Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki

Okładka książki Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki
Maria Stauber Wydawnictwo: Marginesy reportaż
272 str. 4 godz. 32 min.
Kategoria:
reportaż
Format:
papier
Data wydania:
2018-05-23
Data 1. wyd. pol.:
2018-05-23
Liczba stron:
272
Czas czytania
4 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
9788365973535
Średnia ocen

                6,9 6,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki



książek na półce przeczytane 1235 napisanych opinii 828

Oceny książki Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki

Średnia ocen
6,9 / 10
81 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
139
37

Na półkach: ,

Ze wszystkich książek czytanych nt. Ginczanki, tę polecam z sumieniem czystym. Dopiero dzięki niej poczułam namiastkę nastrojów społecznych, jakbym weszła pomiędzy ludzi wśród paniki, atmosfery przejmującej, gęstej. Popłynęły łzy. Dopiero w niej potrafiłam sobie Sanę wyobrazić, posklejać, odtworzyć. To tutaj przyjaźnie, rozmowy, sposób bycia objawił się nareszcie. Skończyłam książkę, ale ten ułamek świata we mnie pozostanie.

Ze wszystkich książek czytanych nt. Ginczanki, tę polecam z sumieniem czystym. Dopiero dzięki niej poczułam namiastkę nastrojów społecznych, jakbym weszła pomiędzy ludzi wśród paniki, atmosfery przejmującej, gęstej. Popłynęły łzy. Dopiero w niej potrafiłam sobie Sanę wyobrazić, posklejać, odtworzyć. To tutaj przyjaźnie, rozmowy, sposób bycia objawił się nareszcie....

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

239 użytkowników ma tytuł Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki na półkach głównych
  • 131
  • 102
  • 6
60 użytkowników ma tytuł Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki na półkach dodatkowych
  • 31
  • 10
  • 5
  • 4
  • 4
  • 4
  • 2

Tagi i tematy do książki Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki

Inne książki autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Dziecko w śniegu Włodek Goldkorn
Dziecko w śniegu
Włodek Goldkorn
Książka ma charakter eseistycznej autobiografii. Autorem jest pisarz, dziennikarz, Polak o żydowskim rodowodzie mieszkający we Włoszech, będący duchowym spadkobiercą Marka Edelmana. Goldkorn, syn spolonizowanych komunizujących Żydów potrafi bezkompromisowo rozprawiać się z mitami opisującymi życie współziomków w przedwojennej Europie, a przy okazji wyjaśnia wiele zachodzących wówczas procesów społecznych: 🔰"Romantyczna i tożsamościowa wizja sztetlu, żydowskiego miasteczka w Europie Wschodniej, jest wytworem naszych czasów. To przewartościowanie wynikło z nostalgii za minionym światem. Ówczesny sztetl przypominał piekło. Królowały tam brud i głupota, bieda i wyzysk. Odrzucano naukę, świeckie lektury uważane za bezbożne i świętokradcze, kobiety były zamknięte w czterech ścianach gospodarstw domowych, nauczyciele szkół rabinackich dla dzieci byli tępi i agresywni, bili uczniów. (...) Ze sztetlu się uciekało. W komunistyczną utopię, zaangażowanie w socjalizm, w syjonistyczne marzenia, w aspiracje, żeby stać się Polakiem, nawet żydowskiego pochodzenia, ale "Polakiem" - obywatelem, osobą świadomą swoich praw i obowiązków, która umie znaleźć się w świecie. Dla większości tych, którzy chcieli uciec z ciasnego świata sztetlu, wolność polegała na przyjęciu języka polskiego, a odrzuceniu jidysz." (s.31) Oto zamieszczona w książce opinia na temat warunków i atmosfery życia w dawnej Galicji, czyli północnej części Cesarstwa Austro- Węgierskiego, na terenie której znajdowały się setki sztetli: 🔰"gdzie - całkiem inaczej niż w nostalgicznych wizjach - nie królowała starożytna mądrość, ale żyło się w ciemnocie, brudzie, beznadziei; gdzie kobiety, tyranizowane i upokarzane, marzyły, żeby pójść na służbę do Warszawy albo do Lwowa czy do Krakowa, byle dalej od przymusu uległości wobec mężczyzn brodatych i zacofanych; i skąd każdy, kto miał choć trochę rozumu - czyli w pierwszej kolejności kobiety - starał się uciec." (s.197) Autor należy do pokolenia, które nie doświadczyło okrucieństw Holokaustu, ale pomimo tego żyje w cieniu Zagłady. Pokazuje nam swoje sielskie dzieciństwo, młodość spędzone w Katowicach oraz kreśli losy rodziny i znajomych. Ale czy na pewno wszystko w tym jego powojennym dostatnim dorastaniu było proste? Na rówieśniczych zabawach z dzieciństwa pojawia się rys Auschwitz, w domu otaczają go meble należące jeszcze niedawno do hitlerowskich aparatczyków, na których widnieją symbole III Rzeszy. "Dziecko w śniegu" to książka, adresowana do włoskiego czytelnika, ukazuje bardzo klarownie rozterki polskiego Żyda, który należy do pierwszego pokolenia dorastającego po Szoa, człowieka kochającego Polskę swoją Ojczyznę, która się go wypiera i która go wypędza. Gdy tymczasem Izrael, nowy kraj, do którego wypędzony polski Żyd wyjeżdża też nie okaże się przyjazny. Poprzez losy swoje i najbliższej rodziny autor przybliża nam historię Polski – II wojnę światową i Holokaust, lata powojenne – próby zrozumienia i oswojenia tego, co zaszło. Pokazuje jak niemal nagle w wyniku działań okupantów z dwóch współistniejących narodów, których losy przeplatały się przez wieki, jeden zupełnie znika i "nikogo" to nie dziwi, nie zastanawia. Europejscy Żydzi, którzy przeżyli Zagładę stali się po zakończeniu II wojny światowej "displaced persons" ludźmi bez własnego miejsca, bez domu i bez przyszłości (dipisami): 🔰"Tak naprawdę Izrael powstał, bo po Shoa w Europie krążyły setki tysięcy żydowskich uchodźców. (...) Europa ich nie chciała, Ameryka też nie kwapiła się otwierać wrót dla tej masy bezdomnych i zrozpaczonych. (...) Było to olbrzymie, potworne odrzucenie przez Europę własnych ofiar. Czarna dziura, nazizm i Zagłada, które były wytworem kultury europejskiej, zostały wyparte na Bliski Wschód." (s.129) Pisarz omówił również kulisy wybuchu pogromu kieleckiego oraz przedstawił stopniowe narastanie antyżydowskich nastrojów inicjowane i podsycane przez środowisko PAX skupione wokół "Słowa Powszechnego" i Bolesława Piaseckiego, który przed rokiem 1939 był jednym z przywódców faszystowskiego ruchu ONR Falanga. Piasecki po wojnie: 🔰"stał się wiernym sprzymierzeńcem nowej władzy. Z komunistami dzielił nienawiść do demokracji i ideę przymierza Polski ze Związkiem Radzieckim."(s.116) Na fali studenckich protestów na UW, które wybuchły w związku z zawieszeniem przez cenzurę 30.01.1968 r. spektaklu "Dziadów" i do marca rozszerzyły się na wszystkie uczelnie w Polsce: 🔰"paksowskie Słowo Powszechne, katolicki dziennik nieuznawany przez Kościół, opublikował artykuł wyjaśniający, że "nieporządki" na UW były dziełem małej grupki studentów pochodzenia żydowskiego - syjonistów. (...) Po tym artykule do nagonki przyłączyły się wszystkie państwowe pisma (z wyjątkiem jednego tygodnika Polityki), wszystkie w tym samym tonie i z tymi samymi argumentami. Miał miejsce syjonistyczny spisek. A teraz należy wykryć i ukarać winnych". (s.115-116) 19 marca 1968 roku podczas przemówienia w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury Gomułka powiedział: 🔰"Żydzi, którzy stali się obcym ciałem w ojczyźnie, mogą bez przeszkód wyjechać. - Już jutro! - dało się słyszeć z sali. Gomułka śmiał się. Musiało mu się to wydać bardzo dowcipne"(s.121) 🔰"Łatwość i naturalność, z jaką polscy komuniści uczynili swoim język faszystów sprzed wojny, były wstrząsające." (s.117) Już na pierwszych stronach książki widzimy, jak skomplikowane było życie ówczesnych środkowo i wschodnioeuropejskich Żydów, dostrzegamy rozdźwięk – dwa światy, dwie ojczyzny, dwa różne wybory ciągnące za sobą poważne konsekwencje. Autor mówi o ofiarach i katach, wstydzie i dumie. Nie stawia ani siebie, ani nikogo po żadnej z konkretnych stron – pokazuje nam, że życie, losy ludzi potrafią się różnie układać. Nie wypowiadając ostatecznych opinii pozostawia nam duże pole do dyskusji oraz miejsce na refleksję i zadumę. Chociaż Goldkorn opowiada losy swojej rodziny, to jednak jego publikacja jest uniwersalna. Przez pryzmat tych osobistych doświadczeń, można odnieść się do losów innych mniejszości – religijnych, etnicznych, kulturowych. To próba wyrażenia sprzeciwu wobec zła, zapomnienia, braku zgody na bylejakość w relacjach z drugim człowiekiem, bezkompromisowa, ale zarazem pełna tolerancji relacja człowieka próbującego zrozumieć świat wokół siebie. Wiele w tej publikacji ważnych rozważań o naturze pamięci, celnych uwag na temat mechanizmów odczłowieczania i upokarzania skutecznie i perfekcyjnie stosowanych przez hitlerowców wobec ich ofiar w gettach i obozach zagłady. Nie brak też jawnej krytyki oraz niezgody na tak powszechną w naszych czasach komercjalizację cierpienia i śmierci ofiar Holokaustu. Na koniec przytoczę najważniejsze według mnie stwierdzenie, które znalazłam na kartach tej wyjątkowej autobiografii: 🔰"Myślę, że pamięć nie służy do wyrównywania doznanych krzywd, do zamykania się w kręgu własnej wspólnoty. Wydaje mi się, że pamięć powinna być wykorzystywana w polityce. (...) Kiedyś w kopalniach trzymano kanarki, znane z wrażliwości na gaz. Kanarki ostrzegały górników, kiedy nadchodziła katastrofa. Dla mnie pamięć to taki kanarek w kopalni, ona każe mi krzyczeć na alarm, gdy czuję fetor rasizmu." (s.50/51) 🎄Grudniowe wyzwanie LC 2025: Przeczytam książkę nominowaną lub nagrodzoną. Publikacja otrzymała Nagrodę Asti d'Appello (2017) i znalazła się w finale prestiżowej włoskiej nagrody literackiej Premio Sila'49. (2)
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na 10 3 miesiące temu
Latawiec z betonu Monika Milewska
Latawiec z betonu
Monika Milewska
Gdański falowiec, kształtem przypominający morską falę to najdłuższy budynek mieszkalny w Polsce. Wybudowany w latach 1970-1973 dla jednych jest architektonicznym koszmarem PRLu , dla innych stał się obiektem kultowym. 860 metrów długości, 32 metry wysokości, 13 metrów szerokości. 11 kondygnacji, 16 klatek, 1792 mieszkań dla blisko 6 tysięcy lokatorów. Do mieszkań wchodzi się z otwartych galerii. Kiedyś można było tymi zewnętrznymi galeriami przejść z jednego końca budynku na drugi. To był spacer :) Przez 50 lat opierał się wiatrom morskim i wichrom historii, więc sam w sobie przeraża, fascynuje i przyciąga. Ile mógłby opowiedzieć …. i w pewien sposób robi to poprzez książkę Moniki Milewskiej „Latawiec z betonu”. To satyryczna lekcja historii, nie pozbawiona elementów komediowych. Zabawna i przewrotna. Jest rok 1975. Twórca budynku, 35letni inżynier, dumny ze swego dzieła rusza galeriami wzdłuż falowca. Odkrywa, że zakrzywił czasoprzestrzeń i każda kolejna klatka przenosi go w przyszłość. Wraz z nim odbywamy podróż w czasie, tyle że dla naszego bohatera to przyszłość , dla nas to już przeszłość. Przeskakujemy w przełomowe wydarzenia dla Polski – wybór Polaka na papieża, stan wojenny, tworzenie Solidarności, śmierć Jana Pawła II. Czytamy o Kaszpirowskim hipnotyzującym masy, odbiornikach telewizyjnych marki Rubin które wybuchały, o kolekcjach kolorowych puszek ustawianych na meblościankach oraz rewolucji technologicznej, narkotykach, krowie na balonie i karpiach w wannie, Ikei, e-mailach, notebookach. Oczami naszego bohatera obserwujemy zmiany które dokonały się na przestrzeni lat. Zmiany mentalne, ekonomiczne, demograficzne i krajobrazowe. Oraz co istotne poznajemy historie zwykłych ludzi, mieszkańców falowca. Ich życie które zmienia się w zależności od dokonywanych wyborów. Oraz ich opinie na temat miejsca w którym mieszkają. Nietuzinkowa opowieść. Polski realizm magiczny. Warto się w nim zanurzyć i poddać się falom historii. Ja bawiłam się wyśmienicie.
Ewa - awatar Ewa
oceniła na 7 6 miesięcy temu
Komeda. Osobiste życie jazzu Magdalena Grzebałkowska
Komeda. Osobiste życie jazzu
Magdalena Grzebałkowska
Liczył się tylko jazz Jazz, stosując duże uproszczenie, zanim jeszcze przybrał formę bluesa, swingu czy ragtime’a i na długo przed pojawieniem się w Nowym Orleanie zespołów dixielandowych, był muzyką przywiezioną z Afryki przez jej zniewolonych mieszkańców - muzyką Niewolników. Rytmiczną, swobodną, pełną improwizacji, angażującą słuchaczy i wykonawców, a co najważniejsze wyrażającą tęsknotę za wolnością. Nie wiem, co bardziej – czy to właśnie te cechy jazzu, czy jego amerykańskie, imperialistyczne pochodzenie, sprawiały, że w pierwszych latach powojennych był szykanowany, a nawet wręcz tępiony. Mimo dużej popularności w latach trzydziestych, po roku 1948 aż do 1957 jazz w Polsce musiał zejść do podziemia - nazwano ten okres „katakumbowym”. Właśnie mniej więcej w tym momencie rozpoczyna się ta niezwykła biografia. Introwertyk. Mówili o nim: „Najczęściej wydaje się nieobecny. Siedzi w środku samego siebie i nikomu się nie zwierza z tego, co czuje, o czym myśli. Przezywają go Nietoperz, bo wygląda jakby spał w dzień” [1]. Krzysztof Komeda Trzciński – pianista jazzowy, ale przede wszystkim kompozytor utworów jazzowych i muzyki filmowej. Kiedy okazało się, że trudno mu godzić pracę lekarza z pasją muzyczną, zrezygnował z wykonywania zawodu. To kompozycje muzyki filmowej przyniosły mu największą popularność i są rozpoznawane nawet przez osoby, które deklarują, że jazzem się nie interesują. Zilustrował muzycznie przeszło 60 różnych filmów: fabularnych, dokumentalnych, animowanych, w tym ponad 10 w reżyserii Romana Polańskiego. Ze swoim zespołem Komeda Quintet nagrał słynny album „Astigmatic”, uważany za jeden z najlepszych w tzw. polskiej szkole jazzowej. Kolejna biografia Krzysztofa Komedy Trzcińskiego może nie zainteresowałaby mnie tak bardzo, gdyby nie jej podtytuł: „Osobiste życie jazzu” i nazwisko autorki. Wcześniejsze publikacje Magdaleny Grzebałkowskiej - jej biograficzny debiut „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego” i „Beksińscy. Portret podwójny” - sprawiły, że mniej więcej wiedziałam już, czego się spodziewać i miałam pewność, że w warstwie biograficznej książka mnie nie rozczaruje, ale byłam jednocześnie ciekawa, w jakim stopniu autorka wywiąże się z sugerowanej w tytule obietnicy przedstawienia kulis (skoro „życie osobiste”) polskiej sceny jazzowej. Ani w jednym, ani w drugim aspekcie nie rozczarowała mnie ta biografia i zapewniam, że początki nowoczesnego jazzu w Polsce nie są w niej tylko tłem. Nie wiem, czy już w założeniach miał to być projekt komplementarny, ale taki jest - w mojej ocenie - efekt. Można czytać ją dla Komedy, można również wyłącznie dla jazzu. A czyta się ją jak dobrą powieść. Emocje rosną, a utrzymać uwagę czytelnika na niemal 500 stronach nie jest łatwo. Zakończyłam z przyspieszonym tętnem, mimo że doskonale wiedziałam, w jaki sposób skończy się ta historia - że jej bohater odejdzie przedwcześnie, tragicznie, a jednocześnie chciałoby się powiedzieć bezsensownie i niepotrzebnie (choć w obliczu śmierci brzmi to nieodpowiednio). Krzysztof Komeda Trzciński urodził się w 1931 roku, a zmarł w 1969, mając zaledwie 38 lat. Jeśli prześledzimy losy jego innych sławnych rówieśników, w tym również wielu przyjaciół, to zauważymy, że i oni odchodzili zadziwiająco szybko, w równie feralnych okolicznościach, w sposób gwałtowny i w podobnym wieku: Zbigniew Cybulski (1927-1967), Bogumił Kobiela (1931-1969), Marek Hłasko (1931-1969), Andrzej Munk (1921-1961). Pojawiały się w związku z tym absurdalne teorie spiskowe tych, którzy w tym zbiegu okoliczności dopatrywali się działania sił nadprzyrodzonych, fatum, wpływu loży masońskiej, klątwy, satanistycznego spisku z udziałem Romana Polańskiego itp. Biografia Komedy również w tej sprawie udziela wielu wskazówek, opisując styl życia w Polsce lat powojennych (50., 60.). W okresie, kiedy muzycy i słuchacze musieli ukrywać się ze swoją pasją, czyli do roku 1956 i również później, kiedy mogli już oficjalnie dawać koncerty, wciąż towarzyszył im alkohol. Piło się często, dużo, a wynikająca z tego nonszalancja prowokowała tak wiele niebezpiecznych sytuacji, że należałoby się raczej dziwić, że nie zebrała jeszcze większego żniwa. Przyczyny bywały więc często prozaiczne, pozbawione ingerencji sił nieczystych, co nie zmienia faktu, że polska kultura u schyłku lat sześćdziesiątych straciła wielu obiecujących artystów, których twórczość mogła się dopiero rozwinąć. W tym miejscu można rozpocząć snucie innych teorii na temat przyczyn takiego zjawiska – pokolenie Kolumbów, ciągłe poczucie nietrwałości, nieposkromiony apetyt na życie ludzi, których młodość i świadome dzieciństwo przypadało na lata wojenne? Magdalena Grzebałkowska nie miała łatwego zadania. W przeciwieństwie do bohaterów dwóch poprzednich biografii, ten nie tylko odszedł wcześnie, ale był bardzo powściągliwy w wyrażaniu swoich emocji w innej formie niż za pośrednictwem muzyki. Nieliczne widokówki wysyłane z różnych miejsc na świecie, najczęściej do rodziców, oszczędne wywiady, których udzielił – to w zasadzie wszystko. Zostały utwory, nagrania i podkreślana przez wszystkich, wręcz symboliczna, małomówność. Informacje o Komedzie autorka zbierała, osobiście docierając do wszystkich, z którymi łączyły go jakieś prywatne lub zawodowe relacje. Na wstępnie przygotowanej liście zebrała ponad 160 nazwisk. Nie ze wszystkimi udało się przeprowadzić wywiady, ostatecznie, jak podaje, bazowała na około 80 rozmowach. Podróżowała w tym celu po Polsce i nie tylko, bo oprócz kilku bliższych wyjazdów zagranicznych, udała się tropem Komedy do Stanów Zjednoczonych. Dotarła do rodziny, muzyków, aktorów, innych uczestników życia muzycznego i ostatniego żyjącego świadka wypadku, który wydarzył się w Stanach Zjednoczonych. W oparciu o tę relację przedstawiła nową i bardzo wiarygodnie brzmiącą wersję wydarzeń, które stały się bezpośrednią przyczyną śmierci muzyka. Pozostała jeszcze żmudna praca w archiwach w poszukiwaniu dokumentów potwierdzających uzyskane informacje, karierę artystyczną kolejnych zespołów, które tworzył lub z którymi współpracował, oraz tych pokazujących tło – Polskę lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a to wszystko przecież tylko etapy przygotowawcze. Książka ma nie tylko bogatą bibliografię, indeks nazwisk i źródeł. Podzielona jest na 100 zatytułowanych rozdziałów, z których każdy ma przynajmniej kilka podrozdziałów. Bibliografia załącznikowa podana jest na końcu książki, ale podzielona i ponumerowana w obrębie rozdziałów, co dobrze porządkuje informacje i dla mnie było dużym ułatwieniem. Pod względem merytorycznym jest przygotowana niezwykle starannie - dla osób szczególnie interesujących się jazzem, kulturą czy wręcz historią lat powojennych może być prawdziwym „źródłem źródeł” do dalszego zgłębiania tematu. W samej biografii znajdujemy już wiele informacji o życiu codziennym, imprezach towarzyszącym koncertom, lokalach – Piwnicy pod Baranami, słynnym SPATiF-ie, kontaktach towarzyskich, cenach, jakie obowiązywały, problemach, jakie mieli muzycy ze zdobyciem instrumentów, płyt, a nawet ubrań. Pojawiają się tu nie tylko postacie ze świata muzyki jazzowej jak Andrzej Trzaskowski, Tomasz Stańko, Jerzy Milian, Andrzej Kurylewicz, Wojciech Karolak czy Urszula Dudziak, czołówka świata filmowego z Romanem Polańskim, Jerzym Skolimowskim, Witoldem Sobocińskim, również Leopold Tyrmand, Krystyna Sienkiewicz i wiele innych osób – ich indeks zajmuje dwanaście stron drobną czcionką, więc przytaczam tylko tych, którzy zwrócili moją szczególną uwagę. Autorka szczególnie dokładnie relacjonuje pierwszy festiwal jazzowy w Sopocie oraz powstanie (w 1958 r.) i kolejne edycje słynnego Jazz Jamboree. Nie jest to jednocześnie biografia pozbawiona wątków bardzo osobistych, dotykających życia prywatnego artysty - małżeństwa z Zofią, która była jednocześnie jego menadżerką (trzeba przyznać bardzo, jak na te siermiężne czasy, skuteczną i aktywną) - związku trudnego, ze smutnym zakończeniem. Zofia jest dla mnie niemniej ważną bohaterką w tej historii. Pozostaje w tle Krzysztofa Komedy, jest „czarnym charakterem” – dominująca, zaborcza i - jak podkreślają rozmówcy Magdaleny Grzebałkowskiej - przemiła, pod warunkiem, że nie pod wpływem alkoholu. Postać bardzo niejednoznaczna, jak na czasy wczesnego PRL-u niezwykle nowoczesna, która odegrała ważną rolę w życiu muzyka, a jej życiorys mógłby być materiałem do osobnej historii. Poza świetnym publicystycznym stylem - oszczędnym i skupionym na przedstawieniu tylko dobrze udokumentowanych faktów - bez nadinterpretacji wydarzeń czy luźnych domysłów, biografia Krzysztofa Komedy Trzcińskiego jest jednocześnie przygodą literacką, wycinkiem z historii jazzu w Polsce, zapisem reporterskiego śledztwa i próbą stworzenia portretu psychologicznego postaci w jednym. Jestem pod jej wielkim wrażeniem, cieszę się, że mam ją na swojej półce. 1. Magdalena Grzebałkowska, „Komeda. Osobiste życie jazzu”, Wydawnictwo Znak, 2018, s. 49 Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.
Iksja - awatar Iksja
oceniła na 9 2 miesiące temu
A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945. Dzieje mojej rodziny Sacha Batthyany
A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945. Dzieje mojej rodziny
Sacha Batthyany
Ciekawa acz dyskusyjna forma autoterapii Autora po objawieniu, że ciotka była hitlerowską entuzjastką zamordowania grupy Żydów w austriackim Rechnitz w marcu 1945 r., a pradziadek zatuszował taka małą zbrodnię wobec żydowskiej pary kilka miesięcy wcześniej w swym węgierskim majątku. Kolejna rzecz o tym, jak wiele jest pułapek pamięci, którą kształtując, deformujemy. „Przeszłość zdołamy pokonać tylko wtedy, jeśli będziemy bez końca przypominali to, co się wydarzyło” – to zdanie wydaje się dobrym mottem dla Batthyany’ego, potomka dwóch wielkich węgierskich rodów, bo babka de domo Esterhazy (”Bardzo dobrze” - jak mawiał Gombrowicz). No i Autor przypomina, nie kryjąc zbrodni swych rodaków, nie tylko z tamtego czasu, bo też i mało ich nie było. Pisze np. o kilkumiesięcznej obronie Budapesztu przed hordami ze Wschodu na przełomie 1944-1945 w sojuszniczym braterstwie broni tak wielbionych „bratanków” z SS i Wehrmachtem: „A co działo się z ludźmi, którzy obserwowali, jak budapesztańscy Żydzi - kobiety, dzieci i starcy, skuci ze sobą kajdankami - wpadali w lodowate nurty Dunaju? Rozstrzeliwano tylko pierwszego, który pociągał całą resztę za sobą. Dlaczego przechodnie nie zaczynali krzyczeć?”. Odpowiada mi sylwiczność tej opowieści, co robi dobrze nie tylko synapsom, ale i całej książce. Bo różne tu formy pisarskie, w tym pasjonujące pamiętniki babki oraz cudem ocalałej z Auschwitz Żydówki, córki właściciela sklepu obok jej majątku. Na losach obu kobiet rozciągnie jest cała narracja. Z jedną z nich Batthyany zdąży się jeszcze spotkać, ale…. Jest tu sporo dobrych miejsc, ale mimo wszystko, liczyłem na coś lepszego, bo do zagadnienia Holokaustu ta pozycja niewiele jednak wnosi. A ponadto kogoś tu za dużo – czyli Autora, a zwłaszcza jego psychoanalizy. Z drugiej jednak strony podoba mi się, że Autor nie oszczędza nie tylko swej rodziny - co najmniej za tchórzostwo w udzieleniu pomocy prześladowanym w czasie II wojny, choć można i należy zarzucić o wiele więcej - ale i samego siebie. „Bo wszystko zależy od tego, co człowiek sam jest gotów o sobie ujawnić. Co sam o sobie opowiada. Jaką prawdę na swój temat buduje. Którą prawdę zamierza innym przekazać, a którą woli przemilczeć”. „Moi krewni nikogo nie torturowali, do nikogo nie strzelali, nad nikim się nie znęcali. Oni byli tylko świadkami i nie reagowali, bo przestali myśleć, zapominając o własnej ludzkiej egzystencji, chociaż ze wszystkiego zdawali sobie sprawę”. Autor oskarża też i samego siebie, chyba słusznie, że wszystko, co robił dla ujawnienia gorzkiej prawdy i przekazania jej argentyńskiej rodzinie potomków ofiar - robił dla siebie samego. „Na tym polega ów tajemny pakt, zawierany przez nas, potomków, niezależnie od tego, czy jesteśmy wnukami sprawców, czy wnukami ofiar – my wszyscy czegoś dla siebie szukamy, przekopując ziemie i licząc na najcenniejszy kruszec, po czym zabieramy go sobie”. Końcówka wywarła na mnie duże wrażenie, bo na tytułowe pytanie odpowiedział bardziej niż uczciwie: „Otworzyłem mój notatnik, przeczytałem datę, którą zapisałem w hali odlotów na czystej kartce w lewym rogu. Obok umieściłem pytanie: "Czy zdobyłbyś się na ukrywanie Żydów?". A pod spodem odpowiedź: +Nie+". W jednym tylko narrator mocno się myli: gdy pisze, że ze Szwajcarii (gdzie od lat mieszka) „nikogo nie deportowano”. Owszem, Szwajcarzy w czasie istnienia III Rzeszy ochoczo i lojalnie wydawali swym niemieckim kuzynom wszystkich - jak to się dziś modnie mówi, nb. nie tylko w reżymowych mediach - „nielegalnych imigrantów”. Akurat nie odbywało się to w formie nieludzkich pushbackow, tylko eleganckiego odstawiania na przejście graniczne, gdzie już czekali stęsknieni za nimi Niemcy w czarnych mundurach…. A propos. Nie jest przypadkiem, że dawne węgierskie wiezienie Kistarcsa, gdzie węgierscy naziści więzili Żydów, a potem komuniści – „wrogów ludu”, za reżymu Orbana jeszcze niedawno było, jak pisze Autor, „jednym z największych aresztów deportacyjnych Europy”. Dziś to muzeum. „Całe zło przychodzi na Węgry zawsze z zewnątrz, czy to ze strony Niemców, Rosjan czy aliantów, tak to w każdym razie jest wpajane wszystkim zwiedzającym budapesztańskie muzea. Węgry były zawsze niewinne, zawsze stawały się ofiarą” – ironizuje Batthyany. Moim zdaniem „bratankowie” w pełni zasługują dziś na niechlubne miano największych rewizjonistów historii w Europie. Widmo tzw. „Wielkich Węgier” sprzed 1920 r. (gdzie niemal 2/3 mieszkańców było innych narodowości) wciąż im kołacze w rozpalonych głowach. Nie przypadkiem w cytowanym pamiętniku babka Autora tęskni za mapą „naszego dawnego państwa od Krakowa po Triest, od Południowego Tyrolu aż po Belgrad”. Nic dziwnego, że dziś Węgrzy nie są wielkimi zwolennikami Ukrainy, zwłaszcza iż liczą na „odbicie” Zakarpacia - , a jak Św. Stefan dozwoli, to i Siedmiogrodu, Słowacji i Baczki oraz Polskiego Spisza (!) - no i pomoc pana P. z Kremla. Ale czy to dziwi u najwierniejszych sojuszników Hitlera, którzy dostarczyli największy procentowo kontyngent do krematoriów Birkenau? Generalnie polecam tym, którzy postrzegają Węgry wyłącznie jako fajny kraj niezłego wina, zupy rybackiej i świetnych łaźni (to tradycje jeszcze rzymsko-tureckie…). Kilka cytatów Szwajcaria nadaje się idealnie do tego, by zacząć od początku, by strząsnąć z siebie dawne przeżycia, bo nic w tym kraju nie przypomina ani Hitlera, ani Stalina. Rozprawialiśmy o Stalinie, holokauście i masowych grobach – podczas gdy inni spokojnie jedli sobie w południe pizzę. Czy naprawdę jesteśmy tacy czyści, jak to staramy się wirtualnie pokazać? Jak bardzo niezłomni jesteśmy? Jak niezłomny jestem ja? Kto w końcu decyduje o tym, co jest prawdziwe, a co jest fałszywe? Kto może zamienić morderstwo na samobójstwo? Moja babka napisała: "Ten, kto ma władzę". W przeciwieństwie do naszej matki Agi, która Węgier nigdy naprawdę nie opuściła, Aron nie chciał już nigdy słyszeć o Polsce, odkąd oboje w 1948 r. przybili statkiem do Argentyny.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 6 2 lata temu
Tancerka i zagłada. Historia Poli Nireńskiej Weronika Kostyrko
Tancerka i zagłada. Historia Poli Nireńskiej
Weronika Kostyrko
Weronika Kostyrko przedstawia losy swojej bohaterki na szerokim tle komplikowanej historii Europy XX. wieku. Najpierw Warszawa, potem Drezno, Wiedeń, Włochy, Wielka Brytania, a potem Stany i małżeństwo z Janem Karskim. Sztuka jest dla żydowskiej dziewczyny jedną z szans na emancypację i opuszczenie tradycyjnej społeczności. Młoda Perla wybiera taniec i będzie tej decyzji wierna, to za nim podąża po Europie i opuszcza ją, by jako czterdziestolatka zacząć wszystko od nowa na oceanem. Kostyrko pokazuje emancypację artystki, jej niezależność twórczą, wierność w przyjaźni i skomplikowane związki uczuciowe z kobietami i mężczyznami. Nireńska jawi się na kartach tej książki jako niespokojny duch, jest stale aktywna, premiera jej ostatniej choreografii miała miejsce w dniu 80. urodzin artystki. Ci, którzy znali Nireńską, wspominali, że była tytanem pracy : „ Polę interesowała tylko jej praca”, ale i niełatwym człowiekiem : „ Pola rozumiała tylko własne potrzeby” . Kostytko ukazuje bohaterkę na świetnie udokumentowanym tle społeczno-politycznym i historycznym. Jest tu opowieść o mrzonkach polskich kolonii : „ Żydzi na Madagaskar”, są wojenne misje Karskiego, jest międzywojenny antysemityzm i przedstawienie sytuacji osób nieheteronormatywnych w różnych krajach i okresach XX. wieku. Na pierwszym planie mamy jednakże fascynujący portret kobiety, która żyje na własnych zasadach, ma odwagę zaczynać wielokrotnie wszystko od nowa, jest silna, odważna, twarda i zaradna życiowo. Nireńska może być matronką dzisiejszych aktywistek, walczących o prawa kobiet. Książka Kostyrko to także opowieść o traumie. Nireńska straciła z zagładzie część rodziny, w czasach powojennych nie mówiła po polsku i nawet mąż nie był świadomy, że opuściła Polskę jako dojrzała kobieta. „ Nireńska” przynosi także barwnie i świetnie udokumentowany portret epoki. Na kartach książki pojawiają się m.in. Lee Miller/ autorka portretów Poli/ czy Walter Sorell, który tak pisał do Poli Nireńskiej i Jana Karskiego w ostatnim liście przed śmiercią artystki : „ Mam nadzieję ,że życie dobrze się z wami obchodzi i że Wy dobrze obchodzicie się z życiem. Bądźcie dobrzy dla siebie samych i siebie nawzajem. W końcu nic się w życiu nie liczy poza ludzkim ciepłem, miłością i czułością. Trzeba nam dużo zrozumienia i wybaczenia „ Trudno o piękniejsze życzenia.
Achim - awatar Achim
ocenił na 9 1 miesiąc temu
Artysta. Opowieść o moim ojcu Wojciech Mann
Artysta. Opowieść o moim ojcu
Wojciech Mann
Tym razem znany i lubiany Wojciech Mann — w wydaniu sentymentalnym. W. Mann powrócił pamięcią do lat młodzieńczych - opowiedział skromnie i z pełną powagą o swoim ojcu jak go pamięta. Jest to opowieść gawęda, przypuszczam, że świadomie spisana oszczędnym językiem, by zrobić miejsce na ilustracje, reprodukcje obrazów Kazimierza Manna. Ten nieco powściągliwy ton opowieści niesie sporą dawkę wzruszenia, które p. Wojtkowi zapewne towarzyszyło, gdy pisał o swoim Tacie. Pan Wojciech opowiada z perspektywy odczuć dziecka. Ta retrospekcja z jednej strony pokazuje jak odbierał ojca, jaka była jego relacja z ojcem, także z mamą, ale pewne wrażenia są nie tylko jego osobistymi, są pokoleniowe, stąd i nas czytelników to porusza. Tak, to portret ojca, do którego się tęskni i czule wspomina. A także opowieść o artyście, który był jego ojcem, z którego jest szczerze dumny, co uświadomił sobie po latach. Książka-wspomnienie albumem nie jest, ale ilustracji jest w niej na tyle dużo, że można ją wielokrotnie przeglądać i cieszyć oko barwami, wyjątkowym wdziękiem, urodą malarstwa Kazimierza Manna. Wielu z czytelników ze zdziwieniem zauważy, że pamięta ten styl z pocztówek, plakatów z czasów PRL-u. Tylko nieliczni będą znać malarza z nazwiska, łączyć z równie nieprzeciętnym synem Wojciechem Mannem. Co więcej, p. W. Mann podzielił się z nami w jaki sposób szukali (wraz z synem) prac Kazimierza Manna, by je odzyskać, odkupić, przywrócić rodzinie — to było ujmujące, taka troska i wspólne zadanie syna i wnuka. A kto chciałby więcej wzruszeń doznać słuchając W. Manna, polecam wywiad z ubiegłego roku — też można niejedną łzę uronić ;) tu link: https://www.youtube.com/watch?v=IM9Ngj8Qa88 Uważam, że Mann, który jest już naszym „dobrem narodowym” :), wypełnił tą książką jakąś istotną lukę w swoim publicznym wizerunku, jaki znaliśmy.
Hanzadonna - awatar Hanzadonna
oceniła na 10 3 miesiące temu

Cytaty z książki Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki