu”, za reżymu Orbana jeszcze niedawno było, jak pisze Autor, „jednym z największych aresztów deportacyjnych Europy”. Dziś to muzeum. „Całe zło przychodzi na Węgry zawsze z zewnątrz, czy to ze strony Niemców, Rosjan czy aliantów, tak to w każdym razie jest wpajane wszystkim zwiedzającym budapesztańskie muzea. Węgry były zawsze niewinne, zawsze stawały się ofiarą” – ironizuje Batthyany. Moim zdaniem „bratankowie” w pełni zasługują dziś na niechlubne miano największych rewizjonistów historii w Europie. Widmo tzw. „Wielkich Węgier” sprzed 1920 r. (gdzie niemal 2/3 mieszkańców było innych narodowości) wciąż im kołacze w rozpalonych głowach. Nie przypadkiem w cytowanym pamiętniku babka Autora tęskni za mapą „naszego dawnego państwa od Krakowa po Triest, od Południowego Tyrolu aż po Belgrad”. Nic dziwnego, że dziś Węgrzy nie są wielkimi zwolennikami Ukrainy, zwłaszcza iż liczą na „odbicie” Zakarpacia - , a jak Św. Stefan dozwoli, to i Siedmiogrodu, Słowacji i Baczki oraz Polskiego Spisza (!) - no i pomoc pana P. z Kremla. Ale czy to dziwi u najwierniejszych sojuszników Hitlera, którzy dostarczyli największy procentowo kontyngent do krematoriów Birkenau? Generalnie polecam tym, którzy postrzegają Węgry wyłącznie jako fajny kraj niezłego wina, zupy rybackiej i świetnych łaźni (to tradycje jeszcze rzymsko-tureckie…). Kilka cytatów Szwajcaria nadaje się idealnie do tego, by zacząć od początku, by strząsnąć z siebie dawne przeżycia, bo nic w tym kraju nie przypomina ani Hitlera, ani Stalina. Rozprawialiśmy o Stalinie, holokauście i masowych grobach – podczas gdy inni spokojnie jedli sobie w południe pizzę. Czy naprawdę jesteśmy tacy czyści, jak to staramy się wirtualnie pokazać? Jak bardzo niezłomni jesteśmy? Jak niezłomny jestem ja? Kto w końcu decyduje o tym, co jest prawdziwe, a co jest fałszywe? Kto może zamienić morderstwo na samobójstwo? Moja babka napisała: "Ten, kto ma władzę". W przeciwieństwie do naszej matki Agi, która Węgier nigdy naprawdę nie opuściła, Aron nie chciał już nigdy słyszeć o Polsce, odkąd oboje w 1948 r. przybili statkiem do Argentyny.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na62 lata temu
Cydr z Rosie Laurie Lee
Cydr z Rosie
Laurie Lee
Książka jest szczególną autobiografią autora opisującą jego wczesne wspomnienia z lat dzieciństwa i wczesnej młodości. To rodzaj lektury do powolnego czytania, smakowania i delektowania każdym słowem, pełna zachwytu faktami z życia rodzinnego autora, otaczającej przyrody miejsca gdzie spędził dzieciństwo. Akcja toczy się w małej angielskiej wiosce położonej w dolinie, niemal odciętej od świata zewnętrznego, w której życie mieszkańców trwało niemal niezmiennie od wieków. Jest to swego rodzaju podróż w przeszłość do czasów po I wojnie światowej, autor wspomina czasy nieskalane jeszcze przez cywilizację i nowoczesność. To książka o życiu w zgodzie z prawami natury, z porami roku, której każda ma przypisane ludziom zajęcia, miejscu będącego ukochanym wszechświatem. Z gorącymi uczuciami autor wspomina swoją rodzinę, liczne rodzeństwo ( ośmioro dzieci) wychowywane przez samotną matkę. Mimo problemów związanych z ubóstwem wspominane jest niemal idyllicznie i sporą dawką humoru. Ciekawe są również refleksje autora na temat postępu technicznego, rozwoju transportu. Książka została napisana przez Laurie Lee w 1959 roku, jej pierwsze polskie wydanie przez Wydawnictwo Zysk i S-ka w 2017 roku, przepięknie ilustrowane grafikami tematycznymi odpowiadającymi poszczególnym rozdziałom jest dla mnie prawdziwą perełką literacką. Dodać należy, ze powieść doczekała się trzech ekranizacji.
Joanna - awatar Joanna
oceniła na82 lata temu
Młynarski. Rozmowy Wojciech Młynarski
Młynarski. Rozmowy
Wojciech Młynarski
Dlaczego nie zachwyca, a zachwycać miała…? Wydaje mi się, że wielu czytelników pomyliło Mistrza Młynarskiego z książką ‘Młynarski. Rozmowy’. Większość super pozytywnych recenzji rozpoczyna się od peanów na cześć, od wyznań miłości, pokłonów w kierunku twórczości czy podziwu dla charyzmy, kultury osobistej, intelektu i finezji pana Wojciecha. I ja mogę się również podpisać pod tym wszystkim obiema rękami i nogami. Albowiem Młynarskiego lubię. Nie uwielbiam, ale nucę, cytuję, słucham ku pokrzepieniu serc. Mocno zdziwiło mnie, że ktoś może postrzegać go jako przaśnego, rubasznego i seksistowskiego twórcę przyśpiewek i pioseneczek w stylu pijanego wujka na weselu (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/od-oddechu-do-oddechu-najpiekniejsze-wiersze-i-piosenki/opinia/64575960),ale obce jest mi też popadanie w kolejną skrajność. Rewelacyjna? Wybitna? Arcydzieło? – takie są w większości opinie o książce „Młynarski. Rozmowy”, której autorem jest … Wojciech Młynarski. Czy jednak na pewno? Jest autorem odpowiedzi na pytania, ale moderatorem rozmowy, autorem koncepcji przedstawienia portretu, niejako współtwórcą tego pamiętnika jest Agata Młynarska. A ona, jako rozmówca i autor całego przedsięwzięcia, arcydzieła – moim skromnym zdaniem - nie stworzyła. Nie chcę odbierać książce uroku. Ciekawe było poczytać, jak zostaje się tekściarzem. Miło było udać się w podróż sentymentalną po spektaklach, na których wystawałam gdzieś na schodach na wejściówkach, bo na bilety mnie nie było stać (nawet z pieniędzy oszczędzanych na szkolnych obiadach :))),albo po prostu było niemożliwością je dorwać. Wspaniele dowartościować się znajomością większości wymienianych twórców, poetów, aktorów (A może jednak zdołować, gdzyż tak dalekie sięganie pamięcią już mniej uroczo przypominało mi moim wieku?). Fajnie było zajrzeć do warsztatu mistrza, zobaczyć jego biurko – takie zwykłe, odziedziczone po dziadku, stojące gdzieś w mieszkaniu na warszawskim blokowisku. Ale to były takie drobne smaczki, nawet nie ploteczki. Wszystko poza tym, to nic innego jak – i tu zacytuję kolejnego czytelnika, gdyż nie sposób się z nim nie zgodzić – „Niewiele więcej niż laurka od dzieci. […] Trzeba czekać na poważną biografię”. (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/mlynarski-rozmowy/opinia/66407359) Na koniec dodam pewną anegdotkę. Lubię pisać limeryki i inne moskaliki. Dobrze się przy tym bawię i śmiem twierdzić, że wychodzą mi nieźle, nawet po angielsku. Pewnego dnia moja mama powiedziała: „Piszesz o wszystkich, a kiedy stworzysz limeryk na mój temat?” Wyzwanie podjęłam, ale … wiłam się straszliwie. Limeryk, a raczej cały 18-zwrotkowy limerykowy ‘poemat’ powstawał w ogromnych bólach. Nie twórczych. Ale ‘cenzorskich’. Bo mój wewnętrzny cenzor co chwila zadawał mi pytania czy aby nie za ironicznie, nie za ostro, czy mama się nie obrazi moim postrzeganiem jej osoby. I wydaje mi się, że w tym przypadku zadziałał ten sam mechanizm. Poprawnie napisana laurka, bez trudnych pytań … Dodatkowo, w ebooku czasami podpisy nie zgadzały się ze zdjęciami, a załączone programy czy listy, przy nawet największym powiększeniu były nieczytelne, co było lekko irytujące. Ps. Errata. Otóż ... przy okazji wiosennych porządków znalazłam na półce egzemplarz tej książki. Namacalny nie tylko w sensie dosłownym, ale też jako dowód, że naprawdę chciałam tę książkę przeczytać (a ze względu na ograniczenia lokalowe nie kupuję zbyt dużo książek drukowanych). I muszę przyznać, że tu dopiero widać różnicę między ebookiem (o audiobooku nawet nie wspominając) a wydaniem klasycznym. Książka jest pięknie wydana, zdjęcia w tej oprawie są bardzo klimatyczne i poniekąd zrewidowałam swój pogląd na zachwyty innych czytelników. Podwyższam ocenę z 5 na 6 (jednocześnie podtrzymując to, co napisałam wcześniej :))
fidrygauka - awatar fidrygauka
oceniła na63 lata temu
Dom polski. Meblościanka z pikasami Małgorzata Czyńska
Dom polski. Meblościanka z pikasami
Małgorzata Czyńska
Nie wszystko było złe w PRL-u. To niezbyt gramatyczne zdanie oddaje to co chcę wyrazić. Żyło się ciężko ale np. część projektów związanych ze sztuką użytkową lat 50-tych i 60-tych była na światowym poziomie. Tyle, że były trudno dostępne - trzeba było liczyć na odrzuty z eksportu [ ja ze względu na datę urodzenia kupowałam te rzeczy już z drugiej ręki ]. Książka jest zbiorem wywiadów z ówczesnymi twórcami - pokazuje ducha tamtych czasów. Dużą wadą jest brak zdjęć omawianych przedmiotów. Ja jako psychofanka dizajnu w stylu picasso nie musiałam zaglądać do Internetu żeby wiedzieć o co chodzi , ale dla osób które nie znają tych projektów może to być uciążliwe. Cieszy mnie np. wywiad ze Zbigniewem Horbowym - twórcą świetnych przedmiotów szklanych. Kiedy ktoś chwali się , że przywiózł sobie szkło z Murano , trochę złośliwie pytam : " wiesz , że my mamy fantastyczne , nietypowe szkło Horbowego ? " . Niestety nie mam nic tego projektanta. Teraz oryginalny Horbowy jest droższy niż szkło z Murano . W którymś z wywiadów jest świetna anegdota o tym jak to artystka obraziła się na gosposię , która wytarła kurze w jej pracowni. Niedopuszczalne-kurz był też zabytkiem. Kusi mnie żeby przyjąć taką perspektywę. To książka dla tych , którzy chcą cofnąć się w czasie i poznać trudne dni chwały polskiego wzornictwa.
magpro - awatar magpro
ocenił na911 miesięcy temu
Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Markéta Zahradníková
Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem
Markéta Zahradníková
Zbigniew Czendlik to wzorcowy przykład tak zwanego „fajnego księdza”. Wiecie, tego, z którym można pożartować, do którego najchętniej pójdzie się na mszę, bo wiadomo, że nie będzie przeciągał kazania, i który jest animatorem jakiejś udanej prospołecznej lokalnej inicjatywy (i żeby nie było, chwała mu za to!). A gdy przypadkiem z różnych powodów zwątpisz czasem w instytucję Kościoła Katolickiego, to zapewne szybko usłyszysz od kogoś, że „przecież w Kościele są i dobrzy księża”, i osoba ta szybko podeprze to zdanie nazwiskiem takiego księdza Czendlika. Powiem szczerze, jestem trochę rozczarowana tą książką. Nie jest to bynajmniej pogłębiona rozmowa. Ksiądz Czendlik doskonale czuje się w centrum zainteresowania i to widać, stąd wiele ciekawych anegdot i uniwersalnych prawd i przemyśleń, o których warto od czasu do czasu sobie przypomnieć, więc miejscami czyta się to naprawdę przyjemnie, ale jest też dużo uciekania od trudnych dla Kościoła Katolickiego tematów oraz protekcjonalnego traktowania pewnych grup społecznych, głównie kobiet. Posłużę się paroma przykładami: Spowiadanej parafiance utyskującej na relacje z mężem zaleca „wizytę u fryzjera i kosmetyczki”, a kobiece łzy uważa za środek manipulacji oraz radzi żeby jednak nie płakać, bo „uśmiechnięte jesteśmy piękniejsze”. Ksiądz również wielokrotnie sam sobie zaprzecza, nawet w kwestiach fundamentalnych: w jednej chwili deklaruje, że to dobrze, gdy rodzice chrzczą swoje nieświadome tego dzieci, bo dają im w ten sposób to co najlepsze, by zaledwie dwie strony dalej stwierdzić, że kiedy w sprawie chrztu przychodzi do niego dorosły człowiek, raczej najpierw odprawia go z kwitkiem, zachęcając by dobrze przemyślał sobie tę , nieodwracalną przecież, decyzję. Niektóre poglądy uważam z kolei za wręcz skandaliczne, na przykład gdy potwierdza że jest zwolennikiem "wychowawczego klapsa" (oczywiście stanowisko poparte koronnym argumentem, że przecież on sam też nieraz oberwał i jakoś wyszedł na ludzi),czy o tym, że męskie łzy to przejaw słabości. Notabene, co moim zdaniem wyjątkowo obrzydliwe, stwierdził to wspominając jednego z prezydentów Słowacji, płaczącego na wizji ponieważ uprowadzono wówczas jego syna, a o którym to ojcu Czendlik pomyślał, że chociaż mu współczuł to jednak "nie chciałby, żeby jego prezydent płakał [okazując tym samym słabość]"). Rozumiem, że każdy ksiądz to po prostu człowiek. W przypadku księdza Czendlika – na pewno dobry i przesympatyczny. Nie oczekiwałam zresztą od tej książki spotkania ze sztucznie wykreowaną Figurą i cieszę się, że w tym co mówił, jej bohater był autentyczny, zapewne licząc się z tym, że nie każdemu przypadnie to do gustu. Nie mogłam jednak przejść obojętnie obok bulwersujących mnie fragmentów zwłaszcza, że znaczna większość opinii innych czytelników tutaj chwali postawę Księdza za jego, nazwijmy to, antysystemowość - podczas gdy moim zdaniem ta książka wręcz powiela, a tym samym umacnia, wiele szkodliwych poglądów i stereotypów, które znakomicie się mają również w katolickim „mainstreamie”, a na który to mainstream ksiądz Czendlik miałby być remedium.
Ispirazione - awatar Ispirazione
ocenił na68 miesięcy temu

Cytaty z książki Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia

Więcej
Agata Napiórska Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia Zobacz więcej
Agata Napiórska Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia Zobacz więcej
Agata Napiórska Szczęśliwe przypadki Józefa Wilkonia Zobacz więcej
Więcej